
Znaleziono 154 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- AnnA Gadt, Warsaw Cello Quartet, Milan Rabij, czyli Zgodność Przeciwieństw
Ta płyta zaczyna się od cytatu: „Dawno, dawno temu, kiedy ziemia była jeszcze płaska, zuchwali podróżnicy docierali na koniec świata i pogrążali się w zimnej mgle; spadali między ciemne skały w przepaść.” – Jaume Cabré, „Wyznaję” (tłum. Anna Sawicka) Słowami tymi, recytowanymi przez Annę Gadt, rozpoczyna się wspaniały album Coincidentia Oppositorum (Zgodność Przeciwieństw), którego premiera zapowiadana jest na 30 listopada 2025. Liryczny i filozoficzny cytat z prozy Cabré natychmiast spycha słuchacza na krawędź – krawędź, po której odtąd będzie balansować między archaiczną siłą głosu, a kameralną precyzją czterech wiolonczel. Chwilę później głos przechodzi w wokalizę wiersza Bolesława Leśmiana „...we śnie” , znanego z cudownego krążka Mysterium Lunae , i wszystko staje się jasne: oto kolejny, konsekwentnie bezkompromisowy projekt Anny Gadt. Anna Gadt – konsekwencja w niestandardowym dialogu Anna Gadt od lat konsekwentnie odrzuca utarte schematy, koncentrując swoją twórczość na poszukiwaniach ekspresji za pomocą najczystszej formy: głosu w dialogu z jednym lub kilkoma instrumentami . Ta droga, dla obserwatora jej kariery, wydaje się w pełni świadoma i artystycznie zdyscyplinowana. Pani Anna, artystka i wykładowca akademicki, doktor habilitowana, w moim prywatnym rankingu najlepsza w tej chwili wokalistka na świecie (gitarzysta Marcin Olak, powiada: Anna to jedna z najlepszych wokalistek i improwizatorek na planecie, a wie co mówi, nagrali wspólnie dwie płyty tym pt. "Gombrowicz") Pani Anna na albumach wybiera minimalizm, który zmusza słuchacza do skupienia na detalach i współbrzmieniu. Droga ta wiedzie przez album Breathing (2011), gdzie stworzyła przejmujący dialog z trio RGG (kontrabasisty Macieja Garbowskiego, perkusisty Krzysztofa Gradziuka i pianisty Łukasza Ojdany) . Następnie na albumach Renaissance : Gadt / Chojnacki / Gradziuk (2017) czy Mysterium Lunae: Anna Gadt Quartet feat. Annemie Osborne (2018) . Jej pełna dyskografia jest znacznie szersza, a ja zachęcam gorąco do jej eksploracji Instrumentarium dialogu: Siła współpracy czterech wiolonczel i Głosu Okładka i projekt: Marek Wajda Na swoim najnowszym albumie, "Coincidentia Oppositorum” Anna Gadt podejmuje odważną próbę zdefiniowania współczesnej kondycji ludzkiej poprzez muzykę. Już sam tytuł sugeruje głębokie zanurzenie w filozofię i psychologię, ale to dźwiękowa realizacja tych idei stanowi o sile tego wydawnictwa. Pani Gadt, znana z poszukiwań na styku jazzu i muzyki improwizowanej, tym razem łączy siły z Warsaw Cello Quartet i wspólnie uzmysłowiają słuchaczom, jak kruchy i jednocześnie potężny jest wokal. przeczytaj rozmowę z anną gadt na temat najnowszej płyty link Warsaw Cello Quartet, w składzie Jakub Pożyczka, Dominik Frankiewicz, Filip Sporniak i Wojtek Bafeltowski to formacja, która powstała, by przypomnieć współczesnemu słuchaczowi szczególny klimat polskiej piosenki lat 80 i 90. Muzycy dorastali w tej atmosferze i wspominają ją po latach z ogromnym sentymentem. Na albumie z Anną Gadt wiolonczele pełnią rolę całego aparatu harmonicznego, kontrapunktującego i rytmicznego. Ich całkowita autonomiczność – brak perkusji czy fortepianu – zmusza je do kreowania całościowego, samowystarczalnego tła dźwiękowego, a jednocześnie podkreśla centralną pozycję głosu. Wiolonczela, ze swoim głębokim, ludzkim, niemal barytonowym brzmieniem, w naturalny sposób uzupełnia i rezonuje z głosem wokalistki, tworząc potężną symetrię. Zespołowi i Annie Gadt udała się sztuka wybitna: oddać w pełni wrażenie, że muzyka rodzi się in statu nascendi . Za każdym odsłuchem czekałem niecierpliwie na to, co będzie dalej, jak zostanie poprowadzona narracja, dokąd poprowadzą muzycy. I to nie jest tak, że zastosowano chwyty muzyczne pakujące nas w ambientową oniryczność. O nie! Choćby "Lo que es para uno es para uno" – ten krótki brylancik zaczyna się jakby z głośników ku nam wychodziła armia na wojnę. Na śmierć, nie na niewolę. Muzyka na albumie, skomponowana i zaaranżowana przez Milana Rabija jest więc jednocześnie liryczna i pełna napięcia, baśniowa i surowa. Zbieżność Przeciwieństw: Człowiek, Świat, Muzyka Anna Gadt fot. Małgorzata Frączek Tytułowa "zbieżność przeciwieństw" realizuje się w zamyśle Anny Gadt na trzech poziomach. Po pierwsze, to intymny portret człowieka rozdartego między sprzecznymi emocjami. Po drugie, to komentarz do współczesnego świata, w którym "stary system" wartości zderza się z inwazyjną technologią. Wreszcie, to muzyczny eksperyment, w którym klasyczna forma kwartetu spotyka się z nieprzewidywalnością improwizacji. Współpraca z Warsaw Cello Quartet okazała się strzałem w dziesiątkę. Wiolonczele, instrumenty o barwie bliskiej ludzkiemu głosowi, tworzą idealne tło dla wokalnych poszukiwań Pani Gadt. Ich brzmienie jest ciepłe i organiczne, ale potrafi też być chłodne i mechaniczne, co doskonale koresponduje z tematyką albumu. Aby jednak w pełni zrozumieć wagę tego artystycznego gestu, musiałem spojrzeć szerzej – na samą naturę głosu, który jest tu głównym narzędziem narracji. Ewolucja Głosu Wbrew temu co błędnie uważa większość, posiadanie głosu nie jest równoznaczne z umiejętnym jego używaniem, tak jak dźwiganie między uszami mózgu na gwarantuje inteligencji. Najlepszy dowód wspomnianych dwóch hipotez to fakt, że używanie głosu (wokalizacja) a mowa (język) to dwa różne etapy ewolucji. Owoż, jako hominidy (a nie jak dawniej homonidy), nasi przodkowie wydawali dźwięki od zawsze – jednak tak, jak robią to dziś szympansy lub goryle, wobec których wszelako statystyczny polski wyborca lub słuchacz jazzu czuje się suwerenem, albowiem mogąc “czynić ziemię poddaną” tak też robi z niższymi - w swym mniemaniu - wymienionymi rasami małp. Kluczowe jest więc pytanie: kiedy ten głos stał się ludzki, czyli kiedy zyskaliśmy anatomiczną i neurologiczną zdolność do precyzyjnego artykułowania dźwięków? Od kiedy śpiewamy? Zróbmy sobie małą podróż w czasie. Niestety inaczej się nie da, a to oznacza, że muszę się rozpisać (wiem, wiem - nuda, gdzie te ładne obrazki, spytacie) Miliony lat temu… …nasi najdalsi przodkowie (jak Australopithecus) używali głosu tak, jak dzisiejsze małpy człekokształtne – do wyrażania emocji, czyli strachu czy radości (pierwszy, gdy mieli realną szansę stać się czyimś obiadem, drugą, gdy udało im się tego uniknąć) , ostrzegania przed drapieżnikami czy ustalania hierarchii (wyjątkiem stadiony piłkarskie, gdzie język australopiteków wciąż decyduje o hierarchii). Były to jednak tylko proste okrzyki i pomruki, a nie kontrolowane użycie głosu. Jakieś, bagatela, 1,5 – 2 mln lat temu nastąpiły początki kontroli głosu – Homo erectus Wielu naukowców uważa, że przełom nastąpił przy Homo erectus. I tu poproszę bez żadnych podśmiechujków, gdyż - świntuchy jedne - nie chodzi o to, o czym myślicie na ogół, tylko o łacińską nazwę Człowieka WYPROSTOWANEGO. Gdy nasz przodek się był wyprostował, zmienił diametralnie i na zawsze swój tryb życia, a to oznaczało, że przede wszystkim zaczął polować w stadach - grupach. Polowania grupowe i życie w większych społecznościach wymagały lepszej komunikacji. Tak powstał proto-język: prawdopodobnie wyprostowani używali prostych dźwięków i gestów do koordynacji działań. Nie była to jeszcze mowa, ale głos zaczął służyć konkretnym celom "biznesowym" (przetrwanie), a nie tylko emocjonalnym. Ślady tego języka można usłyszeć w sobotę, w hipermarketach, w rodzinnych stadnych polowaniach na rzekome okazje. Ok. 600 000 – 300 000 lat temu nadszedł przełom anatomiczny – za karę łamcie sobie języki, bo nadchodzi Homo heidelbergensis To tutaj dzieje się najwięcej w kwestii "instrumentu", jakim jest nasze gardło. Kość gnykowa: Znaleziska kopalne (np. w jaskini Sima de los Huesos w Hiszpanii) pokazują, że ten przodek człowieka miał kość gnykową (kość w gardle wspierająca język) bardzo podobną do naszej. Wprawdzie znalezione szczątki sugerują także jej obecność u homo erectus, ale jej kształt bardziej przypominał małpi , co ograniczało możliwości modulacji głosu. Oznacza to, że Homo erectus mógł wydawać różnorodne dźwięki, ale nie posiadał kontroli oddechu i artykulacji . Sugeruje się, że Homo heidelbergensis fizycznie był zdolny do wydobywania bardziej skomplikowanych niż wcześniej dźwięków - choć jeszcze nikt nie zdawał sobie z tego sprawy, że człowiek posłuży się mową np. do produkcji bomby atomowej. Utrata worków powietrznych: Małpy mają w krtani worki powietrzne, które sprawiają, że ich głos jest głośny, ale mało precyzyjny. My je straciliśmy w drodze ewolucji, co pozwoliło na finezję i precyzyjną artykulację – niezbędną do śpiewu i mowy. Coś jednak jest w powiedzeniu: nie chciało się nosić teczki, trzeba nosić woreczki. Historia Homo heidelbergensis jest fascynująca, ponieważ to właśnie ten gatunek stanowi kluczowe ogniwo łączące prymitywne formy, takie jak Homo erectus, z bardziej zaawansowanymi – Neandertalczykami w Europie i nami, Homo sapiens, w Afryce, a jego nazwa pochodzi od miejsca odkrycia, czyli niemieckiego Heidelbergu. Żyjąc od około 600 000 do 200 000 lat temu, Homo heidelbergensis charakteryzował się przede wszystkim znacznym powiększeniem mózgu, którego średnia objętość osiągała imponujące 1200 cm³, co zwiastowało skok w rozwoju inteligencji i zdolności planowania (chociaż politycy wciąż jednak nie osiągnęli poziomu człowieka z Haidelbergu). Te istoty były wyjątkowo potężnie zbudowane, wysokie i muskularne, co stanowiło udaną adaptację do chłodniejszego klimatu, a jednocześnie zachowały jeszcze prymitywne cechy twarzy, takie jak wydatne wały nadoczodołowe, choć ich fizjonomia stawała się już bardziej płaska. Kluczowym wyróżnikiem Homo heidelbergensis jest jednak jego kultura materialna, ponieważ to on wynalazł wyspecjalizowane narzędzia myśliwskie – doskonale wyważone drewniane włócznie (znalezione w Schöningen), które umożliwiły skuteczne, zorganizowane polowania na dużą zwierzynę, wymagające zaawansowanej współpracy grupowej, a także zaczął regularnie budować proste schronienia i kontrolować ogień, co było niezbędne do przetrwania na półkuli północnej i dostarczenia energii dla tak dużego mózgu. Dodatkowo, analiza jego budowy anatomicznej sugeruje, że był on fizycznie zdolny do mowy, co czyni go pierwszym przodkiem, który wyglądał i zachowywał się w tak wyraźnie "ludzki" sposób. Na szczęście nie znamy pierwszego zdania złożonego naszego praprzodka. Wiemy jednak, że dotyczyło zagadki sensu istnienia, raczej chodziło o banalne jedzenie lub wydalanie. Ok. 200 000 – 50 000 lat temu czas na rewolucję głosu – Homo sapiens (z tym sapiens to bym jednak nie szarżował) Nie, nie chodzi o powstanie pierwszego przedszkola - chodzi o to, że wtedy nasza krtań obniżyła się do pozycji, którą mamy dzisiaj. Dlaczego to ważne? Obniżona krtań: To unikalna cecha ludzi. Dzięki temu mamy dłuższą "rurę" rezonacyjną (trakt głosowy), co pozwala nam wymawiać samogłoski (a, e, i, o, u) i szybko zmieniać dźwięki. Minusem jest to, że jako jedyne zwierzęta możemy się łatwo zadławić jedzeniem (krzyżowanie się dróg oddechowych i pokarmowych). Gen FOXP2: Około 100-50 tysięcy lat temu nastąpiła mutacja genu FOXP2, zwanego "genem mowy", który w olbrzymim skrócie mowiąc umożliwił precyzyjną kontrolę nad mięśniami ust i krtani. To była już prosta droga do geniuszu Anny Gadt, ale warto zauważyć, że ewolucyjnie głos służył już wcześniej budowaniom więzi społecznych (tzw. "iskanie głosem" – vocal grooming), co tłumaczy, dlaczego śpiew i praca z głosem mają tak potężne działanie terapeutyczne i uspokajające. To mechanizm starszy niż sam język. Jednak to niezwykły "dramat" naszej anatomii, nazywany w biologii ewolucyjnej kompromisem adaptacyjnym był przełomem. Co się wydarzyło? Natura "przehandlowała" wówczas nasze bezpieczeństwo podczas jedzenia za możliwość recytowania poezji, śpiewania jazzu i kłócenia się o politykę. Uważam, że naturze chodziło wyłącznie o śpiewanie jazzu, reszta to czynniki dodane przypadkowo. Problem "Płaskiej Twarzy" i Języka Spójrz na profil szympansa lub psa. Mają wydłużone pyski. Ich język znajduje się prawie całkowicie w jamie ustnej. Ludzie mają płaskie twarze i krótszą szczękę. Gdzieś musiał się podziać nasz duży, mięsisty język. W procesie ewolucji jego tylna część (nasada) została "wepchnięta" w dół, do gardła. To “pociągnęło” za sobą krtań. Dwie rury: Układ "L" To jest klucz do zrozumienia ludzkiego fenomenu. U zwierząt (i ludzkich niemowląt): Krtań znajduje się wysoko, tuż za jamą nosową. Tworzy to niemal prostą rurę od nosa do płuc. Dzięki temu zwierzęta mogą jednocześnie jeść/pić i oddychać (powietrze leci górą, jedzenie bokami). Trakt głosowy jest prosty, poziomy. U dorosłych ludzi: Krtań opadła nisko (na wysokość 4-7 kręgu szyjnego). Dzięki temu nasz trakt głosowy zyskał kształt litery "L" – ma część poziomą (usta) i długą część pionową (gardło). Dlaczego "L" daje nam mowę? Ta długa, pionowa rura gardłowa działa jak pudło rezonansowe w instrumencie muzycznym. Wolność języka: Ponieważ nasada języka jest w gardle, możemy go wyginać w niesamowite kształty. Możemy go cofnąć, spłaszczyć, unieść. Samogłoski: Aby wymówić wyraźne "A", "I" albo "U" (tzw. samogłoski wierzchołkowe), musimy drastycznie zmieniać kształt tej rury rezonansowej. Szympans nie może tego zrobić – jego język jest "uwięziony" w pysku, więc wydaje tylko dźwięki typu "uh-uh" lub piski, które są zniekształcone. Artykulacja: Dzięki obniżonej krtani mamy przestrzeń, by "ciąć" strumień powietrza na małe kawałki (spółgłoski) i modulować je w samogłoski. To jak różnica między trąbką (prosta rura, mniej dźwięków) a saksofonem (skomplikowany kształt, bogate brzmienie). Nosisz w sobie Skrzyżowanie Śmierci Tutaj dochodzimy do minusów. Ponieważ krtań zjechała w dół, droga pokarmowa i oddechowa muszą się skrzyżować. Jedzenie wchodzi ustami i musi trafić do przełyku (który jest z tyłu). Powietrze wchodzi nosem/ustami i musi trafić do tchawicy (która jest z przodu).W punkcie przecięcia (gardło dolne) panuje ogromny ruch. Za każdym razem, gdy połykasz: Twoja krtań musi wystrzelić w górę (możesz to poczuć, dotykając "jabłka Adama" przy przełykaniu). Chrząstka zwana nagłośnią (epiglottis) musi zadziałać jak klapka zapadni i szczelnie zamknąć wlot do tchawicy. Jedzenie "prześlizguje się" po zamkniętej nagłośni do przełyku.Jeśli zagadasz się przy jedzeniu (zaczniesz używać krtani do mowy, zamiast ją zamknąć) i ten mechanizm spóźni się o ułamek sekundy – jedzenie wpada do "dziury oddechowej". Jesteśmy jedynym gatunkiem, który tak często umiera z powodu zadławienia się kawałkiem schabowego czy jabłka. Ciekawostka: Niemowlęta to "małe zwierzątka" Noworodek rodzi się z krtanią ustawioną wysoko – tak jak szympans. Supermoc: Dzięki temu niemowlę może ssać pierś i oddychać noskiem jednocześnie. Nie musi przerywać jedzenia, żeby zaczerpnąć powietrza (spróbuj wypić szklankę wody bez przerywania oddychania – nie uda Ci się, a niemowlakowi tak). Zmiana: Około 3-6 miesiąca życia krtań zaczyna opadać. Wtedy dziecko traci zdolność jednoczesnego picia i oddychania, ale zaczyna gaworzyć – to początek formowania się naszej "dłuższej rury" rezonacyjnej. To pokazuje, jak potężną siłą napędową ewolucji była komunikacja. Ryzyko uduszenia się przy każdym posiłku było wielkie, ale korzyść z posiadania mowy (możliwość planowania polowań, ostrzegania, budowania kultury) była nieporównywalnie większa. Wydaje mi się jednak, że jako gatunek przetrwaliśmy nie dlatego, że bezpiecznie jedliśmy, ale dlatego, że potrafiliśmy się dogadać. Czas na podróż od biologii prosto w objęcia archeologii muzycznej. Podobnie jak w przypadku mowy, nie mamy nagrań sprzed tysięcy lat, ale mamy dowody pośrednie i... gliniane tabliczki. Kiedy zaczęliśmy śpiewać? Najkrótsza odpowiedź brzmi: prawdopodobnie zanim zaczęliśmy mówić pełnymi zdaniami. Naukowcy (tacy jak Steven Mithen) sugerują hipotezę o nazwie "Hmmmm" (Holistic, multi-modal, manipulative, musical, mimetic). Według niej neandertalczycy i wcześni Homo sapiens posługiwali się proto-językiem, który był bardziej muzyczny niż gramatyczny. Datowanie: Skoro nasza krtań opadła około 200 000 - 300 000 lat temu, dając nam fizyczną możliwość precyzyjnej wokalizacji, można przyjąć, że "ludzki śpiew" (kontrolowana melodia) narodził się w tym oknie czasowym. Pierwotna funkcja: Pierwsze "pieśni" to prawdopodobnie kołysanki (matki uspokajające niemowlęta, które po zejściu z drzew trzeba było odkładać na ziemię) oraz śpiewy grupowe budujące więź plemienną (trochę jak dzisiejsze przyśpiewki kibiców, które synchronizują tłum). Najstarsze fizyczne instrumenty muzyczne (flety z kości sępa i mamuta znalezione w jaskiniach w Niemczech) mają około 40 000 lat. Skoro ludzie wtedy grali na fletach, to z całą pewnością śpiewali już dużo, dużo wcześniej. Jaka jest najstarsza pieśń świata? Najstarszy utwór, który został zapisany (ma nuty i tekst) i który możemy dziś odtworzyć, to jest to Hurycki Hymn do Nikkal (Hymn nr 6) Wiek: Około 3400 lat (ok. 1400 r. p.n.e.). Miejsce: Starożytne miasto Ugarit (dzisiejsza Syria). Nośnik: Gliniane tabliczki zapisane pismem klinowym.Znaleziono je w latach 50. XX wieku. Co ciekawe, tabliczka zawiera nie tylko słowa, ale też instrukcje dla muzyka grającego na lirze (sammû) – to najstarszy zapis nutowy w historii. Hymn jest modlitwą skierowaną do Nikkal – semickiej bogini sadów i żony boga księżyca. Tekst jest trudny do przetłumaczenia (język hurycki wciąż ma przed nami tajemnice), a tabliczka jest uszkodzona, ale naukowcy zrekonstruowali jego sens. Jest to pieśń błagalna, prawdopodobnie śpiewana przez kobietę, która nie może zajść w ciążę. Oto sens słów (w wolnym tłumaczeniu): Kobieta skarży się na swój los (bezpłodność) i prosi boginię o dar macierzyństwa. "Ofiaruję ołów..." (w starożytności ołów był darem wotywnym)."Niech Nikkal sprawi, bym była płodna..."Tekst wspomina też o ofiarach z oleju sezamowego, które mają przebłagać bóstwo. Melodia jest melancholijna, oparta na interwałach, które dla współczesnego ucha mogą brzmieć nieco obco, ale harmonijnie. Najstarsza "piosenka" w całości – Epitafium Seikilosa Choć Hymn do Nikkal jest starszy, jest też fragmentaryczny. Natomiast najstarszą kompletną kompozycją (zachowaną w całości, z każdą nutą i słowem) jest greckie Epitafium Seikilosa z około I lub II wieku n.e. (czyli jest o 1500 lat młodsze od hymnu huryckiego). Warto o nim wspomnieć, bo jego tekst jest niezwykle piękny i ponadczasowy. To krótka pieśń wyryta na nagrobku, którą Seikilos dedykował swojej żonie (lub muzie), Euterpe. Tekst mówi: "Dopóki żyjesz, lśnij, nie smuć się zbytnio niczym. Życie trwa tylko chwilę, Czas żąda spłaty swego długu." To starożytne "Carpe Diem", wyśpiewane ponad 2000 lat temu. Oto tekst Epitafium Seikilosa w oryginale, w uproszczonym zapisie fonetycznym dla Polaka oraz w poetyckim tłumaczeniu. Oryginał (Starogreka) Ὅσον ζῇς φαίνου μηδὲν ὅλως σὺ λυποῦ· πρὸς ὀλίγον ἐστὶ τὸ ζῆν τὸ τέλος ὁ χρόνος ἀπαιτεῖ. Fonetycznie (jak to przeczytać po polsku) Czytaj to powoli, z akcentem na samogłoski (w grece "ou" czytamy jako "u", "ph" jako "f", "ei" jako "ej"). Hoson zes fainu Meden holos sy lypu Pros oligon esti to zen To telos ho chronos apaitej Tłumaczenie (Wersja poetycka / "Po mojemu") Dopóki żyjesz, lśnij, Niech smutek cię nie zamroczy. Bo życie trwa tylko chwilę, A czas i tak upomni się o swoje. A teraz porównaj sobie to epitafium sprzed tysięcy lat do poniższego tekstu obecnego wielkiego hitu FloRida “Whistle” i zadaj sobie pytanie… albo nie, nie zadawaj. Szkoda czasu. Czy możesz dmuchnąć w mój gwizdek kochanie, Gwizdek kochanie, daj mi znać Dziewczyno pokażę ci jak to robić Zaczniemy bardzo powoli I tylko złóż swoje usta razem I podejdź bardzo blisko Czy możesz dmuchnąć w mój gwizdek kochanie, gwizdek kochanie No to jazda O tempora! O mores! Ewolucja Głosu: Cena, jaką Zapłaciliśmy za Śpiewanie Jazzu To jest moment, w którym – trzymając w uszach ten hipnotyzujący dialog głosu i czterech wiolonczel – musimy cofnąć się do początku tego tekstu i połączyć kropki. Wokal Anny Gadt to triumf naszej ewolucji. To dowód, że przetrwaliśmy dlatego, że potrafiliśmy ryzykować i przekształcać proste okrzyki w pieśni. I tak oto, docieramy do sedna. Gdy wsłuchałem się w Coincidentia Oppositorum w takim ewolucyjnym kontekście , stanąłem nagle wobec manifestu ludzkiego głosu w jego najczystszym wymiarze. W minimalizmie albumu i w zawartym w nim dialogu absolutny, pełny wokal pani Anny Gadt ma wymiar nie tylko nieocenialnej genialności estetycznej (ja uważam, że ma), ale też - jak widać - ewolucyjny triumf anatomii, która poświęciła bezpieczeństwo dla piękna. A Coincidentia Oppositorum jest tego najpiękniejszym, najbardziej świadomym głosem. To jeden z najlepszych albumów wokalnych, jakie powstały kiedykolwiek. Dziękuję. „COINCIDENTIA OPPOSITORUM” "Zbieżność Przeciwieństw" Anna Gadt / Warsaw Cello Quartet / Milan Rabij 1 Collapse #1 – 5:53 głos - swobodna improwizacja 2 Wilk – 5:04 (Na podstawie powieści Hermana Hessego) 3 Pieśń o otwartej drodze (Próba mądrości) – 3:22 Teksty Walta Whitmana, głos - improwizacja swobodna 4. Spowiedź (Dedykowana Jaume Cabre) – 4:27 5 Lo Que Es Para Uno Es Para Uno – 1:34 6 Nadchodzi lew lub mały wąż – 3:39 7 Tuga – 3:38 8 Collapse #2 – 5:52 9 Co by było, gdyby – 4:04 10 Nadzieja – 4:39 Tekst piosenki autorstwa Emily Dickinson Anna Gadt – głos Warsaw Cello Quartet: Jakub Pożyczka, Dominik Frankiewicz, Filip Sporniak, Wojciech Bafeltowski Muzyka : Anna Gadt i Milan Rabij, z wyjątkiem „Collapse” – muzyka Milana Rabija Aranżacj a Milana Rabija Nagrano na żywo 5 i 6 lutego 2025 w Hashtag Lab / Warszawa, przez Michała Kupicza Miks i mastering wykonał Michał Kupicz Okładka i projekt: Marek Wajda Zdjęcia: Agnieszka Kiepuszewska Wyprodukowane przez Annę Gadt Producent wykonawczy: Maciej Karłowski Fundacja Słuchaj Records Wesprzyj Jazzdę! Jeśli cenisz sobie recenzje, które potrafią zajrzeć pod powierzchnię i połączyć muzykę z innymi dziedzinami sztuki, to znaczy, że jazzda.net jest dla Ciebie. Wspieramy ambitne, niekomercyjne projekty, takie jak ten. Chcesz pomóc nam pisać i publikować więcej takich materiałów? Postaw nam kawę! Dla ciebie to tylko dycha, a dla nas jak akord otwierający nową wspaniała płytę, taką jak właśnie ta, o której przeczytałeś. https://buycoffee.to/jazzda.net
- Filip Żółtowski Quartet – GEN-RE: Eksplodująca kontynuacja BiBi, czy preludium do rewolucji
[OSTRZEŻENIE DLA SŁUCHACZY: Zawartość tej EP-ki może prowadzić do poważnego niedosytu, rozgoryczenia i permanentnego powtarzania odsłuchu. Redakcja jazzda.net odnotowała przypadki utraty kontroli nad życiem osobistym spowodowane zbyt krótkim czasem trwania materiału.] „GEN-RE” to EP-ka, która za pierwszym razem wywołała złość, za drugim czyste rozgoryczenie, a za trzecim totalny, palący niedosyt. Panie Filipie, szanujmy się! Jak można nagrać tak potwornie krótki, ale tak dobry materiał i zostawić nas słuchaczy w pół drogi, na rozdrożu, w jakimś szpagacie, w cholernym szczerym polu? Powtarzamy te kawałki w nieskończoność, pies nie sika od tygodnia, żona chce się rozwodzić. Panowie! Tak się nie robi! Miejcie litość! Chronologia Transformacji Historia kwartetu to zapis błyskawicznej ewolucji i ciągłego podważania własnych fundamentów. Album debiutancki, nagrany w 2021 roku "Humanity" , był żywiołowym, akustycznym jazzem głównego europejskiego nurtu: szybkim, osadzonym w tradycji, zdradzającym nieśmiało nieprzeciętne horyzonty wszystkich członków zespołu, a zwłaszcza jego lidera. Humanity był albumem pełnym dynamicznych, improwizacyjnych dialogów, gdzie saksofon i trąbka ścigały się w post-bopowych figurach, a sekcja rytmiczna (z Mikołajem Stańko na czele) operowała subtelnym, akustycznym drive'em. Była to płyta pełna wirtuozerii, ale wciąż czytelnie zakorzeniona w estetyce, która ceniła tradycyjną formę. Właśnie na tym tle, wydany w 2024 roku „BiBi” , jawi się jako wybuchowa supernowa, radykalnie zrywająca z utartymi schematami. To właśnie BiBi przekształcił zespół i uczynił Filip Żółtowski Quartet synonimem awangardy na polskiej scenie. To była już nie ewolucja, lecz rewolucja brzmieniowa. fot. Emilia Pasoń Materiał na „BiBi” był mocno rockowy, z gęstym wykorzystaniem elektroniki , balansujący na pograniczu rocka progresywnego , z budowaniem utworów opartych na czytelnych strukturach, wpadających w chwytliwe melodie. Kluczową nowością było wprowadzenie głębokiego, syntetycznego basu i tekstur generowanych przez syntezatory (obsługiwane przez Wojciecha Wojdę), które nie tylko uzupełniały warstwę harmoniczną, ale wręcz przejmowały role melodyczne i rytmiczne. Ten album był zaskakujący intensywnością i odwagą w łączeniu chłodnej, niemal industrialnej elektroniki z ciepłym brzmieniem trąbki i saksofonu . Odważne, długie formy, które często prowadziły do kulminacji o sile heavy metalowego riffu, sprawiły, że BiBi stało się płytą, którą trudno było zakwalifikować do jednego gatunku. W roku, w którym „BiBi” został bez wahania okrzyknięty przez jazzda.net najlepszą polską płytą jazzową, równie mocno zachwycała się nim krytyka. „Laboratorium Muzycznych Fuzji” określiło go jako „jazzową eksplorację z elektronicznym twistem” , a „Jazzpress” pisał wprost: „«BiBi» to dźwiękowa odyseja przez czas, przestwór i ludzkie historie, wiodąca ku nieskończonym horyzontom muzycznych kosmosów.” Krytycy podkreślali, że Żółtowskiemu udało się uniknąć pułapki jazz-fusion w starym stylu, tworząc coś faktycznie świeżego i aktualnego, rezonującego z młodszą publicznością, wychowaną na muzyce elektronicznej i ambitnym hip-hopie. Co kluczowe, za tą kosmiczną odyseją stała wyraźna, autorska wizja. Płyta „BiBi” została w całości zaplanowana przez Filipa Żółtowskiego. Sam muzyk przyznał: „Projekt drugiej płyty powstał w całości w mojej głowie. Przyszedłem do moich przyjaciół z zespołu z gotowym materiałem, na który miałem pomysł. Wiadomo, że muzycy dają dużo od siebie, ale cała koncepcja albumu i jego wydźwięk zaplanowane były wcześniej.” Ta kontrola artystyczna i determinacja w przemyśleniu każdego detalu harmonicznego i brzmieniowego, od wstępu po ostatnie wyciszenie, ugruntowały pozycję lidera jako jednego z najbardziej innowacyjnych kompozytorów młodego pokolenia. Mimo tak ogromnego sukcesu, zespół wraca z materiałem, który jest tak bezwstydnie, bezczelnie dobry, że jego skondensowana forma urąga zdrowemu rozsądkowi. „GEN-RE” nie jest numerem dwa, ani nawet trzy w dyskografii. To kluczowy aneks i manifest jednocześnie, który domyka historię transformacji, jednocześnie otwierając drzwi do trzeciego, pełnowymiarowego rozdziału. Jak mówi sam Filip Żółtowski, to „zatarcie granic pomiędzy gatunkami muzyki i domknięcie historii rozpoczętej na płycie «BiBi»” . Zespół w składzie, który dokonał tej fuzji: Filip Żółtowski – trąbka, moog Szymon Zawodny – saksofon altowy Wojciech Wojda – syntezatory Mikołaj Stańko – perkusja GEN-RE: zero kalkulacji Filip Żółtowski bezczelnie gwiżdże jazzowym purystom w gęby. Otwierająca EP-kę melodia zagrana na trąbce jest urzekająca, spokojna i wpadająca w ucho. To jakby muzyk mówił: „nooo, to ładna rzeczywiście melodia, macie z czymś problem?” To zaproszenie jest jednak szybko odarte z niewinności, bo o ile trąbka jest klasycznym narratorem, to elektronika gra tu rolę główną; jest już jak powietrze – wszędzie obecna , bez której być może nie ma tej muzyki. Materiał na „GEN-RE” jest na luzie, nagrany z "rękami w kieszeniach", bez napinki i bez obsesyjnej pogoni za arcydziełem, które musi wykręcać rytm jak szmatę po myciu podłogi. Kwartet z premedytacją wprowadza beatowe frazy i mocny rytm, ale robi to z naturalną pewnością siebie, która sprawia, że muzyka po prostu płynie. fot. Emilia Pasoń Syntezatory nie są już subtelnym tłem, lecz równoprawnymi partnerami dla akustycznej trąbki i saksofonu, a w zasadzie tworzą z nimi hybrydowy organizm. Zespół balansuje między dynamicznymi momentami o zmiennej rytmice a pulsującymi, beatowymi frazami. Fantastycznie mocno znów gra Mikołaj Stańko, jest go coraz więcej, wypełnia rytmem zaplecze grupy, tworzy mur, na którym koledzy mogą się oprzeć, gra bardzo odważnie, dużo i szeroko. Taka instrumentalna dialektyka jest świadectwem dojrzałości. Zespół, który zdobył III miejsce na Blue Note Competition i wyróżnienie na Jazz Juniors, pokazuje, że własny język można budować na pozornie sprzecznych fundamentach. Trąbka Filipa Żółtowskiego – raz liryczna i śpiewna, innym razem ostra i przetworzona – staje się narratorem tej soniczej transformacji. Kwartet od początku istnienia udowadniał, że potrafi poruszać się między stylami: od jazzowej wrażliwości, czerpiącej z polskiego folkloru, po nowoczesne, światowe wzorce. „GEN-RE” jest tego najmocniejszym dowodem. Nazwa EP-ki jest programem: totalne zatracenie granic gatunkowych. Jazz staje się tu tu tylko platformą startową. Zespół odważnie idzie ku nowemu, rezygnując z fizycznych nośników – EP-ka ukazała się wyłącznie w formach cyfrowych , co jest kolejnym elementem tej nowoczesnej, cyfrowej wizji. Jeśli „BiBi” było płytą roku, „GEN-RE” są obowiązkowymi, zdigitalizowanymi korepetycjami z tego, dlaczego tak się stało. To wydawnictwo dla słuchaczy, którzy rozumieją, że jazz w 2025 roku nie pyta już o to, co jest dozwolone, lecz o to, co jest nieuniknione . Filip Żółtowski Quartet dostarcza nam muzykę, która jest spojrzeniem w przyszłość, w to, jak może wyglądać nowoczesny jazz i dokąd może się udać. Żółtowski ma swoją wizję muzyki czerpiącej z jazzu, ale niekoniecznie całkowicie w nim osadzonej. Rozwija ją konsekwentnie. Życzymy mu, aby robił to dalej, nawet wbrew wszystkim i wszystkiemu. Jeśli cenisz sobie recenzje, które potrafią zajrzeć pod powierzchnię i połączyć muzykę z innymi dziedzinami sztuki, to znaczy, że jazzda.net jest dla Ciebie. Wspieramy ambitne, niekomercyjne projekty, takie jak ten. Chcesz pomóc nam pisać i publikować więcej takich materiałów? Postaw nam kawę! Dla ciebie to tylko dycha, a dla nas jak akord otwierający nową improwizację. https://buycoffee.to/jazzda.net
- OKNO NA NIESKOŃCZONOŚĆ. Premiera albumu: Artur Dutkiewicz Trio – From sound to silence
Nie da się medytować w chaotycznym biegu, we wszechwładnej apoteozie rozkojarzenia, nie da się medytować w poszatkowanym i zdefragmentowanym komiksowym świecie. Świecie, który nas nieubłaganie okrąża. Medytacja wymaga skupienia, ciszy, oddechu, spokoju. Album Dutkiewicza stanowi artystyczną odpowiedź na kakofonię współczesnego świata i zaproszenie w głąb siebie. Czeka was wspaniała podróż. Album „From sound to silence. Nowosielski Live” to najnowsze wydawnictwo Artura Dutkiewicza Trio. Zapis koncertów z lat 2023–2025 jest głębokim, muzycznym dialogiem z sakralnym i metafizycznym malarstwem Jerzego Nowosielskiego, stworzony z myślą o ciszy i wewnętrznym skupieniu. Jerzy Nowosielski: Malarstwo jako Teologia Światła Inspiracja Jerzym Nowosielskim (1923–2011) jest osią tego projektu. Ten wybitny malarz, ikonograf i myśliciel stworzył unikalny język artystyczny, łączący modernistyczną formę z głęboką tradycją sztuki sakralnej Wschodu. Jego dzieła, charakteryzujące się syntetycznym rysunkiem i niezwykłym operowaniem kolorem i światłem, mają za zadanie nie tylko przedstawiać, ale przede wszystkim wprowadzać w stan kontemplacji. Najbardziej spektakularnym przykładem jego wizji jest Kościół Opatrzności Bożej w Warszawie-Wesołej , którego całe wnętrze Nowosielski pokrył polichromiami. Surowa, geometryczna przestrzeń świątyni, wypełniona ikonami i malowidłami, staje się „teologią światła” – miejscem, gdzie czas zwalnia, a widz/modlący się staje przed oknem na nieskończoność. W tym kontekście sztuki, medytacja oznacza kontemplację: to celowe, nieoceniające wpatrywanie się w ikony, malowidła lub architekturę, by przekroczyć ich fizyczną formę i połączyć się z zawartą w nich treścią metafizyczną. Malarstwo Nowosielskiego jest zaprojektowane jako okno, które prowadzi poza zmysły . Ta głębia i cisza malarstwa Nowosielskiego, będącego wezwaniem do wewnętrznej podróży, stały się muzycznym drogowskazem dla trio Artura Dutkiewicza. W ten sposób muzyka staje się formą aktywnej medytacji , gdzie improwizacja na długich płaszczyznach czasowych jest środkiem do celu – osiągnięcia ciszy . Muzycy celowo używają powtórzeń (motyw z mantr) i wydłużają formę, by pomóc słuchaczowi wejść w stan kontemplacyjnego skupienia, w którym dźwięk i pauza (cisza) mają równorzędne znaczenie. Artur Dutkiewicz od lat spogląda ku tej stronie rzeczywistości, która ciąży ku harmonii, a odpycha chaos. W 2012 roku w rozmowie z Piotrem Rodowiczem z Jazz Forum tłumaczył " Budzę się rano i z wielu myśli wybieram najsilniejszą i podążam za nią. Na pewno pomaga mi w tym prosta technika medytacji, która usuwa ten cały niepotrzebny wir umysłowy. Wybieram więc działanie, które jest najlepsze, dające radość. W zasadzie wybór istnieje wtedy, gdy jest zamieszanie w głowie, a to jest związane ze zmęczeniem i stresem. Medytacja i ćwiczenia oddechowe, takie np. jak rewelacyjna technika ,,sudarshan kriya”, zwiększają poziom energii i intuicja działa wtedy najlepiej. Niczego nie oczekuję od życia i niczego nie robię za wszelką cenę. Podstawą jest wiara. Wierzę, że jeśli wymyślę jakiś projekt, to świat pomoże mi w pokazaniu go, i tak się dzieje. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale to działa." Cały Tekst tu LINK Trzy lata później w teście Agnieszki Antoniewskiej z Jazz Forum 7/8 2015 mówił: " Codzienna półgodzinna sesja z oddechem daje świeży umysł i silne ciało. Przed wyjściem na scenę szukam ciszy, staram się pozbyć wszystkich wrażeń w umyśle, wyjść z poziomu intelektualnego na poziom intuicji. Świadomość jest wtedy jak czyste płótno tuż przed nałożeniem farb przez artystę. Wtedy może zaistnieć piękno, bezczasowość, a to jest poziom ducha." Cały teksty tu LINK Wydana dziś (tj. 20. 11. 2025 roku) płyta być może jest odzwierciedleniem wieloletniej pracy Dutkiewicza z umysłem - na pewno zaś muzyka, którą wraz z zespołem stworzył, skłania ku transcendencji. Celem muzyki jest cisza Artur Dutkiewicz, ceniony „ambasador polskiego jazzu”, od lat podążał ścieżką modalnego, medytacyjnego grania. Pianista od wielu lat ćwiczył granie na dłuższych płaszczyznach czasowych, w którym cisza miała swoje znaczenie i które miało bardziej uspokajać niż pobudzać słuchacza. Jego celem było, by dźwięk i cisza istniały równorzędnie. Tego typu kontemplacyjną muzykę, mającą korzenie w śpiewie gregoriańskim, cerkiewnym, bizantyjskim czy sanskryckich mantrach, wykonywał już wcześniej z muzykami hinduskimi i kantorem chorału gregoriańskiego. To poszukiwanie znalazło swój ostateczny cel w konstatacji, że „Celem muzyki jest cisza” . fot. Hanna Dutkiewicz Głębia i Skład Trio Dutkiewiczowi w tej medytacyjnej wyprawie towarzyszą znakomici muzycy: Andrzej Święs na kontrabasie (laureat Fryderyka 2023) oraz Sebastian Kuchczyński na perkusji (nominowany trzykrotnie do Fryderyka). Czyli było nie było - muzyczna elita. Ich interakcja jest niezwykle wrażliwa, świadomie służąca budowaniu atmosfery, co nie stoi na przeszkodzie wirtuozerskim popisom . O ile jednak lider gra oszczędnie i jest raczej jest wskazującym kierunki mózgiem przedsięwzięcia, o tyle wielkie brawa za ten występ należą się właśnie sekcji rytmicznej, a szczególnie panu Święsowi. Medytacja jako arcydzieło Album rozwija się na dłuższych płaszczyznach, celowo unikając pośpiechu i zachęcając do wewnętrznego skupienia. Utwory te świadomie umykają nowoczesnym formatom radiowym – są ogromnymi improwizowanymi opowieściami, z których najkrótsza ma ponad osiem, a najdłuższa blisko siedemnaście minut. Medytacja 1 – Przebudzenie to utwór otwierający płytę, który jest bardzo spokojny, bliski klimatom ambientowym, mglisty i oniryczny . Jego struktura opiera się na rytmicznych powtórzeniach, które zapraszają słuchacza do współudziału w muzycznym misterium. To idealne preludium do podróży w głąb ciszy. Kontrastuje z nim Medytacja 2 – Pokój , który charakteryzuje się bardziej jazzowym feelingiem, momentami powolnie swingującym. Jest to przepiękna, majestatyczna struktura muzyczna , w której melodia i rytm wzajemnie się dopełniają, wprowadzając element klasycznej jazzowej zadumy. Medytacja 3 – Tęsknota konsekwentnie buduje nastrój zadumy. Jest to utwór, w którym kontrabasista Andrzej Święs może zaprezentować swoją wirtuozerię i zamiłowanie do gry smyczkiem, nadając tonację liryczną i melancholijną. Medytacja 4 – Uniesienie . W pierwszej, spokojnej części utworu trio buduje napięcie, które zostaje przełamane w połowie. W tym momencie perkusista Sebastian Kuchczyński porywa słuchacza, udowadniając, jak wielką siłę i potęgę emocji może namalować perkusja – siłę, wobec której człowiek staje się mały, niczym mrówka. To kulminacyjny punkt narracji, prowadzący do finalnego wyciszenia. Kluczowym punktem programu jest Medytacja 5 – Pełnia , która jest arcydziełem i wybitnym zwieńczeniem płyty. Utwór ten jest bliski duchowi spokojnej, rozważnej sterylności brzmieniowej, znanej choćby z dokonań E.S.T. (Esbjörn Svensson Trio). W kulminacyjnym momencie, prowadzenie całego koncertu i olśnionej publiczności przez kontrabas jest absolutnym majstersztykiem , w którym Andrzej Święs z maestrią przyjmuje na siebie ciężar kompozycji i utrzymuje całe napięcie utworu. Pełnia wprowadza muzykę tria na poziom transcendentny. Album „From sound to silence. Nowosielski Live” to muzyka uchylająca drzwi do głębszego, duchowego doświadczenia. Artur Dutkiewicz Trio udowadnia, że jazz może być skutecznym medium do kontemplacji i otwierania tytułowego „okna na nieskończoność”. Płyta jest pięknie wydana i zaprojektowana. Warto mieć egzemplarz fizyczny, bo zawiera wspaniałą opowieść, wprowadzającą - rozmowę z liderem oraz przepiękne fotosy. KLIKNIJ W ZDJĘCIE, ABY KUPIĆ PŁYTĘ KLIKNIJ W ZDJĘCIE Wesprzyj Jazzdę ! Jeśli cenisz sobie recenzje, które potrafią zajrzeć pod powierzchnię i połączyć muzykę z innymi dziedzinami sztuki, to znaczy, że jazzda.net jest dla Ciebie. Wspieramy ambitne, niekomercyjne projekty, takie jak ten. Chcesz pomóc nam pisać i publikować więcej takich materiałów? Postaw nam kawę! Dla ciebie to tylko dycha, a dla nas jak akord otwierający nową medytację. https://buycoffee.to/jazzda.net
- Linebreaker, czyli Szalony Londyn Tomasza Zyrmonta
Szalone tempo, nieustanne zmiany, nieograniczone możliwości. Tak Tomasz Zyrmont muzyką opisuje Londyn, w którym mieszka. Singiel „Linebreaker” to pulsacyjny, inteligentny i emocjonalny portret stolicy Anglii, który zapowiada album „London Manifest” jego kwartetu, który ma szansę sporo namieszać na scenie europejskiej, jeśli całość będzie utrzymana na takim poziomie. Tomasz Zyrmont, pianista i kompozytor od lat rezydujący w Londynie, tworzy muzykę głęboko osadzoną w tradycji jazzowej, ale z nieustanną potrzebą nowatorskiej ekspresji. Absolwent Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, gdzie doskonalił swoje umiejętności jazzowe pod kierunkiem Wojciecha Niedzieli, oraz Guildhall School of Music and Drama w Londynie, gdzie kształcił się u Nikki Iles. Założył Groove Razors, elektryczny jazz fusion band, działający w Londynie, który wydał dwa autorskie albumy, a także współprowadził Interphase Quartet. Grał u boku takich artystów jak Alex Hutchings, Piotr Wojtasik, Adam Bałdych, Wojciech Pilichowski, Tony Kofi oraz Yaron Stavi. To artysta, którego wszechstronność i działalność zaowocowała niedawno odznaczeniem „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. „Linebreaker” to jego najnowszą kompozycją, napisana z myślą o akustycznym kwartecie, który stworzył z uznanymi muzykami londyńskiej sceny: Seanem Khanem (saksofon), Benem Hazletonem (kontrabas) oraz Filippem Galli (perkusja). Jak tłumaczy sam autor muzyki: Kompozycja czerpie inspirację z miejskiego pulsu Londynu – miasta, w którym codzienność staje się improwizacją, a każdy krok może być początkiem nowej frazy. To opowieść o tworzeniu własnej drogi wśród miejskiego chaosu, o improwizacji w życiu i o sile, która przebija się przez ograniczenia. To, co natychmiast uderza w „Linebreaker”, to precyzja i wyczucie bliskie futurystycznym poetom, z jakimi Zyrmont oddaje puls i nieustanny rytm Londynu . Londyn to dziś jedna z największych i najważniejszych stolic świata – jego obszar metropolitalny liczy niemal 12,5 miliona mieszkańców , z czego około 20% pochodzi z Azji, Afryki i Karaibów. To drugie pod względem wielkości centrum finansowe świata, gdzie dokonuje się 30% światowego obrotu walutami. Co najważniejsze dla nas, żywa, nieustannie eksperymentująca jazzowa scena Londynu, tworzona przez muzyków z całego świata, przesunęła centrum jazzowe świata na wyspę . Właśnie ten gigantyczny, zglobalizowany, pędzący i wielokulturowy puls słychać w muzyce kwartetu. Utwór jest muzyczną metaforą – słychać w nim przenikanie się dźwięków, tempo metra, odgłosy Road Works i migotanie milionów londyńskich świateł i neonów. Zyrmont wprawdzie nie sili się na dosłowność; ale przy pomocy metrum i subtelnej harmonii jest blisko obrazu rzeczywistości, dzięki czemu jego język jest jednocześnie głęboko emocjonalny i matematycznie precyzyjny . Nie jest łatwo to napisać słowami, a co dopiero skomponować i zagrać. Szacunek! „Linebreaker” balansuje między kontrolowanym chaosem a chwilą oddechu, co idealnie oddaje londyńską codzienność. Jak mówi sam tytuł, utwór symbolizuje przełamanie granic, czyli breakowanie linii – zarówno w życiu, jak i w muzyce. W muzycznym sensie „Linebreaker” to moment rytmicznego przełamania, eksplozja energii, po której następuje pauza – chwila oddechu, niezbędna, by nabrać sił do dalszej drogi. W poetyckim sensie jest to opowieść o odwadze w wychodzeniu poza strefę komfortu i tworzeniu własnego, indywidualnego rytmu w świecie pełnym narzuconych schematów. Występy kwartetu (w tym wyprzedane koncerty i nadchodzący występ na London Jazz Festival 2025 ) dowodzą, że ich jazz, łączący kreatywność i swobodę improwizacji z nowoczesną wrażliwością, trafia w punkt. „Linebreaker” to dopiero singiel - dynamiczny i szybki kawałek, który łączy szalony rytm metropolii, intelektualną głębię oraz energetyczne i angażujące brzmienie. Jeśli cała płyta ma być tak dobra, jak utwór, który ją zwiastuje – a narracja całego albumu London Manifest będzie utrzymana w podobnym tempie – to zapowiada się mocne muzyczne wejście kwartetu Tomasza Zyrmonta na początku przyszłego roku. Wesprzyj jazzdę NiezależnĄ ! Jeśli, podobnie jak my, cenisz płyty, które w tak poruszający sposób eksplorują intymny świat dźwięków i odwagę artystów, którzy decydują się kroczyć własną, niełatwą drogą – wesprzyj naszą pracę! Jazzda.net to przestrzeń tworzona z pasją i dla pasji. Jesteśmy niezależni dzięki Wam. Każda symboliczna wpłata na kawę ☕ pozwala nam docierać do tak wybitnych, niezależnych twórców i poświęcać czas na tworzenie tekstów dla Was, wolnych od komercyjnych kompromisów. Pomóż nam utrzymać ten bezkompromisowy kurs w świecie pędu. 👉 Postaw nam kawę, by kolejne recenzje ujrzały światło dzienne: https://buycoffee.to/jazzda.net
- Słońce, taniec i radosny jazz. Najbardziej słoneczny jazz tego roku roku
Juan Romero, weteran szwedzkiej sceny kulturalnej, debiutuje solowo albumem „Lua Armonia” – i robi to w stylu, który każe zrewidować wszelkie polskie wyobrażenia o tym, czym powinien być jazz. To jest muzyka, która ma słońce we krwi. W Polsce wciąż panuje przekonanie, że jazz musi być trudny , skomplikowany i najlepiej, żeby był grany z poważną miną. Na szczęście są młodzi artyści, którzy łamią ten stereotyp: Alamadera, Irka Zapolska, Kosmonauci czy Basic Chill. Album „Lua Armonia” w wykonaniu Juan Romeros Manuella Orkester to radosna, gorąca riposta na takie założenia. To nie jest jazz, który trzeba studiować – to jest jazz, który zaprasza do tańca . To jest sącząca się radość bycia tu i teraz. Sylwetka Artysty: Juan Romero fot. Lamia Karić Juan Romero, to uznany perkusista mieszkający w Szwecji, który po 30 latach grania i pracy na scenie kulturalnej wydaje swoją pierwszą solową płytę. Jest także dyrygentem, kompozytorem, pedagogiem i niezależnym muzykiem. Jako pedagog często uczestniczy w warsztatach perkusyjnych, a jako lider prowadzi zespoły Yakumbé i Sambomba. Obecnie jest również związany z takimi formacjami jak Fire Orchestra, Syrsan, Cosmic Ear czy El Siri BB y la Perrera. Swoje pierwsze kroki w muzyce stawiał w Argentynie w wieku 16 lat pod kierunkiem José Piñeiro Tadeou do Santosa, brazylijskiego perkusisty z Bahia. W 1990 roku przeniósł się do Sztokholmu, gdzie kontynuował studia. W 1993 roku założył zespół perkusyjny Yakumbé oraz został członkiem szkoły samby w Rinkeby. Jego ciągłe poszukiwania i edukacja, od założenia kursu perkusyjnego Sambomba w 2001 roku, po studia na Królewskiej Akademii Muzycznej w kierunku muzyki innych kultur, pokazują, skąd czerpie tę niezwykłą, żywiołową energię. Słońce we krwi i inkluzywność rytmu Perkusista i kompozytor Juan Romero, choć na co dzień rezyduje w Szwecji, czerpie inspirację z nieskończonego źródła: harmonii jazzu, a także tonów muzyki karaibskiej i południowoamerykańskiej . I to czuć w każdej sekundzie! „Lua Armonia” to dzieło, które narodziło się z pięknej, rewolucyjnej idei: jak połączyć free improvisation (wolną improwizację) z fixed grooves (stałymi, bujającymi rytmami) w sposób, który stworzy „inclusive musical world” (muzyczny świat otwarty dla każdego). Kiedy Juan i jego koledzy muzycy zaczęli badać, w jaki sposób swobodna improwizacja może stać się bardziej inkluzywna, pojawiło się wyzwanie: trudność w improwizacji instrumentów melodycznych nad ustalonymi rytmami. Z tego procesu narodziło się coś nowego. Album tworzy przestrzenie, w których kołyszące się groove’y stają się kamieniem węgielnym swobodnej ekspresji. To dalekie od jazzu koktajlowego. To muzyka, która niesie ciepło i rytm tradycji ludowych, ale ze swobodą improwizacji. Jak mówi sam Juan Romero: „Ważne jest, aby większość, a najlepiej wszyscy w pomieszczeniu, czuli się zaangażowani podczas tworzenia muzyki.” I ten cel został osiągnięty. Zamiast intelektualnej łamigłówki, dostajemy płytę, na której rytmy zapraszają słuchacza zarówno do zanurzenia się w improwizacji, jak i do tańca – zupełnie jak w tradycyjnej muzyce ludowej, gdzie rytm jest siłą jednoczącą. Nawet najbardziej wirtuozowskie solówki, w tym fenomenalne partie saksofonu w wykonaniu Julii Strzałek – kobiety petardy znanej z Fire! Orchestra , toczą się na tak szczęśliwej, melodyjnej i tanecznej podstawie, że ku zgrozie tubylców gryzipiórków jazzowych z Polandii chce się po prostu podnieść z fotela. Utwory „La Sabrosura” i „Hos Visnek” zapraszają na parkiet bez żadnych ogródek, nie wstydząc się bujania biodrami, a „El balcon de Ana” wprowadza w totalnie wyluzowany nastrój całej płyty. Słuchając „Lua Armonia”, przenosisz się, słuchaczu, w wąziutkie, kolorowe, słoneczne uliczki Basseterre albo Charlotte Amalie. Choć na płycie nie pada ani jedno słowo, Juan Romero zdaje się namawiać: „Gdzie się tak śpieszysz, człowieku z Europy? Zwolnij, rozejrzyj się, zobacz, jak pięknie jest tu i teraz. Żyj, żyj z całych sił!” To jest antidotum na jazzową nadętość. To jest żądza życia, uśmiech i słońce prosto z plaży , ujęte w genialne, melodyjne kompozycje, które z powodzeniem mogłyby opowiadać o beztroskim życiu . Wirtuozi Radości Romero zaprosił do współpracy czołówkę szwedzkich muzyków, co gwarantuje najwyższy poziom wykonawczy i improwizacyjny: Moim zdaniem, sam udział Julii Strzałek w nagraniu to gwarancja świetnych zagrywek i dziwacznych artykulacji , co doskonale słychać w utworze „One of Those Days” – jedynym melancholijnym na albumie, który jednak radośnie przyspiesza w połowie. Juan Romero – perkusja (lider) Julia Strzalek (Fire! Orchestra) – saksofon Alex Sethson – fortepian, instrumenty klawiszowe Vilhelm Bromander – bas Pelle Vallgren – perkusja fot Lamia Karić Obecność tych muzyków (w tym gościnny występ Gorana Kajfesa) sprawia, że płyta jest nie tylko ciepła i taneczna, ale też niewiarygodnie muzykalna . Juan Romeros Manuella Orkester udaje się w ten sposób – i na całym albumie – połączyć tradycję i innowację w sposób, który wydaje się zarówno ponadczasowy, jak i współczesny . To jest bez wątpienia jeden z najbardziej szczęśliwych albumów jazzowych tego roku. Nieważne, czy nazwiecie to jazzo-polo czy jazzem folkowym – ważne, że to jest czysta "Lua Armonia" (Księżycowa Harmonia) i doskonałe lekarstwo na ponury zimowy polski listopadziec . Nie da się przy tym siedzieć spokojnie. Wydawca: Supertraditional Data premiery: 5 września 2025 Wesprzyj Jazzdę! Jeśli, podobnie jak my, cenisz płyty, które w tak poruszający sposób eksplorują intymny świat dźwięków i odwagę artystów, którzy decydują się kroczyć własną, niełatwą drogą – wesprzyj naszą pracę! Jazzda.net to przestrzeń tworzona z pasją i dla pasji. Jesteśmy niezależni dzięki Wam. Każda symboliczna wpłata na kawę ☕ pozwala nam docierać do tak wybitnych, niezależnych twórców i poświęcać czas na tworzenie tekstów dla Was, wolnych od komercyjnych kompromisów. Pomóż nam utrzymać ten bezkompromisowy kurs w świecie pędu. 👉 Postaw nam kawę, by kolejne recenzje ujrzały światło dzienne: https://buycoffee.to/jazzda.net
- Improwizacyjne szaleństwo w Krainie Absurdu
Irka Zapolska Quartet na nowej płycie rzucają słuchacza prosto w króliczą norę swobodnego, niczym nie krępowanego jazzu, ilustrując literacki absurd Lewisa Carrolla nieokiełznaną maestrią i szaleństwem improwizacyjnym. Do kroćset furbeczek, jakie to dobre! Drugi album kwartetu to dowód na to, że to właśnie jazz jest idealnym narzędziem do ilustrowania literackiego absurdu. Liderka zespołu, Irka Zapolska, po raz drugi zanurza się w twórczość Carrolla (autor "Alicji w Krainie Czarów") tym razem sięgając po jego opowieść „The Hunting of the Snark”. Pani Irka z zespołem po prostu muzycznie maluje ten tekst. I to jak! Wydanie drugiej płyty oznacza, że Biały Królik z "Alicji" z pierwszego albumu ma już wszystko pod kontrolą, jest spoczko wyluzowanym gościem. Nie musi się spieszyć ani powtarzać bez końca z emfazą "Oh dear! Oh dear! I shall be too late!". Teraz, zrelaksowany na miękkiej sofie, co najwyżej mruczy pod nosem: "Play it again, Sam." Jak sama liderka mówi: „ Wonderland Carrolla okazał się to być tak wdzięczny i inspirujący, że czułam potrzebę pogłębienia tego świata i przedstawienia opowieści mniej znanej od Alicji – a wcale nie mniej ciekawej – the hunting of a snark. Sposób pisania Carrolla i te wszystkie zmyślone i sklejone słowa, które swoim brzmieniem dodają charakteru i barwy są osobnym atutem, który w pracy wokalnej jest nieoceniony.” Ten materiał to doskonały przykład nieposkromionej maestrii improwizatorskiej. Zespół odważnie stawia na żywioł, o czym świadczy proces twórczy: Irka Zapolska: „Materiał muzyczny był przez nas improwizowany w studio. Cała reszta materiału jest grana ‘z tekstu literackiego’, jest to skok w głębię improwizacji. Ostatnia ballada ma zapisany temat i harmonię pod solo, bo chciałam domknąć całość i trochę uspokoić to improwizacyjne szaleństwo.” Rozumiecie? Oni to grali "z tekstu literackiego"! Na przykład tego (przełożył algorytm, który poetą nie jest): Szukali go za pomocą naparstków, szukali go z wielką starannością; Ścigali go z widłami i nadzieją; Zagrożono mu śmiercią za pomocą szyny kolejowej; Oczarowali go uśmiechami i mydłem. Ha, jakaż śmiałość zespołowa zatem! Jaka pewność siebie! I słusznie. "THE SONG OF A JUBJUB" to oryginalna, niepowtarzalna wizja muzyczna. Album meandruje tempem i intensywnością, ani na chwilę nie dając złapać oddechu, trzymając słuchacza w stałym napięciu. Kwintesencją tej podróży jest The Jubjub Song , jak się okazuje oparta na jednym ostinato (co to za trudne słowo spytacie? jak na przykład pies radośnie cwałuje i dotyka ziemi łapkami w takim samym odstępie czasu co do milisekundy, to można powiedzieć, że biegnie ostinato, a właściwie, że jego łapki biegną ostinato - no w każdym razie jakoś tak), które staje się fundamentem do eksplozji kreatywności. Utwór kończy się szaleńczo, wybuchem atomowej improwizacji, która wystrzeliła w moim wnętrzu jak lemowska bemba i dotarła w sekundę po same koniuszki palców, stawiając moje cztery włosy na głowie. A następnie pokręcony, postrzelony utwór The Tail ukradł moje serce, duszę i umysł. Jestem jestem uzależniony od tego utworu. Wokalizy pani Irki na całej płycie są poszukujące, tropią zespół, a czasem mu uciekają i każą się gonić jak królik, ściągają uwagę, ogniskują odsłuch, spalają się w brzmieniu zespołowego szaleństwa. Dawno taki nienatrętny, akuratnie wyważony wokal nie przekonał mnie tak bardzo. W The Tail jej głos opowiada, wciąga, porywa, hipnotyzuje wraz z oprawą muzyczną. Zresztą przeczytajcie: Kraina, w której się znalazł, choć obca, wydawała się jednocześnie dziwnie znajoma. Zupełnie niczym sen, o którym wydaje nam się, że już go kiedyś śniliśmy. Pozornie nic tu nie miało sensu, ale przecież wiedział, że było dokładnie tam, gdzie być miało. Mgła oplatała jego myśli i spowalniała kroki, aż w końcu zatrzymał się czując w sercu dziwne uczucie, jakby coś, a może ktoś obserwował każdy jego ruch. To szurnięty po uszy Caroll. Jak dla mnie w punkt, gdyż czuję się podobnie każdego dnia, a Wy? Liderka: Irka Zapolska – Wokal Wspaniała cudowna utalentowana młodość, czyli coś czego niestety nigdy nie doświadczyłem! Otóż pani Irka to wokalistka, absolwentka Akademii Muzycznej w Krakowie (specjalność: rytmika) oraz Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku (specjalność: wokalistyka jazzowa). Laureatka pięknych i zasłużonych nagród, m.in . Grand Prix Ladies’ Jazz Festival, Novum Jazz Festival, Blue Note Festival, Jazz nad Odrą. Liderka Irka Zapolska Quartet, którego album „Perception of Preception” zdobył nominację do Fryderyka 2024 w kategorii Fonograficzny Debiut Roku – Jazz. W Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku prowadzi zajęcia (przedmioty: śpiew jazzowy, improwizacja jazzowa) na kierunku Jazz i muzyka estradowa. skład Franciszek Raczkowski – fortepian Filip Arasimowicz – kontrabas Bartosz Szablowski – perkusja Kwartet, nominowany do Fryderyka 2024 za debiut, udowadnia, że tworzą swoją własną, piękną i niepowtarzalną wizję muzyczną . Stworzyli album hipnotyzujący, dla każdego fana jazzu, który szuka głębokiej koncepcji i nieprzewidywalnej formy. Kolejny, świetny polski album jazzowy tej jesieni. Jeśli, podobnie jak my, cenisz płyty, które w tak poruszający sposób eksplorują intymny świat dźwięków i odwagę artystów, którzy decydują się kroczyć własną, niełatwą drogą – wesprzyj naszą pracę! Jazzda.net to przestrzeń tworzona z pasją i dla pasji. Jesteśmy niezależni dzięki Wam. Każda symboliczna wpłata na kawę ☕ pozwala nam docierać do tak wybitnych, niezależnych twórców i poświęcać czas na tworzenie tekstów dla Was, wolnych od komercyjnych kompromisów. Pomóż nam utrzymać ten bezkompromisowy kurs w świecie pędu. 👉 Postaw nam kawę, by kolejne recenzje ujrzały światło dzienne: https://buycoffee.to/jazzda.net
- Jazz, awangarda z kroplą Kameralistyki: Przegląd Płyt jazzda październik 2025
"Jazzda po płytach" Październik 2025, czyli playlisty z premierowymi materiałami jazzowymi z całego świata. Przemysł muzyczny nie zna litości. Na liście jest niemal 23 godziny muzyki, a za większością utworów stoją wspaniałe płyty. Najlepiej byłoby rzucić robotę, leżeć plackiem, zmieniać płyty i tylko słuchać, słuchać, słuchać. Nie będę ściemniał – nienawidzę jesieni. Najchętniej, wzorem dobrze odżywionego niedźwiedzia, wlazłbym do gawry we wrześniu i wylazł z niej dopiero w kwietniu, żeby podrapać się po plecach. Niestety, nie mam tak hibernetycznych zdolności (choć bardzo się staram), co oznacza, że jesienią, zimą i wczesną wiosną, czyli w trakcie tego długiego, wiecznie trwającego polskiego Listopada, wpadam w głęboką dziurę melancholii. Nie lubię alkoholu, bo w przeciwnym wypadku pewnie chlałbym na umór, więc zamiast wódy serwuję sobie do krwiobiegu ekstremalne dawki improwizowanego jazzu. Upijam się nim, każdego dnia chodzę wstawiony jazzem bez względu na porę dnia. Na szczęście, w październiku natknąłem się na kilka płyt, które działają jak potężna terapia wstrząsowa. To materiał o zaskakującej głębi i koncepcji, sygnowany takimi nazwiskami jak Giovanni Falzone, Paolino Dalla Porta, Vincent Courtois, Colin Vallon, Mikko Innanen, Ingebrigt Håker Flaten, Fred Frith, Mariá Portugal, Rasmus Kjær Larsen, Nicolas Masson, Ambrose Akinmusire i George Lewis. Poniżej postanowiłem poświęcić im kilka zdań. Te projekty wspólnie kreślą mapę współczesnej awangardy: od wydanych po latach nagraniach szalonego minimalnego duetu, przez podwodną podróż w nowej skali harmonicznej, po spotkanie jazzowej improwizacji z rygorem kwartetu smyczkowego. I. Powrót do Esencji: Minimal Duo (Falzone / Dalla Porta) Album "Minimal Duo" (Abeat Records 2025) jest jednym z najbardziej intrygujących przypadków w historii włoskiego jazzu – kapsułą czasu, która staje się manifestem. Materiał, nagrany 13 lat temu przez duet Giovanniego Falzone (trąbka) i Paolino Dalla Portę (kontrabas), ukazuje się dopiero teraz, zachowując swoją siłę i aktualność. Kontekst i Manifest Kreatywności Ten 13-letni dystans nadaje nagraniu charakter „dojrzałej chemii” . Sam projekt to dla artystów nie tylko zbiór miniatur, ale „prawdziwy manifest” ich filozofii: poszukiwania esencji melodii i rytmu w najbardziej oszczędnym formacie. Jak podkreśliła recenzja w Doppio Jazz : „«Minimal Duo» to przede wszystkim spotkanie dwóch wielkich narracyjnych inteligencji, które w formacie duetu, bez sieci zabezpieczających (perkusji, fortepianu), osiągają najwyższy stopień intymności i ekspresji ... To rodzaj muzyki, która samodzielnie moduluje czas, zawieszając go i zagęszczając wokół oszczędnych, ale zawsze głębokich fraz.” Ja jestem prostszy od nadredaktorów Doppio powiem Wam, że panowie gadają ze sobą fenomenalnie, choć przy dzisiejszych jazgotliwych czasach, tworzony na żywca dialog z udziałem ledwie dwóch instrumentów, jest rewolucyjnym manifestem. Nie robię wam złudzeń, to nie jest lista przebojów, a raczej apel do Portrety Mistrzów Dialogu Paolino Dalla Porta (Kontrabas): Eklektyk łączący jazz z tradycjami śródziemnomorskimi. Jako basista legendarnego Oregonu i profesor, wnosi stabilność i głębię harmoniczną. Giovanni Falzone (Trąbka): Kompozytor i wirtuoz, znany z radykalnych reinterpretacji ( Led Zeppelin Suite ) i lirycznej precyzji, niezbędnej do prowadzenia narracji w duecie. II. Transcendentny Upadek: A Simple Fall (Courtois / Vallon) Album "A Simple Fall " (BMC Records 2025) to debiutancki duet wiolonczelisty Vincenta Courtois i pianisty Colina Vallona . To dzieło o głęboko osobistej koncepcji, inspirowane tajemniczą „domową tragedią” , lecz przekształcone w akt transcendentnego piękna i przenikającej melancholii . Orkiestrowy Potencjał w Intymnym Składzie Duet łączy liryczne melodie z abstrakcyjną improwizacją, tworząc unikalny, orkiestrowy wymiar w intymnym składzie wiolonczeli i fortepianu. Niemożliwe? Otóż jest to kalejdoskop, w którym muzyka klasyczna i współczesny jazz spotykają się w poczuciu „swobodnego spadania” inherentnego improwizacji. Kim są twórcy? Vincent Courtois (Wiolonczela): Francuski mistrz transformacji, który uczynił wiolonczelę równie perkusyjną, co melodyczną. Jego związek z BMC Records (wcześniej Carmen Rhapsody ) jest gwarantem konceptualnej głębi. Colin Vallon (Fortepian): Szwajcarski wirtuoz subtelności, znany ze swoich płyt dla ECM Records . Wprowadza dbałość o ciszę i wyrafinowaną, powściągliwą harmonię, idealnie kontrastującą z eksploracyjnym stylem Courtois. Jego największą siłą jest umiejętność kondensacji dowolnego nastroju lub emocji w niezwykłe połączenia dźwięków . Projekt ten to głębokie, wzajemne uzupełnienie – dwóch artystów, którzy operują na styku jazzu i muzyki kameralnej, teraz uwalnia emocjonalny potencjał opóźniania dźwięku i ciszy, prowadząc słuchacza przez liryczną, a zarazem abstrakcyjną opowieść. III. Manifest Natychmiastowości: Live in Espoo (Innanen / Flaten) "Live in Espoo" to surowy, szczery zapis koncertu dwóch potężnych improwizatorów: fińskiego saksofonisty Mikko Innanena i norweskiego kontrabasisty Ingebrigta Håker Flatena . Ta płyta wywróciła mi bebechy, bo wprawdzie muzyków na niej jest dwóch, ale za to muzyki jest mnóstwo. Czysta Improwizacja z Niczego Płyta jest manifestem natychmiastowości – dokumentem czystej, nieograniczonej improwizacji ( instant composition ), stworzonej na żywo, „z niczego” . W przeciwieństwie do zorganizowanych form, ten album bazuje na głębokim porozumieniu i gotowości do radykalnego ryzyka w danej chwili. Live in Espoo" to ekstremalny test dla improwizatorów. W przeciwieństwie do emocjonalnego, zorganizowanego "A Simple Fall", ten album jest surowy, szczery i wymaga pełnego zaangażowania w proces twórczy, który odbywa się w pełni publicznie. Jest to muzyka, która wymaga od słuchacza aktywnego uczestnictwa w jej tworzeniu. Płyta ta to dowód na to, że prawdziwa improwizacja, tworzona na żywo z niczego , może osiągnąć taką samą głębię narracyjną jak starannie skomponowane utwory, jednocześnie zachowując swoją unikalną, niepowtarzalną energię koncertową. Innanen, operując różnymi barwami i technikami, jest motorem napędowym dialogu, wnosząc melodyczną niestabilność. Flaten dostarcza solidną, ale nieprzewidywalną bazę, aktywnie reagując i rzucając wyzwania Innanenowi, zamiast tylko akompaniować. Mikko Innanen (Saksofony): Laureat prestiżowej Yrjö Award . Styl pełen humoru i energii, operujący szeroką gamą instrumentów, od altowego po sopraninowy. W duecie jest motorem napędowym dialogu. Ingebrigt Håker Flaten (Kontrabas): Legenda skandynawskiego free jazzu, współzałożyciel The Thing i Atomic . Jego kontrabas jest perkusyjny i potężny, dostarcza solidną, ale nieprzewidywalną bazę, aktywnie rzucając wyzwania Innanenowi. IV. Transkontynentalna Materia: Matter (Fred Frith / Mariá Portugal) Album "Matter" dokumentuje debiut duetu o iście transkontynentalnej proweniencji: Freda Fritha (gitara, wokal) i Mariá Portugal (perkusja, kompozycja, wokal). To zderzenie dwóch pokoleń i dwóch muzycznych wszechświatów, które łączy wspólna filozofia kwestionowania granic stylistycznych. Fred Frith: Pięć Dekad Awangardy Fred Frith jest żywą legendą, pionierem gitary elektrycznej i improwizacji, którego działalność trwa ponad 50 lat (od Henry Cow w 1968 roku). Wnosi on do duetu ciężar i dziedzictwo całej historii eksperymentu, używając gitary jako instrumentu o nieograniczonych możliwościach teksturalnych. Mariá Portugal: Brazylijska Siła Fuzji Mariá Portugal to wszechstronna perkusistka i kompozytorka o klasycznym wykształceniu. Jej siła to fuzja: swobodnie porusza się między brazylijską piosenką, rockiem, elektroniką i swobodną improwizacją . Była 13. improwizatorką rezydentką Moers Festival (2020) i laureatką Chilean Film Academy Prize 2025 (ścieżka dźwiękowa do 1976 ). Duet Mariá Portugal i Fred Frith narodził się ze spontanicznego spotkania, które szybko przerodziło się w ciągłe poszukiwania: po raz pierwszy artyści improwizowali razem w 2021 roku podczas dwóch koncertów w ramach Soundtrips-NRW. Oficjalna premiera duetu miała miejsce w 2022 roku na festiwalu Unerhört w Zurychu, gdzie zagrali w pełni improwizowany, koncert. Obecnie Portugal i Frith kontynuują tę twórczą wymianę, planując kolejne występy, na których chcą poszerzyć swój repertuar o utwory skomponowane i piosenki, eksplorując intrygujący obszar między ścisłą kompozycją a swobodną formą improwizowaną. "Matter" to dowód na ich pokrewieństwa artystyczne, koncentrujące się na połączeniu kompozycji, improwizacji i wykorzystaniu głosu jako kolejnego instrumentu swobodnej formy. V. Underlake: Odyseja do Zatopionej Krainy (Rasmus Kjær Larsen Trio) "Underlake" (Hobby Horse Records, 2025) duńskiego pianisty Rasmusa Kjær Larsena to powrót do fortepianu akustycznego z wizją mitycznej, zatopionej krainy nad Jeziorem Genewskim, gdzie kompozytor mieszkał. Siedmiotonowy Klucz Kjæra Kjær Larsen, kształcony przez Butcha Lacy’ego, stworzył na potrzeby tej płyty nowy język: większość materiału opiera się na unikalnej 7-tonowej skali jego pomysłu, nadającej muzyce nieziemską, zawieszoną harmonię. Podwodna Nieważkość Płyta ma charakter mroczny, ale piękny , a słuchacz może odnieść wrażenie, że znajduje się pod wodą, gdzie ruchy są w zwolnionym tempie . Opowieść o projekcie "Underlake" rozpoczyna się od utworu "almost weightless", który jest dosłownym zapisem wędrówki w głąb jeziora. Kompozytor, Kjær, przywołał w nim praktykę przekazaną mu przez Butcha Lacy’ego – wyobrażania sobie siebie unoszącego się na jeziorze i wsłuchiwania się w dźwięki dochodzące z głębin niczym bąbelki. Duński modernista potraktował to dosłownie, komponując utwór, unosząc się fizycznie na wodach Jeziora Genewskiego. W rezultacie powstał świat dźwięków opisany przez Kjæra jako „mroczny, ale piękny”, gdzie ruchy wydają się być w zwolnionym tempie, a świat ma inną wagę. Wrażenie to jest tak silne, że w kilku miejscach albumu słuchacz może odnieść wrażenie, że znajduje się pod wodą. Kraina Underlake posiada także swojego mitologicznego ducha, reprezentowanego przez dwa kluczowe utwory: "Ondyne in Silhouette" : Utwór ten, odstępujący od 7-tonowej skali na rzecz tradycyjnej formy, inspirowany jest mityczną nimfą wodną (Ondyną), która wabi żeglarzy swoim syrenim śpiewem. Jest to liryczny moment, który pozwala słuchaczowi symbolicznie wyjrzeć spod powierzchni wody. "Adrift" : Ten utwór jest jedynym w pełni improwizowanym momentem na płycie. Łamiąc wszelkie zasady kompozycyjne, stanowi chwilę swobodnego dryfowania i zagubienia się w bezkresnej toni, co idealnie oddaje uczucie dryfowania w podwodnej, mrocznej przestrzeni. Trio tworzy: Rasmus Kjær Larsen (Fortepian): Dojrzały modernista jazzowy. Nicolas Masson (Saksofon): Artysta ECM, uczeń Cecila Taylora, wnoszący głęboki, europejski liryzm. Noé Franklé (Perkusja): Kształtuje "podwodny ciężar" brzmienia, wykraczając poza tradycyjną rolę perkusisty. VI. May Our Centers Hold: Jazz Spotyka Kwartet (Mivos Quartet / Akinmusire) Album "May Our Centers Hold" (Sideband Records, 2025) to manifest na styku jazzu i muzyki współczesnej, nagrany przez Mivos Quartet , jeden z najbardziej innowacyjnych kwartetów smyczkowych. Płyta jest hołdem dla różnorodności, prezentując kompozycje zamówione u czterech wybitnych twórców, w tym gigantów z kręgu improwizacji. Mivos Quartet: Wirtuozi Awangardy Kwartet (z kluczowymi postaciami jak Olivia De Prato na skrzypcach i Victor Lowrie Tafoya na altówce) słynie z nieskrępowanej wirtuozerii i zaangażowania w muzykę eksperymentalną, improwizowaną i skrajnie awangardową . Ich zaangażowanie gwarantuje maksymalną wierność intencjom kompozytorskim, często wymagającym rozszerzonych technik gry. W środowisku muzyki współczesnej i improwizowanej, muzycy tacy jak Olivia De Prato, William Overcash, Victor Lowrie Tafoya i Nathan Watts są znani z łączenia wirtuozerii klasycznej z niekonwencjonalnymi poszukiwaniami artystycznymi. Austro-włoska skrzypaczka Olivia De Prato szybko zdobyła uznanie w Nowym Jorku jako pasjonatka nowej muzyki, występując na festiwalach takich jak Lucerne z Pierre’em Boulezem, Bang on a Can Marathon oraz Ojai ze Steve’em Reichem, a także będąc członkinią wpływowych zespołów Signal i Victoire. William Overcash, skrzypek z Offenbach, koncentruje się na rozwoju nowej sceny klasycznej, aktywnie współpracując z kompozytorami (jak Jalalu-Kalvert Nelson czy Michael Hersch), grając w Basel Sinfonietta, Broken Frames Syndicate oraz Ensemble Reflektor, a także wykorzystując znajomość Max/MSP do ożywiania utworów elektroakustycznych. Victor Lowrie Tafoya, wszechstronny altowiolista, improwizator i kompozytor, jest członkiem-założycielem Mivos Quartet i Synchronos Ensemble, a jego twórczość kompozytorska łączy osobiste poczucie melodii i harmonii z eksploracją improwizacji i elektroniki. Z kolei wiolonczelista Nathan Watts, mieszkaniec Frankfurtu, za misję obrał sobie uaktualnianie i ułatwianie dostępu do muzyki współczesnej poprzez współpracę z kompozytorami (m.in. przy nagraniu solowych preludiów Jalalu-Kalverta Nelsona); jest członkiem Mivos Quartet, Broken Frames Syndicate i WOVEN, a jego praktyka Deep Listening kształtuje tworzenie sytuacji muzycznych dostosowanych do konkretnego czasu i miejsca. Artyści na Styku Ognia i Lodu Album łączy kompozytorów jazzowych i klasycznych: George Lewis: Legendarny puzonista free jazzu i badacz (AACM), który łączy precyzyjną kompozycję z systemami improwizacyjnymi. Ambrose Akinmusire: Jeden z najważniejszych trębaczy i kompozytorów współczesnego jazzu (Blue Note Records). Jego utwór na kwartet smyczkowy to symboliczne spotkanie jazzowej swobody z rygorem kameralistyki. Jeffrey Mumford: Kompozytor ceniony za delikatną, migotliwą poetykę. Michaela Catranis: Reprezentantka młodszego pokolenia. "May Our Centers Hold" to mapa współczesnej myśli kompozytorskiej , udowadniająca, że granice gatunkowe w muzyce kameralnej XXI wieku są jedynie iluzją. WESPRZYJ NIEZALEŻNE TREŚCI Patrząc na tych sześć albumów – od precyzyjnej improwizacji Mikko Innanena i Ingebrigta Håker Flatena , przez wyważone poszukiwania Collina Vallona , po wizjonerskie kompozycje Ambrose’a Akinmusire i George’a Lewisa – widzimy jedną wspólną cechę: bezkompromisową, artystyczną niezależność . Ci twórcy, podobnie jak niegdyś awangarda, decydują się na niełatwą drogę, często poza komercyjnym obiegiem, manifestując swoją autentyczną wizję i wewnętrzny spokój. Jeśli, podobnie jak my, cenisz płyty, które w tak poruszający sposób eksplorują intymny świat dźwięków i odwagę artystów, którzy decydują się kroczyć własną, niełatwą drogą – wesprzyj naszą pracę! Jazzda.net to przestrzeń tworzona z pasją i dla pasji. Jesteśmy niezależni dzięki Wam. Każda symboliczna wpłata na kawę ☕ pozwala nam docierać do tak wybitnych, niezależnych twórców i poświęcać czas na tworzenie tekstów dla Was, wolnych od komercyjnych kompromisów. Pomóż nam utrzymać ten niekompromisowy kurs w świecie pędu. 👉 Postaw nam kawę, by kolejne recenzje ujrzały światło dzienne: https://buycoffee.to/jazzda.net
- Almadera, czyli Niebiański Spokój
Autorka powiedziała: Serenity to mój wyraz miłości do natury, ludzi i świata . I zaprawdę powiadam Wam, to prawda. Płyta ta wygrywa moje prywatne plebiscyty na "Najbardziej optymistyczną płytę ostatnich lat" , "Najpogodniejszą płytę roku" , "Najbardziej uroczy i ciepły debiut" oraz " Album idealny na ukojenie myśli" . Debiutancki album Almadery, czyli mieszkającej w Danii Aleksandry Raczyńskiej ukazał się 12 listopada 2025 roku. Miałem już okazję go wysłuchać wcześniej, a to była jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły mi się w ostatnich latach! W obliczu tak subtelnie zaaranżowanej muzyki, stałem się po raz pierwszy bezradny. Zaczynałem ten tekst ze dwadzieścia razy i za każdym razem grzęzłem. Mówiłem sobie: Robercie, musisz podejść do tego na zimno, obiektywnie, wyłącz emocje, włącz intelekt. Ochłoń, idź na spacer, wyprowadź psa. Szedłem, otrząsałem się, wracałem oziębły niczym Otto von Bismarck po ostatniej audiencji u Wilhelma II, siadałem w intelektualnym pancerzu, włączałem odtwarzacz i... po kilku taktach znów czułem się jak w niebie. Za każdym razem, gdy zakładałem swą zbroję, zespół Almadera znajdował w niej subtelną szczelinę, przez którą niepostrzeżenie wlewał kojąca błogość. Wobec uroku tej płyty, mój słownik stawał się boleśnie ułomny. Ręka wyrzucała z rękawa rzędy przymiotników i ustawiała je w szeregu, że ładna, piękna, łagodna, spokojna, wysmakowana czy urocza, które choć adekwatne były jednocześnie banalne. Wobec tego, nie zbliżą Was, moi kochani Czytelnicy, nawet na cal do mojego doświadczenia podczas słuchania "Serenity". Ta muzyka sięga głęboko do najwrażliwszych strun duszy, a w tej jej autentyczności i braku "kombinowania" tkwi potężna siła, która jednocześnie czyni ją niemożliwą do opisania. Właśnie w tej niemożności znalezienia adekwatnego słowa tkwi największa siła tego debiutu. To nie jest tylko kwestia estetyki, ale rezonansu. Raczyńska, z jej klasycznym i jazzowym wykształceniem, świadomie odrzuca brawurę na rzecz intymności, a ta intymność w swej szczerości jest niemal euforyczna. Płyta Almadery jest więc apoteozą życia radośnie skupionego na drobiazgach i tym, że te drobiazgi po prostu się wydarzają, a my mamy szczęście ich doświadczać. W świecie, w którym wszystko musi być wystudiowane, gładkie, młode, eleganckie, takie proste przesłanie staje się dziś potężnym i niemal buntowniczym aktem, esencją spokoju, za którym tęsknimy. To dzieło, które od pierwszych nut przekracza ramy gatunkowe, nawet te najbardziej płynne, jak współczesny jazz czy world music. Raczyńska, wspierana przez międzynarodowy kwintet złożony z Otso Kasperi Mielonena (kontrabas), Sebastiana Zawadzkiego (fortepian), Jespera Lørup Christensena (perkusja) i Johannesa Käsbacha (gitara), zaoferowała słuchaczom podróż w głąb emocjonalnego krajobrazu, który z każdą kolejną minutą odsłania coraz to nowe horyzonty. Album jest efektem dojrzewania wokalistki na scenie skandynawskiej i niemieckiej, lecz jego serce bije łagodnym rytmem uniwersalnej, humanistycznej opowieści. Szczególne uznanie należy się Sebastianowi Zawadzkiemu. Wiadomo nie od dziś, że jego fortepian to nie jest brawura, ale niemal kontemplacyjne malowanie przestrzeni, dzięki któremu głos Aleksandry Raczyńskiej mógł tak swobodnie oddychać. Artysta ten, z wykształceniem klasycznym i jazzowym, doskonale rozumie, że w tej muzyce mniej znaczy więcej. Oszczędność, z jaką buduje tło harmoniczne i nieliczne, ale celne solowe wtrącenia, jest kluczowa dla utrzymania tej kruchej, intymnej atmosfery. Bez jego wyczucia Serenity mogłaby stracić swój delikatny charakter. Ale jest na odwrót, słyszymy idealną symbiozę. Być może dla autorki album jest swoistym katharsis, ponieważ sama ona opowiada o błądzeniu, które jest wszakoż immanentną cechą młodych artystów, niezależnie od tego, czym emanują. Być może. Ja go słyszę jednak jako manifest łagodności, wezwanie, aby realizm nie zabijał idealizmu, zwłaszcza dziś, zwłaszcza w tych czasach. Serenity powinna być obowiązkowo puszczana w poczekalniach poradni zdrowia psychicznego, ponieważ jest tak kojąca, uspokajająca i urzekająca, jak te fajne prochy, które tam przepisują. fot. ZUZANNA ANDRUSZEWSKA Sama artystka doskonale ujmuje istotę tego projektu:„ Serenity to mój wyraz miłości do natury, ludzi i świata. To moja debiutancka płyta – podsumowanie 10 lat pracy, w trakcie których doświadczałam zarówno twórczych wzlotów, jak i momentów zwątpienia w siebie. Przez lata próbowałam być ‘jakaś’, teraz wiem, że najpiękniej jest po prostu wyrazić autentyczną siebie.” fot. ZUZANNA ANDRUSZEWSKA "Serenity" to opowieść, baśń, klechda. Muzyka Almadery jest tunelem do alternatywnego świata. Świata, w którym zwycięża dobro, łagodność i lepsza wersja człowieczeństwa. Ten liryczny światopogląd jest wspierany przez wyjątkowo zgrany, międzynarodowy skład, który operuje dźwiękiem z niemal sakralną precyzją. Improwizacje nie są tu popisem wirtuozerii, ale intymnym dialogiem instrumentów z głosem. Każda fraza, każdy akord, stają się elementem wspólnej narracji, pogłębiając wrażenie, że słuchacz został zaproszony do bardzo osobistej, magicznej gawędy. Teksty, współtworzone z czeską poetką Theą Podzimkovą, charakteryzują się intymnością i delikatną metaforyką, które idealnie współgrają z warstwą instrumentalną. Wokal Aleksandry Raczyńskiej, ukształtowany zarówno przez jazz, jak i dyrygenturę chóralną, jest czysty, ale daleki od chłodnego perfekcjonizmu. Jest pełen niuansów, które przekazują autentyczne wyrażanie siebie – od szeptanej kontemplacji, po pełne, emocjonalne frazy. Wszechobecna cisza i akustyczne brzmienia, mistrzowsko zmiksowane przez Ignacego Gruszeckiego, podkreślają ten intymny charakter projektu: tutaj liczy się wewnętrzny krajobraz, nie zewnętrzny hałas. "Serenity" jest płytą na wskroś autorską, stanowiącą manifest poszukiwania wewnętrznego spokoju. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto szuka w muzyce schronienia i opowieści. Wiecie, co jest najwspanialsze? Że tyle talentu i radości noszą w sobie tak młode osoby. Mnie, dziadersa, to strasznie podnosi na duchu O Artystach Aleksandra Raczyńska (Almadera) Almadera to pseudonim artystyczny polskiej wokalistki, kompozytorki, skrzypaczki i dyrygentki chóralnej Aleksandry Raczyńskiej, która od 2018 roku mieszka w Kopenhadze, dzieląc życie zawodowe między Danią a Gdańskiem. Jej twórczość łączy melodyjny śpiew, recytację oraz akustyczne brzmienia, często czerpiąc inspiracje z natury i głębokich emocji. Ma za sobą studia klasyczne i jazzowe w Polsce (AMUZ Gdańsk) i Hiszpanii (ESMUC Barcelona), tournée w Chinach i występy na kopenhaskich scenach, m.in . Copenhagen Jazz Festival, w Literaturhaus i Amager Records. Jest inicjatorką dwóch projektów: Almadera — kameralnej mieszanki jazzu i poezji śpiewanej, oraz Shaevrak — eksperymentalnej fuzji muzyki elektronicznej z instrumentami akustycznymi. Sebastian Zawadzki Sebastian Zawadzki to polski pianista i kompozytor, który od 2010 roku mieszka w Danii. W swojej twórczości łączy jazzową improwizację z klasyczną, tworząc muzykę na fortepian solo, trio jazzowe, a także muzykę orkiestrową i filmową. Studiował m.in . w Odense, Krakowie i Kopenhadze, a jego utwory były wykonywane na międzynarodowych scenach. Współpracował z takimi artystami jak Adam Bałdych czy Jan A.P. Kaczmarek. Lubi przekraczać granice gatunków i stale poszukuje nowych brzmień. patroni medialni albumu Wsparcie dla Niezależności i Spokoju Jeśli, podobnie jak my, cenisz płyty, które w tak poruszający sposób eksplorują intymny świat dźwięków i odwagę artystów, którzy decydują się kroczyć własną, niełatwą drogą - manifestując spokój w świecie pędu, jak Almadera - wesprzyj naszą pracę! Jazzda.net to przestrzeń tworzona z pasją i dla pasji. Każda symboliczna wpłata na kawę ☕ pozwala nam docierać do tak wybitnych, niezależnych twórców i poświęcać czas na tworzenie tekstów dla Was, wolnych od komercyjnych kompromisów. 👉 Postaw nam kawę, by kolejne recenzje ujrzały światło dzienne: https://buycoffee.to/jazzda.net
- Patricia Brennan Leci do gwiazd
„Świat jazzu może utknąć w walce między głową a sercem, ale rzadko można znaleźć improwizatorkę takĄ, jak Patricia Brennan, której muzyka wydaje się istnieć poza ciałem”. Giovanni Russonello - The New York Times Inspiracja Albumu: Symetria w Chaosie Kosmosu Wspaniała okładka albumu P. Brennan Nocne niebo od zawsze pociągało Patricię Brennan tajemnicą tego, co kryje się poza nim. Wśród bezmiaru gwiazd dostrzegała fascynującą równowagę i symetrię – esencję porządku wyłaniającego się z kosmicznego chaosu. Te wzory konstelacji wzmogły jej ciekawość, skłaniając do zbadania, w jaki sposób ich niebiańskie, geometryczne formy można przełożyć na język muzyczny. No i przełożyła. Tak powstał album "Of the Near and Far". Bardzo czekałem na tę płytę, bo jej poprzednia była natchniona i absolutnie przewyższyła wszystko, co usłyszałem w 2024 roku. Patricia Brennan niedawno została ogłoszona zwyciężczynią w kategorii "Wibrafonista Roku" w 73. corocznym plebiscycie krytyków DownBeat (2025) - co dla wielu oznacza, że według krytyków tego ważnego jazzowego tytułu jest obecnie najlepszą wibrafonistką na świecie. Już przy okazji premiery swojej poprzedniej płyty, " Breaking Stretch" , Patricia Brennan anonsowała, że motyw kosmosu i astronomii jest dla niej kluczowy i nierozerwalnie związany z jej metodą kompozytorską. W wywiadzie dla PostGenre na pytanie o utwory takie jak „Five Suns” i „Earendel”, artystka odpowiedziała: „Fascynuje mnie astronomia. Dla mnie konstelacje i wszystkie ich aspekty wiążą się z podejściem matematycznym – czerpię inspirację również z kształtów – co znajduje odzwierciedlenie w mojej twórczości.” Metoda Kompozytorska: konstelacja Koła Kwintowego KOŁO KWINTOWE Latem 2024 roku wypracowałam sposób, który pozwolił mi zebrać dane dotyczące wysokości dźwięków oraz wartości liczbowe bezpośrednio z konstelacji. Nałożyłam kształty konstelacji na koło kwintowe . Koło kwintowe jest symetryczną strukturą, która porządkuje wysokości dźwięków w sekwencji, demonstrując relacje między tonacjami. Zaintrygowało mnie, czy symetria kosmicznych wzorów może przełożyć się na symetrię muzyczną – harmoniczną lub melodyczną – mówi Brennan. " Ten album powstał z moich prób przełożenia kształtu konstelacji na treść muzyczną; z bardzo naukowego i intelektualnego punktu widzenia. Pomysł na ten album zrodził się z mojej własnej ciekawości, czy symetrię, którą widać na niebie, da się jakoś przełożyć na muzykę. I rzeczywiście, przełożyły się. Właściwie wiele zbiorów dźwięków, które otrzymałem, miało sens. Czasami były bardzo tonalne lub w inny sposób miały ze sobą bardzo interesującą relację" – wyjaśnia artystka, podkreślając fundament swojej metody opartej na danych. Zebrany w ten sposób materiał stał się surowcem dla jej procesu kompozytorskiego. Większość utworów na płycie opiera się całkowicie na tych danych, a każda kompozycja czerpie z unikalnych wzorów gwiazd. Artystka zagłębiła się także w mitologię związaną z każdą konstelacją – niektóre dobrze znane, inne mniej, ale wszystkie bogate w historię i inspirację. Ponieważ prace nad płytą trwały latem, naturalnie przyciągały ją konstelacje otaczające Trójkąt Letni , które często obserwowała przez teleskop. Warto zauważyć, że podobne, matematyczne podejście do kompozycji, w której dane spoza świata muzyki służą jako strukturalny „zapłon” dla improwizacji, nie jest obce współczesnemu jazzowi. Latem tego roku mój ulubiony trębacz Dan Rosenboom wydał album „Coordinates” , którego koncepcja również opierała się na przekładaniu danych na muzykę, choć w inny sposób. W skrócie wyglądało to tak: Wybór Punktów Startowych: Rosenboom wybrał losowe współrzędne geograficzne, potraktował je jako punkty startowe dla kolejnych tematów. Rządzenie Kompozycją: Każdy zestaw liczb rządził rytmem, metrum lub charakterem danej kompozycji. Improwizacja: Ta zabawa formą stworzyła naturalny bodziec do improwizacji i poszukiwania nieznanych brzmień. Choć Rosenboom czerpie z geometrii Ziemi, a Brennan z geometrii nieba, oba te projekty łączy dążenie do wykorzystania symetrycznych struktur – czy to geograficznych, czy astronomicznych – do stworzenia unikalnej, rygorystycznej, ale jednocześnie otwartej ramy dla swobodnej, jazzowej improwizacji. Kim jest Patricia Brennan? Meksykańska wibrafonistka, marimbistka, improwizatorka i kompozytorka Patricia Brennan jest „powszechnie uznawana za jedną z nowszych liderek tego instrumentu” – jak zauważył The New York City Jazz Record . Jej pozycja jest niepodważalna w najważniejszych rankingach branżowych ale w Europie nie należy do rozpoznawalnych muzyczek. Warto więc tym, którzy cenią zdaniem specjalistów wspomnieć, że Brennan: Zdobyła nagrodę "Wschodzącej Gwiazdy Wibrafonu" w plebiscycie krytyków magazynu DownBeat w edycjach 70. (2022) i 72. (2024). Została umieszczona na 4. miejscu w rankingu najlepszych wibrafonistów w edycjach 71. (2023) i 72. (2024) w tym samym plebiscycie krytyków. Niedawno została ogłoszona zwyciężczynią w kategorii "Wibrafonista Roku" w 73. corocznym plebiscycie krytyków DownBeat (2025) - co dla wielu oznacza, że według krytyków tego tytułu jest obecnie najlepszą wibrafonistką na świecie Patricia Brennan odziedziczyła głęboką miłość i uznanie dla tradycji muzycznej po obojgu rodzicach, dorastając w bogatej muzycznie atmosferze swojego rodzinnego Portu Veracruz w Meksyku . Muzyką zajęła się w wieku zaledwie 4 lat , grając na perkusji latynoskiej do płyt salsy razem z ojcem, a także słuchając płyt Jimiego Hendriksa i Led Zeppelin z matką. Mniej więcej w tym samym wieku zaczęła też grać na fortepianie, pod wpływem swojej babci, która była pianistką. Warto zaznaczyć, że Patricia Brennan mieszka w USA od ponad 20 lat, co miało ogromny wpływ na ukształtowanie jej dojrzałego stylu artystycznego. Brennan gra Kosmos Pięć konstelacji odtworzonych na tej płycie to: Antlia (Pompa Powietrzna), Wodnik , Andromeda, Lyra (Lira) i Orzeł. Na płycie znalazła się również kompozycja „When You Stare Into The Abyss” (Kiedy patrzysz w otchłań), inspirowana samą esencją tego dzieła, a nie konkretną konstelacją. W ramach procesu kompozycji powstały także dwie partytury graficzne: „Citlalli I” i „Citlalli II”. Podczas nagrania zespół improwizował wersję każdej partytury, a materiał ten został wykorzystany do stworzenia utworu „Citlalli”. Zachwyca mnie matematyczne, strukturalne, bardzo konkretne podejście Patricii Brennan do swoich kompozycji. Utwór „Andromeda” jest bezpośrednim przełożeniem osobistych obserwacji astronomicznych na formę muzyczną, odzwierciedlającą kształt pobliskiej galaktyki. „ Najpierw zebrałam mnóstwo pomysłów wynikających z umiejscowienia konstelacji. Zbadałam je i wykorzystałam, jak tylko mogłam. Ostatecznie skleiłem je w całość, która odzwierciedla kształt galaktyki Andromedy” – mówi Brennan. Inspiracją zrodziła się z osobistego, głębokiego doświadczenia: „T ego lata pojechałam z teleskopem do Connecticut i Maine, żeby uciec od blasku, który wytwarza Nowy Jork. I po raz pierwszy naprawdę wyraźnie dostrzegłam Andromedę. To było niesamowite, bo wyraźnie – i nie używam superwymyślnego teleskopu – widać gaz. Wygląda jak dym. Utwór odzwierciedla więc spiralny kształt Andromedy melodią w wibracjach przechodzących do instrumentów smyczkowych, a nawet w sposobie, w jaki akordy zmieniają ruch. Utwór jest niezwykle trudny do opanowania .” To jeden z najlepszych utworów jazzowych, jakie kiedykolwiek słyszałem. Zaczynają go rwane dźwięki smyków, które nagle przechodzą w powtarzalną ostrą sekwencję. Kiedy gitara elektryczna buduje na jej tle ulatujące w niebo struktury improwizowane, zaczyna czaić się wibrafon, aż przechodzi w ekstazę, superszybkie pasaże wsparte dźwiękami elektroniki. Kiedy wygląda na to, że kawałek osiągnął apogeum, cały zespół przechodzi w zbiorową orgię dźwięku, jak w początkach scenicznej działalności Pharoaha Saundersa. Niezwykła, wręcz fizyczna ekstaza. Z kolei inny utwór „Lyra” stanowi wyjątkowy przykład narracyjnego podejścia w kompozycji. Konstelacja Liry (Lyra) zainspirowała Brennan do sięgnięcia po operę „La favola d'Orfeo” Claudia Monteverdiego . Jak wyjaśnia: „Pisząc «Lyrę», pomyślałam o strukturze operowej. Zaczyna się więc pięknym intro z udziałem Milesa [Okazakiego], które odzwierciedla początek opery Monteverdiego, gdzie Orfeusz i Eurydyka są razem i biorą ślub. «Lyra» przechodzi następnie w duet fortepianowy, który odtwarza początek nocy w operze. Następnie rozpoczyna się kolejny akt, gdy wchodzi cały zespół. «Lyra» kompozycyjnie różniła się trochę od pozostałych utworów na albumie, ponieważ bardziej kierowałam się operą. Uwielbiam operę. Dla mnie jest bardzo wizualna muzycznie. Można zamknąć oczy i – czytając jak książkę – wyobrazić sobie scenerię, nawet jeśli słyszy się tylko muzykę, a nie widzi przedstawienie. Chciałam, żeby «Lyra» również zawierała ten aspekt.” Instrumentarium na płycie odwzorowuje różnorodne inspiracje Brennan – od muzyki klasycznej i nowej, po jazz i rock alternatywny. Zespół składa się z jazzowego kwintetu (fortepian, bas, perkusja, gitara i wibrafon), standardowego kwartetu smyczkowego plus muzyka elektronicznego (Arktureye - Noel Brennan, prywatnie mąż Patricii). Role instrumentów są również istotnym punktem wizji Brennan. Artystka otwarcie kwestionuje tradycyjne podziały, stawiając na zaskakujące funkcje poszczególnych muzyków i ich instrumentów: „Idea zabawy z oczekiwaniami dotyczącymi ról instrumentów jest kluczowa dla obu moich ostatnich projektów. Są pewne rzeczy, których zgodne z tradycją, oczekuje się od wszystkich instrumentalistów w kontekście muzycznym. Chcę kwestionować te koncepcję i zmieniać rolę instrumentów. Podobnie jak w przypadku moich poprzednich albumów, tak i na ostatnim, starałam się podważyć konwencjonalne oczekiwania dotyczące roli poszczególnych instrumentów i poszerzyć ich paletę brzmieniową. Na przykład instrumenty smyczkowe mogą pełnić tradycyjną rolę melodyczną lub też mogą pełnić rolę teksturalną, tworząc warstwy dźwiękowe. Ostatecznie możliwości brzmieniowe zespołu są kształtowane przez potrzeby każdej kompozycji i moją ogólną wizję tego projektu." Elementy elektroniczne pełnią funkcje od subtelnych tekstur po kluczowy element narracyjny, jak w utworze „Citlalli”. Instrumenty smyczkowe mogą pełnić zarówno tradycyjną rolę melodyczną, jak i czysto teksturalną, tworząc warstwy dźwiękowe. Ostatecznie, możliwości brzmieniowe zespołu są kształtowane przez potrzeby każdej kompozycji i jej ogólną wizję projektu. Słuchając tej muzyki, zachęcam Państwa, abyście uwolnili wyobraźnię i patrzyli nie tylko do wewnątrz siebie i w górę, w stronę nieba, ale także poszukiwali światła nadziei pośród ciemności otchłani - powiada Brennan. WESPRZYJ NiezależnĄ TWÓRCZOŚĆ: Jeśli, podobnie jak my, cenisz płyty, które w tak bezkompromisowy sposób eksplorują granice gatunku – od astronomii i matematyki po wibrafonową awangardę – i odwagę artystów decydujących się kroczyć własną, niełatwą drogą, jak Patricia Brennan, wesprzyj naszą pracę! Jazzda.net to przestrzeń tworzona z pasją i dla pasji. Każda symboliczna wpłata na kawę ☕ pozwala nam docierać do tak wybitnych, niezależnych twórców i poświęcać czas na tworzenie tekstów dla was. 👉 Postaw nam kawę, by kolejne recenzje kosmicznego jazzu ujrzały światło dzienne: https://buycoffee.to/jazzda.net PATRICIA BRENNAN "Of the Near and Far" Nagranie Brooklyn, 12 maja 2025 r. SKŁAD ZESPOŁU: Modney – skrzypce Pala Garcia – skrzypce Kyle Armbrust – altówka Michael Nicolas – wiolonczela Sylvie Courvoisier – fortepian Miles Okazaki – gitara Kim Cass – bas John Hollenbeck – perkusja i instrumenty perkusyjne Arktureye – elektronika Patricia Brennan – wibrafon z elektroniką, marimba Eli Greenhoe – dyrygent Wszystkie kompozycje: Patricia Brennan Produkcja: David Breskin Nagranie: Chris Allen, 8 i 9 grudnia 2024 r., Sear Sound, Nowy Jork, NY Miks: Owen Mulholland w 35th Street Studio, Nowy Jork, NY Mastering: Scott Hull w Masterdisk, Peekskill, NY Szeroka Paleta Współpracy: Gdzie Słychać Patricię Brennan? Patricia Brennan jest jedną z najbardziej rozchwytywanych instrumentalistek i improwizatorek na współczesnej scenie muzycznej, występując i nagrywając w wielu prestiżowych składach i projektach: Duże Zespoły i Big Bandy: Nominowany do nagrody Grammy zespół John Hollenbeck Large Ensemble . Zespół Michaela Formanka Kolossus . Nagrodzony Grammy zespół Arturo O'Farrill Afro Latin Jazz Big Band . Zespoły kierowane przez innych liderów: Zespół Matta Mitchella Phalanx Ambassadors . Zespół Mary Halvorson Amaryllis . Współpraca z Vijayem Iyerem: Członkini zespołu Blind Spot z pisarzem Teju Cole'em. Występy w projekcie dużego zespołu Iyera Open City . Udział w mniejszych zespołach u boku uznanych muzyków, takich jak basista Reggie Workman i trębacz Wadada Leo Smith . Własne Projekty i Duety: Solowy projekt MAQUISHTI . MOCH – duet z perkusistą, perkusistą i turntablistą Noelem Brennanem (Arktureye). MORE TOUCH – kwartet z Mauricio Herrerą na perkusji, Marcusem Gilmore’em na perkusji i Kim Cass na basie. PATRICIA BRENNAN SEPTET – w składzie z sekcją rytmiczną More Touch, a dodatkowo Adamem O’Farrillem na trąbce, Jonem Irabagonem na saksofonie altowym i sopranowym oraz Markiem Shimem na saksofonie tenorowym. TALAMANTI – duet fortepianowo-perkusyjny z pianistką Sylvie Courvoisier.
- Peter Evans Ars Ludicra, czyli muzyka z siłą wybuchu tysiąca słońc
Wiele wspaniałych albumów, które przetrwały próbę czasu i na zawsze zmieniły oblicze jazzu, zostało nagranych w legendarnym studio Rudy’ego Van Geldera w Englewood Cliffs. To tam powstały takie arcydzieła jak The Sidewinder Lee Morgana (1964), A Love Supreme Johna Coltrane’a (1965) czy Saxophone Colossus Sonny'ego Rollinsa (1956). Ars Ludicra została nagrana w 2024 roku w tym samym, historycznym Van Gelder Studios w New Jersey, co dodatkowo podkreśla aspiracje kwartetu. To brzmienie, dynamika i energia zdefiniowały kanon. Według mnie "Ars Ludicra" Petera Evansa z pewnością dołączy do tego zestawu płyt, których znaczenie dla historii gatunku staje się oczywiste już w momencie premiery! Peter Evans, trębacz-wirtuoz, który od lat definiuje nowojorską scenę improwizowaną, powraca z trzecim albumem studyjnym swojego kwartetu Being & Becoming zatytułowanym "Ars Ludicra" (Sztuka Zabawy). To dzieło, które niemal natychmiast po premierze w 2025 roku zyskało miano pretendenta do tytułu najważniejszego wydawnictwa jazzowego tego sezonu, dokumentując szczytową formę zespołu po intensywnych trasach koncertowych. Peter Evans – Architekt AWANGARDY Peter Evans (ur. 1981) to postać bez której nie można wyobrazić sobie współczesnej sceny kreatywnej. Od debiutu w 2002 roku, Evans stał się jednym z najbardziej cenionych, a zarazem technicznie ekstremalnych trębaczy jazzu i muzyki współczesnej. Jest wirtuozem technik rozszerzonych , opanowując między innymi grę wielogłosową (multiphonics) i oddech cyrkulacyjny, co pozwala mu na osiąganie brzmień zbliżonych do instrumentów elektronicznych. Działa na przecięciu free jazzu, muzyki klasycznej (jest interpretatorem dzieł Xenakisa i Varese’a, członkiem International Contemporary Ensemble) oraz awangardowego rocka. Współpracował z takimi legendami jak John Zorn, Anthony Braxton, Evan Parker, Craig Taborn oraz zespołami Pulverize the Sound (z Mike Pride i Tim Dahl) i Amok Amor (z Christianem Lillingerem). Ars Ludicra to najnowszy rozdział w jego imponującej dyskografii, której początkiem był debiut Being & Becoming (2020), a kontynuacją Ars Memoria (2022). jak UWIĘZIONY W MASZYNIE PTAK Evans, znany ze swojej techniki rozszerzonej, która sprawia, że jego trąbka brzmi jak syntezator, a momentami jak ptak uwięziony w maszynie, nie zawodzi. Ta płyta nie ma wstępu, od razu w uszach wybucha różnobarwny granat! Ta płyta to wybuch, szaleństwo od pierwszego do ostatniego dźwięku! W porównaniu do Ars Memoria brzmienie grupy zmieniło się radykalnie, obejmując teraz jeszcze większą różnorodność stylów i dźwięków. Muzycy grają tak, jakby jutro kończył się świat, jakby jutra miało nie być. Zespół jest u szczytu formy, a jego członkowie - muzycy, którzy świetnie rozumieją intencje lidera – operują swobodą i precyzją, której próżno szukać w mainstreamie. siła to skład Pełny skład zespołu Being & Becoming to jego siła. Na płycie występują: Peter Evans – trąbka, fortepian, instrumenty elektroniczne Joel Ross – wibrafon, syntezator (natychmiast włącza szósty bieg wibrafonu, szalejąc frazami) Nick Jozwiak – bas, syntezator Michael Shekwoaga Ode – perkusja (to, co robi Ode jest nieprawdopodobne: raz gra jak najczulszy jazzman, innym razem wali w zestaw z całą mocą, co widać na przykład w utworze "Malibu"). To, co wyróżnia Ars Ludicra , to niesamowite poczucie wspólnej narracji oraz dopracowanie postprodukcyjne. Szczegółowa postprodukcja z udziałem inżyniera Mike'a Pride’a zaowocowała albumem, który łączy w sobie wybuchową dynamikę stadionową utworu „Malibu”, musique concrète w „Pulsar” czy wybujałe orkiestrowe tekstury inspirowane muzyką brazylijską w „Images”. Kompozycje Evansa są otwarte, ale jednocześnie mają solidne, wyznaczone punkty orientacyjne, które pozwalają muzykom na eksplorację i szaleństwo w ramach określonego, dynamicznego planu. W samym środku utworu "Pulsar" muzycy bawią się brzmieniem tak, jakby nagle zaczęli grać w zwolnionym tempie, a ze studia ktoś ukradł większość mikrofonów – jest to moment mistrzowskiego kontrastu dynamicznego, który wciąga słuchacza jeszcze głębiej. Absolutnie nowatorskie brzmienie zespół tworzy w utworze "My Sorrow is Luminous" (Mój smutek jest świetlisty). Jest to rzadki cover rosyjskiej piosenkarki folk-punkowej Yanka Dyagileva , zaaranżowany i rozbudowany do rozmiarów symfonicznych. Do szaleńczego biegu perkusji i niestrudzonych serii Evansa dołącza pulsacyjna elektronika, a Joel Ross gra na wibrafonie z elektronicznym, wrzącym tłem . To jest genialne! Otatni ut wór "Images" przenosi nas do zupełnie innego, bardziej wyciszonego i impresyjnego świata, z delikatnym ukłonem w stronę klimatu Japonii. Zespół się uspokaja, a Michael Shekwoaga Ode już nie "ciśnie stopami ile wlezie", ale eksploruje talerze. Evans cudnie pasażuje na tle subtelnej elektroniki, wygrywając powolne improwizacje ciągnące się za zespołem jak długi szal w dżdżysty dzień. Wpływ i obecność Alice Teyssier (którą Evans doskonale zna ze wspólnego projektu SYMPHONY) na flecie w tym utworze sprawia, że kompozycja zyskuje niezwykłą głębię i przestrzeń, poszerzając muzyczny horyzont kwartetu. To dowód na to, że grupa jest mistrzem kontrastu. Ewolucja Trwająca: Nowy Rozdział Wszyscy czterej muzycy występujący na albumie grają z niepowtarzalną indywidualnością i stylem, poruszając się po labiryntowych kompozycjach z lekkością i elegancją. Efektem jest coś radykalnie odmiennego od poprzednich wydawnictw grupy. Album Ars Ludicra z 2025 roku jest udokumentowaniem intensywnego rozwoju grupy, ale jej ewolucja trwa. W 2025 roku do składu dołączył laureat nagrody Pulitzera, kompozytor i multiinstrumentalista dr Tyshawn Sorey grający na perkusji, co zapowiada kolejny, ekscytujący rozdział w historii Being & Becoming . Ta płyta jest dowodem na to, że prawdziwa awangarda nie musi być hermetyczna. Jest to muzyka, która wymaga skupienia, ale w zamian oferuje porywającą, pełną życia grę. To bardzo żywiołowa, gwałtowna płyta, jest na niej mnóstwo emocji. Tytuł "Sztuka Zabawy" doskonale oddaje jej ducha: jest tu radość z odkrywania, z łamania zasad i z perfekcyjnej, choć szalonej, improwizacji. Dla kogo jest ta płyta? Dla wszystkich, ale głownie dla fanów skomplikowanej, polirytmicznej muzyki, która czerpie zarówno z klasycznego jazzu, jak i z muzyki współczesnej (Stockhausen, Xenakis). Wnioski: Nie jest to po prostu "kolejny" album awangardowy. Ars Ludicra to manifest. to nowy Hard Core Jazz, Supernowa, Absolutny Kosmos! Peter Evans, wspierany przez wibrafonowy geniusz Joela Rossa, stworzył dzieło, które przesuwa granice możliwości jazzowego kwartetu i definitywnie ustala, jak brzmi jazz 2025 roku . Wsparcie Twórczości Niezależnej Jeśli, podobnie jak my, cenisz płyty, które w tak bezkompromisowy sposób eksplorują granice gatunku i odwagę artystów decydujących się kroczyć własną, niełatwą drogą, jak Peter Evans , wesprzyj naszą pracę! Jazzda.net to przestrzeń tworzona z pasją i dla pasji. Każda symboliczna wpłata na kawę ☕ pozwala nam docierać do tak wybitnych, niezależnych twórców i poświęcać czas na tworzenie tekstów dla was. 👉 Postaw nam kawę, by kolejne recenzje ujrzały światło dzienne: https://buycoffee.to/jazzda.net
- Cyryl Lewczuk Quartet "Cactus Flower, czyli klasyczny jam
Mogłoby być tak: Dopadli do siebie jak dwa wściekłe psy, gołymi rękoma chcąc zadać sobie szybką i możliwie bolesną śmierć. Wybałuszone z wysiłku oczy bielały w mroku, ruchy mieli szybkie, rwane, napędzane adrenaliną i strachem przed zbliżającym się końcem, charczeli jak zwierzęta, siłą mięśni starali się pokonać przeciwnika, wbić go w podłoże, udusić, złamać żebra, wyłupić oczy. Tarzali się jak szaleńcy, splątani w gordyjskim tańcu zawodowych zabójców. Ich walka na śmierć i życie w leju pełnym błota przypominała średniowieczny zmierzch bitewny, gdy kordony jednych dobijają jęczących rannych przegranych. Żaden z dwóch walczących nie miał broni palnej, wytrącili sobie też wzajemnie bagnety i noże, które wylądowały gdzieś w tym ciemnym, pełnym wody dole po wybuchu. Dole, który dla jednego z nich stanie się niebawem grobem, w którym spocznie na wieki. Zmagali się od kwadransa. Na śmierć, nie na niewolę. Zajadle, szalenie, potwornie, bez litości. Za broń służyły im więc ręce, nogi, zęby. Okładali się po mundurach i twarzach, dusili, gryźli. Połamali już sobie nosy, jeden z nich miał wybity kciuk, drugi rozciętą nożem nogę, obaj krwawili. Chcieli się zabić, bo byli wrogami, wszak ich armie toczyły właśnie wojnę. Na wojnie ten argument jest wystarczający. Tu się nie myśli, tu się zabija. Jeszcze raz przeturlali się w błocie. Jeden trzymał drugiego za gardło, ale nie mogli zamknąć uścisku ostatecznie na szyi, bo obaj żołnierze wiedzieli, jak się z niego uwolnić, jak się nie dać zabić. Pomagał też dziki instynkt przeżycia. Wili się więc, szarpali, dyszeli i pluli krwią. I nagle zastygli w bezruchu. Zatrzymali się, bo w nieboskłon popłynęły dźwięki muzyki. Dźwięki piękne i łagodne – wprawiając ich w nieruchome zdumienie, ich ratunek. Jeszcze się trzymali nawzajem w żelaznym uścisku, ale stalowe chwyty już zelżały, złagodniały, zesłabły. - Cactus flower? – zapytał jeden drugiego Tamten zdumiony pytaniem kiwnął powoli głową. Muzyka płynęła ze smartfona umieszczonego w kieszeni kurtki jednego z nich, zapewne wzbudzona przypadkiem podczas walki. Była niebiańska, zaś pytanie stanowiło dowód, że obu z nich jest znana. Byli uratowani. Uratował ich kwartet Cyryla Lewczuka. Jak naiwny idealista chciałbym wierzyć, że ci dwaj żołnierze mogliby spotkać się w zupełnie innych okolicznościach – na przykład na koncercie Cyryla Lewczuka – zamiast w leju pełnym błota na froncie. Bez indoktrynacji i ideologicznej trucizny byliby normalnymi ludźmi, którzy przestali by być marionetkami, manipulowanymi przez rządy. A ten piękny, łagodny dźwięk, który ich uratował, to właśnie esencja tego, co usłyszycie na „Cactus Flower” . Cyryl Lewczuk Quartet, formacja założona w 2023 roku, z sukcesami koncertuje na festiwalach - właśnie obecnie jest na trasie koncertowej po Polsce, na końcu tekstu lokalizacje i daty. Nadeszła naturalna kolej na debiut fonograficzny zatytułowany właśnie „Cactus Flower” . Choć zespół deklaruje czerpanie z różnych stylów – od latin jazz po post-bop – to w swojej istocie wybrał ścieżkę eleganckiego, nowoczesnego, mainstreamowego jazzu z odrobiną szaleńczej improwizacji. Lider zespołu, Cyryl Lewczuk , jest cenionym saksofonistą i kompozytorem, a jego umiejętności zostały docenione m.in . II miejscem w konkursie „Nowa Nadzieja Jazzu” (Novum Jazz Festival 2023). W swoich wizjach kompozytorskich, silnie inspirowanych polskimi mistrzami jazzu, współpracuje z przyjaciółmi poznanymi w środowisku akademickim. Płyta, która ujrzy świat 7 listopada 2025 roku, jest spójnym zbiorem muzycznych opowieści. Rolę pierwszoplanową gra wszędzie saksofon Cyryla Lewczuka, którego elegancka, czyściutka, troszkę przydymiona gra prowadzi precyzyjną narrację i dialog, głownie z harmonizującym fortepianem. Improwizacje są ozdobą każdego utworu, ale i one są "szyte na miarę" i z rzadka uciekają w szaleństwo – to raczej jazz pod kontrolą . Miejscami zespół pięknie się rozpędza, aby zaraz po chwili zahamować i zwolnić. dPREMIERA PŁYTY 7 LISTOPADA 2025 Album otwiera kompozycja "Farewell" (Pożegnanie) , która zaskakuje swoim ładem, porządkiem i odwołaniami do klasyki , przywołując w pamięci schubertowską wrażliwość i łagodność. Jest to wstęp pełen liryzmu, delikatnie wprowadzający w świat subtelnych dźwięków. Następujący po nim "Sicilian Wind" jest szybszy , zdominowany przez lidera, choć to fortepian Jana Maciejowskiego ma tu świetną, rozbudowaną partię, która nadaje utworowi dynamiczny, wibrujący charakter. "Don't Leave Me Now" to z kolei smutna, melancholijna ballada. W swojej prostocie i głębokim wyrazie, panowie mogliby ją zagrać bez wahania w latach 50. w jednym z jazzowych klubów na 52. Ulicy, już nad ranem, kiedy obsługa wyprasza ostatnich, zamyślonych i nietrzeźwych gości. Ośmiominutowy “ Milton’s Blues” nie jest wcale oczywistym bluesidłem, choć toczy się miarowo i jak należy, ale jest bardzo nieoczywisty, a swoje pięć minut ma w nim Jan Dudek. Wydaje mi się, że dopiero w przedostatnim utworze pt. " Phyrgia” kwartet pozwala sobie na “gaz do dechy”. Słyszymy więc całą paletę możliwości zespołu: od elegancji po kontrolowane, ale zdecydowane szaleństwo. Zespół precyzyjnie opisuje konteksty i wizje, które towarzyszyły powstawaniu poszczególnych kompozycji. Te literackie opisy są drogowskazami, które mają inspirować słuchacza: "Cosmic Journey": Opowieść o załodze statku opuszczającej Ziemię. Wkraczają w przestrzeń, którą rządzą nieodkryte prawa fizyki, gdzie każdy ruch jest ryzykowny. Przemierzają niezbadane rejony kosmosu i trafiają na istoty równie fascynujące, co groźne, a podróż błyskawicznie staje się walką o przetrwanie, być może z potężną formą życia lub czarną dziurą. "Milton's Blues": Utwór manifestuje poczucie niepewności i podskórnego napięcia, atmosferę miasta na wzór Gotham City, pełnego tajemniczych i nieprzewidywalnych osobników. Manifestuje się niepokój, pragnienie ucieczki przed tym, co nieuniknione, ale i pokusa rozpoczęcia działań o nieodwracalnych konsekwencjach. Pozostaje tylko bezruch i czujna obserwacja w oczekiwaniu na nadchodzący przełom. "Guardian": Majestatyczny i tajemniczy archetyp strażnika. To obrońca zasad i porządku – mimo wszystko, bez względu na okoliczności, niekiedy nawet kosztem własnego życia. Postać, którą można skojarzyć z żołnierzem, Charonem czy mitycznym wartownikiem. "Phrygia": Oparta na motywach z baletu „Spartakus” Arama Chaczaturiana, opowieść o tragicznej postaci Spartakusa i ludziach, którzy walczyli o wolność, oddając w jej imię życie. Frygia to ukochana Spartakusa, którą los rozdziela najpierw przez niewolę, potem – przez śmierć. "Cactus Flower": Tytułowy utwór inspirowany jest kaktusem Epiphyllum , zwanym Królową jednej nocy. Rośliną kwitnącą tylko raz w roku, pod osłoną nocy, zaledwie przez parę godzin, co symbolizuje ulotne piękno i wyjątkowość uchwycenia tego cudownego momentu w mglistym brzasku, zanim nadejdzie poranek. Cyryl Lewczuk Quartet fot. Karolina Błachnia Starannie skonstruowane tematy muzyczne budują nastrój, który nadaje kierunek improwizacjom. Poszczególni członkowie kwartetu – młody, ale doświadczony perkusista Mateusz Lorenowicz , pianista Jan Maciejowski , zafascynowany muzyką XX wieku, zwłaszcza ekspresjonizmem; oraz kontrabasista Jan Dudek , który inspiruje się jazzem, ambientem i elektroniką – podporządkowują swoje indywidualne rysy wspólnie malowanymi dźwiękiem historiom. To ciekawe jak zainteresowani tak odmiennymi stylami ludzie spotkali się ze sobą, żeby zagrać soczysty, klasyczny jazz. Do albumu dołączona będzie książeczka z dziełami malarskimi, zdjęciami rzeźb i opisami utworów, które mają służyć jako drogowskazy i inspiracja w odbiorze. Koniecznie je obejrzyjcie, bo są pięknie. Jednak najważniejsze będzie to, co odkryjecie w tej muzyce. "Niech Cię prowadzą Twoje wspomnienia, Twoja wrażliwość i wyobraźnia" – piszą artyści, zapraszając słuchacza do osobistej interpretacji. W czasach, w których każda sekunda naszego życia wydaje się być mierzona i wyceniana, a światem targają niepokoje, jakie miały już nigdy się nie pojawiać, muzyka kwartetu Cyryla Lewczuka przypomniała mi o potędze sztuki. Przypomniała mi, że w przeciwieństwie do ideologii i polityki sztuka odwołuje się do tego, co w naszych duszach piękne, wzniosłe, naiwne, radosne. Proszę, nie skończmy w błocie jak bohaterowie z początku tego tekstu. PREMIERA PŁYTY 7 LISTOPADA 2025 Prosimy o Wsparcie Twórczości Niezależnej Jeśli, podobnie jak my, cenisz płyty, które w tak poruszający sposób eksplorują intymny świat dźwięków i odwagę artystów decydujących się kroczyć własną, niełatwą drogą, jak Cyryl Lewczuk , wesprzyj naszą pracę! Jazzda.net to przestrzeń tworzona z pasją i dla pasji. Każda symboliczna wpłata na kawę ☕ pozwala nam docierać do tak wybitnych, niezależnych twórców i poświęcać czas na tworzenie tekstów dla was. 👉 Postaw nam kawę, by kolejne recenzje ujrzały światło dzienne: https://buycoffee.to/jazzda.net
- LUNAMË – anarchia w Sercu, Jazz w umyśle
Dzisiejsi jazzmani to dawni anarchiści, punkole, załoganci. Dzierżą wszystkie atuty muzyczne, mają wachlarz imponujących umiejętności, ale mimo to najważniejsze jest dla nich bezkompromisowe podążanie za szczerością, głosem serca. Maciej Kądziela jest jednym z najciekawszych artystów naszej sceny i doskonałym przykładem takiej właśnie postawy. Właśnie stworzył zespół LUNAMË, a kilka dni temu ukazała się płyta pod tym samym tytułem, na której Pan Maciej znowu poszedł swoją drogą i doszedł tam, gdzie jeszcze nikogo nie było. Skąd skojarzenie z punkiem? Ponieważ po pierwsze na debiucie LUNAMË jest wiele żarliwych i szybkich tematów - posłuchajcie rytmicznego i wręcz porywającego do tańca "Skandi" , albo szerzej znanego, awizującego album utworu "Weles" z bardzo ciekawym tematem Staszka Szmigiero (znanego z Kosmosu czy szalonej grupy S.Z.A.J.S.), albo rytmicznej, transowej, genialnej końcówki kawałka "Perkun" . Z tych utworów bucha punkowa energia! "Światowid" z kolei ma w sobie swoizdrzalskiego i przewrotnego ducha moich ukochanych szaleńców z Deerhoof - nie mam pojęcia, czy był to efekt zamierzony - jednak porwał mnie całkowicie. Płyta aż skrzy się od świetnych harmonii, bo nikt tu nie wstydzi się grać fajnych, trafiających w emocje melodii. Ale hola, hola, nie zrozumcie mnie źle: to są jednak świetni muzycy jazzowi, zatem płyta nie ma nic z nieśmiertelnego hasła "trzy akordy darcie mordy". Lekkość tego materiału wynika m.in. ze swobodnego opanowania warsztatu, świeżego konceptu łączącego gatunki, a jednocześnie pomysłodawcy mającemu w nosie wszelakie szufladki. LUNAMË gra pięknie i po swojemu, czasem wyzywająco: utwór "Techno" to miejski szybki puls, przeplatany szalonymi improwizacjami Pana Macieja na saksofonie, kakofonia miesza się tam z symetrycznym ładem rytmu techno. Ja uwielbiam takie nowoczesne granie, gdzie każdy takt jest niespodzianką, zaskoczeniem. Tak właśnie jest na płycie. - Improwizacja nadal pozostaje kluczowym elementem, ale osadzona jest w świecie głębokich basów, rytmicznych repetycji i przestrzennych harmonii - tłumaczy Maciej Kądziela. Są jeszcze trzy istotne elementy albumu – budujący tajemniczy klimat świetlisty wokal Natalii Kordiak (dwa utwory mają tekst, w tym urokliwa ballada "Elpis" ), niemal mechaniczne repetycje oraz elektronika. Wiecie, że gdy jest wykorzystana mądrze, jako element całości, to ją uwielbiam, pisałem o tym nie raz. W LUNAMË jest głosem wiodącym, ale nie przekrzykującym jazzowego języka. W kilku miejscach (np. we wspomnianym już wcześniej "Skandi") pani Natalia idealnie z nią współistnieje – ja słucham tego kawałka w zapętleniu, bo gdy grupa dodaje w nim gazu, to mogę tego słuchać w nieskończoność. To był chyba zamierzony efekt, ponieważ Maciej Kądziela podkreśla: Do współtworzenia tej dźwiękowej podróży zaprosiłem wyjątkowych producentów, którzy dodali jej niepowtarzalnej pikanterii. Envee, DJ i producent o niezwykle szerokich horyzontach, wnosi taneczną energię i analogowe ciepło. MinT, eksplorująca berlińskie indie-electro, otwiera drzwi do nowoczesnych brzmień. Wuja HZG, z hip-hopowymi korzeniami, wnosi wyraziste beaty i groove’owe podejście do rytmu, a Marcin Staniszewski, mistrz modularnych eksperymentów i alternatywnych aranżacji, dodaje całości nieoczywistą głębię. Niezły i odważny skład. to chyba jesteśmy w domu, co nie? Wiadomo skąd takie, a nie inne brzmienie albumu. Na koniec powiem wam, że Maciej Kądziela to jest gość, który ma już bio szersze niż repertuar filharmonii w sezonie jubileuszowym. Jest jednym z najbardziej wszechstronnych i rozpoznawalnych saksofonistów współczesnej sceny jazzowej. Techniczny wirtuoz z wybuchowa ekspresją i rozpoznawalnym brzmieniem. W muzyce na luzie przekracza granice gatunków – od jazzu i bluesa, przez rock i muzykę klasyczną, aż po world music, elektronikę i formy improwizowane. Jako artysta i lider, Kądziela nagrywał dla największych polskich wytwórni płytowych, w tym Warner Music Poland, Agora Music, Polskie Radio oraz Narodowy Instytut Fryderyka Chopina. Ma na swoim koncie około 30 albumów – zarówno jako lider, jak i artysta towarzyszący – współpracując z czołówką polskiego i międzynarodowego jazzu. Ma niespożytą energię, więc działa lub działał w kilku kolektywach. A gdzie go usłyszycie? ZK Collaboration – formacja, z którą podpisał kontrakt z Warner Music Poland na wydanie płyty w prestiżowej serii Polish Jazz . Zespół odbył trasę koncertową w Chinach (JZ Jazz Festival w Szanghaju), współpracując z Instytutem Adama Mickiewicza. Kasia Pietrzko Trio feat. Andrzej Chyra & Maciej Kądziela – „Norwid” – wyjątkowy projekt zrealizowany pod patronatem Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina, łączący poezję Cypriana Kamila Norwida z muzyką improwizowaną. Jazz Forum Machine – zespół związany z Agencją Muzyczną Polskiego Radia i Agora Music, z którym Kądziela nagrał w Stanach Zjednoczonych album „Jammin’ with KC”. Płyta LUNAMË jest projektem bezkompromisowym. Jej twórcy, a zwłaszcza Maciej Kądziela, udowadniają, że w XXI wieku można stworzyć jazzową awangardę, która zaprasza do tańca. To album o bogatej dramaturgii, w sam raz dla ludzi, którzy nie szukają łatek i definicji, tylko równowagi między warsztatem a emocją w muzyce . Ja ją znalazłem. Pełny Skład LUNAMË : Maciej Kądziela (saksofon/elektronika), Natalia Kordiak (wokal), Staszek Szmigiero (syntezatory/piano), Marcin Sojka (perkusja), Kasia Schmidt-Przeździecka (bas) LP ZAMÓWISZ TUTAJ: https://maciejkadziela.com/luname-album- Wsparcie Twórczości Niezależnej Jeśli, podobnie jak my, cenisz płyty, które w tak poruszający sposób eksplorują intymny świat dźwięków i odwagę artystów decydujących się kroczyć własną, niełatwą drogą, jak Maciej Kądziela i muzycy LUNAMË , wesprzyj naszą pracę! Jazzda.net to przestrzeń tworzona z pasją i dla pasji. Każda symboliczna wpłata na kawę ☕ pozwala nam docierać do tak wybitnych, niezależnych twórców i poświęcać czas na tworzenie tekstów dla was. 👉 Postaw nam kawę, by kolejne recenzje ujrzały światło dzienne: https://buycoffee.to/jazzda.net











