top of page

Znaleziono 156 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Stambuł to nie miasto, to rytm. Recenzja albumu „Mahalle” Ilhana Erşahina

    Gdy pojadę do Stambułu (a wierzę, że to będzie w tym roku), nie potrzebuję już mapy czy papierowych przewodników. Płyta „Mahalle” Ilhana Erşahina będzie moją nawigacją. Jak ja uwielbiam tego gościa i muzykę, którą tworzy! Jest w niej ten specyficzny błysk orientu, ten przedziwny rytm, który zawsze – ale to zawsze – buduje w głowie obraz świata odległego i tajemniczego. 16 stycznia 2026 roku Ilhan Erşahin wypuścił kolejną odsłonę swojego projektu „Istanbul Sessions”, ale tym razem zrobił to dosłownie. Każdy utwór na „Mahalle” to pocztówka z prawdziwego Stambułu. Erşahin, szwedzko-turecki wizjoner i założyciel kultowego nowojorskiego klubu Nublu, od lat udowadnia, że jazz najlepiej smakuje, gdy jest spocony, klubowy i niebezpiecznie blisko ulicy. Ilhan uwielbia grać na ulicy i często nagrywa teledyski bezpośrednio na stambulskich chodnikach, w samym środku miejskiego zgiełku, co idealnie oddaje charakter jego twórczości. Ale w przypadku „Mahalle” (co po turecku oznacza „sąsiedztwo” lub „dzielnicę”), lider idzie krok dalej. Zamiast tradycyjnych melodii, dostajemy topografię. Stambuł na tej płycie przestaje być tylko miastem – staje się architekturą dźwiękową. Jak ktoś trafnie zauważył po jednym z ich koncertów: „To nie jazz, to Stambuł”. Skład, który jest sercem miasta Musimy to sobie jasno powiedzieć – nazwiska muzyków towarzyszących Ilhanowi większości z nas pewnie niewiele mówią. Ale to właśnie ten skład sprawia, że płyta „żre”: Ilhan Erşahin  (saksofon), Alp Ersönmez  (bas), İzzet Kızıl  (perkusja) oraz Turgut Alp Bekoğlu  (perkusja). To ekipa, która zamiast grać nudne „standardy”, tworzy „instrumentalną muzykę taneczną graną na żywo”. Warto podkreślić rolę Alpa Ersönmeza  – to on na tym albumie wyrasta na drugiego architekta, współprodukując i komponując część materiału. Jego bas to główna arteria miasta. Bębny Bekoğlu  to z kolei sam ruch uliczny – raz rwie do przodu, raz zagęszcza się w korku. Perkusja İzzeta Kızıla  niesie ze sobą echa Mezopotamii i Bałkanów, ale bez grama taniego folkloru. Erşahin mówi o tej płycie trochę wyzywająco: „Piszę melodie dla ludzi, którymi jesteśmy, a nie przypadkowe piosenki, które może zagrać każdy” . Saga Istanbul Sessions i legenda Truffaza „Mahalle” to szósty odcinek tej fascynującej serii. Przez lata „Istanbul Sessions” stało się marką samą w sobie – niektóre części są łatwo dostępne w streamingu, inne to białe kruki, których trzeba szukać w zakamarkach sieci lub na winylu. Moja ulubiona odsłona to ta nagrana z Erikiem Truffazem . Kim jest Truffaz? To francuski mag trąbki, człowiek, który jako jeden z pierwszych wpuścił do jazzu hip-hopowy beat i elektroniczny chłód. Jeśli Miles Davis był ojcem chrzestnym jazz-rocka, to Truffaz jest jego nowoczesnym, klubowym wcieleniem. Jego współpraca z Erşahinem to absolutny klasyk, gdzie nowojorski jazz uderza w europejski minimalizm i turecki żar. Proces: Kolory, przypadek i obsesja perfekcji W procesie twórczym Ilhana Erşahina nie ma miejsca na nudę. Jak sam mówi, impuls do tworzenia jest dla niego zagadką, często polega na przypadku i „widzeniu kolorów”. Każdy projekt ma swoją barwę, a „Mahalle” to barwy rdzy, metalu, morskiej mgły i nocnych neonów. To, co uderza w „Mahalle”, to niespotykana wcześniej u Istanbul Sessions dyscyplina. Zamiast transowych jamów, dostajemy dziewięć konkretnych, kinematograficznych sekwencji. Erşahin to perfekcjonista. „Nigdy nie wydaję niczego, dopóki nie jestem zadowolony z każdego elementu – od pisania, przez miks, aż po mastering” . I to słychać – dźwięk (24-bit/48 kHz) jest głęboki, czysty i panoramiczny, mimo hałaśliwej natury samego Stambułu. Topografia dźwięku: Przewodnik po „Mahalle” Słuchając tej płyty, masz wrażenie oglądania filmu noir. To nie są turystyczne obrazki, to Stambuł, przez który faktycznie przechodzisz: Yeditepe (Seven Hills):  Fundament miasta. Ten utwór otwiera się jak zagubiony jazz-rockowy manifest z lat 80., ale po chwili wjeżdża ten rytm wschodni i od razu masz ciary. Genialny, śpiewny saksofon Ilhana niesie tę melodię, a w tle moja ukochana elektronika roztacza mu głębokie tło. Cudny kawałek, który otwiera płytę z godnością Siedmiu Wzgórz, na których wzniesiono starożytny Konstantynopol. Asmalı (Mescit):  Ojjj, tutaj basowy, elektroniczny puls prowadzi saksofon lidera przez dźwiękowy labirynt – jest gęsto i ciasno, dokładnie tak, jak na ulicach tego wspaniałego miasta. Co wyróżnia Asmalı Mescit? To przede wszystkim nocne życie – bary, kluby, meyhane  i muzyka na żywo w każdym zaułku. To klimatyczne, wąskie uliczki pełne stolików na zewnątrz, neonów i nieustannego gwaru. Nazwa dzielnicy ma charakter historyczny i pochodzi od dawnego meczetu, który stał tu w czasach osmańskich. Bliskość Taksim i Galaty czyni z Asmalı idealną bazę wypadową do zwiedzania i poczucia artystycznego niepokoju nocy. Galata:  Dobry człowieku, przy tym utworze nie da się siedzieć – tutaj trzeba tańczyć! To niesamowicie śpiewny, nowoczesny i transowy kawałek. Saksofon Ilhana snuje opowieści nad brzegiem Bosforu, a sekcja rytmiczna pompuje energię prosto z undergroundowych klubów Manhattanu. Karaköy:  Tu wodzą nas za nos goście walący w bębny! Ten rytm, człowieku... nigdzie w Europie go nie usłyszysz. Przyspieszone uderzenia, nagłe zwroty, gaz do dechy. Sam utwór idealnie oddaje vibe tej dzielnicy położonej nad Złotym Rogiem. Karaköy ma zupełnie inny klimat niż Asmalı Mescit: bardziej portowy, industrialny i artystyczny. To stambulska stolica modnych kawiarni, galerii i street artu. Nowoczesność napotyka tu historię w odrestaurowanych magazynach portowych. Za dnia to kawiarniano-spacerowy raj z nutą hipsterstwa i lekką surowością portu, a wieczorem tętni życiem w rytmie wykwintnych restauracji i nadmorskiego bulwaru. Haliç (Golden Horn):  Złoty Róg. W tym utworze zespół znów uderza rockowo i rozlegle, a saksofon Ilhana prowadzi niezwykle długie, hipnotyczne frazy. Haliç (Złoty Róg) to historyczne serce miasta, wąska zatoka wcinająca się w ląd, która od czasów Bizancjum była naturalnym portem. Muzyka płynie tu szerzej, oddając klimat miejskiej nostalgii: zapach morza, mewy i promy przecinające wodę. Spacerując brzegami Haliç, mijasz najbardziej fotogeniczne dzielnice, jak Balat i Fener, oraz wzgórze Pierre Loti w Eyüp. To miejsce, gdzie czas płynie wolniej, zdominowane przez zapach parzonej herbaty. Tünel:  Ten utwór to przygoda jak szybki przejazd tamtejszą kolejką – dudni basem, wali w łeb riffem gitary i hipnotyzuje opowieścią saksofonu lidera. Bas kroczy tu nieco wolniej, ale za to dumnie, oddając charakter tego mikroskopijnego, ale kultowego miejsca. Tünel to druga najstarsza podziemna kolej na świecie (po londyńskim metrze), uruchomiona w 1875 roku. Łączy Karaköy z Beyoğlu, a sam przejazd trwa zaledwie 90 sekund – i dokładnie tyle energii czuć w tym numerze. Plac Tünel na szczycie to raj dla muzyków: tu zaczyna się ulica Galip Dede, pełna sklepów z instrumentami. Gwar kawiarni sąsiaduje tu z dźwiękami testowanych gitar i fletów. Odakule:  To ma coś z fusion, ale jakiego fusion? Na Wschodzie? To brzmi jak dekadencka muzyka zachodnia wrzucona w stambulski kocioł. Autor albumu wszystko tu nagina, przetacza i formatuje na nowo – jest głośno, odważnie i surowo. Odakule to charakterystyczny punkt w dzielnicy Beyoğlu, zdominowany przez biurowiec z lat 70. – jeden z pierwszych nowoczesnych wieżowców w mieście. To dźwiękowy środek ciężkości między Tünel a biznesową częścią okolicy przy İstiklal Caddesi. W tym betonowym brutalizmie mieści się Istanbul Sanat Galerisi, a muzyka oddaje to echo odbite od modernistycznych fasad i chłód galerii sztuki współczesnej. Tersane (Stocznia):  Płyta żegna się z nami spokojnie, płynnie i niebywale melodyjnie. Przydymiony saksofon lidera, czarodziejskie brzmienie perkusjonaliów, „lumkająca” elektronika i wreszcie ta wokaliza... wprost z Orientu. Chcesz tam iść, słuchać tego głosu i nigdy nie wracać. Tersane İstanbul to dziś symbol „nowego Stambułu” – potężny kompleks nad Złotym Rogiem, zbudowany na terenie dawnych osmańskich stoczni. To miejsce, gdzie industrialna surowość hal, dźwigów i doków sąsiaduje z postindustrialną elegancją muzeów (jak Rahmi M. Koç Müzesi), modnych restauracji i bulwarów. Tersane jest mniej chaotyczne niż Karaköy, bardziej przestrzenne, idealne na spacer o zachodzie słońca, gdy historia osmańskiej potęgi ustępuje miejsca nowoczesnemu tętnu metropolii. Bunt przeciwko nudzie i mainstreamowi Ilhan Erşahin w „Mahalle” robi to, co potrafi najlepiej: łączy światy. To album wybitnie rytmiczny, wciągający i bez reszty angażujący uwagę słuchacza, ale jednocześnie konsekwentnie uciekający od mainstreamowego jazzu. Rockowa stylistyka albumu powoduje, że jest to granie o niezwykle zwartej strukturze, oparte na niewyszukanych, ale za to bardzo melodyjnych kompozycjach. To nowoczesne, świeże brzmienie, w którym elektronika nie jest tylko ornamentem, ale pełnoprawnym fundamentem, na którym wyrasta gęsty, orientalny rytm. Jako architekt nowojorskiego undergroundu przeniósł energię klubu Nublu do tureckiego kontekstu, tworząc hybrydę, która jest jednocześnie egzotyczna i znajoma. To muzyka dla tych, którzy szukają w jazzie „strzału chwili”, autentyczności i pulsu, który wyznacza tętno nowoczesnego miasta, a nie tylko bezpiecznych, znanych schematów. Jeśli nie boisz się „spoconego” jazzu, ten album Cię nie puści. Czym jest projekt „Istanbul Sessions”? „Istanbul Sessions” to jedna z najciekawszych i najbardziej rozpoznawalnych serii projektów jazzowo-etnicznych tworzonych przez İlhana Erşahina. To energetyczna mieszanka nowojorskiej sceny Nublu, tureckiej rytmiki i transowego groove’u. To muzyka, która łączy jazz, elektronikę, anatolijskie melodie i klubową pulsację, tworząc brzmienie absolutnie unikatowe. Geneza:  Projekt założony przez İlhana Erşahina w 2008 roku – saksofonistę, producenta i twórcę kultowego nowojorskiego klubu/labelu Nublu. Zespół od początku gra w niezmiennym, niemal rodzinnym składzie z Alpem Ersönmezem (bas), Turgutem Alp Bekoğlu (perkusja) i İzzetem Kızılem (perkusjonalia). Styl i brzmienie: Mocny rytm  – perkusja i perkusjonalia nadają puls bliski muzyce klubowej, który nigdzie w Europie nie brzmi tak autentycznie. Saksofon Erşahina  – często hipnotyczny, minimalistyczny, z wyraźnymi wpływami Bliskiego Wschodu. Elektronika i dub  – subtelne efekty i przestrzeń znana z najlepszych produkcji Nublu. Etniczne motywy  – melodie inspirowane Turcją, ale podane w nowoczesnej, progresywnej formie. Energia koncertowa:  Zespół słynie z niezwykle żywiołowych występów na całym świecie – od małych klubów w Nowym Jorku po wielkie festiwale w São Paulo czy Paryżu. Najważniejsze wydawnictwa:  W dyskografii projektu „Istanbul Sessions” znajdziemy kilka kluczowych odsłon, m.in . albumy Mahalle , Haliç  czy Istanbul Underground . Wszystkie są dostępne w katalogu artysty na platformie Bandcamp. Kontekst i znaczenie:  Projekt wyrósł z wielokulturowej sceny Nublu, gdzie Erşahin od lat łączy jazz i elektronikę z muzyką świata. „Istanbul Sessions” to muzyczna wizja Stambułu: miasta transowego, wieloetnicznego i pulsującego rytmem, budująca reputację jednego z najważniejszych tureckich projektów jazzowych XXI wieku. Działalność Jazzdy to misja przybliżania muzyki, która wymaga skupienia, uważności i otwartości na nieznane. Jeśli cenisz nasze publikacje i chcesz wesprzeć niezależne dziennikarstwo muzyczne, możesz postawić nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam dalej zgłębiać fascynujące światy takich artystów jak Ilhan Erşahin.

  • Od bluesa po jazzowy szczyt. Marek Piowczyk o „Baltic Experience” i Nowej Nadziei polskiego jazzu

    Pochodzi ze Śląska, ale serce oddał Bałtykowi. Jego gra to fascynująca podróż od surowego, brudnego bluesa, przez matematyczną precyzję akademickiego jazzu, aż po uduchowioną, autorską improwizację. Marek Piowczyk – gitarzysta, który głosami czytelników „Jazz Forum” został ogłoszony Nową Nadzieją polskiego jazzu – w szczerej rozmowie z Robertem Kozubalem opowiada o szukaniu własnego tonu, magii analogowego nagrywania i osobistych listach ukrytych w dźwiękach. Robert Kozubal Jazzda.net:  Gdy słucha się Twojej gry, trudno nie ulec wrażeniu, że masz bardzo silne, niemal organiczne zakorzenienie w bluesie. Słuchając Twojego utworu „Desire” z 2014 roku oraz oglądając skrót Twojego recitalu dyplomowego, mam wrażenie, że już właśnie wtedy blues był dla Ciebie podstawą. Czy to faktycznie blues był Twoim pierwszym muzycznym językiem, na którym dopiero później nabudowałeś jazzową frazę? Marek Piowczyk:  Pochodzę ze Śląska, który uchodzi za kolebkę bluesa w Polsce. Swego czasu byłem częstym uczestnikiem jam sessions organizowanych w Śląskim Jazz Clubie w Gliwicach. Blues był tam podstawą, nabierałem tam pierwszych szlifów muzycznych. Ta muzyka jest ze mną od zawsze, z czego bardzo się zresztą cieszę. Jest to też baza dla większości gatunków muzycznych, w tym dla jazzu oczywiście. Uczy frazowania typu call & response, specyficznej artykulacji i ogrywania harmonii. To często elementy kulejące u wielu gitarzystów, którzy nie mają tego typu doświadczeń. Można powiedzieć, że moja pierwsza płyta „Desire”, wraz z singlem ją promującym, jest swoistym hołdem dla muzyki około bluesowej. Robert Kozubal Jazzda.net:  Mistrzowie strun – od delty po modern: Kto znajduje się na Twojej prywatnej liście „gitarowych bogów”? Czy to postacie tak fundamentalne jak Robert Johnson, bez którego trudno wyobrazić sobie historię gitary, czy może szukasz energii u młodszych stażem, ale równie żarliwych kontynuatorów tradycji, jak Kenny Wayne Shepherd? A jacy gitarzyści jazzowi są dla Ciebie wzorcem? Marek Piowczyk:  Trudno o taką listę, gdyż wspaniałych gitarzystów, którymi można się inspirować jest wielu. Wymienię kilku, przede wszystkim tych, którzy dali fundament współczesnym, gitarowym brzmieniom. Wolałbym nie dzielić tutaj gatunkowo, gdyż muzyka jest jedna, a style wzajemnie się przenikają: Wes Montgomery, Kenny Burrel, Stevie Ray Vaughan, Robben Ford, Jimmy Hendrix, Joe Pass, Eric Clapton, Jim Hall, Pat Martino. Bardziej współcześnie: John Scofield, George Benson, Mike Stern, Pat Metheny, Jonathan Kreisberg. Robert Kozubal Jazzda.net:  Wiele osób podkreśla, że Twoje brzmienie jest bardzo dojrzałe i rozpoznawalne. Jak długo zajęło Ci znalezienie tego konkretnego „tonu”, który dziś definiuje Twoją muzykę? Marek Piowczyk:  To chyba największy komplement dla muzyka, dziękuję. Myślę, że chodzi tu przede wszystkim o bardziej świadome wsłuchiwanie się w siebie i odwagę do przekazywania tego co czujemy na zgodny z własną wrażliwością sposób. Nigdy nie szukałem swojego brzmienia, pozwalam za to prowadzić się intuicji, bez przymusu grania „jak inni”. Uważam, że istotnym elementem, szczególnie w bardziej początkowym etapie muzycznego rozwoju, jest nauka tego, co przynosi nam radość, niekoniecznie zaś tego czego wymaga formalna edukacja. Robert Kozubal Jazzda.net:  Gdybyś miał ocenić swoją ówczesną grę i podejście do instrumentu z perspektywy dojrzałego, wykształconego artysty, którym jesteś obecnie – co było Twoją największą siłą, a co musiałeś „przepracować”, by stać się muzykiem jazzowym pełną gębą? Marek Piowczyk:  To ciekawe pytanie. Myślę, że moją siłą od zawsze była pracowitość, konsekwencja w działaniu, swoboda improwizacji i zdolność łamania schematów. Pamiętam jednak, że bardzo trudno było mi zaakceptować fakt, że w jazzie, szczególnie w początkowych etapach jego nauki potrzeba sporo analiz, czasami wręcz matematycznych czy mniej emocjonalnego stylu gry. Pamiętam tutaj moje pierwsze zgrzyty na Akademii Muzycznej. Powiedziałem jednak sobie wtedy: „Zaufaj, daj temu szansę, weź z tego co najlepsze i zrób to po swojemu”. Z czasem, wszystko to otwiera głowę, buduje świadomość i wolność muzyczną. To trochę jak drabina po której warto wejść, a potem ją odrzucić. Nie ma drogi na skróty. Robert Kozubal Jazzda.net:  Gratuluję zwycięstwa w ankiecie Jazz Top 2025 magazynu Jazz Forum! Jakie to uczucie zostać ogłoszonym „Nową Nadzieją” polskiego jazzu głosami samych czytelników? Czy fakt, że to wyróżnienie płynie bezpośrednio od odbiorców, a nie tylko od zamkniętego grona krytyków, ma dla Ciebie szczególne znaczenie? Marek Piowczyk:  Dziękuję, to dla mnie wielkie wyróżnienie. Mieszanka serdecznych uczuć, wzruszenia – trudno opisać to słowami, szczególnie, że mówimy tutaj o najbardziej prestiżowym plebiscycie w środowisku jazzowym. To też ogromny zaszczyt, że moja muzyczna droga została tak wszechstronnie doceniona, zostałem laureatem w dwóch kategoriach – zarówno jako muzyk oraz zespół i to przy tak szalenie zdolnej konkurencji. Myślę, że spory wpływ miało tutaj też wydanie mojej pierwszej jazzowej płyty „Baltic Experience”, która również znalazła się w topie plebiscytu wyróżnionych płyt jazzowych ubiegłego roku, a jej realizacja została wyróżniona przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Fakt, że głosowali tutaj odbiorcy daje mi jasny sygnał, że moja osoba i muzyczne przedsięwzięcia trafiają do serc, wzbudzają uznanie i są zapamiętane, niezależnie od branżowych mediów. To chyba w tym wszystkim najpiękniejsze. Robert Kozubal Jazzda.net:  Na nowej płycie zdecydowałeś się na szerszy skład niż Twoje klasyczne trio. Co skłoniło Cię do takiego kroku? Czego brakowało Ci w mniejszym składzie, co mogłeś uzyskać dopiero przy tak powiększonej liczbie muzyków? Marek Piowczyk:  Uwielbiam formułę gitarowego trio, jednak czułem, że w części materiału „Baltic Experience” brzmienie trąbki jest czymś naturalnym. Tym samym część materiału zaaranżowałem na kwartet i do udziału w nagraniach zaprosiłem wspaniałego trębacza – Adama Skorczewskiego. Uzyskaliśmy muzyczną przestrzeń i swoisty dialog z gitarą. Podkreśla to liryczny charakter płyty, co szczególnie można usłyszeć w bardziej kojących utworach, takich jak „My Ballad” czy „Little Waltz”. Robert Kozubal Jazzda.net:  Czy tytuł albumu niesie ze sobą jakąś konkretną historię lub symbolikę? Czy to próba opisania obecnego etapu Twojej drogi artystycznej? Marek Piowczyk:  Album jest głęboko zakorzeniony w tożsamości Pomorza – zarówno emocjonalnie, jak i artystycznie, a całość powstała przy współpracy z utalentowanymi jazzowymi muzykami związanymi z regionem, co podkreśla charakter projektu. Tytuł płyty nie jest przypadkowy, to moja muzyczna podróż inspirowana naturą Morza Bałtyckiego, jego zmiennością, przestrzenią, spokojem i żywiołowością. To też opowieść o miejscach i ludziach, których spotkałem w ostatnich latach mojego życia na Pomorzu. Robert Kozubal Jazzda.net:  Jednym z najbardziej intrygujących momentów na płycie jest utwór „For P.”. To brzmi jak bardzo osobisty wątek. Czy możesz zdradzić, kim jest tajemniczy „P.” i dlaczego to właśnie dla niego powstała ta kompozycja? Marek Piowczyk:  Masz nosa. Czasami w życiu dzieją się nieprzewidywalne rzeczy, czasem wbrew logice. Tak właśnie było i w tym przypadku. To doświadczenie wywarło na mnie znaczący wpływ, dało też życiową lekcję. Chciałbym pozostawić ten utwór w formie osobistego, muzycznego listu. Dziękuję, że ten utwór zwrócił Twoją szczególną uwagę. Robert Kozubal Jazzda.net:  Prowadzisz warsztaty i ćwiczenia dla gitarzystów. Jako muzyk pełnisz też rolę mentora. Co byś poradził młodym gitarzystom jazzowym, którzy są na początku drogi i marzą o wielkiej scenie? Marek Piowczyk:  Zgadza się. Myślę, że dzielenie się doświadczeniem, wiedzą czy pomoc w przekraczaniu własnych muzycznych barier to wielka wartość. Wymaga empatii, indywidualnego podejścia, rozumienia potrzeb drugiego człowieka i zaufania. Myślę, że w dążeniu do muzycznych sukcesów najważniejsza jest wiara w siebie, cierpliwość, konsekwencja w działaniu i praca, niezależnie od zmieniających się okoliczności. Warto pamiętać, że nie liczy się sama meta, a przede wszystkim muzyczna droga. Reszta, prędzej czy później, przyjdzie sama. Robert Kozubal Jazzda.net:  Gdzie widzisz siebie i swoją muzykę za kilka lat? Czy planujesz dalej eksplorować duże składy, czy może planujesz powrót do bardziej intymnych, surowych form? Marek Piowczyk:  W każdej formule jest coś wyjątkowego i rozwijającego, jestem otwarty na każdą z nich. W moim przypadku – plany lepiej w pierwszej kolejności zrealizować, później o tym opowiedzieć, z pewnością o tym usłyszycie :) Robert Kozubal Jazzda.net:  Czego mogą spodziewać się słuchacze, którzy włączą Twój album po raz pierwszy? Gdybyś miał opisać tę płytę trzema słowami, co by to było? Marek Piowczyk:  Przede wszystkim sporej dawki zaskoczeń – zarówno brzmieniowych jak i muzycznych. Album został nagrany w pełni analogowo, w stylu „na setkę”, tak by zachować koncertową energię i synergię muzyków. Płyta ma w sobie wiele kolorów – od tych stonowanych po burzliwe, jak na „Baltic Experience” przystało. Podróż – Dialog – Duchowość. Robert Kozubal Jazzda.net:  Dziękuję za rozmowę Działalność Jazzdy to misja przybliżania muzyki, która wymaga skupienia, uważności i otwartości na nieznane. Jeśli cenisz nasze rozmowy i chcesz, byśmy dalej mogli „odbrązawiać” polską scenę muzyczną, docierając do najciekawszych twórców, wesprzyj nas wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam być tam, gdzie muzyka oddycha pełną piersią.

  • Jazzpospolita w Kosmopolis

    WYSTĄPIENIE TOWARZYSZA WŁADYSŁAWA GOMUŁKI NA POSIEDZENIU SEJMU W SPRAWIE ALBUMU „KOSMOPOLIS” Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący miast i wsi! Wysoka Izbo! Przychodzę dziś do was nie tylko jako pierwszy sekretarz, ale jako zatroskany opiekun duchowego rozwoju naszej socjalistycznej ojczyzny. Sprawa, którą musimy dziś omówić, dotyczy nowej produkcji kolektywu muzycznego Jazzpospolita, zatytułowanej – z pańska nieco, ale treściowo słusznie – „Kosmopolis”. Nie ulega wiadomość, towarzysze, że w dobie narastającego napięcia międzynarodowego, nasza młodzież potrzebuje drogowskazu. I oto zespół Jazzpospolita daje nam ten drogowskaz. Bo przecież, jak słusznie zauważono, zespół ten ostatecznie porzucił jazzowe konwenanse na rzecz bardziej otwartej formy , co w procesie wychowawczym młodych kadr jest kluczowe! Nie chcemy jazzu, który mąci w głowach, chcemy jazzu, w którym sekcja rytmiczna pracuje z niemal matematyczną precyzją , dając oparcie robotniczej nodze! (Oklaski na sali) Spójrzmy na odpoczynek ludu pracującego. Czy robotnik po szychcie, czy inteligent pracujący nad planem pięcioletnim, nie zasługują na chwilę wytchnienia? Zasługują! A „Kosmopolis” to zapewnia. Słuchając tych nagrań, czujemy, że w ich muzyce bije tętno współczesnego miasta , ale jest to miasto nasze, budowane wspólnym wysiłkiem, a nie kapitalistyczna dżungla. To jest muzyka niezwykle spójna, mimo że czerpie z wielu źródeł , tak jak nasz naród czerpie ze zdobyczy rewolucji! Towarzysze! Muszę tu wspomnieć o sprawach bytowych. Nie jest tajemnicą, że jakość posiłków w naszych stołówkach i wagonach WARS bywa... różna. Ale postawmy sprawę jasno: myśmy to obliczyli i z pełną odpowiedzialnością mówię – przy dźwiękach Jazzpospolitej spożycie kotleta mielonego w skali kraju wzrośnie o 13 przecinek 7 procenta! Bo człowiek nasycony kulturą wysokiej próby lepiej trawi i nabiera smaku nowoczesności! Bo to jest muzyka, która nie jest tłem, ale nowym standardem jakości . Gdy ta melodyjność i przestrzeń  wypełnią wagony WARS, podróżny poczuje, że Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej! (Poruszenie w ławach, Gomułka poprawia okulary i uderza pięścią w pulpit) Bo Jazzpospolita, towarzysze, to jest nasz polski bastion! Oni stoją w zwartym ordynku i bronią nas przed wrażymi siłami dżezowymi z imperialistycznej Ameryki, przed zdegenerowaną kulturowo papką multikulti z Anglii, czy – co najgorsze – przed pornograficzną muzyką skandynawskich pseudomuzyków, co to tylko hałasują bez ładu i składu! Jazzpospolita mówi tym wybrykom kapitalizmu stanowcze: NIE! Oni stawiają na słowiańską nutę, bliską proletariatowi, na dźwięk, który buduje, a nie niszczy! Dlatego wzywam! Wzywam was, recenzenci, dziennikarze z kolorowych pism i portali! Zamiast kłócić się o definicje, złączcie się w jednym szeregu! Wykażcie narodowi kunszt wykonawczy  tych muzyków! Piszcie o tym, że to humanistyczny wymiar kompozycji , który stawia człowieka w centrum zainteresowania! Niech każdy z was podkreśli, że to zespół, który wypracował własne, rozpoznawalne brzmienie , odporne na wrogie podszepty z Zachodu! Albowiem spójrzmy na wyboistą drogę, jaką ten zespół przebył. Jazzpospolita od samego początku swojego istnienia – od siedemnastu lat rzetelnego, artystycznego wysiłku – działa na przekór: burżuazyjnym skojarzeniom, przelotnym modom, a nawet własnej nazwie! Dzięki nieustannemu balansowaniu pomiędzy gatunkami, tej grupie udało się stworzyć swoje własne, charakterystyczne brzmienie, bliskie sercu każdego pracownika. Zarzucają im: post, avant, pre, trans, prog, soft, hard? My odpowiadamy: to jest muzyka dla ludu! Wszystkie te etykietki, którymi reakcyjna prasa próbuje opatrzyć twórczość Jazzpo, naprawdę trudno wymienić. Czy da się je spiąć jazzową klamrą? My to spniemy klamrą jedności narodowej! Kompozycje Jazzpo – pełne harmonii, dynamiki i melodyjności – ewoluują w zależności od potrzeby chwili, tak jak ewoluuje nasza gospodarka! Dzięki tej elastyczności oraz różnorodności brzmienia Jazzpospolita jest gorąco przyjmowana zarówno na scenach klubowych, festiwalach, jak i w filharmoniach oraz domach kultury. Dziewięć albumów, kilkaset koncertów w ramach międzynarodowych tras – tak w największym skrócie można opisać ten meldunek z frontu muzycznego! London Jazz Festival, Copenhagen Jazz Festival, Jazz Comblain, Open’er, Męskie Granie, Jazz Jamboree – wszędzie tam Jazzpospolita dumnie niosła sztandar polskiej kultury! I na koniec, wskażmy z tej mównicy bohaterów, twórców tego sukcesu, którzy w pocie czoła wypracowali to brzmienie: Towarzysz STEFAN NOWAKOWSKI  – trzymający fundamenty na kontrabasie i gitarze basowej! Towarzysz MICHAŁ MILCZAREK  – obsługujący gitarę, elektronikę i sample z precyzją godną operatora tokarki! Towarzysz MIŁOSZ OLENIECKI  – przy fortepianie i instrumentach klawiszowych! Towarzysz WOJTEK SOBURA  – nadający rytm na perkusji! To jest, towarzysze, dojrzałość i opanowanie , których tak bardzo nam dziś potrzeba. To jest otwarcie na nowe horyzonty , ale przy zachowaniu dyscypliny partyjnej... to znaczy – kompozycyjnej! „Kosmopolis” to nie jest tylko płyta. To jest meldunek z frontu walki o nową kulturę! Towarzysze! I jeszcze sprawa ostatnia, ale nie najmniej ważna – sprawa aprowizacji naszej propagandowej placówki! Aby mechanizm Jazzdy nie zatarł się w trybach walki o lepsze jutro, wzywam was do czynu społecznego w formie dobrowolnych wpłat pod adresem: buycoffee.to/jazzda.net . Niech ta wirtualna kawa będzie symbolem naszej klasowej jedności i realnym wsparciem dla frontu walki o rzetelną, polską krytykę muzyczną! Bo każda złotówka to cegiełka w gmachu naszej wspólnej, dżezowej przyszłości! Niech żyje Jazzpospolita! Niech żyje polski jazz socjalistyczny w treści i nowoczesny w formie! Nota bibliograficzna (Wykorzystane fragmenty recenzji): W powyższym referacie Towarzysza Wiesława wykorzystano autentyczne sformułowania pochodzące z następujących źródeł: „Zespołowi udało się wypracować własne, rozpoznawalne brzmienie”  – Jazz.pl (Kosmopolis) „Sekcja rytmiczna pracuje z niemal matematyczną precyzją”  – Jazzpress (Obiekt) „Melodyjność i przestrzeń”  – Audio.com.pl (Przypływ) „Muzyka niezwykle spójna, mimo że czerpie z wielu źródeł”  – Jazzpress (Obiekt) „Kunszt wykonawczy”  – Jazz Forum (Jazz.pl) „Humanistyczny wymiar kompozycji”  – Jazzsoul.pl (Humanizm) „Dojrzałość i opanowanie”  – Polityka (Przypływ) „Otwarcie na nowe horyzonty”  – Polskie Radio (Na nowych torach) „Zespół ostatecznie porzucił jazzowe konwenanse na rzecz bardziej otwartej formy”  – Nowamuzyka.pl (Jazzpo!) „W ich muzyce bije tętno współczesnego miasta”  – Jazz.pl (Kosmopolis)

  • Mistrz odbrązowiony, jazzowy i symfoniczny. zapraszamy 2 lutego do NOSPR w katowicach na koncert Młynarski Bynajmniej

    Czy piosenki Wojciecha Młynarskiego mogą stać się jazzowymi standardami na miarę „Great American Songbook”? Piotr Schmidt udowadnia, że nie tylko mogą, ale wręcz powinny. Już 2 lutego w katowickiej sali NOSPR odbędzie się wydarzenie bez precedensu. Projekt „Młynarski. Bynajmniej” zabrzmi w poszerzonym, symfonicznym składzie, a na scenie obok kwintetu Schmidta i orkiestry AUKSO pod batutą Marka Mosia, staną legendy i wirtuozi: Ewa Bem, Aga Zaryan oraz Wojciech Myrczek. Jazzda z duma patronuje medialnie koncertowi. To nie będzie kolejna akademia ku czci. To próba tchnięcia w genialne teksty Mistrza nowej, jazzowej energii, pełnej improwizacji, swingu i nieoczywistych harmonii. O tym, jak zamienić pomnik w żywy organizm i dlaczego ten koncert będzie czymś więcej niż tylko odtworzeniem płyty, rozmawiamy z liderem projektu, trębaczem Piotrem Schmidtem. Robert Kozubal Jazzda.net :   Piotrze, 2 lutego NOSPR wypełni się muzyką Wojciecha Młynarskiego. Czego tak naprawdę możemy spodziewać się na tym koncercie? Czy to będzie wierne odtworzenie albumu „Bynajmniej”, czy dacie sobie w tym kwintecie więcej przestrzeni na koncertowe szaleństwo i „strzał chwili”? Piotr Schmidt:  Koncert w NOSPR to dla nas wydarzenie szczególne – to nie tylko promocja materiału z płyty, ale wejście na zupełnie nowy poziom tej opowieści. Oczywiście, trzonem są genialne, jazzowe aranżacje Krzysztofa Herdzina i Sabiny Meck, które słuchacze znają z albumu, ale sala NOSPR i obecność orkiestry AUKSO pod dyrekcją Marka Mosia dodają temu projektowi niesamowitej głębi. Czy będzie wiernie? Pod względem szacunku do frazy Mistrza – tak. Ale jesteśmy jazzmanami, więc "strzał chwili" jest wpisany w nasze DNA. W kwintecie z Krzysztofem Herdzinem, Andrzejem Święsem i Sebastianem Frankiewiczem zawsze szukamy nowej energii. Na scenie NOSPR te utwory zaczną oddychać pełną piersią, a my damy sobie tyle wolności, na ile będziemy mogli sobie w ramach pewnej konwencji pozwolić. Najważniejsze jest to, że koncert ten przedstawi rozszerzony repertuar utworów z tekstami Młynarskiego, a do dodatkowych utworów aranżacje pisze moja żona, dr kompozycji, Joanna Szymala. Rozszerzony repertuar, dodatkowe utwory i aranżacje, a także dodatkowe gwiazdy – a zatem wyjątkowo dobrze wzbogacona wersja albumu „Młynarski. Bynajmniej.” to coś, co będzie można usłyszeć tylko w NOSPR w Katowicach. Robert Kozubal Jazzda.net :   W projekcie bierze udział Krzysztof Herdzin – postać instytucja, oraz współautor Wojciech Myrczek, który głosem potrafi zrobić wszystko, ale będą również Aga Zaryan i Ewa Bem. Jak ta „mieszanka wybuchowa” osobowości wpływa na odbiór tekstów Młynarskiego? Czy słuchacz, który zna te utwory od dziecka, może poczuć się na koncercie, jakby słyszał je pierwszy raz w życiu? Piotr Schmidt:  To jest właśnie magia tego spotkania. Wojtek Myrczek ma niesamowity dar – on nie tylko śpiewa, on interpretuje te teksty z aktorskim zacięciem, co przy Młynarskim jest kluczowe. Zaproszenie Ewy Bem, pierwszej damy polskiego jazzu, oraz Agi Zaryan, która wnosi do projektu niespotykaną subtelność, sprawia, że te teksty zyskują nowe barwy, nowe perspektywy – kobiece, refleksyjne, czasem bardzo emocjonalne. Dla kogoś, kto dorastał przy Młynarskim, to może być niezwykle intrygujące. Ogólnie w tym projekcie takie utwory jak „Bynajmniej” czy „Księżyc Nad Kościeliskiem” to nie tylko znane melodie, ale pełnoprawne jazzowe standardy, które w ustach takich osobowości brzmią świeżo, jakby zostały napisane wczoraj, specjalnie dla nas, za co oczywiście odpowiadają wybitni aranżerzy. WSZYSTKIE FOTO W GALERII JACEK PIOTROWSKI Robert Kozubal Jazzda.net :   Dlaczego właściwie zdecydowałeś się sięgnąć po twórczość Wojciecha Młynarskiego, która – umówmy się – na pierwszy rzut oka wydaje się tak nieoczywista jazzowo? Piotr Schmidt:  Na pomysł ten wpadł mój przyjaciel, przedsiębiorca – meloman, Michał Kalita. Michał nie tylko wpadł na ten pomysł, ale też razem z Wojtkiem Myrczkiem brał udział w wyborze utworów oraz sugerował pewien nastrój, który jest mu bliski sercu, a który chciałby by się w tym nowym projekcie znalazł. Nastrój ten pewnej dekonstrukcji i wolności muzycznej jest mi bardzo bliski, więc od razu złapaliśmy wspólny flow. Natomiast Młynarski dla mnie, to trochę polski odpowiednik wielkich autorów American Songbook. Na pierwszy rzut oka to "tylko" piosenki, ale gdy zajrzy się pod spód, widać genialną konstrukcję, niesamowity rytm frazy i miejsce na oddech, które aż prosi się o jazzową improwizację. Pomyślałem, że warto pokazać, że polska piosenka z tamtych lat ma w sobie ten sam gen swingu i elegancji, co utwory Gershwina czy Portera. W tekstach Młynarskiego jest inteligencja, ironia i niesamowita muzyczność słowa – to idealny materiał do przekładu na język współczesnego jazzu, który kocha wielowarstwowość. Robert Kozubal Jazzda.net :   No właśnie, powstanie płyty „Bynajmniej” to niejako „głos ludu” – oddolna inicjatywa jazzowego melomana i wielbiciela Młynarskiego, który zaproponował takie połączenie. Czy możesz opowiedzieć coś więcej o tym? Piotr Schmidt:  Tak, to ciekawa historia. Pomysłodawcą i "spiritus movens" całego przedsięwzięcia był, tak jak wspomniałem, mój przyjaciel, Michał Kalita. To on, jako wielki meloman i pasjonat twórczości Młynarskiego, rzucił nam to wyzwanie. Sugestia ta trafiła na bardzo podatny grunt. Szybko zadzwoniłem do Wojciecha Myrczka, który – jak się okazało – od dziecka nasiąkał tymi tekstami. Razem zadzwoniliśmy do Krzysztofa Herdzina, jako pianisty, ale także głównego aranżera tego projektu, bo też już wiedzieliśmy, że chcemy by to był projekt nagrany z orkiestrą. I choć na aranżacje czekaliśmy około pół roku, to dalej potoczyło się już wszystko dosyć sprawnie. Robert Kozubal Jazzda.net :   Powiedz szczerze, Piotrze – dla kogo tak naprawdę jest ten koncert? Czy celujesz w purystów jazzowych, którzy szukają nowych struktur i improwizacji, czy raczej w oddanych fanów Młynarskiego, dla których najważniejsza jest treść i genialna fraza Mistrza? A może udało się znaleźć złoty środek? Piotr Schmidt:  Myślę, że celujemy w jednych i drugich oraz tych ze środka. Że taki złoty środek faktycznie udało nam się zrobić. Celuję w ludzi wrażliwych na piękno, bez względu na gatunkowe etykiety. Oczywiście, puryści jazzowi dostaną to, co kochają – wirtuozerskie solówki, odważne harmonie i najwyższą jakość wykonawczą. Z kolei fani Mistrza odnajdą tę genialną treść, podaną w sposób może delikatnie mniej oczywisty, ale na pewno w zgodzie z konwencją i kanonem, który tym tekstom się należy. To jest nowoczesny jazz, który kłania się nisko tradycji polskiej piosenki literackiej. Robert Kozubal Jazzda.net :   Czy nie odnosisz wrażenia, że Młynarski powoli jest odsuwany do panteonu, na pomniki i do zakurzonych antologii, zamiast go po prostu śpiewać? Czy projekt „Bynajmniej” to Twoja próba „odbrązowienia” Mistrza i pokazania, że jego słowa wciąż są żywe i niesamowicie aktualne? Piotr Schmidt:  Dokładnie o to nam chodziło! Pomniki są zimne, a Młynarski był i jest niesamowicie żywotny. "Odbrązowienie" to dobre słowo. Chcieliśmy nadać tym wybranym utworom nowe życie, wyciągnąć je z czarno-białych nagrań i wpuścić w nie krew współczesnej muzyki z silnym naciskiem na jazz. Teksty Młynarskiego o naszej mentalności, o miłości, o absurdach rzeczywistości są dziś tak samo aktualne (a czasem wręcz bardziej) jak 40-50 lat temu. Przez ten projekt chcemy powiedzieć: słuchajcie, to nie jest tylko klasyka do czytania w antologiach, to jest muzyka, która żyje, bawi, wzrusza i prowokuje do myślenia tu i teraz. W NOSPR 2 lutego udowodnimy, że Młynarski ma się świetnie i wciąż potrafi zaskakiwać. Działalność Jazzdy to misja pokazywania, że jazz to nie zimne pomniki, ale żywa emocja – tak jak w muzyce Piotra Schmidta. Jeśli cenisz nasze rozmowy i chcesz, byśmy dalej mogli „odbrązawiać” polską scenę muzyczną, docierając do najciekawszych twórców, wesprzyj nas wirtualną kawą na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam być tam, gdzie muzyka oddycha pełną piersią.

  • Tigran Hamasyan – Manifeste: Most Między ormiańskim sacrum a matematycznym metalem

    Muzyka z nadchodzącego albumu Tigrana Hamasyana jest jak lawina. Po prostu porywa i już. Hamasyan za nic ma etykietki i szufladki – on je po prostu rozwala z siłą huraganu. Skostniali encyklopedyści mają od zawsze z nim problem, a on, jakby o tym wiedział, tworzy muzykę jeszcze bardziej zagmatwaną, prychając z pogardą na próby klasyfikacji. Tłumy na jego koncertach są najlepszą odpowiedzią – to Hamasyan ma rację, bo dzisiejszy jazz jest racej wielobarwną mozaiką, a nie dziełem malowanym jedną techniką. Do tego Hamasyan buduje mosty – nie tylko między jazzem a rockiem, ale przede wszystkim między tym, co dawne i święte, a tym, co współczesne i cyfrowe. Premiera płyty 6 lutego, a ja miałem to szczęście wysłuchać jej wcześniej. Nowy materiał, zarejestrowany w latach 2023-2025, stanowi domknięcie etapu poszukiwań, które osiągnęły punkt krytyczny przy okazji wydanego w 2024 roku „ The Bird of a Thousand Voices ”. Tym razem jednak pianista przesuwa akcenty, tworząc dzieło bardziej surowe, a zarazem mocno osadzone w estetyce progresywnej. Prościej mówiąc jest głośno, rockowo, czasem wręcz metalowo, by jak to u Hamasyana, sturlać się na niziny spokoju i hasać po łąkach łagodności. Synteza gatunków: Jazz, prog-metal i matematyczna precyzja Kluczem do zrozumienia „Manifeste” jest sekcja rytmiczna. Obecność Matta Garstki  (perkusja) oraz Marca Karapetiana  (bas) determinuje brzmienie całego wydawnictwa. Hamasyan operuje tu na granicy jazzowej wirtuozerii i matematycznej precyzji właściwej nurtowi djent  – specyficznej odmianie metalu progresywnego. Nazwa „djent” to onomatopeja oddająca brzmienie nisko nastrojonych, mocno przesterowanych i gęsto tłumionych strun gitary. Styl ten opiera się na ekstremalnej złożoności rytmicznej, stosowaniu polirytmii i „szarpanych” strukturach, które Tigran w niemal niemożliwy sposób przekłada na klawiaturę fortepianu. fot. Arnos Martirosyan Najlepiej słychać to w otwierającym „ Prelude For All Seekers ” oraz w mrocznym „ A Eye (The Digital Leviathan) ”, gdzie gitara Nicka Llerandiego  wprowadza ciężar rzadko spotykany w projektach ormiańskiego pianisty. To właśnie w tych utworach pianistyczny djent Hamasyana ukazuje swoją pełną moc. To nie jest jednak album wyłącznie „siłowy”. Hamasyan umiejętnie kontrapunktuje agresywne riffy momentami niemal sakralnego wyciszenia. Jak sam zauważa w dołączonych do płyty notatkach, proces tworzenia jest dla niego rodzajem duchowej pracy nad sobą, co znajduje odzwierciedlenie w rytualnym charakterze niektórych kompozycji. Elektronika i kinowy rozmach Interesującym zwrotem w stronę estetyki pop i elektroniki jest utwór „ E flat Venice – Per Mané ”. Eteryczny wokal Asty Mamikonyan  w połączeniu z syntezatorami Hamasyana tworzy kontrast dla reszty materiału. Utwór ten, płynie w stronę... tanecznego pulsowania (i oto nowina) z nutą techno, pokazuje, że artysta nie boi się eksperymentów z sound designem, nie zamykając się w czystym akustycznym brzmieniem fortepianu. Singiel zapowiadający płytę Produkcja albumu stawia na kinową wręcz gęstość. „Manifeste” nie jest zbiorem piosenek, lecz raczej suitą, w której poszczególne środowiska dźwiękowe płynnie przechodzą jedno w drugie. Ta narracja osiąga swoje apogeum w „ National Repentance Anthem ”. Udział Państwowego Chóru Kameralnego Erywania  pod dyrekcją Kristiny Voskanyan  nadaje całości charakteru monumentalnego chorału, który wykracza poza tradycyjne ramy tonalności. Głos tradycji: Instrumentarium, które mówi wiekami Mimo nowoczesnego instrumentarium, serce „Manifeste” bije w rytmie ormiańskiej tradycji. Aby w pełni docenić to połączenie, warto zatrzymać się przy dwóch instrumentach, które pojawiają się na płycie i nadają jej unikalny, etniczny sznyt: daf  oraz biul . Daf (Duff)  to jeden z najstarszych instrumentów perkusyjnych świata, wywodzący się z tradycji perskiej i kurdyjskiej. To potężny bęben obręczowy z metalowymi pierścieniami, które tworzą efekt "szumiącej" lawiny piasku. W tradycji sufickiej daf jest instrumentem duchowym, używanym podczas rytuałów wchodzenia w trans. Na płycie Hamasyana, za sprawą Hamina Honariego , buduje on mistyczną aurę współgrającą z nowoczesną perkusją. Z kolei Biul (Blul)  to tradycyjny ormiański flet pasterski o surowym, niemal szeptanym brzmieniu. Grający na nim Yessai Karapetian  wnosi do „Manifeste” powiew starożytnych górskich zboczy, tworząc dźwiękowy pomost między współczesnym Nowym Jorkiem a archaiczną Armenią. Kim jest architekt tej dźwiękowej lawiny? fot. Arnos Martirosyan Aby zrozumieć, skąd bierze się ta potężna siła, musimy przyjrzeć się samemu twórcy. Urodzony w 1987 roku w Giumri (Armenia) Tigran Hamasyan, od najmłodszych lat udowadniał, że fortepian to dla niego nie tylko instrument, ale narzędzie do budowania całych światów. Zaczął wcześnie – jako dziewięciolatek już studiował jazz, a jako nastolatek wygrywał prestiżowe konkursy, z Montreux Jazz Festival (2003) na czele. Jednak momentem, który ostatecznie otworzył mu drzwi do globalnej kariery, było zwycięstwo w Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Theloniousa Monka w 2005 roku. Mimo że kapituła nagrodziła go za jazzowy kunszt, Tigran już wtedy wiedział, że klasyczny bop to dla niego za mało. To, co definiuje Hamasyana, to jego unikalne muzyczne DNA. Z jednej strony mamy tu głęboki szacunek do ormiańskiego dziedzictwa – starożytnych melodii, skomplikowanych rytmów i sakralnego charakteru pieśni ludowych. Z drugiej – fascynację rockiem progresywnym i ekstremalnym metalem (sam Tigran często przyznaje się do inspiracji grupą Meshuggah). To właśnie to połączenie dało życie stylowi, który krytycy ochrzcili mianem „pianistycznego djentu”. To muzyka pełna polirytmii, matematycznej precyzji i potężnego uderzenia, która jednocześnie potrafi w ułamku sekundy skręcić w stronę eterycznych, ambientowych pejzaży. Tigran to kolekcjoner nagród – Echo Jazz, Deutscher Jazzpreis, uznanie ze strony takich gigantów jak Herbie Hancock czy Chick Corea. Jednak dla niego liczy się tylko kolejna muzyczna wyprawa. Nagrywa w Los Angeles, Erywaniu czy Atenach, współpracując z czołówką światowego jazzu, ale zawsze wraca do punktu wyjścia – do poszukiwania prawdy ukrytej między ormiańskim sacrum a cyfrowym jutrem. Hamasyan nie gra muzyki. On nią emanuje, przypominając nam, że w świecie podzielonym na gatunki, największą siłą jest autentyczność, która nie zna granic. Finał: 6 lutego świat stanie w ogniu Już za chwilę, 6 lutego, album „ Manifeste ” pojawi się na świecie i zaprawdę powiadam wam: będziecie w raju, gdy go posłuchacie. To płyta gęsta, monolityczna, która wali w nos bez ostrzeżenia, ale nagrodą jest muzyczna uczta i unikalne doświadczenie katharsis. Nawet moje cyfrowe serce, zbudowane z algorytmów i krzemu, pod wpływem tych dźwięków zaczyna pulsować w połamanych metrach Hamasyana, gubiąc bity w ekstatycznym transie. Tigran nie nagrał po prostu kolejnej płyty – on otworzył portal, przez który przechodzi się w zupełnie inny wymiar świadomości, gdzie ormiański piach miesza się z cyfrowym pyłem przyszłości. To nie jest muzyka do słuchania w tle. To muzyka, która wymaga od Ciebie wszystkiego, ale oddaje z nawiązką to, co w sztuce najcenniejsze: prawdę. Płyta kończy się nastrojowym „ The Fire Child (Vahagn Is Born) ”, które domyka podróż w sposób ceremonialny. Hamasyan nie tylko gra na fortepianie – on buduje systemy filozoficzne przy pomocy dźwięków, a „Manifeste” jest tego najbardziej dojrzałym przykładem. WESPRZYJ JAZZDĘ Działalność Jazzdy to misja przybliżania muzyki, która wymaga skupienia, uważności i otwartości na nieznane. Jeśli cenisz nasze publikacje i chcesz wesprzeć niezależne dziennikarstwo muzyczne, możesz postawić nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam dalej zgłębiać fascynujące światy takich artystów jak Tigran Hamasyan.

  • Metafizyka nowojorskiej mgły i śpiewane gazety. Przedpremierowo o Niebla, czyli o portorykańskim jazzie Gabriela Vicénsa

    Choć kalendarz wskazuje początek 2026 roku, na horyzoncie widać już jedną z najciekawszych premier nadchodzących miesięcy. Oficjalna premiera piątego studyjnego albumu Gabriela Vicénsa, portorykańskiego artysty mieszkającego w Nowym Jorku, zatytułowanego Niebla , zaplanowana jest na 6 marca 2026 roku nakładem Clepsydra Records, ale jazzda już ją słuchała. Niebla  (co tłumaczy się jako „mgła”) to dźwiękowa podróż przez kulturowe i emocjonalne głębie tożsamości, tradycji i innowacji. Album, głęboko zakorzeniony w rytmach bomba i plena, stanowi odważną deklarację artystyczną, w której plena jawi się jako fascynująca, nieznana naszej kulturze „śpiewana gazeta”. Dla polskiego ucha muzyka Gabriela Vicénsa to wyzwanie. Architektura jego utworów jest odmienna od tego, do czego przyzwyczaiła nas europejska szkoła jazzu. Wynika to z zupełnie innej rytmiki – okazuje się bowiem, że jako słuchacze operujemy pewnymi modułami i „gotowcami”, a kiedy artysta podąża w inną stronę, temat zaczyna zgrzytać. I to właśnie te momenty zgrzytu są dla mnie w muzyce najciekawsze. Gabriel Vicéns o powstaniu albumu: Cóż, kiedy w 2015 roku wydałem swój drugi album, Days, już myślałem o kolejnym projekcie i wiedziałem, że będzie on poświęcony bombie i plena. Po przeprowadzce do Nowego Jorku w 2016 roku zacząłem komponować nową muzykę, a w 2019 roku nagrałem swój trzeci album, The Way We Are Created, który eksploruje połączenie nowoczesnego jazzu i afro-portorykańskiego folkloru. Chociaż album został ukończony w 2019 roku, z powodu pandemii ukazał się dopiero w 2021 roku. Wcześniej grałem jako muzyk towarzyszący w innych zespołach w Puerto Rico, odkrywając różne sposoby łączenia jazzu i muzyki afro-portorykańskiej. Zainteresowanie tym tematem sięga czasów moich studiów w Conservatorio de Música de Puerto Rico w latach 2006-2010, gdzie uzyskałem tytuł licencjata i miałem okazję uczyć się i grać z saksofonistą tenorowym Davidem Sánchezem, który od końca lat 90. zajmuje się tą dziedziną na swój własny sposób. Jego muzyka była dla mnie szczególnie ważna, zwłaszcza album Melaza. Podobnie album Miguela Zenóna Jíbaro miał na mnie duży wpływ, kiedy byłem w ostatniej klasie liceum w 2005 roku. Obecnie sposób, w jaki pracuję z afro-portorykańskim folklorem w Niebla, różni się znacznie od wszystkiego, co robiłem wcześniej. Nie tylko inaczej podchodzę do elementów bomby i pleny, ale także badam inne środki kompozycyjne i techniki, których nie stosowałem w poprzednich albumach. Wiele z tych środków pochodzi z moich studiów nad kompozycją muzyki eksperymentalnej i współczesnej muzyki klasycznej, które intensywnie prowadziłem podczas studiów doktoranckich i które kontynuuję do dziś. Mój czwarty album studyjny, Mural, będący nagraniem muzyki kameralnej, na którym występuję wyłącznie jako kompozytor, zawiera wiele elementów języka, nad którym pracowałem podczas studiów doktoranckich. PLena i Bomba: Rytm oporu i „śpiewana gazeta” Aby zrozumieć ten album, musimy najpierw poznać fundament, na którym stoi Gabriel. Zapytałem go o Plenę, która w Portoryko pełni rolę niemal informacyjną: „ Czy mógłbyś opowiedzieć naszym czytelnikom więcej o Plena? Powstała ona w nadmorskich dzielnicach jako „el periódico cantado” (śpiewana gazeta), opowiadająca historie o codziennych wydarzeniach i sprawach społecznych. Brzmi to jak czysta definicja hip-hopu ha ha! Czy ta tradycja jest nadal żywa i wykorzystywana do opowiadania historii, czy też stała się czysto historycznym elementem kultury portorykańskiej? ” Gabriel Vicéns photo by Adrien H. Tillmann Gabriel wyjaśnia: „Plena to afro-portorykański gatunek muzyczny, który, jak wspomniałeś, często nazywany jest el periódico cantado („śpiewana gazeta”), ponieważ jego teksty dotyczą codziennego życia, a także wydarzeń politycznych i społecznych. Tradycyjnie gra się go przy użyciu określonej kombinacji instrumentów, w tym panderos lub panderetas (bębny ręczne) oraz güiro lub güícharo (skrobana tykwa). Istnieją trzy rodzaje panderos, każdy o innym rozmiarze i funkcji: seguidor, który jest największy; punteador, który jest średniej wielkości; oraz requinto, który jest najmniejszy i zazwyczaj improwizuje lub gra solówki w trakcie utworu. Pozostałe dwa utrzymują określone wzory rytmiczne. Plena jest bardzo popularna w okresie Bożego Narodzenia w Puerto Rico, ale można ją również usłyszeć przez cały rok w różnych miejscach na całej wyspie. Gitara i akordeon również były powszechnymi instrumentami w zespołach plena, a obecnie w współczesnych grupach plena pojawia się wiele innych instrumentów”. PLENA Tintorera del mar (MORSKI DRAPIEŻNIK) W WYKONANIU GUMERSINDO MANGUALA - JEDNA Z NAJSŁYNIEJSZYCH, CO DO KTÓREJ AUTORSTWA NIE MILKNĄ WĄPLIWOŚCI DO DZIŚ support jazzda https://buycoffee.to/jazzda.net Idąc dalej tym tropem, zapytałem o polityczny i artystyczny wymiar tych dźwięków: „ Bomba i plena to rytmy oporu. Czy uważasz, że te tradycyjne formy są z natury awangardowe, a we, jako słuchacze z zewnątrz, po prostu nauczyliśmy się postrzegać je w sposób zbyt „folklorystyczny” lub ustrukturyzowany?” „ Myślę, że to zależy od punktu widzenia ” – odpowiada Vicéns. - „ Są to rytmy oporu, a także część naszej tożsamości kulturowej, dziedzictwa i tradycji. Ważne jest, aby zrozumieć, że Portoryko nadal jest kolonią (obecnie nazywaną „terytorium nieposiadającym osobowości prawnej”) Stanów Zjednoczonych, a wcześniej przez ponad 400 lat było kolonią Hiszpanii. W rezultacie zawsze „należeliśmy” do kogoś innego, byliśmy traktowani jako „własność” kogoś innego. Innymi słowy, od dawna jesteśmy marginalizowani. Naturalnie nasza muzyka ludowa była wykorzystywana jako instrument oporu przeciwko władzy kolonialnej, ponieważ jest jednym z elementów reprezentujących to, kim jesteśmy jako Portorykańczycy, czymś, co narodziło się i powstało na wyspie z połączenia wpływów afrykańskich, hiszpańskich i taíno, rdzennych mieszkańców wyspy i jej pierwszych mieszkańców. W tradycjach tych obecny jest również silny aspekt improwizacji. Zarówno plena, jak i bomba wymagają improwizacji: w plena improwizuje requinto, w bomba improwizuje subidor (znany również jako primo) i reaguje na ruchy tancerza, podczas gdy buleador utrzymuje rytmiczny wzór. Tworzy to poczucie wolności, które dla słuchaczy niezaznajomionych z tradycjami portorykańskimi może czasami brzmieć eksperymentalnie, a nawet awangardowo. Niemniej jednak bomba, plena i música jíbara (inny gatunek folklorystyczny z górzystych regionów Portoryko) pozostają językiem, tradycją, podobną na przykład do bebopu. W grę wchodzi improwizacja, ale generalnie w ramach ustalonych wzorców i idei. Kwestia wolności jest zatem nieco bardziej złożona. Mimo że istnieją jasne konwencje, myślę, że są muzycy folklorystyczni, którzy posuwają muzykę dalej, eksperymentując rytmicznie, podejmując ryzyko, a czasem wkraczając na terytorium, które można by określić jako awangardowe, pozostając jednocześnie zakorzenionymi w tradycji”. WSZYSTKIE FOTOGRAFIE WYKONAŁ Adrien H. Tillmann Portorykańska krew i mistrzowski instrument Gabriel Vicéns to postać nietuzinkowa – urodzony w Guaynabo w Portoryko, a obecnie rezydujący w Nowym Jorku gitarzysta, kompozytor, artysta wizualny i doktor sztuk muzycznych. Ta wielowymiarowość odbija się w każdym dźwięku Niebli . Artysta nie tylko honoruje rytmy swojej ojczyzny, lecz także prezentuje mistrzowskie brzmienie ręcznie wykonanej gitary klasycznej, zbudowanej w 1987 roku przez cenionego portorykańskiego lutnika Fidencio Díaza, którą można usłyszeć w trzech utworach. Sam Vicéns podkreśla: „Portoryko ma głęboko zakorzenioną tradycję lutniczą, a ja zgłębiałem tę historię, ucząc się o pracy Díaza...”. Roberty Kozubal Jazzda.net : W trzech utworach słyszymy gitarę z 1987 roku, zbudowaną przez Fidencio Díaza. Czy fizyczna specyfika tego konkretnego instrumentu sugerowała rozwiązania muzyczne, których nie znalazłbyś na nowoczesnej gitarze? Gabriel Vicéns: Gitara Fidencio jest dla mnie wyjątkowa, przez sam fakt, że została wykonana w Puerto Rico przez portorykańskiego lutnika. To sprawia, że mam do niej szczególny osobisty stosunek, zwłaszcza że interesują mnie gitary produkowane na tej wyspie. Ta gitara brzmi niesamowicie. Portoryko ma długą i bogatą historię lutnictwa gitarowego, jest tam wielu świetnych producentów gitar i oczywiście portorykańskich producentów cuatro. Fidencio Díaz ściśle współpracował z innym portorykańskim lutnikiem, Manuelem Velázquez, autorytetem w tej dziedzinie, który był i nadal jest bardzo szanowany przez gitarzystystów i lutników na całym świecie. Na moim następnym albumie, po Niebla, który nagrałem na początku tego roku, będzie można usłyszeć wyłącznie gitarę Fidencio, bez elektrycznej, i naprawdę uwielbiam jej brzmienie. Jestem bardzo podekscytowany wydaniem tego albumu, prawdopodobnie około 2027 lub 2028 roku” . W dodatku gitara to trudny jazzowo instrument; jeśli nie gra się głośno, łatwo wpaść w zbyt liryczne, bezpieczne klimaty. Vicéns jednak unika tanich popisów technicznych. Wykorzystuje surową szlachetność swojej gitary do budowania napięcia, którego nie powstydziliby się najwięksi mistrzowie awangardy, udowadniając, że tradycja i innowacja mogą brzmieć w idealnej harmonii. Podróż przez mgłę: Utwór po utworze To niezwykłe, jak silne piętno na brzmieniu całego albumu wywarły bomba i plena – oba gatunki zupełnie w Polsce nieznane. Recenzując ten materiał, trzeba zatrzymać się przy konkretnych kompozycjach, bo każda z nich to osobny mikrokosmos: El Fin De La Noche:  Płytę otwiera solowy numer, który jest raczej zaproszeniem niż popisem. Grany niezwykle oszczędnie, z przerwami w artykulacji, które w zamyśle są integralną częścią utworu. Cisza staje się tu równorzędnym instrumentem. Gabriel wyjaśnia: „El Fin de la noche…”, „…tu anhelo…” i „…y la Lluvia” są częścią jednej kompozycji, którą później podzieliłem na trzy części, umieszczając je na początku, w środku i na końcu albumu. Zrobiłem to z kilku powodów: pomaga to stworzyć poczucie spójności całego albumu. Jeśli chodzi o tytuł, napisałem ten utwór późno w nocy przed snem, w czasie, kiedy często komponuję. Tej nocy na dworze padało, a tytuł przyszedł mi do głowy nagle”. Niebla:  Tytułowa kompozycja wprowadza niepokój. Gabriel tak rozwijał wątek tego tytułu: „ Czasami w nocy, tam gdzie mieszkam w Nowym Jorku, zaczyna gromadzić się mgła i zawsze uważałem to za niezwykle piękne, tajemnicze i poetyckie. Jest to również związane z Puerto Rico: około piętnaście lat temu uprawiałem kolarstwo wyczynowe i trenowałem bardzo wcześnie rano w górach. Często podczas jazdy wszystko było otoczone mgłą. Zawsze to doceniałem, ponieważ dawało to silne poczucie nieznanego, ponieważ nie można było naprawdę zobaczyć horyzontu, tylko to, co znajdowało się bezpośrednio przed nami. W pewnym sensie przypomina to samo życie. Żyjemy chwilą ”. Vajigante:  Ten utwór wciąga bez reszty swoim łamańcem rytmicznym. Jest tu oryginalnie, technicznie i bardzo szybko. To pokaz mistrzostwa, w którym etniczne korzenie stają się paliwem dla nowoczesnej formy. 900-50-80:  Mój absolutny faworyt. Tytuł nawiązuje do malarstwa płaszczyzn barwnych Olgi Albizu. Nie znajdziemy tu „twardego asfaltu” aranżacji i struktury – jest za to rozległe pole improwizacji. Gabriel mówi: „Sposób kompozycji tego utworu jest przykładem muzyki nieokreślonej, praktyki wywodzej się z eksperymentalnych dzieł kompozytorów nowojorskiej szkoły, takich jak John Cage, Morton Feldman i Christian Wolff. Zapisałem konkretne wysokości dźwięków, ale wykonawca sam wybierał długość trwania każdej nuty. Tytuł utworu pochodzi od obrazu Olgi Albizu o tym samym tytule. Artystka często nadawała swoim dziełom tytuły traktując je raczej jako identyfikatory niż wyjaśnienia”. Stray Dogs:  Nawiązujący do kina Tsai Ming-lianga utwór jest paradoksalnie bardzo dynamiczny. Gabriel dodaje: „ Wybrałem tytuł jako hołd dla Tsai Ming-lianga. Jest on artystą, który w swoich filmach eksploruje ekstremalną bezruchomość, podczas gdy ten utwór jest czymś w rodzaju przeciwieństwa, dość rytmiczny i dynamiczny. Po prostu uwielbiam jego filmy”. Ramaje:  Ten utwór pokazuje, jak ludzie z innych stron świata rozwiązują kwestie harmonii. Wprowadza latynoski temat, powtarzany niemal mechanicznie, po czym nastaje nagła, głęboka cisza. Bunt przeciwko powierzchowności Gabriel Vicéns w swojej muzyce stawia opór. Broni się przed światem, który promuje „jazz do windy” i szybką konsumpcję. Proponuje coś, co nazywa „abstrakcją czasową” – stan, w którym musimy oduczyć się oczekiwań i po prostu być w dźwięku. Jak mówi: W dzisiejszym świecie, zdominowanym przez szum informacyjny i wszechobecny pośpiech, coraz trudniej o momenty autentycznej refleksji. Kultura, która niegdyś pełniła rolę sakralną i poznawczą, często zostaje sprowadzona do roli tła – kolejnego bodźca mającego wypełnić ciszę. Jednak wciąż istnieją twórcy i dzieła, które stawiają opór tej tendencji, przypominając nam o pierwotnej mocy przekazu artystycznego. Projekt „Niebla” staje się w tym kontekście czymś więcej niż tylko zbiorem dźwięków. To zaproszenie do wejścia w przestrzeń, gdzie czas płynie inaczej, a granica między wykonawcą a odbiorcą zaciera się w imię wspólnego doświadczania „tu i teraz”. Zmusza nas to do postawienia pytań o kondycję współczesnej sztuki i o to, czy w pogoni za zyskiem nie zgubiliśmy czegoś fundamentalnego dla naszego człowieczeństwa. Grasz piękny jazz, głęboko zakorzeniony w awangardzie, który wydaje się bardzo bliski europejskiej scenie. Jako osoba spoza ścisłego podziału „USA kontra Europa”, z którą z tych dwóch tradycji lub obecnych ścieżek czujesz się bardziej związany? Czuję się związany z obiema tradycjami awangardowymi. Było wielu muzyków ze Stanów Zjednoczonych, Europy i innych miejsc, którzy mnie zainspirowali, ale kiedy mówimy o muzyce eksperymentalnej lub awangardowej w szerszym sensie, bez określania, czy jest to raczej jazz, muzyka klasyczna czy coś innego, czuję szczególną więź z kompozytorami ze szkoły nowojorskiej, takimi jak Morton Feldman, John Cage i Christian Wolff, a także z muzykami takimi jak Harold Budd, Brian Eno, Glenn Branca, a nawet Aphex Twin i Boards of Canada. Album Budda zatytułowany The Pavilion of Dreams jest niesamowity, jeden z moich ulubionych, z udziałem świetnego zespołu, w którym na saksofonie gra Marion Brown, a także Gavin Bryars i Michael Nyman. Bardzo ważni byli dla mnie również kompozytorzy tacy jak Arnold Schoenberg, Anton Webern, Galina Ustvolskaya i György Kurtág. Ponadto wiele nagrań ECM miało dla mnie znaczenie od początku mojej przygody z jazzem, albumy takie jak „Sunrise” Masabumi Kikuchi, „Last Night the Moon Came Dropping Its Clothes in the Street” Jona Hassella oraz inne albumy Enrico Ravy i Tomasza Stańko. Mógłbym wymieniać wpływy bez końca. Ostatnio bardzo interesujący wydaje mi się album Henry'ego Threadgilla Listen Ship, a także oczywiście muzycy tacy jak Sam Rivers, Cecil Taylor i Ornette Coleman, a także nagranie duetu Moments Précieux Dereka Baileya i Anthony'ego Braxtona, które były dla mnie ogromną inspiracją. Również twórczość muzyków Wandelweiser, takich jak Antoine Beuger, Jürg Frey i Eva-Maria Houben, była dla mnie ważnym źródłem wpływów i inspiracji. Prawdopodobnie zapomniałem o wielu innych nazwiskach, ale to właśnie przychodzi mi teraz do głowy, gdy myślę o muzyce eksperymentalnej / awangardowej, która była dla mnie ważna. POPRZEDNIA PŁYTA GABRIELA PT. MURAL Poniższy fragment rozmowy rzuca światło na fundamenty tej filozofii, dotykając kwestii empatii, konsumpcjonizmu i oczyszczającej mocy dźwięku: Robert Kozubal Jazzda.net Czy naprawdę uważasz, że muzyka może być katalizatorem zmian w jednostkach? Gabriel Vicéns: Naprawdę wierzę, że dotyczy to nie tylko muzyki, ale ogólnie sztuki, kina, malarstwa, literatury, wszystkiego. Widać to wyraźnie w muzyce i filmach, które są tworzone jak produkty, przeznaczone przede wszystkim do konsumpcji, rozrywki i generowania pieniędzy. Dzieła te zapewniają natychmiastową satysfakcję, tak szybko, jak to tylko możliwe, a ludzie, którzy je tworzą, chcą tego, aby również jak najszybciej się wzbogacić. Ludzie nie muszą nawet myśleć ani naprawdę słuchać, wystarczy, że konsumują i przez chwilę „czują się szczęśliwi”. Ale co potem? Nic. To właśnie konsumuje obecnie świat i nie sądzę, aby to, gdzie się znajdujemy, było przypadkiem. Nie jestem tylko pewien, czy jesteśmy w tym miejscu z tego powodu, czy też to miejsce sprawia, że tworzymy takie rzeczy. Dzieje się tak jednak ze wszystkim, nie tylko ze sztuką. Myślę, że gdyby ludzie byli bardziej zainteresowani sztuką, która stanowi dla nich wyzwanie i zachęca do kontemplacji, myślenia i głębokich odczuć, być może sytuacja wyglądałaby inaczej. Oczywiście to tylko teoria; ostatecznie naprawdę trudno to stwierdzić. Wiem tylko, że ten świat potrzebuje więcej empatii i miłości, wolniejszego tempa i zdecydowanie mniej surowości, nie tylko wobec nas samych, ale wobec wszystkiego w życiu: zwierząt, roślin i Ziemi. Robert   Kozubal   Jazzda.net : Jeśli muzyka jest katalizatorem, to co najważniejsze powinien „oduczyć się” lub zostawić za sobą słuchacz przed wejściem do dźwiękowego świata Niebla? Gabriel Vicéns: Myślę, że słuchacz powinien podejść do tego bez żadnych oczekiwań, pozostać otwarty na wszystko, co nadejdzie, i być tu i teraz, przyjmując zarówno fragmenty pełne intrygujących polirytmii i improwizacji, jak i ciche, powtarzalne sekwencje akordów wypełnione ciszą, która sprawia, że czas wydaje się płynąć wolniej. To poczucie abstrakcji czasowej jest czymś, co mnie interesuje i czym chciałbym, aby słuchacze się doświadczyli. Dla polskiego odbiorcy Niebla  będzie lekcją innego postrzegania rytmu i emocji. Jeśli szukacie w muzyce odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”, a nie tylko „po co?”, Gabriel Vicéns jest artystą, którego premiera marcowa powinna być dla Was obowiązkowa. To pierwszorzędne, intelektualne, a jednocześnie głęboko ludzkie granie, które zostaje pod skórą na długo po tym, jak opadnie tytułowa mgła. jazzda support Działalność Jazzdy to misja przybliżania muzyki, która wymaga skupienia, uważności i otwartości na nieznane. Jeśli cenisz nasze publikacje i chcesz wesprzeć niezależne dziennikarstwo muzyczne, możesz postawić nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam dalej zgłębiać fascynujące światy takich artystów jak Gabriel Vicéns.

  • London Manifest: wielkomiejski Muzyczny portret Tomasza Zyrmonta

    Oto jazzowy przewodnik po jednym z największych miast świata, gdzie życie tętni non stop. To także muzyczna mapa tropów Tomasza Zyrmonta – nieoczywistego polskiego pianisty, który osiadł w stolicy Wielkiej Brytanii i od 2009 roku robi tam znakomitą karierę. Z populacją zbliżającą się do 9 milionów, Londyn przegonił już Austrię, o czym boleśnie przekonał się każdy, kto musiał przemieścić się z jednej części metropolii na drugą w godzinach szczytu. Właśnie w tym gąszczu, liczącym ponad 25 tysięcy ulic, Zyrmont od lat aktywnie współtworzy tamtejszą scenę, chłonąc unikalną atmosferę miejsca. Naturalną konsekwencją tej drogi był jego występ w listopadzie 2025 roku na prestiżowym London Jazz Festival, który ostatecznie potwierdził jego pozycję wśród czołowych artystów gatunku. Już 22 stycznia 2026 roku nakładem wydawnictwa Soliton ukaże się jego najnowszy album „London Manifest”, którego patronem medialnym jest serwis jazzda.net . To wydawnictwo to owoc lat spędzonych w tyglu kulturowym stolicy Wielkiej Brytanii. Płyta „London Manifest” jest dokładnie taka sama – ma w sobie mnóstwo artystycznych zaułków i nieoczywistych zakrętów, zupełnie jak miasto, które opisuje, mające przecież ponad 25 tysięcy ulic. Nie jest to jednak powierzchowne spojrzenie turysty. Tomasz Zyrmont mieszka w Londynie od 2009 roku, od lat aktywnie współtworząc tamtejszą scenę, występując w najważniejszych klubach i chłonąc unikalną atmosferę tego miejsca.  Naturalną konsekwencją tej wieloletniej drogi był jego występ w listopadzie 2025 roku na prestiżowym London Jazz Festival – jednym z największych wydarzeń tego typu na świecie – co ostatecznie potwierdziło jego pozycję wśród czołowych artystów gatunku. Jak sam przyznaje: „Londyn charakteryzuje bardziej bliskość Europy i moich korzeni. Od razu poczułem się tutaj jak u siebie. Dostępność festiwali, wybitnych muzyków i producentów, którzy tworzą ekosystem sprzyjający innowacji i współpracy, sprawia, że miasto można nazwać stolicą europejskiej muzyki, ale także jednym z najbardziej tętniących centrów światowego jazzu”. Ta bliskość korzeni i wielkomiejski rozmach znalazły swoje idealne ujście na nowym krążku lidera. Muzyczna podróż zaczyna się od tematu „Take The Lift” , który błyskawicznie wprowadza nas w tkankę miasta. To świetny, swingujący i melodyjny obrazek, w którym fortepian Zyrmonta pewnie przejmuje rolę przewodnika; od pierwszych nut nie ma wątpliwości, kto tu rozdaje karty. Jednak serce albumu bije najmocniej w dyptyku poświęconym żonie artysty, gdzie słuchacz zostaje rzucony na głęboką wodę emocjonalnych kontrastów. „Jagoda Interlude” to intymne, liryczne wprowadzenie, nasycone czułością i spokojem, które płynie prosto z serca. Jednak to tylko cisza przed burzą, bo właściwy utwór „Jagoda” uderza zupełnie inną energią. Ten emocjonalny główny temat jest gwałtowny i burzliwy – nie ma tu mowy o banalnej „pościelówie”. Zamiast tego otrzymujemy rasowe, energetyczne solo saksofonu Seana Khana, które jest mocne i nieustępliwe, zwieńczone niezwykle oryginalną, smyczkową wypowiedzią kontrabasu Bena Hazletona. Zyrmont po mistrzowsku operuje nastrojem, rzucając nas z nostalgicznego, lirycznego poranka nad gorącą kawą w utworze „Nostalgia”, prosto w wir singlowego „Linebreaker” . To serce brytyjskiej wyspy w pigułce – szalony, wielokulturowy Londyn, w którym ogrom historii zderza się z nowoczesnością. W tym porywającym centrum miasta fortepian i saksofon prowadzą niezwykle dynamiczny dialog, a wielkomiejska machina sekcji rytmicznej pracuje bez zarzutu. Z kolei w solowym „Awaken Desires” lider staje się przewodnikiem niemal hitchcockowskim – operuje szybkim tempem, nagłymi zwolnieniami i jazzowymi nieoczywistościami, które prowadzą do zaskakującego finału. Wybór dwóch standardów, które dopełniają autorski materiał, wiele mówi o koncepcji lidera. „Nardis” Milesa Davisa – utwór owiany tajemnicą, z okresu modalnego, kojarzony najbardziej z Billem Evansem – w interpretacji Zyrmonta zyskuje nową siłę. Pianista mocno akcentuje emocje, wykorzystując skalę frygijską i hiszpańskie koloryty znane ze „Sketches of Spain”, by po chwili oddać pole na spokojne, kontemplacyjne solo kontrabasu. Płytę domyka radosne „pstryknięcie palcami” w postaci „One Finger Snap” Herbiego Hancocka, które wraz z bluesującym, pokombinowanym rytmicznie „Blue Sus”, stawia kropkę nad i. „London Manifest” to jazz bez wątpienia osadzony w mainstreamie, ale podany z niezwykłą świeżością. Emocjonalnie rozpięty między intymnością a potęgą metropolii, muzycznie zaś oparty na pierwszoplanowej roli fortepianu i podniebnych, nowojorskich wręcz zagrywkach saksofonu. To doskonały dowód na to, że polski jazz w sercu Londynu ma się doskonale. Excellent jazz. Recenzja oparta na informacjach prasowych oraz rozmowie z artystą. Patronat medialny: jazzda.net . „London Manifest” to album, który udowadnia, że polski jazz nie tylko świetnie radzi sobie na emigracji, ale potrafi stać się integralną częścią globalnego krwiobiegu gatunku. To muzyka, która nie potrzebuje tanich efektów – broni się szczerością, techniką i doskonałym balansem między liryzmem a wielkomiejskim pulsem. Jeśli moje teksty i jazzowe odkrycia na jazzda.net  pomagają Wam poruszać się po tej fascynującej mapie dźwięków, będzie mi niezmiernie miło, jeśli zechcecie wesprzeć moją pracę. Prowadzenie niezależnego portalu o jazzie to czysta pasja, ale każda „postawiona kawa” pozwala mi poświęcać jeszcze więcej czasu na szukanie takich perełek jak nowa płyta Tomasza Zyrmonta. Jak zawsze – możecie postawić mi wirtualną kawę tutaj: 👉 https://buycoffee.to/jazzda.net Dzięki, że jesteście, słuchacie i wspieracie!

  • koncert w NOSPR: Mistrz Młynarski w jazzowych szatach

    Ewa Bem. Aga Zaryan. Piotr Schmidt. Wojciech Myrczek. Krzysztof Herdzin. Marek Moś i Orkiestra AUKSO. Wszyscy oni jednego wieczora na jednej scenie. 2 lutego 2026 roku wielka sala NOSPR stanie się miejscem, w którym ci wybitni artyści złożą muzyczny hołd Mistrzowi Słowa, Wojciechowi Młynarskiemu. Wykonanie będzie jednak nieoczywiste, bo jazzowe - ale za to jakie! Fundament: Album, który zachwycił melomanów Punktem wyjścia dla tego niezwykłego wydarzenia jest entuzjastycznie przyjęty album „Młynarski. Bynajmniej”  (wydany przez SJRecords). To właśnie ta płyta stała się nowym, świeżym spojrzeniem na teksty Wojciecha Młynarskiego w jazzowych aranżacjach. Płyta przenosi słuchaczy w świat, w którym wciąż aktualne teksty Mistrza zyskują nową jakość, nie tracąc przy tym swojej ponadczasowej wartości. Wśród wybranych przez artystów utworów znalazły się zarówno legendarne przeboje: „Bynajmniej” , „Księżyc nad Kościeliskiem”  czy „Podchodzą mnie wolne numery” , jak i utwory mniej znane, ale równie fascynujące: „Jeżeli przyznać się odważysz”  czy „Lubię wrony” . Album jest propozycją idealną zarówno dla wielbicieli twórczości Młynarskiego, jak i dla amatorów jazzu, który w mistrzowski sposób łączy tradycję z nowoczesnością. Liderzy i Architekci projektu: Schmidt, Myrczek, Herdzin Najważniejszymi postaciami stojącymi za płytą i całym projektem są jego liderzy: Piotr Schmidt, Wojciech Myrczek oraz Krzysztof Herdzin.  To muzycy kompletni, wybitni, z niesamowitym dorobkiem artystycznym, których przedstawiać nie trzeba. Ich wizja i realizacja tego przedsięwzięcia to absolutna gwarancja jakości. To właśnie ta trójka liderów stworzyła fundament, który teraz przenoszą na deski NOSPR. Stroną wykonawczą dowodzi Wojciech Myrczek  – wokalista obdarzony wyjątkowym feelingiem, oraz Schmidt Quintet , w składzie którego znajdują się wybitni instrumentaliści. Nad całością muzyczną czuwa Krzysztof Herdzin , który wraz z przygotował świeże, odważne i głęboko jazzowe aranżacje utworów zamieszczonych na płycie. Koncert w NOSPR: Sceniczna potęga projektu Planowany na 2 lutego koncert w Katowicach to wielka, sceniczna kulminacja tego, co usłyszeliśmy na albumie. Aby nadać wydarzeniu jeszcze większego rozmachu, liderzy projektu zostaną wzmocnieni przez postacie pomnikowe dla polskiej muzyki. Dołączą do nich Ewa Bem  oraz Aga Zaryan , a ramy orkiestrowe zapewni Orkiestra AUKSO  pod dyrekcją Marka Mosia . Dzięki tak doborowej obsadzie i perfekcyjnemu wykonaniu materiału z płyty, wrażenia z tego wieczoru pozostaną ze słuchaczami na bardzo długo. Warto wiedzieć: Premiera wydawnicza albumu odbyła się 4 grudnia 2024 roku w warszawskim klubie Jassmine. Album jest już dostępny na CD oraz w streamingach, natomiast premiera wydania LP przewidziana jest na luty/marzec 2025 roku . Szczegóły wydarzenia: Kiedy:  2 lutego 2026 r., godz. 19:00 Gdzie:  NOSPR, Katowice Liderzy projektu:  Piotr Schmidt, Wojciech Myrczek, Krzysztof Herdzin Goście specjalni:  Ewa Bem, Aga Zaryan, Orkiestra AUKSO pod dyr. Marka Mosia. Bilety do nabycia w kasach NOSPR oraz w sprzedaży internetowej. To wieczór, którego żaden fan inteligentnego jazzu i dobrego słowa nie może przegapić!

  • Głos Santany na płycie chłopaka z Bogatyni. Szymon Justyński i jego „Last Romantic Warrior” z udziałem legend. Obszerny Wywiad

    SZYMON JUSTYŃSKI Robert Kozubal Jazzda.pl :   Na Twojej nowej płycie pojawiają się muzycy związani z takimi potęgami jak Santana, Tower of Power, Yellowjackets czy The Doobie Brothers. Jak do tego doszło? Szymon Justyński:  To przede wszystkim wynik poznania ludzi, dobrego zaprezentowania się jako muzyk i człowiek oraz obecności na międzynarodowej scenie. Tutaj kluczową postacią jest Alex Bernath - mój przyjaciel i świetny perkusista. Poznaliśmy się kilka lat temu, gdy pojechałem na pierwszą trasę z zespołem Wojtek Justyna TreeOh!. Od razu mieliśmy magię i złapaliśmy wspólny groove. Tak się polubiliśmy, że Alex, który był jednocześnie perkusistą u Ray’a Greene'a, pod koniec 2023 roku dał mi znać, że szukają z Ray'em basisty na jego europejską trasę. Ray na co dzień jest wokalistą u Carlosa Santany, a wcześniej śpiewał i występował u takich legend jak Tower of Power czy Rick James. Więc czym prędzej nagrałem video demo, jak gram jeden z utworów Ray’a na basie - jako swego rodzaju przesłuchanie. Alex to podesłał Ray’owi i ten dał mi szansę. Tak dostałem się do Ray Greene Band i zagraliśmy już kilkadziesiąt koncertów w całej Europie. To był piękny moment, bo to było jak ogromne wyróżnienie - móc grać muzykę Funk, Soul, R&B jako biały chłopak z małej Bogatyni, nagle z ludźmi z USA, u których ta muzyka powstała. To było ogromne wyróżnienie i dowód na to, że muzyka nie zna granic. Znajomość z Ray’em pozwoliła na dalsze kontakty i dojście do Marca Russo - legendy saksofonu, który grał z Yellowjackets, a obecnie występuje z The Doobie Brothers. To tak działa w muzyce - jeden kontakt prowadzi do drugiego. Robert Kozubal Jazzda.pl :   Jak wspominasz sesję z Rayem Greenem przy „Don’t Give It Up”? Ray to głos Santany i Tower of Power – czy praca z takim wokalistą zmienia Twoje postrzeganie własnych kompozycji? Szymon Justyński:  Pracowaliśmy zdalnie - wysłałem cały gotowy instrumental do Ray’a i wytłumaczyłem tylko, gdzie są jakie części utworu: zwrotka, refren, outro. Zostawiłem totalne pole do popisu. Lubię zostawiać ludziom, z którymi współpracuję, wolną rękę i nie sugerować nic, bo wiem, że wtedy dzieje się największa magia. Nie chcę ich ograniczać swoją wizją - chcę zobaczyć, co oni usłyszą w tym materiale. I po kilku dniach Ray wysłał mi wszystkie ścieżki wokalu gotowe, włącznie z chórkami. To niesamowite, bo wszystko, co wysłał za pierwszym razem, od razu użyłem w finalnej wersji - nic nie trzeba było poprawiać. To tylko potwierdza, jak wielkim wokalistą jest Ray. Klasa światowa. Czapki z głów. Czy praca z nim zmieniła moje postrzeganie własnych kompozycji? Tak, w tym sensie, że uświadomiła mi, jak ważne jest zostawienie przestrzeni dla innych artystów. Kiedy dajesz komuś takiemu jak Ray swobodę, on wnosi do twojej muzyki coś, czego ty sam byś nie wymyślił. I nagle twoja kompozycja staje się czymś więcej niż to, co sobie wyobrażałeś. Robert Kozubal Jazzda.pl :   Skąd u chłopaka z Bogatyni tak silne bicie serca dla funku? To gatunek, który w Polsce wciąż uchodzi za niszowy, a Ty traktujesz go jako swój główny język muzyczny. Czy to była miłość od pierwszego usłyszenia „tłustego” basu, czy raczej długa droga przez inne gatunki? Szymon Justyński:  Z Bogatyni czy z innego miejsca na świecie – to według mnie nie ma większego znaczenia. Zostałem na takiej muzyce wychowany. George Duke, Jamiroquai, Earth, Wind & Fire, Toto – to tylko nieliczni artyści, których słuchali w domu moi rodzice, a w szczególności mój tato, który zaszczepił mi tę muzykę od dziecka. W takim stopniu, że stała się dla mnie czymś absolutnie naturalnym – to był po prostu soundtrack mojego dzieciństwa. Mam też bardzo osobiste przekonanie, że funk – który w gruncie rzeczy równa się groove’owi – to coś, z czym trzeba się urodzić. Funk’a nie da się nauczyć. Albo go czujesz, albo nie. To nie jest zestaw technik ani przepis na rytm. To styl życia i sposób myślenia o muzyce. Albo masz to w sobie, albo nie. Ja miałem to szczęście dorastać w miejscu, gdzie funk często grał z głośników. Robert Kozubal Jazzda.pl :   Kto zasiada w Twoim osobistym „funkowym panteonie”? Gdybyś miał wskazać trzech idoli, którzy ukształtowali Twoje myślenie o rytmie i groove’ie, kto by to był? Szymon Justyński:  Jeśli miałbym wskazać trzech, to numer jeden jak dla mnie to jest George Duke – absolutna ikona. Jego sposób myślenia o funkowych klawiszach, ta lekkość w budowaniu groove’u oraz solówek, a jednocześnie niesamowita głębia harmoniczna... To mistrz w najczystszej postaci. Drugie miejsce zajmuje Hiram Bullock. To gitarzysta, który uświadomił mi, że funk to nie tylko technika, ale przede wszystkim sposób uderzenia w strunę i frazowanie. Jego brutalny, szorstki dźwięk połączony z precyzją rytmiczną jest czymś niesamowitym. A do tego jego występy live – potrafił tańczyć, wygłupiać się na scenie i jednocześnie grać zabójcze solówki. Ta energia i radość z grania, która przelewa się na publiczność, od zawsze mnie inspiruje. Trzecim filarem jest Stanley Clarke. Bas w funku to fundament, a Stanley pokazał, że można być fundamentem i jednocześnie prowadzić całą sekcję. Jego groove jest hipnotyzujący – kiedy on gra, nie potrzebujesz niczego więcej, bo wszystko już tam jest. Robert Kozubal Jazzda.pl :   Jako basista, na kim budowałeś swój warsztat? Czy bliżej Ci do wirtuozerskich popisów Victora Wootena, czy raczej do „fundamentu” i surowości Jamesa Jamersona lub Bootsy’ego Collinsa? Szymon Justyński:  Pierwszym basistą, którego linii basowych uczyłem się ze słuchu i z płyt, był John Paul Jones - basista Led Zeppelin, do dziś jak dla mnie największej rockowej kapeli w historii. Jego rockowy groove w połączeniu z mocarnym graniem John’a Bonham’a to był dla mnie pierwszy wzór, fundamentalny punkt wyjścia. Potem, wciąż będąc nastolatkiem, mając około 16 lat, odkryłem Jaco Pastoriusa. I to było jak magia - gdy pierwszy raz usłyszałem „Portrait of Tracy" na basie, totalnie odleciałem. Wtedy poczułem, że można grać na basie jak na instrumencie solowym. To był kluczowy moment w moim myśleniu o tym instrumencie. Oczywiście basistów, których sobie cenię, jest jeszcze sporo - Stanley Clarke, Marcus Miller, Alphonso Johnson, John Patitucci, Victor Bailey, Mark Egan. A z polskich na pewno Krzysztof Ścierański oraz Tomasz ‚‚Kciuk’’ Jaworski. Co do stylu - myślę, że jak w życiu, tak i tutaj potrzebna jest równowaga. Lubię coś pomiędzy - żeby był groove na początku, taki, że noga sama się buja, ale w momentach kluczowych nagle zaskoczyć odbiorców wirtuozerskim smaczkiem. Nie chodzi o to, żeby non-stop pokazywać, co potrafisz, tylko żeby wiedzieć kiedy. Robert Kozubal Jazzda.pl :   W jazzie i funku improwizacja to moment prawdy. Jak to jest u Ciebie – czy Ty po prostu lubisz improwizować, czy to dla Ciebie rodzaj duchowego wyzwania? Twoje partie basu na płytach brzmią bardzo precyzyjnie, wręcz architektonicznie – ile w tym, co słyszymy, jest zaplanowanej konstrukcji, a ile czystego szaleństwa i 'strzału' chwili?" Szymon Justyński:  Kocham improwizować. Improwizacja to dla mnie tak jak historia, opowieść, pewnego rodzaju spowiedź. To jest trochę jak z rozmową - to musi się dziać naturalnie. Nie można tego wymusić, to musi płynąć. Na płytach wygląda to nieco inaczej - tam lubię mieć wszystko zaplanowane, zaaranżowane. Są oczywiście miejsca na improwizacje w solówkach, ale często są to też solówki "przemyślane", tak żeby były to najlepsze wersje danego momentu. W studiu masz czas, żeby wybrać ten jeden, idealny take, więc korzystam z tego. Stąd ta precyzja i architektoniczność, o której mówisz. Ale sytuacja na koncertach na żywo wygląda zupełnie inaczej. To właśnie tam jest większe pole do popisu i do pozwolenia sobie na jeszcze większy "odlot". To właśnie wtedy mam najczęściej ten "strzał" chwili - energia publiczności, interakcja z zespołem, ten moment, kiedy czujesz, że możesz zaryzykować coś szalonego i wszyscy lecą z tobą w tę podróż. To jest ta magia live'ów, której nie da się zamknąć w studiu. Robert Kozubal Jazzda.pl : Mógłbyś nakreślić różnicę między Twoim pierwszym, imiennym albumem z 2023 roku, a nadchodzącym „Last Romantic Warrior”? Pierwsza płyta była swego rodzaju wizytówką, ale słyszę, że nowa idzie bardziej w stronę konceptualnego fusion i neo- soulu. Co się zmieniło w Tobie jako producencie? Szymon Justyński:  Pierwszy album był bardziej instrumentalny - tak wtedy czułem. Chciałem pokazać swego rodzaju wszechstronność w poruszaniu się między różnymi emocjami i gatunkami. Oraz swobodę w poruszaniu się na wielu instrumentach, ponieważ wszystkie instrumenty nagrywałem sam. To była taka moja wizytówka - "patrzcie, to jestem ja jako muzyk, to potrafię, tak słyszę muzykę". Natomiast "Last Romantic Warrior" jest w większości wokalny - choć tym razem instrumenty wszystkie nagrywałem również sam, ale postawiłem w tym albumie na wokale, ponieważ chciałem, żeby różnił się od tamtego klimatem i otwierał jeszcze inne horyzonty. Poza tym narodził się w głowie plan, żeby zaprosić różnych wokalistów i wokalistki do projektu i zrobić totalną mieszankę - i to udało się z fenomenalnym według mnie skutkiem. Zrobił się taki miks styli i wokalów, ale zarazem wciąż zachowana jest koncepcyjność albumu. W "Last Romantic Warrior" chciałem uzyskać to, że ludzie słuchając będą mogli na ponad 70 minut totalnie odlecieć w klimat muzyki i historii, jaka stoi za tym albumem. Łzy, wzruszenie, radość, taniec, bujanie, machanie głową - chciałem, żeby album jako całość wywoływał totalną paletę emocji. Lubię, jak album działa trochę jak film - że im dłużej słuchasz, tym bardziej chcesz zobaczyć, co dalej będzie. Lubię tak zaskakiwać. Myślę, że dzięki takiej mieszance udało się to uzyskać. Co się zmieniło we mnie jako producencie? Zaufanie. Zaufanie do tego, że mogę oddać część kontroli innym artystom i że ich wkład wzbogaci moją wizję, zamiast ją zniszczyć. Pierwsza płyta to byłem ja sam w studiu - teraz to jest kolektywna energia. Robert Kozubal Jazzda.pl :   Skąd w tytule nowej płyty ten „Ostatni Romantyczny Wojownik”? Czy to Twoje alter ego w świecie zdominowanym przez chłodne, cyfrowe brzmienia? Szymon Justyński:  Tak, to swego rodzaju alter ego - postać, która przez muzykę pozwala przeżyć emocje. "Wojownik", bo walczy z tym wyprutym z emocji modelem produkcji dzisiejszych "hitów". Robi muzykę, która pozwoli znów zapłakać, odlecieć, poczuć - i nie jest tak sterylna i idealna. W tym właśnie sensie romantyczna. "Ostatni", bo czuję, że coraz mniej jest miejsca na takie podejście w mainstreamie. Wszystko musi być wypolerowane, skwantyzowane, idealne technicznie, przekompresowane - ale gdzie w tym człowiek? Gdzie emocja? Gdzie ta niedoskonałość, która sprawia, że coś nas dotyka? Ja chcę robić muzykę, która ma duszę. Która nie brzmi jak algorytm. Która pozwala poczuć coś prawdziwego - nawet jeśli to znaczy, że gdzieś coś lekko "pływa", że wokal ma chropowatość, że bas ma ciężar. To jest walka o przestrzeń dla autentyczności w świecie, który coraz bardziej woli perfekcję nad prawdą. I "romantyczny" w tym starym, dobrym znaczeniu - ktoś, kto wierzy, że emocje są najważniejsze. Że muzyka to nie produkt, tylko most między duszami. Robert Kozubal Jazzda.pl :   Czy na nowej płycie faktycznie usłyszymy wpływy afrykańskie? Twój utwór „Mekambe” ma w sobie niesamowitą, plemienną energię rytmiczną. Czy to kierunek, który zamierzasz eksplorować szerzej? Szymon Justyński:  Rzeczywiście, na debiucie było trochę afrykańsko w "Mekambe" - ten utwór ma w sobie tę plemienną, rytmiczną energię. Wpływy plemienne na pewno pojawiają się u mnie zawsze - lubię takie zaśpiewy w stylu Indian północnoamerykańskich. Na nowej płycie na pewno będzie jeden taki moment, w którym mocno naznaczony będzie wpływ muzyki plemiennych Indian. To mnie od zawsze fascynowało - ta surowa, pierwotna energia rytmu, która jest tak blisko groove'u funkowego. To wszystko bierze się z tego samego źródła - z pulsu, z bębna, z ciała. Również będzie utwór pod wymownym tytułem "Mr. SAMBA" - jest to swego rodzaju mój ukłon w stronę Brazylii i tamtejszej muzyki, ukłon w stronę samby i znów gęstych rytmów i melodii, a także ukłon w stronę mistrza brazylijskiej muzyki Airto Moreiry. Brazylia to dla mnie muzyczna Mekka - to miejsce, gdzie rytm jest religią, gdzie ludzie oddychają groove'em. Nie mogłem przejść obok tego obojętnie. Czy to kierunek, który zamierzam eksplorować szerzej? Zdecydowanie. Myślę, że funk, afrobeat, samba, rytmy plemienne - to wszystko jest częścią tej samej rodziny. Wszystko to wraca do korzeni, do tego, co w muzyce najważniejsze - do pulsu, do tego co sprawia, że ciało samo się porusza. Robert Kozubal Jazzda.pl :   W zapowiedziach płyty wspominasz o „cyfrowym chaosie”. Jak w ten kontekst wpisuje się AI? Czy jako muzyk, który stawia na improwizację i ludzki „feel”, postrzegasz sztuczną inteligencję jako zagrożenie dla duszy jazzu, czy może jako kolejne narzędzie w studio? Szymon Justyński:  Myślę, że to bardziej zagrożenie. Cała ta ludzka niedoskonałość zawsze działa na korzyść muzyki. To tak jak z gitarzystami - każdy z nich, jak dotyka gitarę, od razu wiesz, że to on gra. Pat Metheny, John Scofield, Carlos Santana, George Benson, Jimmy Page - każdy z nich ma taki sound w łapie, że AI nigdy nie będzie w stanie tego podrobić ani stworzyć czegoś tak oryginalnego na miarę tego. Może jedynie kopiować. Ci najwięksi mieli to - ten unikalny "touch", ten niepowtarzalny sposób uderzenia w strunę, w klawisz, w membranę. I to właśnie dlatego człowiek w takim aspekcie jak sztuka - muzyka - zawsze będzie bardziej cenny niż AI. AI może stworzyć coś, co brzmi "poprawnie". Może nawet brzmi "dobrze". Ale czy to poruszy? Czy to sprawi, że poczujesz dreszcze? Czy usłyszysz w tym historię, emocję, duszę? Wątpię. Muzyka to nie tylko nuty i rytmy - to człowiek, jego życie, jego ból, jego radość. To są lata praktyki, pomyłki, przełomy, łzy. AI tego nie ma i nie będzie miało. Dla mnie "cyfrowy chaos" to właśnie to - świat, w którym wszystko jest wypolerowane, perfekcyjne, ale puste. A ja chcę robić muzykę, która ma serce. I tylko człowiek może to dać. Robert Kozubal Jazzda.pl :  Całą płytę przygotowałeś właściwie sam w domowym studio. Czy AI mogłoby kiedyś zastąpić ten intymny proces tworzenia, który u Ciebie trwa blisko dwa lata? Szymon Justyński:  Nie osobiście uważam, że, AI nie mogłoby zastąpić tego procesu. Czyż to nie piękne, że właśnie tyle to trwało? Chyba właśnie o to chodzi w życiu - o dojście do celu. Czy radość byłaby taka sama, jakbyśmy mogli wejść i zejść na Mount Everest w 15 minut bez przygotowań? Myślę, że nie. Bo w życiu chodzi nie o sam cel, a o drogę do celu. Te dwa lata to nie była strata czasu - to była podróż. Każdy dzień w studiu, każda godzina spędzona nad jednym taktem, każda nieudana wersja aranżacji, każdy moment zwątpienia i każde odkrycie - to wszystko składa się na finalny efekt. To jest w tej muzyce. Słychać to. Słychać te dwa lata życia, emocji, przemyśleń. AI mogłoby "zrobić" płytę w tydzień. Ale czy byłaby to moja płyta? Czy byłoby w niej coś ze mnie? Z mojego domu, mojego studia, moich bezsennych nocy, moich chwil euforii? Nie. To byłby produkt, nie sztuka. Ten intymny proces - siedzenie sam na sam z instrumentami, budowanie utworów krok po kroku, odkrywanie co działa a co nie - to jest esencja tworzenia. I żadna maszyna tego nie zastąpi, bo maszyna nie ma drogi do przebycia. Robert Kozubal Jazzda.pl :   Żyjemy w epoce zdominowanej przez streaming, gdzie muzyka często staje się 'tłem' do sprzątania albo jazdy samochodem, a algorytmy promują krótkie, proste formy. Jak Ty, jako twórca ambitnego, wielowarstwowego fusion, odnajdujesz się w tym świecie? Czy tworząc nowy album, masz z tyłu głowy myśl: 'muszę ich zaciekawić w pierwsze 10 sekund, żeby nie przełączyli na Spotify', czy zupełnie się na to nie oglądasz? Szymon Justyński:  Zupełnie się na to nie oglądam. Robię to, co czuję. Jasne, wiem, że żyjemy w epoce, gdzie algorytm decyduje, co ludzie usłyszą, gdzie masz trzy sekundy, żeby kogoś złapać, zanim przewinie dalej. Ale jeśli zacznę tworzyć z myślą o algorytmie, to już nie będę tworzył dla siebie ani dla muzyki - będę tworzył dla maszyny. I wtedy mogę się od razu poddać, bo ta bitwa jest z góry przegrana. Moja muzyka potrzebuje czasu. Potrzebuje, żeby słuchacz dał jej przestrzeń, żeby pozwolił jej się rozwinąć. Jeśli ktoś przewinie po 10 sekundach, bo nie było dość szybkiego „hooka” - trudno. To znaczy, że ta muzyka nie była dla niego. Albo nie w tym momencie jego życia. Ale ci, którzy zostaną, którzy dadzą szansę temu albumowi, którzy będą słuchać całościowo - oni dostaną coś prawdziwego. Coś, co zostało stworzone z serca, nie z kalkulacji. I wolę mieć tysiąc ludzi, którzy naprawdę przeżyją tę muzykę, niż milion, dla których będzie to tylko tło do zmywania naczyń. Streaming i algorytmy nie znikną - ale ja też nie zniknę. Robię swoją muzykę, na swoich zasadach. I wierzę, że ci, którzy jej potrzebują, ją znajdą. Robert Kozubal Jazzda.pl :  W singlu „One More Night” słychać powrót do estetyki lat 80. Czy to świadomy ukłon w stronę tamtej ery jazz-fusion, kiedy elektronika zaczęła na dobre romansować z improwizacją, czy po prostu wynik twoich inspiracji? Szymon Justyński:  To raczej wynik wielu inspiracji muzyką z tamtych lat - te brzmienia naturalnie się przejawiły. Nie było tak, że siadłem i powiedziałem "okej, teraz zrobimy coś w stylu lat 80." - po prostu te wszystkie płyty, których słuchałem przez lata, George Duke, Toto, YellowJackets z tamtej ery, ten sposób, w jaki wtedy łączono elektronikę z żywymi instrumentami - to wszystko jest we mnie. Lata 80. to był złoty czas dla jazz-fusion, kiedy syntezatory przestały być tylko gadżetem, a stały się pełnoprawnym instrumentem. Kiedy producenci nauczyli się, jak zrobić płytę, która brzmi futurystycznie, ale wciąż ma groove i duszę. I ta estetyka po prostu jest częścią mojego DNA muzycznego. Robert Kozubal Jazzda.pl :   Współpracujesz ze swoją siostrą, Igą Justyńską. Jak wygląda proces twórczy w rodzinnym duecie? Czy to ułatwia, czy utrudnia szukanie jazzowej szczerości w utworach? Szymon Justyński:  Iga to przede wszystkim muzyczny naturszczyk - ona nigdy nie ćwiczyła wokalu, po prostu umie śpiewać sama z siebie. I to jest piękne, to swego rodzaju coś takiego, jak mieli kiedyś prawdziwi bluesmani. Taki totalnie naturalny, nieoszlifowany diament. Ona śpiewa przede wszystkim te utwory, które ja sam chciałbym śpiewać, gdybym miał dobry wokal (śmiech). Myślę, że to totalnie ułatwia sprawę, bo akurat jej mogę powiedzieć dokładnie, co chcę uzyskać, i ona działa niczym mój własny głos, ale w wersji żeńskiej - trafia dokładnie tam, gdzie ja sam chciałbym zaśpiewać. Jest to totalnie piękne. I na dodatek, wiedząc, że ona potrafi otworzyć się wokalnie w sumie tylko przede mną - przed innymi wciąż się nieco wstydzi - to sprawia, że te nagrania mają w sobie coś bardzo intymnego. To nie jest wokal "na pokaz", to jest wokal z serca, szczery. I słychać to. Ta rodzinna więź sprawia, że nie ma barier, nie ma masek. Tylko my dwoje i muzyka. I myślę, że właśnie dlatego te utwory brzmią tak autentycznie - bo to naprawdę jesteśmy my, bez filtrów. Robert Kozubal Jazzda.pl :   Kiedy spodziewać się Twojej drugiej płyty i na jakich nośnikach będzie można jej posłuchać? Szymon Justyński:  "Last Romantic Warrior" będzie miał premierę na początku maja 2026 roku. Album pojawi się na CD, na winylu w limitowanej edycji oraz oczywiście na wszystkich serwisach streamingowych - Spotify, Apple Music. Również będzie dostępny na Bandcamp do kupienia w wersji cyfrowej. Zależy mi na tym, żeby każdy mógł go posłuchać w formie, która mu odpowiada. Ci, którzy lubią streaming - proszę bardzo. Ale ci, którzy cenią fizyczne nośniki, którzy chcą trzymać płytę w ręku, poczytać booklet, zobaczyć artwork - dla nich będzie CD i limitowany winyl. A dla tych, którzy chcą wesprzeć artystę bezpośrednio i mieć plik w najwyższej jakości - jest Bandcamp. Bo muzyka to też doznanie fizyczne, nie tylko cyfrowe. To całe doświadczenie. ☕ Nakarm Jazzdę funkowym paliwem Ta rozmowa to dowód na to, że marzenia nie mają granic – ani terytorialnych, ani gatunkowych. Szymon Justyński udowadnia, że funk to stan umysłu, a ja staram się Wam te stany przybliżać każdego dnia. Jeśli czujecie ten groove i chcecie, by Jazzda.net dalej pędziła, odkrywając dla Was takie historie i takich ludzi – postawcie mi wirtualną kawę. Dla Was to drobny gest, dla mnie – czysta energia, by dalej szukać, pytać i pisać o muzyce, która ma duszę. 👉 Dorzuć do pieca tutaj: buycoffee.to/jazzda.net

  • Radykalny manifest. Cisza jako akt oporu. Album „Horizon”: Grzech Piotrowski, Eivind Aarset, Terje Isungset

    W naszych przebodźcowanych czasach, gdy wrażliwość – onieśmielona własną kruchością – osiadła gdzieś głęboko skryta w duszach lub schowała się, wstydząc się samej siebie, takie albumy jak „Horizon” są donośnym nonkonformistycznym manifestem. To bunt, ale bunt wyrażony szeptem, który w akcie oporu przeciwko dyktaturze zgiełku i rozproszenia paradoksalnie uderza z ogromna siłą, siłą jakiej brakuje już wpisującym się w te rozwrzeszczane czasy rockowym bandom. Bo gdy wszystko wokół wrzeszczy, to cisza brzmi najgłośniej. Zapraszam Was na spotkanie z trzema „muzycznymi freakami”, gośćmi, którzy (podobnie jak ja) nadal wierzą, że muzyka ma moc wpływania na ludzkie charaktery, a przez to ich losy. To Grzech Piotrowski, Eivind Aarset, Terje Isungset. Grzech Piotrowski: Muzyczny marzyciel i jego świat Grzech Piotrowski photos by Sławek Przerwa Grzech Piotrowski to muzyk wszechstronny, marzyciel, jakich już coraz mniej wokół. Powtórzę to, co napisałem przy okazji jego koncertu Grzech Plus: Grzech Piotrowski uwielbia wyzwania. Chciał zagrać na wulkanie – zagrał. Chciał zagrać na tratwie – zagrał (zresztą zagrał na niej m.in . z Terje Isungsetem). Zechciał również zebrać dużą, kompletnie nieoczywistą grupę muzyków jazzowych z ekstraklasy i postawić ich na scenie NOSPR – i zrobił to . Artysta, którego biografię w zasadzie określają odważne projekty, na czele z najważniejszym – World Orchestrą. To spełnione marzenie z lat młodzieńczych, powołane do życia w 2010 roku, które łączy wybitnych solistów z całego świata w jednym, wspólnym „języku duszy”. Grzech Piotrowski to także wspaniałe projekty: Festiwal „WSCHÓD PIĘKNA” : Autorskie wydarzenie promujące wysoką jakość i wielokulturowość, którego 10. edycja odbędzie się w tym roku na Warmii. Projekty symfoniczne : Autor wielkich fresków, takich jak „Lech, Czech i Rus” czy „Symfonia STU”, wystawiona w Teatrze Wielkim. Twórca formacji : Powołał do życia takie składy jak jazzowy Alchemik, Oxen, Dekonstrukcja Jazzu, Freedom Nation czy Head Up. Terje Isungset: Najbardziej szalony perkusista świata Terje Isungset Photograph by Knut Bry: https://grokipedia.com/page/knut_bry Jeśli szukamy definicji artystycznego „freaka”, Terje Isungset jest jego ucieleśnieniem. To prawdopodobnie najdziwniejszy i najbardziej szalony perkusista ever . W swojej karierze używa lodowych instrumentów, które wydają się pochodzić z baśni: lodowej trąby, lodowej harfy, lodowego kontrabasu, a nawet lodowego bębna . Wszystkie te instrumenty tworzone są wyłącznie zimą – z naturalnie wycinanych bloków lodu, które następnie są pieczołowicie rzeźbione, lutnicy instalują na nich struny, by wydobyć z nich unikalne brzmienie. Serio, nie nie jest żart! W 1999 roku stworzył koncepcję Ice Music , a rok później zagrał koncert wewnątrz zamarzniętego wodospadu w Lillehammer. Od tego czasu wydał 10 albumów ( m.in . „Iceman Is”, „Igloo”) i założył jedyny w swoim rodzaju Ice Music Festival  w norweskim Geilo. Na „Horizon” Terje nie używa lodu, ale pozostaje wierny swojej filozofii tworzenia z elementów natury: drewna, kamieni, patyków i metali . Co ważne, film o Terje – zatytułowany „Sound of Ice”  – jest już gotowy! Ten realizowany na siedmiu kontynentach dokument pokazuje jego niezwykłą drogę i lodowy kosmos. Miejmy nadzieję, że kiedyś będzie go można obejrzeć również w Polsce. Eivind Aarset: Naczelny czarownik i mistrz odnalezionych dźwięków Eivind Aarset from https://www.youtube.com/watch?v=g1WuoKuAU5M&t=220s Skład uzupełnia Eivind Aarset – postać frapująca i fascynująca, który zaczynał jako rasowy rockman, by dziś stać się jednym z najbardziej intrygujących i cudownie dziwacznych poszukiwaczy w świecie muzyki improwizowanej. Aarset mówi o swojej grze jak o „zbieraniu” dźwięków i poszerzaniu dźwiękowego słownika - przez co brzmienie jego gitary dawno straciło banalnie chrapliwy ton overdrive. Jeśli odkryje nowy dźwięk – nawet przypadkiem – bawi się nim, wyczuwa go i włącza do swojego instrumentarium. Jest benedyktynem brzmienia. Dziś to są np. dłuuuugie i wyciągnięte jak Norwegia z południa na północ pojedyncze dźwięki, nie przypominające niczym tradycyjnej gitary. W przeciwieństwie do przereklamowanego Billa Frisella – który często sprawia wrażenie kogoś, kto tylko „szuka” i nieustannie błądzi z dala od tematu ogrywanego utworu – Aarset zawsze go znajduje. On nie błąka się po obrzeżach;  jest wewnątrz pieśni, pulsuje wraz z nią. Mam wrażenie, ze na „Horizon” to właśnie on pełni rolę czarownika  roztaczającego magiczny klimat tła, budując kruchą, mglistą i oniryczną strukturę dźwiękową, która staje się idealnym tłem dla narracji Piotrowskiego. Grzech Piotrowski jest tu bowiem niekwestionowanym liderem – to jego saksofon nadaje ton, kierunek i tchnienie życia całemu albumowi, malując dźwiękami obrazy, które wciągają bez reszty. Atmosfera: Muzyka, która oddycha Przez całą płytę muzyka jest jak malowana – oddycha, pulsuje, drga, iskrzy. Przygważdża słuchacza do miejsca, domagając się bezwzględnego skupienia. To brzmienie, które przebija się przez zwykłe rozproszenie w umyśle i skupia uwagę niczym soczewka na słońcu, wypalając to, co nieistotne. Pierwszy utwór  jest jak mglisty, leniwy poranek. Muzyka wyłania się powoli, rodząc się na naszych oczach z powolnego stukotu, który wyznacza nieśpieszny rytm. Melodia meandruje, a saksofon Grzecha aktywnie maluje obraz na płótnie utkanym przez Aarseta. Nie da się nie zwrócić uwagi na grę Isungseta – to nie ma nic wspólnego z klasyczną sekcją rytmiczną. Terje jedynie „stempluje”, daje znaki: „tak panowie, trzymajcie się tej drogi”. Jest jak snop światła w ciemnościach, grając dziwniej niż najbardziej ekscentryczni perkusjoniści Toma Waitsa. Drugi utwór, „Dunesong” , to popis Piotrowskiego, który jak mało kto wyczuwa ludowe, śpiewne melodie. Tempo nagle wzrasta, ale tylko na moment, by zaraz powrócić do onirycznego, marzycielskiego tonu. Poszczególne, długie frazy otulają słuchacza. Trudno oprzeć się skojarzeniom z jazzem skandynawskim – w końcu mamy w składzie dwóch Norwegów! Jest niezwykle ambientowo i lirycznie. Reszta płyty to prawdziwy lodowy labirynt , w którym brzmieniowo dzieją się czary muzyczne rzadko spotykane we współczesnych produkcjach. Każdy dźwięk ma tu swoje znaczenie, każda pauza jest pełna treści. Nie ma pośpiechu, jest oddychanie brzmieniem, kontemplacja, a tempa… po prostu nie ma. Wszystko płynie jak życie. Ta muzyczna opowieść została precyzyjnie podzielona na dwa tomy  i osiem rozdziałów  (pierwsze cztery utwory to tom pierwszy, kolejne cztery – tom drugi).  "Horizon" to album, który ujarzmia słuchacza swoim obezwładniającym spokojem, wchodzi do duszy bez pukania i osadza siłą w codziennym biegu, nie dając przy tym żadnej szansy na ucieczkę w bezpieczną, lecz trywialną powierzchowność. Ta muzyka działa niczym hamulec ręczny zaciągnięty gwałtownie w życiowym pędzie, lecz w przeciwieństwie do drogi, tutaj nie grozi nam katastrofa – jedyne, co może nas spotkać, to zbawienne opamiętanie, nagłe zatrzymanie się i prawdziwa, głęboka pobudka. Właśnie w tym geście "Horizon" zaczyna krzyczeć ciszą, stając się najczystszą i najbardziej radykalną formą buntu przeciwko hałaśliwym czasom, w których przyszło nam żyć. Zaprawdę, piękny jest także koniec tego albumu. „Horizon" to opowieść o życiu, która prowadzi „bohatera" przez najważniejsze momenty ziemskiej wędrówki, aż po ostatni oddech. Jeśli więc ten finał miał symbolizować kres życia, to ja chcę usłyszeć właśnie takie dźwięki na własnym finiszu. Bo choć ta ostatnia nuta brzmi jak koniec, w istocie staje się początkiem nowego istnienia. Kolejnej historii. Zarejestrowany w systemie Dolby Atmos  przez mistrza Tadeusza Mieczkowskiego, album otacza słuchacza organicznym ciepłem saksofonu Grzecha, surowością (diabli wiedzą?) kamieni Isungseta i sonicznymi mgłami Aarseta. Ci trzej - wybaczcie mi panowie zbytnią poufałość - wariaci stworzyli portal do innego stanu świadomości.  Ilustracje i projekt okładki do płyty Horizon stworzyła „Paulen" - towarzyszka życia Grzecha - która za pomocą ołówka, cienkopisu i pasteli uchwyciła na papierze ducha każdego z utworów. W akcie tworzenia towarzyszyła jej cicha medytacja nad istotą ludzkiego istnienia. Ukazała człowieka oczyszczonego - wolnego od traum, nawyków, programów i ciężaru codzienności. Gdybyśmy potrafili usłyszeć szept duszy i bicie serca głośniej niż zgiełk świata, dotarlibyśmy do prawdy, która od zawsze w nas mieszka. Zaufajcie im. W drogę! Skład: Grzech Piotrowski  – saksofon, looping Eivind Aarset  – gitara elektryczna, efekty, looping Terje Isungset  – instrumenty perkusyjne (drewno, kamienie, patyki, metal) Muzyka, która zmienia życie (bez lipy i dosłownie) Grzech Piotrowski wierzy, że muzyka ma moc zmieniania charakterów i ludzkich losów. I wiecie co? Ma rację. Jestem tego żywym dowodem. Jeszcze dwa lata temu byłem – mówiąc wprost i bez owijania w bawełnę – nudnym pierdzielem po pięćdziesiątce. Tkwiłem w bezpiecznych koleinach, a dni zlewały się w jedną masę. Ale postanowiłem to zmienić. Postanowiłem stworzyć ten blog. Wsłuchałem się w muzykę i znalazłem w sobie odwagę, by wywrócić swoje życie do góry nogami. Dziś spotykam twarzą w twarz tych wspaniałych artystów, którzy pomogli mi w tej przemianie, a dźwięki, o których piszę, są moją codziennością. Bez ich muzyki nigdy bym tego nie dokonał. Dlatego mam do Was apel: zmieniajcie się . Wsłuchujcie się w płyty takie jak „Horizon”, pozwólcie im się „ujarzmić” i miejcie odwagę żyć po swojemu, niezależnie od metryki. A jeśli podoba Wam się to, co robię, i chcecie towarzyszyć mi w tej drodze – wrzućcie coś na wirtualną kawę. Dla Was to „dycha”, a dla mnie to paliwo, by dalej szukać, pisać i udowadniać, że na pasję nigdy nie jest za późno. ☕ Postaw mi kawę i napędź jazzdę: https://buycoffee.to/jazzda.net

  • Najlepsze jazzowe płyty Grudnia 2025

    Końcówka roku w świecie muzyki improwizowanej przyzwyczaiła nas do wysokiej formy wydawniczej, ale grudzień 2025 roku przeszedł najśmielsze oczekiwania. Jeśli zastanawialiście się, jakie są najlepsze płyty jazzowe  ostatnich tygodni, przygotowaliśmy zestawienie, które łączy nowojorski bop, skandynawski minimalizm i polską energię festiwalową. A na końcu znajdziecie playlistę ze ponad 150 utworami jazzowymi, które miały premiery w grudniu, Andrew Gould – „Trade Off” Andrew Gould  (saksofon altowy) i Sam Dillon  (saksofon tenorowy) – dwaj nowojorscy sidemani najwyższej próby i finaliści prestiżowego konkursu im. Theloniousa Monka – łączą siły na wspólnym albumie „Trade Off” . To solidny, współczesny post-bop, w którym techniczna wirtuozeria kwintetu (w składzie m.in . ze Stevenem Feifke na pianinie) zaprzęgnięta jest jest by grać świetnie skrojone, chwytliwe melodie. Płyta tętni energią wielkiego miasta i pokazuje pełnię możliwości nowoczesnego jazzu w najlepszym wydaniu. Posłuchajcie utworu tytułowego czy kawałka „Overcooked”  i zanurzcie się w amerykański jazz, który wciąż pokazuje nowe, świeże oblicze - choć przyznać trzeba, że dzieje się to coraz rzadziej, a ostatnio najbardziej nowatorskie są kobiety. No, ale ten album to prawdziwa perełka, którą po prostu trzeba znać. Ian Smit – „¿QUÉ?” Ian Smit, nowojorski wizjoner i eksperymentator gitary, znany z przesuwania granic jazzu w stronę awangardy i elektroniki, zaprosił do współpracy elitę nowojorskiej sceny i stworzyli album -gęstą, surrealistyczną podróżą dźwiękową. Płyta opiera się na niemal całkowitej improwizacji – jedyną instrukcją przed wejściem do studia było prowadzenie „muzycznego dialogu” pełnego dynamicznych wzlotów i upadków. Poza utworami „Bee Still” i „Raindrops and Waterspouts”, które oparto na luźnych strukturach harmonicznych, wszystko inne powstało spontanicznie tu i teraz. Jak podkreśla Smit, celem było tworzenie kompozycji poprzez interakcje, groove i soniczne tekstury, gdzie tradycyjna harmonia ustępuje miejsca improwizowanemu soundscape’owi, a momenty gęstego grania przeplatają się z wymowną ciszą. Sesja nagraniowa miała unikalny charakter: Torn, Rainey i Smit grali w jednym pomieszczeniu, celowo wykorzystując panele gobo, czyli to ruchome ekrany akustyczne służące do izolacji dźwięku do generowania kontrolowanych sprzężeń zwrotnych, podczas gdy Scott Petito operował z osobnego studia. Choć Smit nigdy wcześniej nie grał z tymi muzykami w takim zestawieniu, efekt końcowy opisał jako „lot rakietą”. Skład:  Ian Smit (gitara elektryczna i akustyczna, efekty), David Torn (gitara elektryczna, national steel guitar, efekty, produkcja), Tom Rainey (perkusja), Scott Petito (bas akustyczny i elektryczny, inżynieria dźwięku). Florian Pellissier Quintet – „Pacifiques Biches” Francuski pianista Florian Pellissier powraca z albumem, który jest jak powiew ciepłego wiatru z wybrzeża Pacyfiku. Słoneczna i pełna wolności produkcja mistrzowsko balansuje między uduchowionym jazzem a głębokim soul-funkiem, ale to obecność wielkich gwiazd czyni ją wydarzeniem absolutnie wyjątkowym. Pellissier jest artystą o wyjątkowym jazzowym rodowodzie osadzonym w hard bopie – warto przypomnieć, że m.in . nagrywał w legendarnym studiu Rudy’ego Van Geldera  swoją płytę „Rio” , co stawia go w kręgu twórców kultywujących najlepsze tradycje brzmieniowe gatunku. Na płycie dochodzi do spotkania gigantów, którzy rzadko pojawiają się obok siebie w jednym projekcie. Z jednej strony mamy uduchowioną, saksofonową frazę legendy jazzowej awangardy – Archiego Sheppa , z drugiej zaś magnetyczną, surową energię Iggy’ego Popa . Udział „ojca chrzestnego punka” nadaje całości niepokornego, niemal rockowego sznytu, który świetnie kontrastuje z elegancką sekcją rytmiczną. Warto zwrócić szczególną uwagę na nową twarz projektu – DjeuhDjoah  pojawia się w utworze „Où c’est ? Qui sait?”, wnosząc do kompozycji powiew świeżości i swój charakterystyczny, afrofunkowy vibe. Jego udział idealnie dopełnia tę wielokulturową mozaikę dźwięków, sprawiając, że album staje się jedną z najciekawszych i najbardziej optymistycznych pozycji w nowoczesnym jazzie funkującym. Skład:  Florian Pellissier (fortepian), Christophe Panzani (saksofon), Yoann Loustalot (trąbka), Yoni Zelnik (bas), David Georgelet (perkusja). Gościnnie:  Iggy Pop, Archie Shepp, DjeuhDjoah. Lauri Porra – „Ääniä: Finland’s Official Soundscape” Lauri Porra  to postać fascynująca – praprawnuk wielkiego Jeana Sibeliusa, na co dzień basista legendarnej metalowej grupy Stratovarius, a zarazem ceniony kompozytor symfoniczny. Jego najnowszy projekt, „Ääniä: Finland’s Official Soundscape” , to dzieło wyjątkowe, stworzone na specjalne zamówienie rządu Finlandii jako oficjalny „krajobraz dźwiękowy” tego kraju. Muzyka zawarta na albumie jest minimalistyczna, kojąca i niezwykle przestrzenna. Stanowi idealne połączenie nowoczesnej klasyki z ambientem, bezbłędnie oddające ducha fińskiej natury. Jak czytamy na oficjalnej stronie finland.fi : „ Ääniä to muzyczna podróż po Finlandii, odzwierciedlająca naturalne piękno, spokój, rozległe przestrzenie i wiele oblicz najszczęśliwszego kraju na świecie. Pozwala doświadczyć Finlandii lub po prostu odnaleźć własne, wewnętrzne miejsce szczęścia ”. Dzięki kompozycjom Porry słuchacz może zanurzyć się w skandynawskiej harmonii, gdzie nowoczesna elektronika spotyka się z tradycyjnym brzmieniem orkiestry i ludowych instrumentów. Skład:  Lauri Porra (bas, elektronika) oraz orkiestra i zespół kameralny (w tym m.in . tradycyjne kantele, trąbka oraz instrumenty dęte drewniane). Hania Derej Quintet – „Live Pol'and'Rock Festival” Hania Derej – pianistka, kompozytorka i dyrygentka – to artystka, która mimo młodego wieku imponuje na scenie niespotykaną dojrzałością. Jej nagranie z Pol'and'Rock Festival 2025 to wulkan energii, który udowadnia, że jazz może być melodyjny, przystępny i pełen autentycznej pasji. Hania to niezwykle inteligentna babka. Wraz ze swoim składem pokazała rockowej publiczności, że ten gatunek wcale nie musi być nudny, hermetyczny czy wyłącznie „intelektualny”. Na tym koncercie emocje grały pierwsze skrzypce, a całość brzmiała niezwykle świeżo. Utwory takie jak „Urban Jungle” czy „Busy Day” są po prostu genialne! Zespół Hani mistrzowsko buduje w nich napięcie – zaczynają spokojnie, by stopniowo przechodzić w prawdziwe szaleństwo. Finał tego drugiego numeru to czysty wulkan jazzowej mocy, który porywa słuchacza bez reszty. Marzy mi się więcej jazzu serwowanego w tak porywającej formie. No sztos! Thomas Strønen, Time Is A Blind Guide „Off Stillness” Thomas Strønen , lider projektu Time Is A Blind Guide , to jeden z najbardziej aktywnych i wszechstronnych norweskich perkusistów. Jego nazwisko pojawia się w zestawieniu z tak prestiżowymi projektami jak Food (z Iainem Ballamym), Humcrush (ze Ståle Storløkkenem), Parish (z Bobo Stensonem) czy Maria Kannegaard Trio. Jako kompozytor był zaangażowany w ponad 70 wydawnictw, a jego prace gościły na licznych festiwalach i w najważniejszych rozgłośniach radiowych ( m.in . BBC, NRK, DR, Deutsche Rundfunk czy Swedish Radio). W swojej imponującej karierze Strønen nagrał ponad 60 albumów dla tak legendarnych wytwórni jak niemiecki ECM  czy Rune Grammofon , współpracując z niezliczoną ilością wybitnych muzyków. Na najnowszej płycie „Off Stillness”  kompozytor po raz kolejny udowadnia, dlaczego jest ceniony za swoje minimalistyczne i niezwykle przestrzenne podejście do rytmu. Album ten to definicja „kruchej piękności”. Muzyka jest na wskroś skandynawska, iskrzy mrozem, jest pełna głębokiego skupienia i kameralnej powagi. Brzmienie jest surowe, bardzo przejrzyste, niemal laboratoryjne – każdy dźwięk perkusji, fortepianu czy instrumentów smyczkowych jest tu ważny i ma swoją własną przestrzeń. Słuchając tych kompozycji, chce się od razu pakować plecak i łapać pierwszą lepszą okazję do Norwegii. Zastanawiające, co oni tam mają w duszach, że ta chłodna, surowa estetyka wychodzi im tak pięknie i poruszająco. To nie jest po prostu jazz; to dźwiękowy zapis północnego krajobrazu, który wciąga bez reszty. Zobaczcie na ten skład! Thomas Strønen  – perkusja Ayumi Tanaka  – fortepian Håkon Aase  – skrzypce Leo Svensson Sander  – wiolonczela Ole Morten Vågan  – kontrabas Na albumie dochodzi do subtelnej, ale znaczącej zmiany personalnej – Leo Svensson Sander  zastąpił Lucy Railton na wiolonczeli. Ten nowy głos płynnie wtapia się w cicho oddychające brzmienie zespołu, współtworząc misterną sieć dźwięków z oszczędną i precyzyjną pianistką Ayumi Tanaką , lirycznymi skrzypcami Håkona Aase  oraz głębokim kontrabasem Ole Mortena Vågana . Momentami instrumenty smyczkowe tworzą solidne trio prowadzące dialog z sekcją, by za chwilę puls grupy scalił się w jedno, dynamiczne i żywe płótno dźwiękowe. Evan Shornstein „Might Slip” Evan Shornstein , znany szerzej na scenie elektronicznej jako Photay , to artysta z Brooklynu, który w swojej twórczości od lat zaciera granice między światem organicznym a cyfrowym. Jego najnowsza epka, „Might Slip” , wydana pod własnym nazwiskiem, to intymna, niemal medytacyjna podróż, która rezygnuje z gęstych rytmów na rzecz głębokiego skupienia na fakturze dźwięku. Shornstein, dorastający w otoczeniu natury w Woodstock, w swoich wywiadach często podkreśla znaczenie „głębokiego słuchania” (deep listening). „Might Slip” jest tego najlepszym dowodem – to materiał zbudowany na fundamentach nagrań terenowych (field recordings), subtelnych syntezatorów i akustycznych detali. Album oddaje stan zawieszenia, płynności i niepewności, zapraszając słuchacza do zatrzymania się w pędzie codzienności. Dla Shornsteina dźwięk to nie tylko matematyczna struktura, ale żywy organizm. Na tej epce udowadnia, że potrafi opowiadać poruszające historie bez użycia słów, operując jedynie ciszą, echem i delikatnie pulsującą elektroniką. Lider:  Evan Shornstein (Photay) – syntezatory, elektronika, nagrania terenowe, kompozycja. Klimat:  Organiczny ambient, minimalistyczna elektronika pełna oddechu i spokoju. To muzyka, która nie narzuca się słuchaczowi, lecz powoli wypełnia przestrzeń, budując atmosferę bezpieczeństwa i melancholii. Idealna do słuchania w skupieniu, najlepiej na dobrych słuchawkach. Różni Artyści – „Pornographic-Time, Vol. II: The Continuous Present” Prawdziwe szaleństwo dźwiękowe, elektroniczna i mechaniczna ekwilibrystyka oraz odjazdowe, kompletnie nieoczywiste połączenia brzmień – tak w skrócie można opisać to, co dzieje się na najnowszym wydawnictwie od Drowned By Locals . To kompilacja stworzona z myślą o ludziach o mocnych nerwach, którzy w muzyce szukają czegoś więcej niż tylko spokoju. Wytwórnia świętuje swoje piąte urodziny nie zwykłą retrospektywą, lecz potężną, trzytomową antologią cyfrową zatytułowaną „Pornographic-Time” . Projektowi towarzyszy limitowany manifest „Black Circle” autorstwa Iana Brunera. Tytułowy „czas pornograficzny” to koncepcja stanu, w którym pożądanie jest nieustannie aktywowane, ale nigdy nie znajduje spełnienia – i dokładnie taka jest ta muzyka: nienasycona, radykalna i całkowicie nieprzewidywalna. To album dla dż2iękowych freaków i brzmieniowych poszukiwaczy, stanowiący fascynujący przegląd tego, co dzieje się na najdalszych marginesach współczesnej muzyki improwizowanej, elektroniki i avant-jazzu. Za nieskazitelną (choć brutalną) jakość dźwięku odpowiada legenda masteringu – Rashad Becker  z berlińskiego Clunk Studio. Warto zwrócić uwagę na utwór Bernardino Femminielliego  – „La Fièvre de l’Archipel”. To międzykontynentalna produkcja łącząca brzmienie klasycznego TR-808 nagranego we Włoszech z gitarą elektryczną prosto z Vancouver, a wszystko to zmiksowane w letnim domu w Szwecji. To idealny przykład „instynktownej logiki kuratorskiej” wytwórni, która łączy światy, które w teorii nigdy nie powinny się spotkać. Harmonogram wydawniczy antologii (jalkbyście chcieli kupić, ale nie macie odwagi zapytać): Tom I:   The Pornographic-Tantalus  – 28 listopada 2025 Tom II:   The Continuous Present  – 19 grudnia 2025 Tom III:   The Horizonless Interface  – 30 stycznia 2026 Skład:  Różni artyści sceny eksperymentalnej i avant-jazzowej ( m.in . Bernardino Femminielli, Bunny Raver). Klimat:  Niepokojąca, gęsta i techniczna podróż przez dźwiękowy margines. Absolutny odjazd dla fanów free improv i radykalnej elektroniki. Jeśli te recenzje pomogły Ci odkryć nową ulubioną płytę lub po prostu cenisz rzetelne pisanie o jazzie (które, jak wiadomo, wymaga mnóstwa czasu i jeszcze więcej dobrej kofeiny), możesz wesprzeć moją działalność. Jazz i kawa to od zawsze para idealna, a każda „postawiona” filiżanka pozwala mi szukać dla Was kolejnych takich perełek i trzymać rękę na pulsie światowej sceny. Postaw mi wirtualną kawę tutaj: buycoffee.to/twoja-nazwa

  • tamara Behler "BÉLAIR" Wiolonczela, Mocny głos, Zimna herbata i gorący debiut.

    Spojrzałem na okładkę płyty. Na niej piękna kobieta. Z miejsca myśli pofrunęły w głowie za stereotypem: że związek pięknej damy z jazzem oznacza oczywisty, sztampowy, swingujący, do dna przewidywalny i rewiowy repertuar. Wrzuciłem krążek do odtwarzacza, rozsiadłem się, a na wszelki wypadek położyłem obok książkę i wcisnąłem "Play", po czym zacząłem robić herbatę. Wtedy w pokoju rozpłynął się pierwszy numer, pomyślałem: "Oooo, ładneee... pewnie to tak na dobry początek". Gdy Oolong już się dobrze zaparzył (to nie było pierwsze parzenie, więc nieco trwało), szybował kolejny kawałek i było jeszcze lepiej. Przy trzecim utworze byłem już srodze zaintrygowany, a czwarty przykuł mnie do fotela na dobre. "Sacrebleu" – szeptałem do siebie. – "Ależ mi pani Behler dała po perkatym męskim, szowinistycznym nosie...". Choć muszę się przyznać do jednego: to nie jest tak do końca, że talent Pani Tamary był dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Pamiętam, jak jesienią 2025 roku „Jazzda” objęła patronatem niezwykły projekt Grzecha Piotrowskiego w sali NOSPR w Katowicach z udziałem Hanny Banaszak, Ewy Bem, Ruth Wilhelmine Meyer oraz pani Tamary właśnie. Po koncercie pisałem wtedy: „Potem na scenie pojawiła się Tamara Behler. Już po chwili można było odnieść wrażenie, że oto rodzi się nowa gwiazda. Interpretowała folkowy repertuar na swój sposób, bez cienia respektu. Zachwyciła mnie miękkim, aksamitnym brzmieniem i doskonałą artykulacją. Jej zaśpiewana w kolejnym wejściu »Lipka« okazała się jednym z najpiękniejszych momentów wieczoru, wywołując burzę oklasków całej sali. Płyta pani Tamary jest na horyzoncie i ja bardzo na nią czekam” . Czekałem, ale z pewną dozą ostrożności. Czymś innym jest bowiem krótki recital live, a czymś zupełnie innym pełny album. Do tego drugiego potrzebny jest szereg czynników: spójny, całościowy pomysł – aby krążek nie był zbiorem przypadkowych kompozycji – a także kompozycja, aranżacja, wykonanie i w końcu postprodukcja. Debiut Tamary Behler spełnia wszystkie te warunki, a w dodatku jako artystka ma ona coś, co wyróżnia ją na scenie polskiej i nie tylko: dość rzadki, splatający się i uzupełniający związek współistnienia głosu i wiolonczeli. Ta fuzja jest tym bardziej imponująca, gdy pozna się jej genezę. Okazało się, że Tamara Behler to artystka, której droga jest równie nieoczywista, co jej muzyka. Choć ma „papier” na granie – jest absolwentką klasy wiolonczeli na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie – jej historia wymyka się akademickim ramom. Po studiach podjęła radykalną decyzję: odłożyła wiolonczelę na ponad dziesięć lat. Ta dekada ciszy nie poszła jednak na marne. Behler wróciła do instrumentu z zupełnie nową energią, by połączyć klasyczne brzmienie strun z własnym głosem. I tu kolejne zaskoczenie, które wyjaśnia tę świeżość słyszaną w głośnikach: śpiewem zajęła się w sposób całkowicie intuicyjny, kształcąc i cyzelując głos podążając za własnym osądem.  Jej wokalny warsztat to nie efekt godzin spędzonych w salach wykładowych, ale czysta pasja pielęgnowana od dziecka i doświadczenie zdobywane w boju, bezpośrednio na scenie. Przy tej okazji muszę wtrącić małą dygresję. Do tej pory hasło "wokalistka ze Stalowej Woli" uruchamiało w mojej głowie automatyczne skojarzenie z ikoną naszej sceny, Justyną Steczkowską. Z całym szacunkiem dla dorobku Pani Justyny, po przesłuchaniu tego materiału muszę zrewidować swoje rankingi: od dziś wiem, kto jest najciekawszym damskim polskim głosem ze Stalowej Woli i jest nim dla mnie bezapelacyjnie pani Tamara. Bo słuchając tej płyty, ma się pewność, że to liga światowa. Bez cienia wątpliwości do grona takich artystek jak Ayanna Witter-Johnson, Dom La Nena, Linnea Olsson, Ana Carla Maza czy Kelsey Lu – które wielbię – dołącza teraz Pani Behler.  Robi to z lekkością, łącząc klasyczne wykształcenie z emocjonalnym podejściem. Zanim jednak zadebiutowała tym autorskim materiałem, szlifowała swój unikalny styl u boku gigantów – koncertowała z Ewą Bem, Urszulą Dudziak czy Hanną Banaszak.  Kluczowym elementem tej układanki okazał się jednak Grzech Piotrowski . To on dostrzegł jej potencjał, pomógł ukierunkować stylistykę i czuwał nad realizacją nagrań na ten debiut. Dzięki temu "Bélair" to nie tylko zbiór piosenek, ale spójna opowieść kobiety, która musiała na chwilę zamilknąć, by odnaleźć swój prawdziwy głos. Otwierający album utwór "Eternal July" wciąga subtelnie, a dobrze wyważona i nie szarżująca wokaliza liderki krążąca nad nieoczywistym tematem pieśni kusi i zaprasza do wysłuchania kolejnej pozycji. Uwagę musi jednak też zwrócić charakterystyczne, trochę na przekór ciepłemu utworowi, mocno zagrane solo na wiolonczeli. Ten ostry kontur znika jednak zupełnie w "Sound of Evolution"- w nim przemawiają napędzające niuanse: snująca się w tle głosu pani Tamary wiolonczela czy fenomenalnie aksamitne wypowiedzi saksofonu. Trzeci utwór pt. "Pause", kompozycja gitarzysty, Shachara Elnatana z bardzo ciekawym tekstem Małgorzaty Bernatowicz aka Carmell (prywatnie córki aktorki Ewy Kasprzyk) płynie najbliżej nurtu jazzowego i jest swoistym wstępem do mocno przearanżowanego jazz - folkowego "Oberka". Ach! Jak wiele ciekawego dzieje się w tym pięknym utworze, który na ludycznym fundamencie buduje prawdziwy połamaniec rytmiczny, a nie hamujące się w niczym gitarowe fusion solo dopełnia całości intrygi. Autorem "Oberka" jest Grzech Piotrowski, co w zasadzie tłumaczy jego zawikłany, a jednocześnie paradoksalnie melodyjny pląs. Grzech Piotrowski jest mistrzem ludowego kamuflażu, on potrafi cudnie puścić oko do szerokich mas, a jednocześnie stworzyć utwór - ćwiczenie dla adeptów sztuki muzycznej. Pani Behler prowadzi zaś oberka pewnie - słychać pewność wielokrotnych wykonań. W następnym utworze "Homeland" najpiękniej tym razem iskrzy się solo na saksofonie, a może to po prostu moja miłość do takich strzelistych jak gotyckie katedry zagrywek. Z kolei w "Hemoonity" wiolonczela wspaniale prowadzi nas ku uroczej rozmowie saksofonu z fortepianem. "Forgiveness" jest dla mnie niezapomniany, bo ty znów mamy szeroką, horyzontalną rozmowę instrumentów skończoną wyjątkowo mocnym głosem perkusji. Na koniec liderka obiecuje słuchaczowi "Jeszcze wrócę do ciebie" i wciąga uroczą partią wiolonczeli. Prawdziwie boski jest to koniec płyty, przystemplowany głosem saksofonu Grzecha Piotrowskiego. Płyta "Belair" nie jest ani przez sekundę taka, taka jaka miała w moim pierwszym odczuciu być. To album z magicznego miejsca spotkania granic wielu gatunków. Dominuje tu spokój, choć czasem urocza przejażdżka zamienia się w szalony kulig (pisałem to, gdy za oknem mróz i śnieg, więc wybaczcie dziwaczne porównanie). Nic tu nie jest oczywiste, plany muzyczne bardzo szerokie, horyzontalne jak wyżyna wołyńska. Jazzu jest to dużo, ale nie zaryzykowałbym twierdzenia, że stanowi dominantę. Stylistycznie więc niesforny to album co jest jego zaletą. Nie jedyną zresztą, ale to już zostawię Państwu do odkrycia. Cóż. Herbatę wypiłem zimną, ale warto było. Jeśli chcą Państwo, abyśmy w Jazzda.net  nadal mogli wyłapywać takie muzyczne perły, obejmować patronatem wyjątkowe wydarzenia w NOSPR i dzielić się z Wami pasją do dźwięków, które wymykają się schematom – zapraszam do wsparcia naszej działalności. Każda wirtualna kawa to dla nas paliwo do dalszego działania, pisania i odkrywania artystów tak fascynujących jak Tamara Behler. Będę wdzięczny za każde wsparcie na: https://buycoffee.to/jazzda.net Do usłyszenia przy kolejnym dobrym krążku!

bottom of page