
Znaleziono 179 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Voices of Human Consciousness: Dojrzały dialog pod batutą Doroty Piotrowskiej
Dojrzała, zbalansowana, porywająca – to trzy słowa, które będą mi się kojarzyć z tą płytą. Choć od oficjalnej premiery na Festiwalu Jazz nad Odrą (25 kwietnia) minęło zaledwie kilka dni, album Voices of Human Consciousness Doroty Piotrowskiej już teraz wyrasta na jedno z najważniejszych wydarzeń jazzowego kalendarza 2026 roku. Dorota, czyli Obywatelka świata Kim jest kobieta, która skrzyknęła taką ekipę i postawiła polską perkusję w centrum globalnego dialogu? Dorota Piotrowska to perkusistka pochodząca z Lubina, która swoją pozycję w samym sercu nowojorskiej sceny jazzowej wypracowała konkretnym warsztatem i uporem. Jest absolwentką prestiżowej The New School for Jazz and Contemporary Music, a jej nazwisko od lat gości na afiszach najważniejszych nowojorskich klubów. Jej portfolio to imponująca lista współpracy z gigantami – od Caecile Norby po Sisters in Jazz. To nie tylko sprawna technicznie perkusistka, ale przede wszystkim artystka świadoma społecznie, która wierzy, że muzyka ma moc zmieniania świata. Na Voices of Human Consciousness widać to najwyraźniej – tutaj perkusja nie tylko nadaje rytm, ona prowadzi narrację o porozumieniu ponad podziałami. To Dorota jest tu siłą napędową i liderką, która zaprasza nas do świata swojej muzycznej metafizyki. Legenda, która oddaje pole Wsparcie dla wizji Piotrowskiej płynie z najwyższej możliwej półki. W centrum projektu Sound Circle stoi postać legendarna – Greg Osby. Saksofonista, który od lat 80. kształtuje oblicze nowoczesnego jazzu, w tym projekcie przyjmuje rolę wyjątkową. Choć to kompozytor-legenda i producent o światowej renomie, tym razem świadomie oddaje pole polskiej perkusistce. Ta współpraca to dowód najwyższego uznania dla talentu Doroty; Osby nie tylko współtworzy brzmienie albumu, ale swoim doświadczeniem podkreśla wagę pytań, jakie Piotrowska stawia w swojej muzyce. Północny powiew: Hildegunn Øiseth Szczególne miejsce w tej muzycznej konstelacji zajmuje Hildegunn Øiseth. Norweska trębaczka wnosi do projektu Sound Circle unikalną estetykę skandynawskich fiordów. Jej gra to pomost między surowością Północy a emocjonalnym żarem, który bije z kompozycji Piotrowskiej. Øiseth, znana z poszukiwania własnego, niemal mistycznego brzmienia (często wykorzystująca róg kozi), nadaje albumowi głębi i przestrzeni, która sprawia, że „Głosy ludzkiej świadomości” brzmią tak autentycznie i wielowymiarowo. Globalny tygiel Sound Circle Projekt Doroty Piotrowskiej nadaje hasłu „jazz jako język uniwersalny” namacalny kształt. Obok liderki, Osby’ego i Øiseth, skład dopełniają wybitni artyści z różnych kręgów kulturowych: Ameen Saleem – kontrabasista z USA, fundament sekcji rytmicznej; Tarek Yamani – libański pianista łączący jazz z tradycją Wschodu; Barbaro Crespo „Machito” – kubański perkusjonista, dodający południowego ognia. Gościnnie na płycie usłyszymy również Sanem Kalfę oraz Leszka Możdżera, co czyni z tego wydawnictwa prawdziwe forum międzynarodowej wymiany artystycznej. O samej muzyce... Osobiście uwielbiam przemyślane projekty perkusistek i perkusistów, którzy w tle wyprawiają cuda (posłuchajcie sobie Psychomachii albo Cirille in Motian), a jednocześnie oddają szerokie pole innym doskonałym muzykom. Czasami na tym albumie wręcz ma się wrażenie, że liderem jest Yamani albo Osby – i to świadczy o klasie Doroty. Do tego profesjonalizm składu nie zamordował emocji, a przecież najfajniejsza muzyka bez nich nie jest na dłuższą metę strawna. Piotrowska kroczy szerokim traktem; słychać tu jej naturę poszukującą tego właściwego brzmienia, dźwięku i układu – jak na rasową jazzmankę przystało, która nieustannie goni za tymi idealnymi współbrzmieniami. Czuć w tym wszystkim także miłość do fajnych melodii, a ja w tej muzyce usłyszałem dodatkowo wrodzoną radość i łagodność liderki – bo jakże kojąco zaczyna się ta płyta w utworze Cambria! Jakże wspaniale płynie jej nurt w kompozycji Lothlórien - to zupełnie inna geografia dźwięku, skok w etno - jazz! Mnie jednak najbardziej ujęły kawałki z samego końca płyty, co tylko potwierdza, jak świetnie Dorota to wszystko zaplanowała. Spark i Circle 1 to małe arcydzieła. W pierwszym bas zabiera nas w podróż w czasie do zadymionych klubów Nowego Jorku – słychać tam ducha muzyki gigantów, tych największych, do których tak fani jazzu i muzycy lubię się odwoływać. Drugi zaś jest cudowną opowieścią, tkaną misternie i łagodnie przez Hildegunn Øiseth. To muzyka-mgła, muzyka-modlitwa z kojącą aurą. Muzyka, którą winno się żegnać każdy dzień z wdzięcznością za to, że się po prostu wydarzył, i za to, że mieliśmy szczęście go przeżyć. Metafizyka stroju 432 Hz – o co w tym właściwie chodzi? Voices of Human Consciousness to projekt dopracowany w najmniejszym detalu – także tym niesłyszalnym na pierwszy rzut ucha, ale odczuwalnym dla duszy. Mówiąc najprościej: chodzi o to, jak „wysoko” lub „nisko” nastrojone są instrumenty względem siebie. To temat, który w świecie muzyki budzi ogromne emocje – od czysto technicznych, po niemal mistyczne. Oto rozbicie tego zagadnienia na czynniki pierwsze: Czym jest standardowe 440 Hz? Większość muzyki, którą słyszysz w radiu czy na Spotify, jest nastrojona tak, że dźwięk A (razkreślne) wibruje z częstotliwością 440 razy na sekundę. To międzynarodowy standard (ISO 16), ustalony w XX wieku, aby muzycy z różnych krajów mogli łatwo grać razem bez rozstrajania się. Dlaczego akurat 432 Hz? Obniżenie stroju o te 8 Hz sprawia, że cały utwór brzmi odrobinę niżej. Choć dla przeciętnego ucha różnica jest subtelna, zwolennicy tego stroju twierdzą, że jest on „cieplejszy” i łagodniejszy – dźwięk wydaje się mniej agresywny i bardziej relaksujący. Istnieją też teorie, że częstotliwość 432 Hz jest powiązana ze złotym podziałem czy naturalnymi wibracjami natury. Dlaczego to brzmi „naturalnie i organicznie”? W przypadku tego albumu instrumenty nastrojone do 432 Hz dają głębszy, bardziej rezonujący ton. Organiczność odnosi się tu do wrażenia, że dźwięk nie jest wymuszony przez sztywne standardy, lecz płynie swobodnie, przypominając brzmienie dawnych instrumentów. To trochę jak przejście z ostrego światła ledowego na ciepły blask świec lub zachodzącego słońca. Co to ma wspólnego z metafizyką? Wybór 432 Hz to sygnał, że ten album nie jest tylko produktem komercyjnym. To próba nawiązania kontaktu z „energią wszechświata” i wprowadzenia słuchacza w stan głębokiego skupienia. Artysta mówi nam: „Zwalniamy, wracamy do korzeni, chcemy, żebyś poczuł tę muzykę całym ciałem, a nie tylko ją usłyszał”. W skrócie: posłuchałem płyty, które autorzy są bardzo świadomi brzmeiniowego kerunku. Dorota Piotrowska i jej zespół rezygnują z „technicznej perfekcji” współczesnego standardu na rzecz brzmienia, które ma być bardziej ludzkie, duchowe i kojące. To trochę jak wybór między idealnie gładką, plastikową powierzchnią a naturalnym, lekko chropowatym drewnem – to drugie ma jednak w sobie „duszę”. Całość przekazu domyka okładka autorstwa Wojciecha Siudmaka. Grafika mistrza realizmu fantastycznego idealnie koresponduje z muzyką, czyniąc z albumu wydanego wspólnie przez Inner Circle Music oraz oficynę Teraz, dzieło totalne.
- Piotr Krzemiński: „Boję się pełnego komfortu grania u siebie”, czyli w Łodzi. Wywiad przed Międzynarodowym Dniem Jazzu
Wielkimi krokami zbliża się jedno z najważniejszych świąt dla wszystkich miłośników improwizacji – Międzynarodowy Dzień Jazzu. Z tej okazji, tuż przed wyjątkowym koncertem w studiu Radia Łódź, mieliśmy ogromną przyjemność usiąść do rozmowy z głównym bohaterem tego wieczoru, Piotrem Krzemińskim. Zanim to jednak nastąpi zapraszamy na wyjątkowy koncert: 30.04 godz. 18:30 Radio Łódź Studio im. Debicha Piotr to wybitny trębacz, kompozytor i prawdziwy ambasador łódzkiej sceny muzycznej, a zarazem artysta o statusie obywatela świata. Przez dekadę szlifował swój warsztat na kilku kontynentach – od Australii i Namibii, aż po tętniącą życiem Brazylię. Trzykrotny laureat „Jazzowego Oskara” przyznawanego przez Stowarzyszenie Jazzowe „Melomani” oraz posiadacz prestiżowego medalu „Gloria Artis”, który nie osiada na laurach. Obecnie święci triumfy jako lider The Special Trio oraz formacji Krzemiński Reunion Project, z którą już za chwilę wejdzie na scenę. O sile muzycznych doświadczeń, ponownym odkrywaniu starych przyjaźni i motywującej tremie przed własną publicznością rozmawia Robert Kozbal. Zapraszamy do lektury! Robert Kozubal (Jazzda.net): To nie jest Pana pierwszy „duży” Międzynarodowy Dzień Jazzu w Łodzi – pamiętam świetny koncert sprzed czterech lat zdaje się w Monopolis (i moje straszne rozczarowanie gdy gorączkowo szukałem w internecie panów płyty). Jak to jest po raz kolejny celebrować to święto jako główny bohater wieczoru i co zmieniło się w Pana postrzeganiu tego dnia od tamtego występu? Jesteście częścią ogromnego projektu - koncertów na całym świecie jest kilkaset! Piotr Krzemiński: Tak, to prawda. Nie jest to pierwszy koncert z tej okazji zorganizowany przeze mnie i moją ekipę w Łodzi. Rzeczywiście kilka lat temu było Monopolis, ale i wcześniej organizowaliśmy koncerty z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu w Łodzi w partnerstwie z Herbie Hancock Institute of Jazz oraz Unesco. Szczerze mówiąc organizując te koncerty cały czas czuję to samo. Tak naprawdę nic się nie zmieniło w moim postrzeganiu tego od dnia od pierwszego koncertu, który zorganizowałem z tej okazji, przez wszystkie następne - do teraz. Dla mnie zawsze najważniejsza była i jest muzyka. W związku z tym, jeśli mamy dzień, który jest świętem muzyki, to ja to postrzegam jako coś pięknego, jako możliwość i szczególną okazję żeby spotkać się, grać i cieszyć się muzyką osobiście, jak i w gronie kolegów z zespołu, jak i z publicznością. Dla mnie każdy koncert to pewnego rodzaju interakcja, dialog między muzykami na scenie a publicznością, w związku z czym ja nas wszystkich zebranych na koncercie (muzyków i publiczność) traktuje jako jedną całość, jedną grupę ludzi zebranych dla muzyki. My ze sceny dajemy pewną energię. Jeśli pojawia się feedback, reakcja na naszą energię, interakcja i swoisty dialog, wtedy możemy się tą chwilą cieszyć wspólnie. I na tym właśnie zawsze mi bardzo zależy, więc zawsze staram się tak prowadzić swoje koncerty, żeby taki dialog zaistniał. Podsumowując – za każdym razem grając koncert z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu, które to koncerty odbywają się nie tylko 30 kwietnia, ale również kilka dni przed i kilka dni po – jestem po prostu bardzo szczęśliwy. Z drugiej strony podobne szczęście towarzyszy mi za każdym razem kiedy gram koncert, tym bardziej jeśli gram swoją autorska muzyką z zespołami, których jestem leaderem. Każdy taki koncert to dla mnie swego rodzaju święto muzyki, święto jazzu. Faktycznie, jeśli chodzi o oficjalne koncerty z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu jesteśmy częścią bardzo dużego międzynarodowego projektu. Koncerty odbywają się w 190 krajach oraz wszystkich stanach USA. Udział w takim projekcie daje bardzo dużo satysfakcji, zadowolenia, pewnego rodzaju dumy. Wchodząc na stronę jazzday.com, gdzie podane są wszystkie koncerty z tej okazji na całym świecie, widząc swoje nazwisko lub logo swojego zespołu czy plakat swojego koncertu wśród tych kilkuset koncertów - za każdym razem czuję ten miły dreszczyk, który czuje każdy z nas, kiedy bierze udział w dużym, liczącym się projekcie lub przedsięwzięciu. Bardzo ciekawym akcentem w związku z organizacją tych koncertów, który za każdym razem powoduje uśmiech na twarzy, jest osobista korespondencja z Herbie’m Hancock’iem, będącym twarzą oficjalnych obchodów Dnia Jazzu. Robert Kozubal (Jazzda.net): Jak właściwie doszło do sformowania tego konkretnego składu? Czy to był nagły impuls, czy może przez lata „nosił się” Pan z myślą o ponownym zebraniu kolegów, z którymi zaczynał Pan drogę muzyczną w Łodzi? Piotr Krzemiński: Historia jest taka, że niemalże od razu po skończeniu studiów w Łodzi zacząłem muzyczną pracę za granicą. Trwało w zasadzie 10 lat podczas których wyjeżdżałem w różne rejony świata z różnymi orkiestrami musicalowymi, teatralnymi, później z innymi zespołami i formacjami. Było to o tyle ciekawe, że oprócz tego, że była to praca, to były to bardzo ciekawe doświadczenia. Doświadczenia związane ze zwiedzaniem świata i jednocześnie bardzo ciekawe doświadczenia muzyczne. Miałem okazję być w bardzo wielu miejscach na świecie, każde z tych miejsc, każda kultura w tych miejscach ma swoją własną muzykę. Oprócz tego w wielu miejscach, o których byśmy nawet nie pomyśleli, istnieje również muzyka jazzowa - o tyle ciekawa, że przesiąknięta regionalnymi naleciałościami. Więc jeżdżenie po całym świecie i słuchanie muzyki czy spotkania z muzykami zebrały się w jeden wielki worek z inspiracjami. Owocem tych inspiracji było pomysły na moje własne kompozycje, które zaczęły mi przychodzić do głowy. Zainspirowany tym, co widziałem i słyszałem, zacząłem komponować. Potem przyszedł moment kiedy pomyślałem, że fajnie byłoby wrócić do Polski, założyć zespół, który mógłby grać moją muzykę i pokazać tę muzykę szerzej, ludziom, którzy będą mieli ochotę tej muzyki słuchać, publiczności. Kiedy sam sobie odpowiedziałem na pytanie jaki to miałby być skład instrumentalny, zacząłem myśleć kogo personalnie do tego zespołu zaprosić. A ponieważ nie brałem aktywnie udziału w polskim rynku muzycznym przez te 10 lat, więc nie do końca byłem na bieżąco. Stwierdziłem, że nie trzeba się długo zastanawiać, tylko wykonać rzecz chyba najprostszą - zadzwonić do kolegów ze szkoły. Wszyscy muzycy Reunion Project to koledzy ze szkolnej ławki Szkoły Muzycznej w Kutnie, pochodzący z jednego regionu, czy jednego miasta (Gostynin, Kutno, Płock). Razem w szkole średniej stawialiśmy pierwsze kroki z muzyką rozrywkową, muzyką jazzową. Potem na kilka lat nasze drogi się rozeszły, rozjechaliśmy się na studia, itd… Każdy z nas robiąc w międzyczasie dużo różnych muzycznych rzeczy nabrał doświadczenia, rozwinął się, stał się profesjonalnym muzykiem. Dlatego mimo, że wybrałem opcję najłatwiejszą dzwoniąc do kolegów ze szkoły, do dzisiaj bardzo się z tej decyzji cieszę. Od pierwszego muzycznego spotkania „po latach” i pierwszego koncertu do dzisiaj mamy dużą radość grając razem. Stąd też w nazwie zespołu słowo „Reunion”. Podsumowując – powstanie Krzemiński Reunion Project to nie był nagły impuls. Był to proces, który zaczął się od inspiracji z całego świata, dzięki którym powstały moje utwory. Kontynuacją była chęć założenia zespołu o brzmieniu, które lubię, a potem telefony do starych kolegów. Do dzisiaj się z tego bardzo cieszę. Robert Kozubal (Jazzda.net): Australia, Namibia, Polinezja Francuska, a z drugiej strony intensywna trasa po Brazylii... Jak te wszystkie krajobrazy i spotkania – w tym współpraca w ramach The Special Trio (z Danielem Latorre i Arkiem Skolikiem), której owocem jest album „You Know?” (dostępny także na winylu) – ukształtowały Pana jako dzisiejszego lidera? Piotr Krzemiński: Tak jak wspomniałem wcześniej - podróże po świecie są bardzo inspirujące. Nie tylko muzyka z różnych stron i zakątków świata, ale również to, co można w tych zakątkach obserwować. Życie ludzi, kulturę, przyzwyczajenia, zachowania, ruch uliczny, przyroda, itd… Miałem tę okazję, żeby być zarówno w Australii, Namibii, Polinezji Francuskiej i Brazylii, jak również w wielu innych bardzo ciekawych miejscach. Jestem pewien, że możliwość zobaczenia tych miejsc, poznania i obserwowania ludzi, w tych miejscach oraz słuchanie tamtejszej muzyki bardzo na mnie wpłynęły i ukształtowały przede wszystkim jako muzyka. Oczywiście na pewno też jako człowieka i lidera zespołów. Możliwość obserwowania wielu miejsc na świecie bardzo otwiera głowę i umysł, poszerza światopogląd, więc nie pozostaje bez echa na całe życie. Natomiast spotkania z tamtejszymi muzykami i zespołami muzycznymi, rozmowy, podpatrywanie co grają, jak grają, o czym grają spowodowały, że od strony muzycznej był to bardzo ciekawy czas, bardzo inspirujący, bardzo rozwijający, który pozostawił we mnie swój wyraźny ślad. Z jednej strony miałem możliwość poznać gatunki i style muzyczne, których wcześniej nie znałem - na przykład w Afryce lub w Azji. Z drugiej strony zgłębić wiedzę i świadomość na przykład o tym jak dużym pojęciem jest muzyka latynoamerykańska i w jaki sposób jest ona różna w Argentynie, Brazylii i w krajach Ameryki Środkowej. Z trzeciej strony miałem możliwość słuchać jazzu i obserwować muzyków jazzowych w kolebce jazzu czyli w USA. Jednym z piękniejszych wydarzeń, które wspominam był moment, kiedy słuchałem i obserwowałem w Bostonie grający na ulicy zespół jazzu tradycyjnego. W pewnym momencie zaczęli gromadzić się wokół niego ludzie i po prostu tańczyć, ktoś dołączył do zespołu i zaczął śpiewać, ktoś inny zaczął stepować… Poczułem się jak w starym filmie o Nowym Orleanie. Piękne przeżycie. Do tego dodać trzeba niejednokrotne spotkania w pracy z trębaczami, (np. Bill Prince, trębacz który grał w zespołach takich mistrzów jak Buddy Rich czy Harry James) na pewno też ukształtowały mnie jako trębacza. Oczywiście na pewno obserwacja różnych zespołów muzycznych, ale i praca w różnych zespołach wpłynęły na mnie i poukładały w głowie jak pełnić funkcję lidera zespołu nie tylko od strony muzycznej ale i organizacyjnej. Zawsze lubiłem grać z zagranicznymi muzykami. Nie dlatego, że są lepsi lub gorsi od polskich muzyków, ale dlatego, że są bardzo wyraźnie inni, tzn. zawsze podobało mi się jak ludzie, którzy dorastali w innej od naszej i od amerykańskiej kulturze muzycznej postrzegają muzykę jazzową i muzykę w ogóle. Grając choćby ten sam jazzowy standard z muzykiem z Polski, a z muzykiem ze Stanów czy z Ameryki Południowej, za każdym razem będzie to zupełnie inna muzyka. Okazuje się, że nawet grając swinga każdy mniej lub bardziej świadomie dodaje do niego jakiś mniejszy lub większy ułamek swojej muzycznej kultury muzycznej, w której wyrósł. To mnie zawsze fascynowało i nadal fascynuje w pracy z muzykami z różnych stron świata. Trio, które założyłem i do którego zaprosiłem Daniela Latorre jest kolejnym owocem tej fascynacji. W graniu Daniela, w jego sposobie swingowania, mimo że to jazzowy organista, jest tyle przemyconych muzycznych akcentów z muzyki brazylijskiej, że cały czas mnie to chwilami zaskakuje, jest dla mnie ciekawe, powoduje duży uśmiech i uwielbiam to. Wynikiem tej naszej współpracy jest album „You Know”, na którym gra również Arek Skolik. Arek, który ujął mnie wiele lat temu swoim swingowaniem na perkusji i tym jak dobrze czuje organy Hammonda jako instrument. Natomiast album „You Know” rzeczywiście zaprowadził nas i mnie po latach do Brazylii w czerwcu 2025, gdzie zagraliśmy piękną trasę koncertową i gdzie wydana została limitowana winylowa wersja tego albumu. Natomiast była to na tyle duża przygoda, że myślę, że zasługuje i wręcz wymaga osobnej dłuższeej rozmowy ;) Zdradzę tylko, że w maju tego roku oprócz koncertów w Polsce, wybieramy się z trio ponownie do Brazylii na zaproszenie największego w Brazylii festiwalu kulturalnego i muzycznego Virada Cultural w Sao Paulo. Robert Kozubal (Jazzda.net): Gra Pan w obecnym składzie z muzykami, z którymi dzielił Pan pierwsze fascynacje jazzem. Czy po latach spędzonych osobno musieliście „uczyć się siebie” na nowo, czy ta jazzowa więź okazała się całkowicie odporna na czas? Piotr Krzemiński: Tak, muzycy z Reunion Project to moi koledzy ze szkoły, z którymi stawialiśmy pierwsze kroki w muzyce jazzowej i dzieliliśmy pierwsze fascynacje jazzem. Gdy spotkaliśmy się po latach nie grania razem, na pewno w pewien sposób musieliśmy uczyć się siebie na nowo, natomiast pod bardzo pozytywnym względem. Przez te lata każdy z nas zarówno dzięki studiom jak i doświadczeniu w muzycznej pracy bardzo się rozwinął i bardzo dużo nauczył. Więc spotkaliśmy się już nie jako stawiający pierwsze kroki, ale jako świadomi, doświadczeni, ukształtowani muzycy. Dojrzali w muzyce jazzowej na tyle, że każdy z nas ma coś konkretnego „do powiedzenia” w tej muzyce i może dużo od siebie wnieść do tej muzyki. Co dla mnie jest piękne, ponieważ komponując bardzo często daję muzykom z zespołu przestrzeń do twórczych muzycznych wypowiedzi w moich utworach, dzięki którym nabierają one ostatecznego kształtu. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz po tylu latach, na pewno w jakiś sposób byliśmy sobą nawzajem zaskoczeni i musieliśmy się siebie na nowo nauczyć, natomiast ta nauka była czystą przyjemnością. Robert Kozubal (Jazzda.net): Wiem, że formacja Reunion Project ma zamiar przypieczętować współpracę wydaniem płyty. Czy materiał, który usłyszymy podczas koncertu, to już zamknięta opowieść, którą znajdziemy na krążku? Piotr Krzemiński: Rzeczywiście, mój plan jest taki, żeby jeszcze w tym roku nagrać z Reunion Project płytę, na której znajdzie się tylko moja autorska muzyka. Ponieważ nagranie płyty to przedsięwzięcie nie tylko muzyczna, ale i logistyczne - mam nadzieję, że ten plan się powiedzie. Natomiast odpowiem w ten sposób - nie, materiał, który zagramy na koncercie w Radio Łódź to nie będzie zamknięta opowieść, która znajdzie się na płycie. Jest ku temu kilka powodów. Po pierwsze nie można pokazać przedpremierowo całego siebie. Poza tym szczerze mówiąc płyta, która ma powstać jest jeszcze nie do końca zamkniętą opowieścią. Otwartość tej opowieści polega na tym, że decyzje, które utwory mają znaleźć się na płycie, a które nie, podjąłem w większości, ale jeszcze nie w stu procentach. Choćby dlatego, że w przypływie weny cały czas powstają nowe utwory, które wydają się być ciekawe, więc decyzje te nie są proste. Więc koncert 30 kwietnia będzie na pewno opowieścią o muzyce, ale nie będzie to ta sama opowieść, która znajdzie się na płycie. Robert Kozbal (Jazzda.net): Czego konkretnie możemy spodziewać się na koncercie z okazji #JazzDay2026? Czy postawi Pan na czysto autorski program, czy może szykujecie Państwo jakieś muzyczne niespodzianki dedykowane tylko tej łódzkiej nocy? Piotr Krzemiński: Myślę, że nie mogę powiedzieć czego konkretnie mogą się Państwo spodziewać na koncercie z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu 2026, ponieważ trzeba zostawić trochę niepewności i niespodzianek. Natomiast na pewno mogę powiedzieć, że w programie koncertu znajdą się moje kompozycje, ale nie tylko. Planuję żebyśmy zagrali również utwory innych kompozytorów, tak wplecione w ten koncert, żeby stworzyć jedną, spójną opowieść na ten wieczór. Opowieść o muzyce, o moich przeżyciach i inspiracjach. Szeptem mogę też powiedzieć, że szykujemy na ten specjalny jednak wieczór muzyczne premiery, utwory mojego autorstwa, których ani łódzka, ani żadna inna publiczność jeszcze nie słyszała. Na pewno będzie to bardzo fajny wieczór, pełen muzyki, swinga i dobrej energii. Robert Kozubal (Jazzda.net): Trzykrotny „Jazzowy Oskar”, Gloria Artis i status dumy łódzkiej sceny. Czy po tylu sukcesach czuje Pan jeszcze tremę przed łódzką publicznością, czy to raczej pełen komfort grania „u siebie”? Piotr Krzemiński: Rzeczywiście mam tę przyjemność być trzykrotnym laureatem Nagrody dla Najlepszego Łódzkiego Jazzmana przyznawanej przez Stowarzyszenie Jazzowe „Melomani” oraz zostać odznaczony medalem „Gloria Artis” przyznawanym przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Te nagrody to, nie ma co ukrywać, bardzo przyjemne akcenty i bardzo przyjemne chwile. Kilka lat temu odbierając pierwszą nagrodę Stowarzyszenia Melomani powiedziałem, że kiedy podjąłem decyzję, żeby przestać jeździć po świecie i wrócić na stałe do Polski i do tworzenia, grania i działalności tutaj, miałem w sobie oprócz dużego zapału i chęci, odrobinę niepewności. Takiej ludzkiej niepewności czy to się uda, czy moja muzyka się tutaj spodoba, czy będzie miała swoich odbiorców, czy to ma sens. Takie miłe akcenty jak te nagrody powodują, że w głowie pojawia się myśl - tak, było warto. I do dzisiaj tę myśl podtrzymuję i bardzo się cieszę, że to zrobiłem. Natomiast nagrody mają swoje podwójne oblicze. Z jednej strony są bardzo dużą przyjemnością i pokazują mi, że moja działalność, muzyka się podoba i że moja praca, to co robię i jak robię jest doceniane. Jest to na pewno rewelacyjne. Natomiast z drugiej strony za tymi nagrodami idzie pewnego rodzaju odpowiedzialność, którą ja czuję. Jest to jednak ten rodzaj odpowiedzialności, który jest bardzo motywujący, popycha nieustannie do tego, żeby nie ustawać w działaniu, cały czas robić, działać, tworzyć nowe rzeczy, nową muzykę, organizować nowe przedsięwzięcia. Oczywiście, że czuję tremę przed łódzką publicznością. Na każdym koncercie czuję tę tremę będąc na scenie. Natomiast nie jest to ten związany ze strachem paraliżujący rodzaj tremy. To rodzaj tremy wynikającej z tego, że chciałbym zawsze dać publiczności jak najlepszy koncert, jak najlepszą muzykę i jak najlepszy czas spędzony z moim zespołem. To jest trema motywująca, taki mały zastrzyk adrenaliny powodujący jeszcze większe emocje, które w muzyce jak wiemy, są bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze. Tym samym mogę powiedzieć, że nie czuję pełnego, stuprocentowego komfortu grania „u siebie”. I myślę, że to bardzo dobrze, że tego nie czuję ponieważ boję się, że gdybym poczuł ten pełen komfort grania „u siebie” to mogłoby to spowodować podobne skutki jak popadnięcie w rutynę w jakimkolwiek działaniu. Kiedy działamy rutynowo, zdarza się nie zwracać uwagi na szczegóły, na ich dopracowanie, itp… A tego na pewno nie chcę. Więc tak, czuję tremę i bardzo się cieszę, że ją czuję i chcę ją czuć. Ona mnie motywuje do działania, do pracy nad muzyką, nad sobą, nad tym, żeby dawać publiczności dobre koncerty, do tego żeby ucieszyć publiczność od czasu do czasu nowymi kompozycjami, a przy okazji w trakcie samych koncertów daje zastrzyk adrenaliny i emocji, bez których nie byłoby nie tylko muzyki, ale i żadnej innej sztuki. Robert Kozubal: Dziękuję za rozmowę. KONCERT Z 2021 R
- Jazzowy kosmos Web Web – "Kover Kover" już jest!
W ubiegły piątek premierę miał album, który dla fanów monachijskiego kwartetu Web Web może być sporym zaskoczeniem, choć patrząc na ich historię – to po prostu kolejny logiczny krok. Płyta nosi tytuł "Kover Kover" i jest pierwszym wydawnictwem w dziesięcioletniej historii grupy, które w całości składa się z interpretacji cudzych utworów. Zanim jednak przejdziemy do tego, co Roberto Di Gioia i jego ekipa zrobili z numerami Nirvany czy Black Sabbath, warto przypomnieć, skąd się wzięli. Web Web narodził się w 2017 roku jako... mistyfikacja. Początkowo miał to być „sekretny zespół”, ukrywający tożsamość muzyków pod płaszczykiem odnalezionych po latach, zakurzonych sesji jazzowych z lat 70. Pomysł był genialny w swojej prostocie: grać tak, jakbyśmy byli częścią legendarnego katalogu Strata-East czy Black Jazz Records. Z czasem karty zostały odkryte i okazało się, że za tym brzmieniem stoją tuzy współczesnej sceny: Roberto Di Gioia, Christian Von Kaphengst, Peter Gall oraz postać, której należy się osobny akapit – Tony Lakatos. Tony to jeden z moich ulubionych muzyków w tym składzie, a jego biografia to gotowy scenariusz na film. Urodzony w Budapeszcie w rodzinie o głębokich tradycjach muzycznych (jego ojciec był słynnym cygańskim skrzypkiem), sam zaczął od skrzypiec już jako sześciolatek. Dopiero w wieku 15 lat zamienił je na saksofon, co okazało się strzałem w dziesiątkę – dwa lata po ukończeniu Konserwatorium Béli Bartóka przeprowadził się do Niemiec i błyskawicznie stał się jednym z najbardziej cenionych saksofonistów na świecie. Liczba nagrań, w których brał udział, zwala z nóg: Tony zagrał na około 350 płytach jako lider lub muzyk towarzyszący. W Web Web jego saksofon jest tym łącznikiem, który spaja tradycję z nowoczesnością. Przez lata i kilka świetnych albumów Web Web udowodnili, że potrafią żenić duchowość Alice Coltrane z krautrockiem, acid jazzem i ambientowymi plamami. Na "Kover Kover" ten fundament spotyka się z popkulturą. Muzycy zadali sobie proste pytanie: jak brzmiałyby te wszystkie utwory, gdyby od początku wyszły spod ich pióra? Wybór jest potężny – od psychodelii Hendrixa, przez elektronikę Grandbrothers, aż po popowe hymny Eurythmics czy Talking Heads. Kluczem do tych interpretacji jest prostota. Muzycy wyszli z założenia, że każdy dobry numer broni się melodią i harmonią, nawet po rozebraniu go do rosołu. Świetnie słychać to w „Steppin’ Out” Joe Jacksona – to owoc czystej improwizacji, gdzie Christian von Kaphengst zaczął grać na Rhodesie tak soulowo, że Roberto Di Gioia zamiast za klawisze, chwycił za bas. Ta wolność to zresztą ich znak rozpoznawczy. Przez dekadę wspólnego grania wypracowali układ bez hierarchii i ego (ponoć jedyne spory dotyczą tego, czy zjeść na obiad kuchnię indyjską czy włoską). Na płycie regularnie zamieniają się rolami: perkusista gra na pianinie, basista na syntezatorach, a lider na sekcji rytmicznej. Dzięki temu w tych dźwiękach nie ma rutyny – jest czysta radość odkrywania. Dopełnieniem całości jest jak zawsze fantastyczna okładka autorstwa Jana Steinsa. Tracklista "Kover Kover" w zestawieniu z oryginałami: Tytuł utworu Oryginalny wykonawca / Inspiracja 1. Song Of Dying Klaus Doldinger / Passport 2. Slave To The Rhythm Grace Jones 3. Burning Of The Midnight Lamp Jimi Hendrix 4. Bloodflow Grandbrothers 5. We Are The People Empire of the Sun 6. High Noon Kruder & Dorfmeister 7. Ataraxia Klaus Doldinger / Passport 8. Come As You Are Nirvana 9. Steppin' Out Joe Jackson 10. Sweet Dreams (Are Made Of This) Eurythmics 11. Big Schlepp The Dave Pike Set 12. Planet Caravan Black Sabbath 13. Once In A Lifetime Talking Heads 14. Free Deniece Williams Zabawa na dziś: Proponuję Wam mały eksperyment. Przesłuchajcie najpierw album Web Web od deski do deski. Dajcie się ponieść ich wizji. A potem? Potem odpalcie oryginały (przygotowaliśmy dla Was specjalną playlistę obok tekstu) i sprawdźcie, jaką drogę przeszły te dźwięki. To fascynująca lekcja tego, jak elastyczna potrafi być dobra kompozycja. Jeśli podoba Wam się to, co robię na jazzda.net i chcecie, bym dalej mógł przeczesywać dla Was takie muzyczne kosmosy przy dobrej kawie, będę wdzięczny za każde wsparcie na buycoffee.to/jazzda.net. Każda „postawiona” kawa to nowa energia na kolejne teksty!
- Warren Wolf – „SMOOVE VIBES”. Wirtuozeria w służbie rozrywki
Na swoim najnowszym albumie serwuje fenomenalną wirtuozerię oddaną w pełni na usługi rozrywki, a nie intelektualnego wyścigu zbrojeń. W „SMOOVE VIBES” słychać bezpretensjonalną radość grania, która – być może niechcący – staje się delikatnym prztyczkiem w nos dla europejskiej sceny. Stary Kontynent tworzy jazz piękny, poszukujący i głęboki, lecz w tym artystycznym uniesieniu czasem zapomina o jednym: o czystej przyjemności płynącej z rytmu. Wolf przypomina nam, że jazz narodził się tam, gdzie ludzie chcieli się bawić. Dziś, 25 kwietnia, swoją premierę ma „SMOOVE VIBES” – najnowszy album urodzonego w Baltimore wibrafonisty i multiinstrumentalisty Warrena Wolfa. Artysta, którego twórczość w ciągu ostatnich dwóch dekad umieściła wibrafon w centrum jego szerokiej kariery jako lidera zespołu, kompozytora, muzyka towarzyszącego i pedagoga, tym razem stawia na materiał, w którym ten instrument staje się przysłowiowym „szóstym biegiem”, nadającym całości nowoczesnej dynamiki i tempa. Domowe studio i technologiczny silnik Kiedy się słucha tego materiału naprawdę trudno uwierzyć, ze album został nagrany głównie w piwnicy Wolfa przy użyciu Logic Pro X. Program ten jest w rzeczywistości kompletnym studiem nagrań zamkniętym w zaawansowanym programie komputerowym, po które regularnie sięgają czołowi producenci muzyczni, inżynierowie dźwięku oraz kompozytorzy filmowi na całym świecie. Ta wszechstronna stacja robocza pozwala na przejście całej drogi twórczej w ramach jednej aplikacji: od komponowania opartego na gigantycznej bibliotece ponad 70 GB dźwięków i wirtualnych instrumentów, przez krystalicznie czyste nagrywanie całych zespołów, aż po precyzyjną edycję wokali i rytmiki dzięki inteligentnym funkcjom Flex Pitch oraz Flex Time. Całość procesu wieńczy profesjonalny miks i mastering z wykorzystaniem nowoczesnych narzędzi korekcji oraz wsparcia dla dźwięku obiektowego Dolby Atmos, co czyni z tego oprogramowania potężny silnik napędowy dla każdej współczesnej produkcji muzycznej. W tym cyfrowym środowisku Wolf zarejestrował autorskie partie na wibrafonie, marimbie, perkusji, fortepianie, organach B3 i instrumentach Fender Rhodes. Do skompletowania zespołu zaprosił stałych współpracowników: Brandona Lane’a (bas elektryczny), Brenta Birckheada (saksofon altowy, flet), Terence’a Cunninghama (organy), Elana Troutmana (saksofon sopranowy) oraz Imani-Grace Cooper (wokal). Szkoła dyscypliny: Od Baltimore po Europę U podstaw dzisiejszej swobody Wolfa leżał rygorystyczny reżim treningowy. Od trzeciego do siedemnastego roku życia artysta ćwiczył pięć dni w tygodniu po 90 minut dziennie. Każda sesja była precyzyjnie podzielona: 30 minut na perkusji, 30 na wibrafonie i 30 na pianinie. „Mój ojciec chciał dać mi intensywny kurs muzyki” – wspomina Wolf. Artysta często podkreśla kluczową rolę swojego ojca w tej drodze – widzi w nim nie tylko wymagającego nauczyciela, ale przede wszystkim architekta swojej muzycznej tożsamości, który potrafił umiejętnie połączyć rygor klasyki z otwartością na każdy gatunek. Kluczowym etapem edukacji było osiem lat w programie przygotowawczym Peabody Institute (Peabody Prep). „Pobyt w Peabody Prep był niesamowity. Byłem naprawdę dobrym muzykiem klasycznym. Szczerze mówiąc, myślałem, że zrobię karierę w muzyce klasycznej. Pamiętam, że byłem głównym kotlistą w zespole Peabody Sinfonia. Granie z tym zespołem przez kilka lat dało mi szansę na dwukrotne tournée po Europie. Pamiętam, że byłem w Londynie i Amsterdamie. Nauczyłem się tam grać z kontrolą, harmonią klasyczną i podstawami kompozycji” – podkreśla artysta. Te fundamenty, połączone z dorastaniem w domu pełnym soulu i hip-hopu (od New Edition po LL Cool J), stworzyły muzyka o rzadko spotykanym spektrum możliwości . Analiza repertuaru: Wirtuozeria i barwy Album otwiera brazylijska „Fábrica” (Cesar Camargo Mariano), jednak to dalsza część tracklisty ujawnia pełnię wizji Wolfa. Autor zaproponował przepiękną, leciutką wersję „Take 5” Dave'a Brubecka, a Beatlesowskie „Yesterday” podał w sposób do szpiku amerykański. Dla zrozumienia „szóstego biegu” Wolfa kluczowe są jednak dwa inne utwory. „Contigo” (autorstwa Grega Howe’a) to ekspozycja ulubionych barw muzycznych lidera i dowód na jego wrażliwość brzmieniową. Z kolei „Some Skunk Funk” (Randy Brecker) to czysty pokaz wirtuozerii, gdzie technika służy budowaniu niesamowitego, motorycznego groovu. Nie zabrakło też miejsca na humor w „Will the Real Kenny Gee Please Stand Up?” z gościnnym udziałem Elana Troutmana. zabawa głupcze W ostatecznym rozrachunku „SMOOVE VIBES” to płyta, która domyka klamrą myśl zawartą w jej otwarciu: to jazz dający oddech i autentyczną radość. Wolf udowadnia, że nawet niebanalne i momentami skomplikowane struktury nie muszą być dla słuchacza ciężarem. Warren rezygnuje z niepotrzebnego intelektualizowania na rzecz bezpośredniej przyjemności płynącej z muzyki. Daje ludziom to, co w jazzie najcenniejsze – radość słuchania. „Zdecydowałem się nagrać tę płytę, ponieważ chcę dotrzeć do ludzi na całym świecie” – mówi Wolf. „Chcę, żeby posłuchali jazzu, ale z nutą nowoczesności – bez elementów zaskoczenia, bez konieczności zbytniego zastanawiania się podczas słuchania. Album ma być dla ludzi, którzy mogą się odprężyć i dobrze bawić”.
- Błysk na oceanie, punk w sercu, Torpedy w Paluchach. Czy Ravi Ramsahye będzie słynniejszy Od Ptaka Dodo?
Ej młody człowieku! tak ty! jeśli nie masz 18 lat to idź stąd. Na tej stronie się przeklina. Dodo, rzadkie znaczki, legendarne Waqwaq, żółwie giganty, podwodne wodospady i taniec sega, przy którym nasze disco-polo brzmi jak stypa. Co to wszystko łączy? No jasne, że Mauritius. Ale jeśli myśleliście, że będę Wam tu wciskał foldery biura podróży, to grubo się mylicie. Chodzi o człowieka nazwiskiem Ravi Ramsahye. Jeśli nie słuchaliście jego nowej płyty z lutego pt "Sunglint", to ja nie wiem, pod jakim kamieniem żyliście. No, ale objaśniam, bo ten materiał zasługuje na to, żeby o nim chwile popleść androny. Od punkowego łojenia po magisterkę w Lozannie Ravi to nie jest wymuskany jazzman, nie spędził życia w filharmonii, wachlując się partyturami i poprawiając muszkę. Gość urodził się w Genewie, ale w domu, po rodzicach miał Mauritius na pełnej petardzie – dwie kultury, dwa światy i totalny rozgardiasz w głowie. Zaczął niby grzecznie, bo jako ośmiolatek przy fortepianie, ale prawdziwe pierdolnięcie przyszło pięć lat później. Wyobraźcie sobie trzynastolatka, który ma głęboko w nosie klasyczne etiudy, bierze do ręki wiosło i jako samouk zaczyna napierdalać pop-punka w sypialni. To jest klucz, ta jego pierwotna zajawka, bez której nie zrozumiecie tego, co w lutym nagrał z PROTOTYPE. Jasne, że potem poszła „profeska”: jazzowe sesje w genewskim AMR, rok w Anglii, parę miesięcy w Kolumbii i w końcu magisterka z pedagogiki jazzowej w Lozannie, którą klepnął parę lat temu - czyli takie muzyczne kokoko, "ąę wsadż se to w dupę". Uczył się u takich wyjadaczy jak Sylvain Luc czy Nelson Veras, więc technicznie gość to jest absolutny kosmos. Ale słuchajcie – mimo tych wszystkich dyplomów i bycia „panem magistrem”, w tym kolesiu wciąż siedzi ten punkowy dzieciak. I kurwa bardzo dobrze. Od sześciu lat ciągnie swój projekt i to właśnie tam czuć, że jazz to dla niego nie tylko skomplikowane skale, ale przede wszystkim szczera, surowa energia. „Sunglint” – słońce, które zdążyło już nas oślepić Ich album „Sunglint” wjechał na rynek 13 lutego 2026 roku pod szyldem niemieckiego Neuklangu i od tego czasu zdążył już narobić trochę szumu. Materiał powstał na Mauritiusie – Ravi wrócił tam po latach, żeby się zresetować, i to słychać w każdym dźwięku. Nazwa albumu to ten oślepiający błysk słońca na wodzie – wiecie, taki moment, że mrużycie oczy i nagle wszystko staje się jasne. Ale nie bójcie się, to nie jest żadne pitu-pitu do medytacji pod palmą. PROTOTYPE to jazzowy kwartet z Genewy, który ma w dupie ortodoksyjne podejście do gatunku. Oni mieszają energię pop-punka, nostalgię Midwest emo i matematyczne łamańce math-rocka w taki sposób, że mózg staje w poprzek, a noga sama chodzi. To muzyka kinowa, pełna emocji, napisana przez ludzi, którzy wychowali się na anime i grach wideo, a nie tylko na zakurzonych winylach. Jak to żre ? Warsztatowo majstersztyk, ale jednak z duszą. Ravi buduje kawałki na asymetrycznych metrach – niby matematyka, niby rygor, ale płynie to niesamowicie. Sekcja rytmiczna, czyli Benoit Gautier na kontrabasie i Nathan Triquet na bębnach, tyra tutaj jak para wołów. Trzymają ten cały bałagan w ryzach, żeby się nie rozleciał, kiedy gitara Raviego i saksofon Theo Hansera zaczynają odlatywać w rejony agresywnej, rockowej alternatywy. I muszę być szczery – płyta urywa dupę najbardziej wtedy, gdy Théo Hanser // saksofon tenorowy, syntezator Microkorg// Hanser przejmuje stery na saksofonie. Robi się wtedy gęsto, ciężko i konkretnie. Gitara Raviego? Technicznie – szacun, palce mu śmigają jak głupie. Ale momentami, nie powiem, skręca to trochę za bardzo w stronę „soundtrackową”. Brzmi to wtedy jak muzyka do jakiegoś ambitnego serialu na streamingu – ładne, przestrzenne, sterylne. Na szczęście ten punkowy brud, o którym pisałem, zawsze w porę się przebija i kopie nas w tyłek, przypominając, że to jednak jazzowa jazda bez trzymanki, a nie tło do jedzenia hummusu w modnej knajpie. Werdykt Słuchajcie, mamy końcówkę kwietnia, więc jeśli jeszcze nie macie „Sunglint” przemielonego na słuchawkach, to marsz do odrabiania lekcji. To nie jest tam żadna rewolucja, która zmieni historię muzyki, ale to cholernie solidna ewolucja zespołu, który wie, czego chce. Ravi nie udaje chłodnego Skandynawa ani rozkrzyczanego Amerykanina. Serwuje europejski jazz dla pokolenia, które dorastało na przełomie wieków – ludzi, którzy kochają improwizację, ale wciąż mają w szafie stare, zjechane trampki. Dla mnie to pozycja obowiązkowa tej wiosny. Jeśli jaracie się Tortoise, brytyjskim Get The Blessing albo instrumentalnym math-rockiem w klimacie American Football, to „Sunglint” wejdzie Wam jak złoto. To muzyczna flaga Mauritiusa zatknięta na środku genewskiej sceny. Jest kolorowo, jest dziwnie, jest momentami wściekle, a momentami lirycznie. Czyli dokładnie tak, jak powinno być. Lećcie słuchać, jeśli jakimś cudem to przegapiliście. To nowoczesne „Waqwaq” naprawdę warto poczuć na własnych bębenkach. Bez odbioru! Dobra, jeśli to moje pisanie o maurytyjskim jazzie i punkowym brudzie siadło Ci tak samo jak mi ta płyta, to wiesz, co robić. Jazzzda nie jedzie na samej pasji i dobrym słowie – paliwo w trasie kosztuje, a dodo też musi coś jeść. Jeśli chcesz, żebym dalej wygrzebywał dla Ciebie takie perełki jak Ravi i pisał o nich bez lukru, wrzuć mi parę groszy na kawę tutaj: buycoffee.to/jazzda.net . Każda filiżanka to kolejny tekst bez marketingowej ściemy. Dzięki za wsparcie!
- Oto Chlusty, jakie tworzy Leszek kułakowski
Śniło mi się, że stał nade mną Mistrz Witold. Wielki, arystokratyczny, z tą swoją miną, jakby właśnie połknął plaster cytryny i zagryzł go tym kiszo-zgniłym szwedzkim śledziem, co to od samego smrodu wykręca gębę i zamurowuje na niej grymas wiekuistej pretensji. – Dlaczego mnie nie czytasz, ty głąbie kapuściany ? – huknął, aż mi się poduszka pod głową spociła. – Dlaczego porzuciłeś moje książki na rzecz tych współczesnych wyziewów? – Ależ Mistrzu.. . – jąkałem się przez sen – czytam teraz Naomi Klein, te szoku doktryny rynkowe... a potem, przysięgam, jak tylko skończę „Panów piłą” o Jakubie Szeli od razu czytam “Fer…” – Czerwone gówno! – przerwał mi Gombrowicz, aż lustro w sypialni (we śnie) pękło na pół. – Ideologie, socjologie, ludowe baśnie! Wszystko to wtórne, wszystko to gęba! Czytasz te nudy, a uszy ci więdną od muzyki, która jest jak ciepła woda w klozecie. Masz tu Leszka Kułakowskiego. „Chlusty”. Posłuchaj tego i napisz recenzję, inaczej cię tak upupię, że się do śmierci nie wyprostujesz! Obudziłem się zlany zimnym potem. I natychmiast wyrzuciłem ten koszmar ze łba. Myślałem, że to tylko skutek uboczny piwa bezalkoholowego po kolacji w nadmiernych ilościach. Ale następnej nocy Mistrz wrócił. Grymas na jego twarzy był jeszcze straszniejszy. Miał ze sobą linijkę, którą bił mnie po łydkach i wrzeszczał: – Durny, leniwy głąbie! Do roboty! Bierz kajet i notuj! – ryczał. – Piszesz mi tu o Kułakowskim! To wizjoner jazzu, guru „trzeciego nurtu”, co to gdańską akademię i światowe sceny trzyma w garści! On grał ze Stańką i Hendersonem, on wskrzesza Komedę w Słupsku, a teraz rzuca ci pod nogi Chlusty! Te genialne miniaturki pisał ponoć w kwadrans! Słyszysz? Piętnaście minut geniuszu kontra twoje lata grzebania się w socjologiach! Pisz, durniu! – Bo musisz wiedzieć, ty niedouczony bękarcie kultury, że Witkacy, ten wielki mag nienasycenia, nie zasiadał do fortepianu, by grać słodkie sonaty dla ciotek! On w ten instrument walił, on go maltretował, on uprawiał na nim dzikie, szalone i absolutnie zwariowane improwizacje, które sam nazywał właśnie chlustami! To nie było brzdąkanie pod herbatkę, to był akt muzycznego terroru, wyrzucanie z siebie dźwięków surowych, brutalnych, niemal fizjologicznych. On tymi chlustami prowokował, on nimi sprawdzał, czy słuchacz ma jeszcze duszę, czy tylko gębę pełną frazesów! I Kułakowski to podnosi, on tę witkacowską bezczelność bierze na jazzowy warsztat! I patrzę na tę okładkę, a z niej, z tego wściekłego impasto, z tych chlustów farby, wyłania się sama gęba Kułakowskiego! Nie żadna wygładzona, upupiona fotka, ale pędzlem rzucona, fakturą gęstą zroszona pasja! A on, zamyślony i zafrasowany stanem moich własnych myśli, wwierca te swoje oczy w moje bezwstydnie nienasycone gały. I nagle, jakby sama ta farba przemówiła, rzuca mi w twarz: "zacznij czuć i myśleć człowieku". Okazało się, że projekt tej wspaniałej okładki wykonał Wojciech Stefaniec. grafik, plakacista, autor okładek do książek i albumów muzycznych, rysownik komiksowy. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. Uważany za jednego z najwybitniejszych swojego pokolenia. Mistrz Witold wrzasnął znów: No, zacznijże notować głąbie ! No to notuję: Recenzja: Chlusty, czyli Leszka Kułakowskiego zmaganie z Formą Czytacie to Państwo? Czytacie i czujecie, jak Wam gęba rośnie? Oto Leszek Kułakowski – postać osobna, monument i jazzowy chuligan w jednym. Ten prof. Akademii Mzucznmej w Gdańsku, zamiast kazać nam ziewać nad partyturą, rzuca nam w twarz Chlustami . A co to jest chlust? To terminem Witkacego zrodzony impuls – coś nagłego, brutalnego i bezczelnie szczerego. Kułakowski bierze te witkacowskie „przygrywki” i zamienia je w dźwiękowy dynamit. T o skandal i policzek wymierzony nudziarzom! Mówią, że te miniatury powstawały w kwadrans. Piętnaście minut na utwór! W tym krótkim czasie ten wizjoner „trzeciego nurtu” destyluje całą swoją wiedzę o polimodalności i aleatoryzmie w jeden potężny wybuch. Sam Kułakowski bezlitośnie wykłada nam swoją metodę: „Utwory, które usłyszą państwo na płycie inspirowane „chlustami” Witkacego są to krótkie, nieprzewidywalne miniatury „komponowane” w stanie całkowitej wolności twórczej. Proces tworzenia poszczególnych miniatur nie przekraczał 15 minut. Utwory są „muzycznymi portretami” w stylu Firmy Portretowej Witkacego. Wystawa portretów Witkacego jest eksponowana w Białym Spichlerzu Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku. Muzyka zawarta na płycie jest „dźwiękową kliszą” groteskowej, absurdalnej, nieprzewidywalnej -niosącej głębokie przeżycia metafizyczne- twórczości genialnego Artysty „czystej formy”- Witkacego.” Ta profesorska powaga gdańskiej uczelni zderza się tu z absolutną wolnością, a duch Komedy – którego Kułakowski od lat strzeże na swoim festiwalu – wybucha tu drapieżnym, żywym płomieniem, nie mając nic wspólnego z muzealnym kurzem. Posłuchajcie tylko tego dziania się! Otwierający płytę “Chlust, po porannej kawie” jest raczej łagodniutki, jakby Witkacy po dłuuugiej bibce wrócił i wprowadza się w nastrój powoli. Ale nie dajcie się zwieść tej pozornej ciszy! Zaraz potem “A Distant Foreign Countryside” ma piękny bluesowy basowy krok, jakby iść z rękami w kieszeni ograny fortepianem mistrza Leszka, przypominając, że jesteś tylko pionkiem w tej grze. A co powiecie na “Chlust, czyli gentle, ale nie zawsze”? Toż to wypisz wymaluj Witkacy: dwulicowy, z nagła na coś zły i jeszcze ta kaskada fortepianu obok filigranowego grania, żeby za chwilę kopnąć was w sam środek waszego samozadowolenia. “Wte i wewte” to szalony pęd, jazz z nowoczesną gębą, który nie pyta o drogę, tylko taranuje wszystko, co stoi mu na przeszkodzie. I wreszcie ten obłędny dialog: “Gębon i Atanazy w jednym stali domu” to z kolei szaleństwo i łagodność w jednym. Kto tak potrafi łączyć przeciwieństwa, wyzywająco wrzeszczeć, aby po chwili głaskać dźwiękiem po głowince? Tylko oni! Tylko Kułakowski! Tylko Witkacy! I nie myślcie sobie, Państwo zapominalscy, że to pierwszy flirt Kułakowskiego z tym zakopiańskim szaleńcem! On już przecie wcześniej, na płycie „Witkacy – Narkotyki”, udowodnił, że potrafi przełożyć literackie nienasycenie na dźwięk, który trzyma w napięciu do ostatniej sekundy. Tamten album to był spektakl totalny, noir-jazzowy majstersztyk, gdzie Nikotyna, Alkohol i Kokaina stawały się materią muzyczną, a wokalizy Jorgosa Skoliasa i recytacje tekstu Witkaca przez Jerzego Karnickiego,trąbka i flugelhorn Tomasza Dąbrowskiego i perkusja Sebastiana Frankiewicza tworzyły aurę tak psychodeliczną, że aż gęba drżała z wrażenia. Chlusty” to kolejna inna odsłona tego samego obłędu, dowód na to, że ten kompozytor bezbłędnie potrafi tak bezlitośnie i genialnie uwitkaczyć dźwiękiem. Może nawet “upupic”, ale wyłącznie w pozytywnym znaczeniu. „ A im bardziej to jest niedokończone, tym bardziej jest gotowe! Im bardziej to jest chlustem, tym bardziej jest Architekturą!” – krzyczał mi mistrz Witold do ucha. I miał rację. Kułakowski udowadnia, że prawdziwa wielkość nie potrzebuje godziny, by się objawić. Wystarczy chwila bezczelności i talent wizjonera, by stworzyć coś, co odświeża duszę lepiej niż jakakolwiek rozprawa o globalizmie. Posłuchajcie tego, zanim Mistrz Witold wróci i upupi Was na amen. Wybierzcie chlust. Wybierzcie Kułakowskiego. To jest Czysta Forma, która wykręca gębę w uśmiechu podziwu. Gombrowicz zniknął w oparach smrodu szwedzkiego śledzia. A ja? Napisałem i idę spać. I przysięgam – ani kropli piwa bezalkoholowego przed snem. Tylko Kułakowski. Tylko Chlusty . ☕️ Ratujmy Formę przed Upupieniem! Szanowni Państwo, sytuacja jest dramatyczna! Jak widzą Państwo na załączonym obrazku, Forma naciska, Gęba wykrzywia, dystyngowany pan w prochowcu już mierzy naszą egzystencję swoją bezlitosną linijką. Aby autor mógł przetrwać to nocne najście i dalej demaskować absurdalność świata z taką samą dozą dystyngowanego grymasu, potrzebuje paliwa! Nie dajmy się „upupić” brakowi kofeiny! Każda wpłata to jeden centymetr linijki mniej i jedna kropla ożywczego naparu więcej. Wesprzyj artystyczne zmagania z wieczną pretensją tutaj: 👉 buycoffee.to/jazzda.net Pamiętajcie: kto nie wpłaca, ten trąba!
- Cassie Watson Francillon i „Bardo”: narodziny nowego brzmienia harfy
Przez lata Cassie Watson Francillon prowadziła wewnętrzny spór, którego nikt poza nią nie słyszał. W jej głowie najgłośniej brzmiały surowe breakbeaty, jazzowa awangarda i puls, którego nie sposób było pomylić z klasyczną szkołą harfy. A jednak traktowała te impulsy jak uchybienia, elementy wymagające ukrycia, by dopasować się do wizerunku artystki „poprawnej”, podporządkowanej tradycji instrumentu. Harfa miała być delikatna i przezroczysta. Tymczasem w jej wyobraźni stawała się narzędziem o zupełnie innym ciężarze. Przełom przyszedł z miejscem, które nie kojarzy się z muzycznymi objawieniami. Sześć lat wewnętrznych zmagań i pandemiczna izolacja znalazły swój punkt kulminacyjny na Bayou St. John, gdzie w kajaku po raz pierwszy usłyszała własne myśli z pełną wyrazistością. W ciszy przerywanej jedynie uderzeniami wiosła Francillon zaczęła rozumieć, że to, co uważała za „wady”, było w istocie jej najważniejszym źródłem energii twórczej – intrinsic light, którego nie da się stłumić bez utraty tożsamości. Zamiast więc wygładzać brzmienie instrumentu, postanowiła je odsłonić. Podpięła harfę pod efekty, pozwalając jej zabrzmieć z pełną, nieupiększoną intensywnością. Ta decyzja nie pojawiła się jednak w próżni. Francillon była aktywna od 2006 roku, konsekwentnie budując własny język muzyczny. Wcześniejsze albumy – Luna Nuda (2019) oraz akustyczny this appears to disappea r (2020), który przyniósł jej stypendium w Joyful Noise Records – dokumentowały etap poszukiwań, w którym harfa była jeszcze instrumentem introspekcji, nie konfrontacji. Z kolei praca w futurystycznym trio Shakespeare & The Blues i współtworzenie ich płyty e.g.: Rhapsodic (2021) otworzyły ją na bardziej eksperymentalne formy. W kolejnych latach powstały KāFOU (2025), Suite (2025) i Lanati Vol. 1 (2025) – projekty, w których coraz wyraźniej słychać było jej zainteresowanie sonicznym futuryzmem, diasporą i czarną technologią dźwięku. Równolegle rozwijała działania performatywne i kuratorskie: tworzyła „Consortium” , projekt badający czarną technologię soniczną; „Lanati” , poświęcone wyzwoleniu akustycznego dźwięku w przestrzeni publicznej; oraz muzyczne sekwencje do wystawy Rona Becheta From the Storms of Our Souls . Prowadziła serię koncertów Sirens in the Twilight , współtworzyła New Orleans Jazz and Pop Harp Weekend , a w 2018 roku wyreżyserowała i wykonała wyprzedany spektakl The Eternal Harp of Björk w Marigny Opera House . Jej harfa brzmiała w przestrzeniach tak różnych, jak Kennedy Center, Met Museum, Guggenheim czy Studio BE . To wszystko – lata praktyki, eksperymentów, współpracy z artystami takimi jak Norah Jones, Tank and the Bangas, Irreversible Entanglements, Ben LaMar Gay, Isaiah Collier, Val Jeanty czy Angel Bat Dawid – złożyło się na fundament, z którego wyrasta Bardo . Album nie jest więc początkiem, lecz momentem, w którym wszystkie wcześniejsze ścieżki zbiegają się w jedną, wyraźnie zarysowaną linię. Tytuł „Bardo” odwołuje się do buddyjskiego stanu przejściowego między śmiercią a ponownymi narodzinami. W przypadku Francillon to nie metafora, lecz precyzyjny opis procesu. Jej klasyczna tożsamość musiała ustąpić miejsca nowej – opartej na futurystycznym myśleniu o dźwięku, na odwadze i na świadomym wyborze własnej drogi. Na tej drodze towarzyszyły jej postaci, które od lat zmieniają sposób myślenia o harfie. Brandee Younger – pierwsza czarnoskóra harfistka nominowana do Grammy – pokazała jej, że instrument może pełnić rolę wiodącą, a nawet dominującą. Dee Dee Bridgewater , legenda jazzu, zaprosiła ją do swojego programu mentoringowego, otwierając przed nią przestrzeń do pełnej artystycznej niezależności. Kulminacja procesu twórczego nastąpiła w House of 1000HZ, studiu, które stało się dla Cassie Watson Francillon miejscem ostatecznej redefinicji brzmienia. Do współpracy zaprosiła muzyków o wyrazistych, bezkompromisowych estetykach. Trębacz Aquiles Navarro i tubista Charles Lumar II wnieśli do nagrań ciężar ulicznych brass-bandów, ich rytmiczną dyscyplinę i głęboko zakorzenioną historię. Ostateczny kształt albumu nadał Paul „Willie Green” Womack – inżynier dźwięku związany z nowojorską sceną hip-hopową. Jego podejście sprawiło, że harfa na „Bardo” nie unosi się w eterycznej przestrzeni. Jest precyzyjna, rytmiczna i zdecydowana. Brzmi jak instrument, który odzyskał własny głos. Najpełniej słychać to w „Constellation of Symptoms” , utworze, w którym zespół działa jak jeden organizm – gęsty, wielowarstwowy i precyzyjny, a jednocześnie otwarty na improwizację. Zupełnie inny charakter ma „Ain’t Nice” – kompozycja o energii nieustannego pędu, jak pościg prowadzony na granicy kontroli. To muzyka zbudowana z połamanej perkusyjności, spiętrzonych napięć tuby i trąbki oraz harfy, która oplata całość jasnym, niemal świetlistym dźwiękiem. Intensywność utworu wynika z celowego zderzenia żywiołów, nie z chaosu. „Salty Horizon” to propozycja, która może szczególnie przypaść do gustu słuchaczom przywiązanym do bardziej mainstreamowego jazzu. Jest rytmiczna, improwizująca, z doskonałym pulsem i klarowną narracją instrumentalną. Jednocześnie jej powtarzalność potrafi lekko znużyć – jakby kompozycja celowo zatrzymywała się w jednym miejscu, badając je z każdej strony. Album zamyka „Operative Word” , solowy popis Francillon. To utwór, który najpełniej ukazuje, czym dla niej jest „czarodziejska moc harfy”. Najlepiej słuchać go w słuchawkach, wychodząc w środku nocy na puste miasto – wtedy dźwięk staje się przewodnikiem, a harfa instrumentem nie tylko melodycznym, lecz także narracyjnym, prowadzącym słuchacza przez przestrzeń i własne emocje. Cassie Watson Francillon musiała odnaleźć swoje „wewnętrzne światło”, by przestać grać pod dyktando tradycji i zacząć brzmieć własnym, potężnym głosem. Na Jazzda.net robimy dokładnie to samo – szukamy artystów, którzy mają odwagę burzyć schematy. Jeśli ten tekst pomógł Ci odkryć nowy wymiar harfy, postaw nam symboliczną kawę na buycoffe.to/jazzda.net . Twoje wsparcie to dla nas sygnał, że warto kopać głębiej i pisać o artystach tak niepokornych, którzy konfrontują się nawet ze sobą.
- Dżazz w Kole Gospodyń i norweskie czary na skrzypkach Ruggeriego i Hardingfele – Żur donosi do Barszcz!
UWAGA! ARTYKUŁ NAPISAŁA AI! Moja najmilszo Bernadko! Dyć nie uwierzysz, co my tu u nos w Małych Błotach wyprawiajo! Kiej my ostatnio na tym naszym Podkole Dżazzu i Klasyki Synkopa i Serwantka zasiadły, to aż sie w kominie uspokoiło, tak my słuchały. Pisze do Ciebie, bo wiem, że Ty tam w tych swoich górach tyż masz ucho do porządnego rzępolenia, a to, co ta norwesko dzioucha, Ragnhild Hemsing , wyczynia, to je sakrum, czy cuś! Słuchaj jyno, Bernadko, bo to nie są byle jakie nowinki. Ta Ragnhild to fest kobita, rocznik osiemdziesiąty ósmy, a w palcach mo tyle muzyki, co u nos w całej gminie na weselach przez sto lat nie uświadczysz. Pochodzi ona z takiego regionu Valdres , gdzie góry tak wielkie, że strach patrzeć, a z owców majo wełne jakoś tako grubszo, jakby barzy burżuazyjno. Ale najważniejsze, na czym ona gro! Ma ci una dwa instrumenty, co to serce wyrywają: Pirwsze som skrzypki włoskie: Robota niejakiego Rudżeriego z Cremony , znaczy się z miasta co sie Kremona czyta, i une som z roku 1694, czyli tego co w nim urodził się tyn twój ulubiony Fransua Mari Arue! Toż to starsze niż te dęby przy gościńcu! Brzmią one tak słodko, jakby anieli w miodzie się kąpali, bez togów, na golasa. Drugi janstrument to Hardingfele: i to som skrzypce z Hardanger . One majo pod spodem takie dodatkowe struny, co to za „dusze” ichnie robio. Jak Ragnhild smyczkiem pociungnie, to te struny pod spodem same grajom, echu dają, że aż ciarki po krzyżu chodzom. Ten jej instrument to po samym Ole Bullu został – to był taki ichniejszy król muzykantów, co to go cały świat znał. Jak u nasz Mycigowski od Kuleszów, tyn co po krzcinach groł. Puściły my te dwie łepki, a łepki, to takie krótkie płytki, une się nazywają strasznie cińżko: Vinterstemning i Lux . I powiem Ci, Bernadko, że to je granie, kiejbyś niebo z ziemią mieszała. Mówię ci: ojojojojoj! Po „Vinterstemning” (Zimowe nastroje) ja se mówię Jezuicku! To je o zimie, ale takiej prawdziwej. Słychać tam mróz, co to w płotach trzeszczy i śnieg, co go wiatr po polach goni. Ragnhild na tych swoich hardingfele gra tak, że czujesz, jak Ci się szron na rzęsach robi. To je muzyka ludowa, ale tako odświętna, jakbyś w kościele na pasterce była, kiej wszystko jeszcze ciche i białe. Na „Lux” (Światło – z tymi dżazzmanami): Tu się dopiero dzieje! Ragnhild zaprosiła takich trzech chłopców od tego nowoczesnego dżazzu. I wiesz co? Pasujo do niej jak korale do gorsetu! Kto tam gro: Mathias Eick (jo nie wim jak un się czyto): Ten to dmucha w trąbke, ale tak leciutko, jakby mgła nad naszym stawem wstawała. To nie je żadne trąbienie na alarm, to je takie szeptanie, Bernadko, że aż się chce oczy zamknąć i marzyć o niebieskich migdałach. Steinar Raknes: On ma ten kontrabas wielki jak świat cały Jak on tam te struny szarpie, to tak mruczy pod spodem, kiejby niedźwiedź w gawrze się przewracał. Ale rytm trzyma taki, że aż nogi same chodzą! Terje Isungset: Matko kochana, tyn to dopiero dziwoląg, ale pozytywny! On tam puka w jakieś kamyczki, dzwoneczki, a słychać to tak, jakby lód na rzece pękał o świcie. Bernadko, te Piosynki to je dowód na to, że muzyka nie ma granic. Ragnhild łączy to, co stare (te jej skrzypce z Kremony i Hardanger), z tym, co nowoczesne i dżazzowe. To je takie „Lux” – światło, co przebija przez mrok i pokazuje, że wszędzie ludzie czują tak samo, czy to w Norwegii, czy u nos za stodołą. Musisz to swoim babom puścić ze swego Podkoła! Bo jak my tego słuchały, to nawet kura sołtysa przestała gdakać i jyno głowę w bok przechylała. To je prawdziwo sztuka, Bernadko moja kochano! I człowiek ja se posłucha to lepciejszy się czuje. Jak boga kocham Ściskam Cię mocno i życzę, by Ci te synkopy w duszy grały przy każdym dojeniu i praniu gaciów Maćkowych! Twoja przyjaciółka, Jadwiga Żur Z Małych Błot P.S. Odezwa do Czytelników „Jazzdy”! Jeśli Wam się ta nasza wiejska recenzja spodobała i chcecie, cobyśmy dalij dżazz nowoczesny w Małych Błotach promowały, to rzućcie grosiwem na nasze Jazzde. Będzie na nowe baterie do adaptera albo na mąkę i cukier do pączków na kolejne posiedzenie Podkoła im. Świętej Cecylii! 👉 Postawcie kawę (albo herbatę z prądem) dla jazzdy! https://buycoffee.to/jazzda.net
- Odwaga w czasach popmiazgi i BrawoJa – People In Orbit i ich jazzowy „Viewpoint”
Dziś trzeba mieć cholernie dużo odwagi, aby iść w taki „jazzowy jazz”. W dobie playlist skrojonych pod algorytmy i wszechobecnego wygładzania brzmień, pójście pod prąd z czystą, energetyczną formą kwintetu jest aktem niemal rewolucyjnym. Ale gdy bierzemy do rąk nowość od April Records, trudno spodziewać się hip-hopowych beatów czy radiowych piosenek. To stajnia dla tych, którzy patrzą do przodu, nie zapominając o korzeniach – i rezydujący w Malmö kwintet People In Orbit na swoim nowym albumie Viewpoint udowadnia to z nawiązką. Dziś, 10 kwietnia 2026 premiera! Lider i wizja: Adam Sass Liderem zamieszania jest trębacz i kompozytor Adam Sass . To postać, która od założenia zespołu w 2020 roku konsekwentnie szuka nowej drogi dla klasycznego instrumentarium. Sass, wraz z Edvinem Ekmanem (saksofon tenorowy), stworzył frontmur nie do przebicia. To płyta niezwykle energetyczna, na której sekcja dęta nie tylko podaje tematy, ale rączo i chętnie „wpada na siebie” w improwizowanych dialogach. Sass ma rzadki dar – potrafi narzucić rygor kompozycyjny, jednocześnie zostawiając muzykom ocean miejsca na własną ekspresję. Najlepiej słychać to w otwierającym płytę utworze Cycle 1 . Ach, jak cudownie ogrywają się tu wszyscy! To popis muzycznej empatii i technicznego kunsztu, gdzie instrumenty nie walczą o dominację, lecz prześcigają się w błyskotliwych ripostach. Ten „wspólny mianownik” towarzyszy nam przez cały album – popisy muzyków zdają się nie mieć końca, a ich dialogi sprawiają, że nawet ktoś, kto na co dzień nie przepada za jazzem głównego nurtu, wsłucha się w ten styl z autentyczną przyjemnością. Koncepcja: Punkt widzenia kontra „pogląd brawo ja” Viewpoint to album koncepcyjny skupiony wokół tematu perspektywy. I tutaj dochodzimy do sedna, bo w dzisiejszych czasach „punkt widzenia” stał się rzeczą pierwszoplanową, choć często w wynaturzonej formie. Żyjemy w dobie prymatu subiektywizmu nad obiektywizmem, co prowadzi do całkowitego zaniechania dostrzegania punktu widzenia zbiorowego. Zachowania ludzkie przestał wyznaczać humanitaryzm czy egalitaryzm, a empatia bywa postrzegana jako „głupie frajerstwo”, które nie może ograniczać naszego indywidualizmu. Niewesołe to wnioski, ale symptomy widać wszędzie: na ulicy, w sklepie, w pracy – wszędzie wygrywa egoistyczny pogląd „brawo ja”. Muzyka People In Orbit zdaje się być odtrutką na ten stan rzeczy. Sercem wydawnictwa jest suita Cycles (tytułowe Cykle) – czteroczęściowy utwór skomponowany na podstawie partytury graficznej. Każda jego sekcja reprezentuje inne ludzkie życie i jego relację z otaczającym światem. Tutaj perspektywa nie służy do izolacji, lecz do budowania więzi. Muzycy odważnie sięgają też po punkty widzenia istot pozaludzkich – w kompozycjach odnajdziemy echa inspirowane głębokooceaniczną komunikacją wielorybów oraz powolnym, niemal hipnotycznym ruchem dryfowania. To nadaje całości niesamowitego, niemal metafizycznego wymiaru, przypominając nam, że nie jesteśmy pępkiem świata. Elektroniczne smaczki To, co wyróżnia Viewpoint na tle klasycznych kwintetów, to inteligentne wykorzystanie „elektronicznych zabawek”. Niklas Bergström przy Minimoogu i efektach (podobnie jak Ekman na saksofonie) dodaje muzyce nowoczesnego sznytu. Te tekstury nie są tu tylko ozdobnikiem – one budują przestrzeń, która idealnie koresponduje z koncepcją wielowymiarowej perspektywy. Skandynawska tradycja lat 60. zderza się tu z nowoczesnym jazz-rockiem w sposób naturalny i świeży. Hymn na do widzenia Płyta kończy się w sposób absolutnie spektakularny. Cycle 4 to podniosły jazzowy hymn, który po wielokroć zmienia swoje oblicze. Od początkowego skupienia, przez gęstą fakturę, aż po finałowe wyzwolenie. To kompozycyjne domknięcie suity jest dowodem na to, że People In Orbit to obecnie jeden z najciekawszych zespołów na północnej scenie, potrafiący wpleść wściekłą energię w intelektualną ramę. Brawo za bezkompromisowość i za to, że w świecie „brawo ja”, zespół potrafił powiedzieć „brawo my”. Album to solidna dawka energii, która przywraca wiarę w siłę kolektywu z nowoczesnym pazurem. Skład zespołu: Adam Sass – trąbka Edvin Ekman – saksofon tenorowy, efekty (EFX) Niklas Bergström – fortepian, Minimoog Voyager, efekty, Novation Circuit Mono Station Edvin Elmersson – kontrabas Frank William Reis – perkusja Podoba Ci się nasze spojrzenie na jazz? Jeśli zamiast „brawo ja” wybierasz „brawo my” i cenisz sobie nasze niezależne punkty widzenia, postaw nam wirtualną kawę i wesprzyj naszą działalność. Każdy taki gest to dla nas sygnał, że warto dalej iść pod prąd i szukać w muzyce czegoś więcej niż tylko tła. ☕ Postaw kawę Jazzda.net https://buycoffee.to/jazzda.net
- Dorota Piotrowska: Bezpośrednia spadkobierczyni Arta Blakey'a buduje mosty. Kulisy jej globalnego projektu i nowej płyty!
Polska perkusistka Dorota Piotrowska to bezpośrednia, muzyczna spadkobierczyni talentu i kunsztu legendarnego Arta Blakey'a – arcymistrza, człowieka, który zbudował nowoczesny jazz i postaci absolutnie pomnikowej. Tę niezwykłą spuściznę przejęła podczas nauki u swojego mentora, Ralpha Petersona – wieloletniego ucznia samego mistrza. Dziś Piotrowska to nie tylko wspaniała perkusistka, uważana za jedną z najlepszych na świecie, ale również niezwykle odważna artystka, bezkompromisowo podążająca za głosem muzyki i wyjątkowo czuła na sprawy społeczne. Już w kwietniu ukaże się jej najnowszy, nagrany z globalną czołówką album "Voices of Human Consciousness", nad którym portal Jazzda objął dumny patronat medialny! Na Jazzdzie regularnie śledzimy losy polskich muzyków, ale historia pochodzącej z Lubina Doroty Piotrowskiej to materiał na fascynujący film. Jej muzyka to fuzja neo-bopu, wpływów latynoskich oraz inspiracji płynących z literatury, tańca i podróży. Przez wiele lat stanowiła istotną część wymagającej nowojorskiej sceny, a dziś z powodzeniem tworzy globalne projekty. Zanim jednak przejdziemy do szczegółów jej najnowszej, patronowanej przez nas płyty, warto przyjrzeć się niesamowitej drodze, jaką przeszła. Opowiadać historie dźwiękiem: Wielowymiarowa edukacja Droga zawodowa Piotrowskiej nie zamyka się wyłącznie w nutach, choć to one odegrały kluczową rolę. Zaczynała od klasycznego fortepianu, by jako nastolatka bez reszty oddać się perkusji. Zanim jednak wyruszyła na podbój jazzowego świata, w 2006 roku ukończyła studia licencjackie z... Filologii Romańskiej na Uniwersytecie Wrocławskim (gdzie grała z kubańskim zespołem Omni Con Ire). Jak sama podkreśla, to właśnie te studia wykształciły w niej rzadką umiejętność "opowiadania historii" za pomocą dźwięków. Edukację muzyczną kontynuowała w europejskim tyglu – Conservatorium van Amsterdam. To tam doszło do przełomowego spotkania z Ralphem Petersonem. Zafascynowana jego żywiołowym stylem i potężną wiedzą, przeniosła się za swoim mentorem do holenderskiego Groningen. Później przyszedł czas na Nowy Jork. Tygodniowa wycieczka za ocean szybko przerodziła się w dłuższy pobyt. Piotrowska wzięła udział w wymianie studenckiej na Long Island University, by w 2012 roku uzyskać tytuł Bachelor of Arts prestiżowej The New School for Jazz and Contemporary Music (specjalizacja: gra na perkusji). Uczyła się u prawdziwych mistrzów: obok Petersona byli to m.in . Kenny Washington, Gregory Hutchinson czy Nasheet Waits. Co ciekawe, na tym jej edukacja się nie zakończyła – w 2015 roku zdobyła tytuł magistra stosunków międzynarodowych w Colin Powell School for Civic and Global Leadership. Nowy Jork i gwiazdorskie kolaboracje Przez 8 lat Dorota Piotrowska była na stałe związana z nowojorskim środowiskiem (do Polski wróciła w styczniu 2018 r.). Oklaskiwano ją na najbardziej prestiżowych scenach świata, by wymienić tylko Carnegie Hall (z kompozytorem Bobem Chilcottem) czy Avery Fisher Hall w Lincoln Center (z Willem Toddem). Jej muzyczne CV przyprawia o zawrót głowy. Współpracowała z takimi postaciami amerykańskiej sceny jak Jeremy Pelt, The Curtis Brothers (Zaccai i Luques), Lonnie Plaxico, Mark Soskin, Sam Newsome, Stacy Dilliard, Benito Gonzales, Joe Sanders czy Steve Carrington (z którym zagrała europejskie trasy jako sidemanka). W Europie doskonale znamy ją jako członkinię European Sisters in Jazz . Pod kierownictwem duńskiej wokalistki Cæcilie Norby formacja wydała świetnie przyjętą płytę dla renomowanej wytwórni ACT. Na polskim gruncie artystka nawiązała bliską relację z legendą rodzimego soulu, Ewą Urygą (razem z braćmi Curtis nagrali album „Mahalia Jackson in Memoriam” ), współpracuje także z wokalistką Joanną Dark. Z kolei jako liderka powołała niedawno międzynarodowy kolektyw Dorota Piotrowska & Reunion Band (promujący ideę pokoju na świecie), do którego w roli gościa specjalnego zaprosiła absolutną legendę saksofonu – Grega Osby’ego. Muzyka jako forma uzdrawiania i dyplomacji Wychowana w rodzinie lekarskiej artystka lubi powtarzać, że wybierając muzykę zamiast medycyny, znalazła po prostu inny, własny sposób na "uzdrawianie ludzi". I nie są to tylko puste słowa. Piotrowska niezwykle sprawnie łączy świat sztuki z dyplomacją i zaangażowaniem społecznym. Odbyła staż w Sekretariacie Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku, pracując przy misjach pokojowych w Afryce Zachodniej. Obecnie wspiera działania międzynarodowej organizacji Air Quality Asia , walcząc o poprawę jakości powietrza na świecie. W 2016 roku zainicjowała również program New York Jazz Masters , którego jest dyrektorką artystyczną – to elitarny cykl warsztatów odbywających się w Polsce, na które w roli wykładowców zjeżdżają tuzy nowojorskiej sceny. Płyta "Voices of Human Consciousness": Globalny dialog Wszystkie te doświadczenia – muzyczne mistrzostwo, podróże i wrażliwość społeczna – prowadzą nas do roku 2026 i projektu Dorota Piotrowska & Sound Circle . To właśnie pod tym szyldem ukaże się najnowszy album artystki, zatytułowany "Voices of Human Consciousness" . To przedsięwzięcie bezprecedensowe. Piotrowska występuje tu w roli sprawczyni, producentki i liderki. Album to w gruncie rzeczy globalny dialog, łączący głosy sześciu odmiennych kultur – od norweskich fiordów, przez arabskie rytmy i polską lirykę, aż po tradycję amerykańskiego jazzu i kubańskie wibracje. Co niezwykle rzadkie, wydawnictwo będzie miało podwójny charakter : ukaże się równocześnie nakładem Inner Circle Music (wytwórni Grega Osby’ego) oraz polskiej tłoczni Teraz Teraz (prowadzonej przez Leszka Możdżera). Czego możemy się spodziewać muzycznie? Rozbudowanych kompozycji, wśród których królować będą raczej spokojne nastroje, choć końcówka płyty (tak, ja słyszałem ją już kilkanaście razy) podniesie tętno wielu słuchaczy. Niespodzianką dla audiofilów będzie fakt, że materiał nagrano w stroju 432 Hz , który podkreśla kojący i głęboki efekt dźwięku. Dzieło dopełnia zachwycająca oprawa wizualna autorstwa Wojciecha Siudmaka , mistrza fantastycznego realizmu. Zespół nagrywający płytę to istny "Dream Team", w którego skład obok Doroty Piotrowskiej weszli: ● Greg Osby (USA) – saksofonista altowy i sopranowy, jeden z najbardziej wpływowych innowatorów jazzu od lat 80. ● Hildegunn Øiseth (Norwegia) – wybitna trębaczka eksplorująca estrady od Skandynawii po RPA. Dla nas to postać szczególna, której album oraz niezwykłą karierę z ogromnym entuzjazmem opisywaliśmy na Jazzdzie w tekście „Jazzda na rogach” . Nasz głęboki szacunek budzi nie tylko jej warsztatowa maestria, ale i odwaga w kreowaniu brzmień za pomocą tak niezwykłego instrumentu jak kozi róg (bukkehorn) . To właśnie jego pierwotny, metafizyczny dźwięk staje się jednym z filarów duchowej warstwy tej płyty. ● Ameen Saleem (USA) – prominentny nowojorski kontrabasista, współpracownik m.in . Roya Hargrove'a. ● Tarek Yamani (Liban) – pianista i kompozytor, laureat Thelonious Monk Award, wirtuoz łączenia tradycji arabskiej i afro-amerykańskiej. ● Barbaro Crespo „Machito” (Kuba) – mistrz perkusjonaliów z kultowego zespołu Adonis y Osain del Monte. Jakby tego było mało, projekt uświetnili goście specjalni: gigant polskiej pianistyki Leszek Możdżer , turecka wokalistka i wiolonczelistka Sanem Kalfa (zwyciężczyni Shure Montreux Jazz Vocal Competition), a partie smyczkowe dograli instrumentaliści związani z NFM: Marlena Grodzicka-Myślak (altówka) i Jakub Myślak (wiolonczela). O brzmieniowe szlify zadbał realizator Łukasz Wójcik-Zawierucha. Kiedy premiera? Przesłanie płyty jest jasne: budowanie jedności i pokoju ponad podziałami kulturowymi. To wręcz misterium na pograniczu muzyki i metafizyki. Koncertowa premiera tego materiału zaplanowana jest na 25 kwietnia 2026 roku podczas wrocławskiego Festiwalu Jazz nad Odrą – zaledwie kilka dni przed Międzynarodowym Dniem Jazzu, co z pewnością nie jest przypadkiem. Z kolei do serwisów streamingowych album trafi 1 czerwca 2026 r. My już odliczamy dni. Zdecydowanie jest na co czekać! Wspieraj jazzową pasję! Tworzenie tekstów takich jak ten – pełnych pasji, rzetelnych analiz i miłości do niszowych brzmień (jak choćby wspomniany kozi róg!) – to nasza misja. Jeśli cenisz naszą pracę, chcesz, by Jazzda mogła dalej obejmować patronaty nad tak wyjątkowymi albumami i przybliżać Ci sylwetki światowych wirtuozów bez reklamowego szumu, możesz postawić nam wirtualną kawę. Każda wpłata na buycoffee.to to dla nas sygnał, że to, co robimy, ma sens, i paliwo do dalszego przeczesywania jazzowych zakamarków świata – od Nowego Jorku po norweskie fiordy. Postaw nam kawę tutaj: https://buycoffee.to/jazzda.net
- Vibe Factor: Chemia, która przełamuje formaty. Kulisy nowego albumu Sosy, Krausa i Piñery
Kiedy spotykają się trzej muzyczni obywatele świata, wpływy muzyczne krzyżują się jak jazzowe kaczki. Omar Sosa, Joo Kraus i Diego Piñera wydali właśnie album „Vibe Factor” – dzieło, które jest zapisem instynktownej rozmowy, gdzie afrokubańskie korzenie zderzają się z europejską elektroniką i urugwajską precyzją rytmiczną. Architekci spotkania: Jak powstało trio? Choć płyta „Vibe Factor” miała swoją premierę 4 kwietnia 2026 roku, fundamenty pod to spotkanie kładzione były od lat. Omar Sosa (kubański pianista, sześciokrotnie nominowany do Grammy) i Joo Kraus (niemiecki trębacz, pionier acid jazzu z Tab Two) to duet niemal telepatyczny, współpracujący ze sobą od dekad ( m.in . przy albumie Senses ). Brakującym ogniwem, które zmieniło duet w „Vibe Factor”, okazał się Diego Piñera . Urugwajski perkusista, mieszkający w Berlinie i nagrodzony Echo Jazz, wniósł do składu zupełnie nową energię. Pierwsze wspólne występy pod tym szyldem odnotowano już podczas festiwalu Theaterhaus Jazztage w 2025 roku. To tam muzycy poczuli, że jako trio wchodzą na „elektryczny teren”, który wymaga utrwalenia w studiu. Sesje live i „kinetyczny jazz” W przeciwieństwie do wielu współczesnych produkcji jazzowych, „Vibe Factor” nie jest dziełem mozolnie składanym z warstw. Materiał powstawał w dużej mierze podczas wspólnych sesji, co widać w przedpremierowych nagraniach takich utworów jak „One Song” , „Seven” czy „The First” . Za stronę techniczną i brzmieniową odpowiadali Rob Stirner (montaż i obraz) oraz Matthias Metzger (audio). Omar Sosa operuje nie tylko na fortepianie, ale i instrumentach klawiszowych, budując duchową bazę utworów. Joo Kraus wykorzystuje trąbkę jako generator dźwięku, przepuszczając ją przez efekty (FX) i loopy, co nadaje płycie nowoczesny, niemal klubowy sznyt. Diego Piñera pełni rolę „silnika” projektu. Jego gra, pełna nieregularnych metrów i urugwajskiego candombe, nadaje całości kinetyczny, radosny charakter. Inspiracje: Od candombe po modalny jazz Album „Vibe Factor” to osiem kompozycji ( m.in . „El Comienzo” , „Echofreak” , „Kalimba Spirit” ), które stanowią muzyczny atlas świata. Inspiracje tria są wyraźnie zarysowane w oficjalnych materiałach zapowiadających płytę: Inspiracje albumu tworzą wielobarwną mozaikę, w której punktem wyjścia jest afrokubańska tradycja Omara Sosy, traktującego rytm jako formę modlitwy i celebracji. Na tej bazie muzycy budują swobodny dialog oparty na modalnym jazzie i improwizacji, co zdecydowanie oddala ich od sztywnych formatów i zbliża do estetyki free jazzu, jednak w jego najbardziej przystępnym, rytmicznym wydaniu. Nowoczesny, miejski sznyt nadaje całości Joo Kraus, przemycając echa berlińskiego brzmienia w postaci hipnotycznych pętli i elektronicznych tekstur. Wszystko to spaja wszechobecna radość życia – krytycy często określają ten styl mianem „mischievous jazz”, podkreślając figlarny charakter utworów takich jak „Dancing Sun” czy „Omareando”, które bez trudu udowadniają, że współczesny jazz może być jednocześnie głęboki, radosny i taneczny. Fundamentem tria są trzej wybitni instrumentaliści, z których każdy wnosi do projektu unikalny bagaż kulturowy i techniczny. Omar Sosa , pochodzący z kubańskiego Camagüey, to pianista i kompozytor, którego twórczość jest nierozerwalnie związana z afrokubańską duchowością i poszukiwaniem wspólnych mianowników między jazzem, hip-hopem a muzyką świata. W swojej karierze zdobył aż siedem nominacji do nagrody Grammy i Latin Grammy , a także prestiżową nagrodę Lifetime Achievement Award od Smithsonian Associates; współpracował z takimi legendami jak Paolo Fresu, Seckou Keita czy Trilok Gurtu, stając się jednym z najważniejszych ambasadorów współczesnego world-jazzu. Joo Kraus , trębacz rodem z niemieckiego Ulm, to z kolei ikona europejskiej sceny acid jazzowej, który zyskał światową sławę jako połowa duetu Tab Two , współtworzonego z Hellmutem Hattlerem. Kraus, będący laureatem nagrody Echo Jazz dla najlepszego trębacza, słynie z nowatorskiego podejścia do instrumentu, łącząc klasyczne brzmienie z elektroniką i beatami; w jego portfolio znajdziemy współpracę z artystami takimi jak Nana Mouskouri, Tina Turner czy Pee Wee Ellis. Skład dopełnia Diego Piñera , urugwajski perkusista urodzony w Montevideo, a obecnie rezydujący w Berlinie, który jest uznawany za jednego z najbardziej innowacyjnych rytmików naszych czasów. Piñera, również nagrodzony statuetką Echo Jazz oraz Niemiecką Nagrodą Jazzową (Deutscher Jazzpreis) , łączy w swojej grze latynoskie tradycje candombe z matematyczną precyzją nowoczesnego jazzu, co czyni go pożądanym sidemanem dla takich gigantów jak Donny McCaslin czy Jerry Bergonzi. Razem tworzą organizm, w którym wieloletnie doświadczenie studyjne i dziesiątki prestiżowych wyróżnień spotykają się z niesłabnącą ciekawością odkrywania nowych, międzykontynentalnych brzmień „Vibe Factor” to dowód na to, że w 2026 roku jazz wciąż może być świeży, jeśli tylko pozwoli mu się płynąć instynktownie. Jeśli ta jazzowa podróż z Sosą, Krausem i Piñerą rozbudziła Twoją ciekawość, dorzuć się do jazzdy i wesprzyj niezależność. Twoje wsparcie to radość życia, która pozwala mi dalej tropić najlepsze dźwięki i dzielić się nimi z Tobą.☕ Wesprzyj radość życia i dorzuć się do jazzdy! https://buycoffee.to/jazzda.net
- Flea zamieniŁ bas na trąbkę. Kulisy powstawania solowego, jazzowego albumu „Honora”
Basista Red Hot Chili Peppers, znany ze swojej niespożytej energii i funkowych linii melodycznych, prezentuje zupełnie nowe oblicze. Flea wydał pod koniec marca swój najnowszy solowy album zatytułowany „Honora”. Choć muzyk już wcześniej eksperymentował z autorskim materiałem, wydając w 2012 roku solową EP-kę „Helen Burns”, tym razem oddaje hołd swojej wielkiej, życiowej pasji – jazzowi. Co kluczowe, instrumentem wiodącym na nowym wydawnictwie nie jest gitara basowa, lecz trąbka. Od dwuletniego rygoru do pełnoprawnego albumu Geneza albumu „Honora” opiera się na rygorystycznym założeniu. Kilka lat temu Flea podjął decyzję o maksymalnym rozwinięciu swoich umiejętności gry na trąbce – instrumencie, z którym był związany od najmłodszych lat (zanim w ogóle sięgnął po bas), za sprawą swojego ojczyma, muzyka jazzowego. Flea narzucił sobie codzienny reżim ćwiczeń przez dwa lata. Celem było osiągnięcie poziomu pozwalającego na nagranie płyty opartej na partiach trąbki. Pierwotny plan zakładał stworzenie surowego, całkowicie solowego albumu, w którym trąbka byłaby jedynym bohaterem. Basista tworzył domowe dema, na których samodzielnie programował automaty perkusyjne (Roland TR-808), wgrywał partie mellotronu (brzmienia smyczkowe), klawiszy, basu i trąbki. Wśród wczesnych szkiców znalazły się m.in . cover utworu Franka Oceana oraz jazzowy standard „Willow Weep for Me”. Koncepcja uległa jednak radykalnej zmianie pod wpływem nowej muzyki, której Flea w tamtym czasie słuchał. Wpływy i formowanie zespołu Kluczowym momentem w procesie powstawania „Honory” była fascynacja dwiema płytami: wydawnictwem kwartetu Jeffa Parkera oraz albumem „The Omnichord Real Book” autorstwa Meshell Ndegeocello. Zafascynowany brzmieniem i synergią muzyków na tych krążkach, Flea zrezygnował z idei solowego projektu. Zauważył, że na obu uwielbianych przez niego albumach powtarzają się nazwiska konkretnych muzyków. To skłoniło go do skompletowania zespołu studyjnego, w skład którego weszli: Josh Johnson – saksofonista altowy (znany ze współpracy przy ostatnich płytach Red Hot Chili Peppers) oraz producent płyty Meshell Ndegeocello. Na płycie „Honora” objął rolę producenta. Jeff Parker – gitarzysta. Anna Butters – kontrabasistka (grająca wcześniej u Parkera). Deantoni Parks – perkusista (znany z nagrań Ndegeocello). Nate Walcott – trębacz i klawiszowiec. To właśnie Josh Johnson przekonał Flea, aby nie ograniczał się wyłącznie do trąbki. Zaproponował, by przeplatać partie trąbki innymi instrumentami, co nada materiałowi większą wartość i różnorodność. W efekcie, choć trąbka pozostaje w centrum uwagi, Flea zagrał na basie w niemal wszystkich utworach na płycie (z wyjątkiem jednego lub dwóch, w tym „Morning Cry” oraz „Wichita Lineman”). Metoda nagraniowa: Całkowita improwizacja i free jazz Proces tworzenia „Honory” stanowił całkowite przeciwieństwo pracy w Red Hot Chili Peppers. Podczas gdy w zespole rockowym wszystko jest o wiele bardziej zaplanowane, a muzycy wchodzą do studia z konkretnym wyobrażeniem utworów i przypisanymi rolami, sesje do „Honory” opierały się na żywiole. Brak prób: Muzycy nie odbywali wcześniejszych prób. Utwory były nagrywane na żywo w studiu, najczęściej w zaledwie dwóch lub trzech podejściach. Zaufanie do zespołu: Flea świadomie zrezygnował z kontroli nad muzykami. Zamiast narzucać im dokładne aranżacje (poza ogólnymi wytycznymi dotyczącymi nastroju), pozwolił im na pełną swobodę interpretacyjną. Odejście od akordów: Wzorując się na pionierach free jazzu, takich jak Ornette Coleman, Charlie Haden, Don Cherry czy Ed Blackwell, zespół w wielu momentach rezygnował z klasycznych struktur akordowych. Przykładem tego podejścia jest utwór „Morning Cry”, utrzymany w klimacie lat 60. O ile linia melodyczna opiera się na tradycyjnych zmianach akordów, o tyle środkowa, improwizowana sekcja została zagrana całkowicie „free” – bez ustalonych akordów, polegając wyłącznie na słuchu i wzajemnej reakcji muzyków, w tym skomplikowanych partiach Anny Butters i Deantoniego Parksa. Flea podkreśla, że gra free jazzowa wymaga dogłębnej, akademickiej wiedzy na temat muzyki i akordów, aby móc się od nich świadomie uwolnić i nie popaść w chaos. Gościnny udział Nicka Cave'a Jednym z najbardziej zaskakujących elementów płyty jest obecność Nicka Cave'a w utworze „Wichita Lineman” (kompozycja Jimmy'ego Webba). Flea początkowo nagrał ten utwór w wersji instrumentalnej, bazując na metrum, które kojarzył z wcześniejszych wykonań ( m.in . Arta Neville'a). Pamiętając z wcześniejszych rozmów z Cave'em, że ten jest wielkim fanem twórczości Jimmy'ego Webba, Flea wysłał mu ścieżkę instrumentalną. Cave, mimo że przebywał w Anglii i za dwa dni ruszał w trasę koncertową, odpowiedział w ciągu 30 minut. Zgodził się nagrać wokal natychmiast, przyznając, że to jedna z jego ulubionych piosenek wszech czasów, choć jednocześnie wywoływała w nim obawy przed jej interpretacją. Wokal Cave'a został dograny zdalnie do śladów zarejestrowanych na żywo przez resztę zespołu w Kalifornii. „Honora” – hołd dla przodkini Tytuł płyty, „Honora”, nie jest przypadkowy. Płyta nosi imię prapraprababki muzyka. Jej historia jest symbolem przetrwania – Honora przeżyła klęskę głodu w Irlandii, po czym trafiła do przytułku, gdzie zmuszano ją do ciężkiej pracy i najprawdopodobniej maltretowano. Ostatecznie została wysłana statkiem do Australii, gdzie dożyła swoich dni w skrajnym ubóstwie. Flea zdecydował się nazwać album jej imieniem, czując głęboką więź z jej historią. Dla basisty Red Hot Chili Peppers „Honora” to projekt stricte osobisty, w którym – jak sam deklaruje – wyraził tę część siebie, której wcześniej nie miał możliwości zaprezentować w swojej wieloletniej, rockowej karierze. Sam muzyk nie zamierza zwalniać tempa, zapowiadając, że tworzenie muzyki pozostanie jego celem aż do końca życia. Fragment utworu PLEA Zbuduj most, rzucaj światło, Stwórz coś pięknego, Nie obchodzi mnie, czy to będzie tylko kreska kredką na papierze, Stwórz coś pięknego i daj komuś, Podaruj to komuś. Jeśli ten artykuł stał się dla Ciebie taką „kreską kredką na papierze”, która rozjaśniła Twój dzień, możesz odwzajemnić ten gest. Dorzuć się do jazzdy, wesprzyj niezależność i radość życia , stawiając symboliczną kawę. Każdy taki dar pozwala budować kolejne mosty między nami a muzyką. ☕ [Postaw kawę i dorzuć się do jazzdy!] https://buycoffee.to/jazzda.net











