
Znaleziono 201 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Festiwal Jazz w Ruinach 2026: PORAZ PIERWSZY W DWÓCH MIEJSCACH PODAJEMY program 22. edycji FESTIWALU!
Stało się coś, co przez ponad dwie dekady wydawało się niemożliwe – Festiwal Jazz w Ruinach po raz pierwszy w swojej 22-letniej historii wychodzi poza granice Gliwic! Podczas nadchodzącej edycji na festiwalowych scenach wystąpią m.in. Tingvall Trio, Michał Barański, Grzech Piotrowski, Adam Jarzmik Quintet, Unleashed Cooperation, Wojciech Jachna Squad, Grzegorz Masłowski Quintet oraz dyrektor muzyczny wydarzenia, Piotr Schmidt. Przez pierwsze piętnaście edycji (2004–2018) sercem imprezy były gliwickie Ruiny Teatru Miejskiego (Victoria), a od 2019 do 2025 roku festiwalowa publiczność zadomowiła się w surowej, postindustrialnej Hali Modeli GZUT. W tym roku organizatorzy robią jednak krok naprzód – impreza rozrasta się do trzech weekendów i opanuje dwa miasta Śląska. Pierwsze dwa weekendy tradycyjnie wybrzmią w GZUT-cie w Gliwicach, natomiast finałowy weekend przeniesie się do klimatycznej Fabryki Montana przy ul. Porcelanowej w Katowicach. Dyrektorem muzycznym wydarzenia pozostaje nieoceniony Piotr Schmidt – trębacz, który w ostatniej edycji plebiscytu Jazz Forum zgarnął praktycznie wszystko, co było do wzięcia. Po raz kolejny zadbał o to, by w programie nie brakowało autorskich wizji, uznanych marek i świeżej krwi. Kogo szczególnie warto usłyszeć na żywo? Piotr Schmidt – dyrektor muzyczny festiwalu, świeżo po spektakularnym rozbiciu banku w plebiscycie Jazz Top Jazz Forum, zaprezentuje projekt Piosenki Komedy bez słów w wykonaniu swojego kwintetu. Przeczytaj: Michał Barański – genialny basista i kontrabasista, wielokrotny triumfator i zdobywca Fryderyka, przedstawi swój wielokrotnie nagradzany materiał No Return, No Karma, łączący jazz z muzyką indyjską. Adam Jarzmik Quintet – pianista przywozi absolutnie świetny album A Piece Of A New Day, będący podsumowaniem jego ostatnich pięciu lat doświadczeń i przemyśleń. Płyta brzmi wybornie i usłyszenie tego materiału na żywo to jeden z obowiązkowych punktów programu. Unleashed Cooperation – poznański skład, który wypuścił materiał Trust. Dla mnie to bezapelacyjnie jedna z najciekawszych, najbardziej dojrzałych i bezkompromisowych płyt na polskiej scenie jazzowej ostatnich lat. TINGVALL TRIO – jedno z najważniejszych europejskich fortepianowych triów jazzowych, które przywiezie na Śląsk rewelacyjny materiał z albumu PAX. Przeczytaj Grzech Piotrowski – zagra w kwintecie u boku Tamary Behler z projektem BÉLAIR. Przeczytaj: Wojciech Jachna Squad – bydgoska ekipa trębacza i jej kosmiczne, pełne przestrzeni brzmienia z płyty Ad Astra. Przeczytaj: Grzegorz Masłowski Quintet – perkusista i jego zgrana fuzja osobowości w programie Through The Hourglass. Maciej Kądziela LUNAMË – zagra ze świetnym, autorskim projektem LUNAMË w ramach nocnego pokazu (Late Night Show) na finał festiwalu z absurdalnie i absolutnie genialną Natalią Kordiak na wokalu. Przeczytaj: Program dzień po dniu WEEKEND 1 | GLIWICE – Hala Modeli GZUT (ul. Wincentego Pola) Piątek, 31.07.2026 (start: 18:00) Sonia Spinello Quartet ft. Piotr Schmidt – Eterea Adam Jarzmik Quintet Tal Cohen Quartet ft. John Daversa Sobota, 01.08.2026 (start: 19:00) Grzegorz Masłowski Quintet – Through The Hourglass Tingvall Trio – PAX After Party: DJ Andy Bangsch WEEKEND 2 | GLIWICE – Hala Modeli GZUT (ul. Wincentego Pola) Piątek, 07.08.2026 (start: 18:00) Unleashed Cooperation – Trust Yumi Ito Quartet – Lonely Island Wojciech Jachna Squad – Ad Astra Sobota, 08.08.2026 (start: 19:00) Judyta Pisarczyk Quartet ft. Maciej Sikała – Fickle Simon Raab Quartet – Purple is the Color After Party: Mr Krime WEEKEND 3 | KATOWICE – Fabryka Montana (ul. Porcelanowa) Piątek, 14.08.2026 (start: 18:00) Tribute to Polski Jazz Michał Barański Quartet – No Return, No Karma Vincen Garcia – Ventura / Vivace Sobota, 15.08.2026 (start: 19:00) Tamara Behler & Grzech Piotrowski Quintet – BÉLAIR Piotr Schmidt Quintet – Piosenki Komedy bez słów Late Night Show: LUNAMË Organizatorem festiwalu jest Stowarzyszenie Muzyczne Śląski Jazz Club we współpracy z Halą Modeli GZUT i Fabryką Montana. Partnerami są Miasto Gliwice oraz Województwo Śląskie. Współgospodarz Wydarzenia - Miasto Katowice. Współorganizatorami są CK Victoria, Ars Cameralis Silesiae Superioris oraz Polska Stolica Kultury Katowice GZM 2027. Współfinansowano ze środków ZAW STOART.
- Jakie ID ma Rafał Dubicki? Odpowiedź moŻe zaskoczyć
TO JEST MÓJ TEKST NA BLOGU Nr 200. WIELKIE DZIĘKI ZE MNIE CZYTACIE. I wiecie co? Naprawdę cieszę się jak diabli, że jubileuszowym tekście piszę o płycie Rafała Dubickiego. Ci, którzy szydzą ze smooth jazzu, bezmyślnie wyrzucają do kosza płyty takich gigantów jak Freddie Hubbard, Wes Montgomery czy Stanley Turrentine. Zapominają, że to właśnie w katalogu kultowego, trójliterowego CTI Records – amerykańskiej potęgi lat 70. i 80. – wykuwało się szlachetne brzmienie, z którego ten gatunek dopiero się narodził. Kto więc tak gada, ten po prostu nie ma pojęcia, o czym mówi. Po co o tym piszę? Albowiem właśnie z tego poziomu startuje Rafał Dubicki na swojej nowej płycie pt. ID. Dubicki sięga po tamte organiczne, klasyczne wzorce – proponuje , głębokie brzmienie trąbki, świetną sekcję i melodie, które zostają w głowie, ale nie mają nic wspólnego z tanią, radiową komercją. Jednocześnie Dubicki uśmiecha się szeroko do tej części widowni, która w jazzie lubi nade wszystko rozpoznawalne tematy i sypie nimi jak z rękawa. To jest wspaniała muzyka na ciepłe, letnie dni! Noblesse oblige Zanim przejdziemy do pana Rafała chciałbym na chwile sięgnąć do historii jazzu. Label CTI, CTI Records (vczyli Creed Taylor Incorporated) nie powstał przypadkiem – był genialną, biznesowo-artystyczną odpowiedzią na rewolucję, która na przełomie lat 60. i 70. rozorała rynek muzyczny. Legendarny producent Creed Taylor, który wcześniej dał światu m.in. bossa novę Stana Getza, zauważył coś kluczowego: grono fanów jazzu gwałtownie rosło, ale tradycyjny bebop zaczynał tracić słuchaczy, bo zdaniem wielu z nich zjada; własny ogon, podczas gdy z drugiej strony scena coraz mocniej skręcała w stronę radykalnej, hermetycznej awangardy. Taylor doskonale rozumiał, że rzesze wrażliwych słuchaczy nie mają ochoty na genialne wprawdzie ale freejazzowe ściany dźwięku ani na pastwę nowatorskich głośnych eksperymentów – chcieli muzyki głębokiej, ale... (uwaga jazzowi puryście: brzydkie słowo) PRZYSTĘPNEJ. Postanowił więc stworzyć dla nich azyl idealny i połączyć dwa odrębne światy: bezkompromisowy, improwizacyjny etos jazzu z nowoczesną, soulowo-funkową motoryką, wielkomiejskim szykiem i bezbłędnym popowym wyczuciem melodii. Taylor stworzył label na wskroś amerykański, działający z niespotykanym dotąd rozmachem i klasą. Te płyty nie tylko brzmiały potężnie; one wręcz definiowały styl życia. Wydawane w luksusowych, rozkładanych okładkach ze zjawiskowymi, artystycznymi zdjęciami Pete’a Turnera, były symbolem nowoczesnej, miejskiej elegancji, która udowadniała, że jazz może być jednocześnie elitarny brzmieniowo i masowy w odbiorze Pierwszym albumem wydanym już na własny rachunek CTI (z katalogowym numerem CTI 6001) był właśnie ikoniczny album Freddiego Hubbarda – Red Clay (nagrany w styczniu, wydany w 1970 roku). To absolutny kamień milowy fusion i soulowego jazzu. Za legendarne, ciepłe i przestrzenne brzmienie płyt CTI odpowiadał Rudy Van Gelder w swoim słynnym studiu w Englewood Cliffs. Z kolei luksusowe, bogate aranżacje sekcji dętych i smyczkowych, które nadawały płytom ten niesamowity, filmowy rozmach, pisał nadworny aranżer wytwórni – Don Sebesky. Do tego Taylor dbał o to, by te płyty były towarem premium. Prawie wszystkie albumy CTI były wydawane w grubych, laminowanych okładkach rozkładanych (gatefold). ZOBACZCIE JAKIE PIĘKNE OKŁADKI WYDAWAŁ CTI RECORDS Hubert Laws – Crying Song [1969] Joe Farrell – Outback [1972] Deodato – Prelude [1973] Deodato – 2 [1973] George Benson – Body Talk [1973] Airto – Fingers [1973] Joe Farrell – Penny Arcade [1974] Gabor Szabo – Rambler [1974] Hubert Laws – Then There Was Light [1974] Ron Carter – Spanish Blue [1975] George Benson – Good King Bad [1976] Rewolucja formatu i narodziny terminu Na przełomie lat 70. i 80. ten zmysłowy, instrumentalny miks trafił na podatny grunt w amerykańskim eterze. Właściciele stacji radiowych w USA szybko zorientowali się, że tradycyjny rock i disco zaczynają męczyć dorosłego słuchacza, a klasyczny jazz jest dla niego zbyt absorbujący. Powstał rewolucyjny format radiowy „The Wave” – pasmo grające wyłącznie wygładzoną, instrumentalną muzykę tła. Radiowcy i wydawcy muzyczni odkryli żyłę złota: lekki, pulsujący jazz idealnie nadawał się do samochodów, biur i centrów handlowych. W połowie lat 80. przemysł muzyczny musiał w końcu nazwać to bezprecedensowe zjawisko rynkowe. Tak narodził się oficjalny termin: smooth jazz. Brzmienie ostatecznie oczyszczono z drapieżności, zredukowano do prostych, chwytliwych melodii, a sekcję rytmiczną coraz częściej zaczęły zastępować chłodne syntezatory i automaty perkusyjne. Gatunek stał się globalną machiną do zarabiania pieniędzy, ale z każdym rokiem tracił resztki swojego pierwotnego, jazzowego DNA. Ojciec brzmienia: Kim był Grover Washington Jr.? Gdybym musiał wskazać swojego jedynego, biologicznego ojca, byłby nim bezapelacyjnie Grover Washington Jr. To on stworzył matrycę, z której później bezlitośnie kopiowano cały ten styl, choć sam zawsze uciekał od łatwych szufladek. Urodził się 12 grudnia 1943 roku w Buffalo w stanie Nowy Jork, w rodzinie, gdzie muzyka była powietrzem. Matka śpiewała w chórze kościelnym, a ojciec – Grover Sr. – był zapalonym kolekcjonerem jazzowych płyt i amatorem saksofonistą. To on wręczył 8-letniemu synowi pierwszy instrument. Młody Grover szybko wsiąkł w muzyczny tygiel Buffalo, jako nastolatek wymykając się nocami do lokalnych klubów, by podpatrywać bluesmanów, a klasyczne lekcje gry łączył z surowym, miejskim soulem. Jego droga na szczyt wcale nie była usłana różami. Po szkole średniej ruszył w trasę z zespołem The Four Clefs, ale w 1965 roku upomniała się o niego armia. Służba wojskowa okazała się jednak uśmiechem losu – stacjonując w Fort Dix, Grover poznał wybitnego perkusistę Billy'ego Cobhama. To Cobham po wyjściu do cywila wprowadził go na nowojorskie salony muzyczne i pomógł zakorzenić się w Filadelfii, z którą saksofonista związał się na całe życie. Przełom przyszedł w 1971 roku i był dziełem czystego przypadku – tak klasycznego dla historii jazzu. Creed Taylor przygotowywał sesję nagraniową dla Kudu Records (podetykiety CTI). Gwiazdą wieczoru miał być saksofonista Hank Crawford, który jednak z przyczyn osobistych nie dotarł do studia. Taylor potrzebował natychmiastowego zastępstwa. Ktoś rzucił nazwisko Washingtona. Grover wszedł z ulicy, nagrał album Inner City Blues i z dnia na dzień stał się sensacją. To, co zaproponował, było świeże, ciepłe i niesłychanie zmysłowe. Grover genialnie operował trzema odmianami saksofonu – sopranem, altem i tenorem – wydobywając z nich miękkie, śpiewne, niemal wokalne frazy. Jego opus magnum z 1975 roku, płyta Mister Magic, oraz wydany w 1980 roku album Winelight (z nieśmiertelnym megahitem Just the Two of Us zaśpiewanym przez Billa Withersa) zacementowały jego status legendy. Washington pokazał całemu światu, jak grać przystępnie, z ogromnym soulowym groove'em, zachowując jednocześnie techniczną maestrię i duszę rasowego jazzmana. Zmarł nagle na zawał serca w 1999 roku, po nagraniu telewizyjnego występu w Nowym Jorku, pozostawiając po sobie spuściznę, która do dziś definiuje pojęcie szlachetnego, instrumentalnego pop-jazzu. No tak, ale po co ja to wszystko piszę? Bo słuchałem ostatnio wielokrotnie albumu ID Rafała Dubickiego - polskeigo trębacza, o którym Jazz Forum pisał nowa nadzieja polskiej trąbki. I do jakiego doszedłem wniosku? Że to: Trębacz z jajami ten Dubicki Rafał Dubicki to świetny polski trębacz, którego ogromnie cenię przede wszystkim za odwagę. Facet żyje i tworzy w kraju, gdzie scenę jazzową zdominowała loża mądrali, od lat bezskutecznie aspirujących do miana wielkich intelektualistów. W tym hermetycznym, nadętym środowisku Dubicki ma odwagę grać muzykę dla takiego jak ja – jazzowego Janusza. Bo umówmy się: ani smooth jazz ani jego odmiany nigdy nie trafił do Polski na poważnie, nigdy nie miał u nas lekko. Od lat traktowany jest niemalże jak bękart szlachetnego gatunku. Sam doskonale pamiętam wiele targów audio i branżowych spotkań, na których o smooth jazzie mówiło się już nawet nie z ironią, ale z głęboką pogardą. Panowało przekonanie, że szanującemu się melomanowi takich rzeczy słuchać po prostu nie wypada. Dlaczego Polska ominęła tę rewolucję? Odpowiedź na pytanie, dlaczego w Polsce ta scena nigdy się nie wykształciła, tkwi w naszej żelaznej kurtynie i specyficznym, powojennym dystrybuowaniu kultury. W czasach, gdy na Zachodzie CTI Records budowało swoje imperium, do Polski docierały tylko ochłapy. Ludzie wracający z szychty na Zachodzie czy marynarze przywozili do kraju wyłącznie te płyty i te nazwiska, które już znali – te, które jakimś cudem zdołały przebić się przez sito cenzury i wąskie gardło Polskiego Radia. Królował u nas kult wielkich, uświęconych ikon: Milesa Davisa, Johna Coltrane’a czy brzmień stricte europejskich. Na importowanie luksusowej, amerykańskiej muzyki środka nie było ani miejsca, ani dewiz, ani przede wszystkim świadomości u odbiorców. Ponieważ nikt tych płyt masowo nie przywoził, polscy muzycy nie mieli z czego czerpać inspiracji. Polskie środowisko jazzowe, odcięte od naturalnego, rynkowego rozwoju crossover jazzu, uciekło w stronę akademickiego, surowego grania. Zamiast organicznego, bujającego groove’u, woleliśmy intelektualne łamańce i słowiański egzystencjalizm. W efekcie całe pokolenie słuchaczy i twórców zostało wychowane w przekonaniu, że jazz musi boleć, a każda nuta, która niesie ze sobą odrobinę słońca i przystępnej elegancji, to zdrada ideałów. Ja z kolei strasznie lubię te rejony, które większości kojarzą się źle. Kiedy zacząłem głębiej wchodzić w ten gatunek, szybko odkryłem prostą prawdę: jak w każdym zakątku jazzu, jest tu mnóstwo gniotów, ale pod tą warstwą kurzu aż skrzy się od płyt absolutnie doskonałych. Nie wiem, czy Rafał Dubicki obrazi się na mnie za to porównanie do smooth jazzu – trudno, może mnie nie poda do sądu. Prawda jest taka, że dla mnie na ID robi rzecz rzadką i piękną: odczarowuje ten i inne gatunki, odzierając je z taniego plastiku i przywracając im należną, organiczną klasę. Bo dla mnie jego album ID to muzyka z najwyższej półki uśmiechniętego jazzu. Kiedy w pierwszym utworze Ciemna Strona Księzyca pojawia się trąbka Dubickiego i pierwszy z wielu melodyjnych motywów to tak, jakby ktoś w ciemnym pokoju zapalił światło. Ludzie! Gdyby to zagrał św. Wodecki gadałaby o tym cała Polska. Dubicki ma mnóstwo fajnych, niebanalnych pomysłów, bawi się niemi, plącze ekstra wątki, ale nie tworzy sfinksowych zagadek: tu wszystko się zgadza, tu ssystko jest na tip-top, po niemiecku wręcz dokładnie, ale z amerykanskim szaleństwem. Żeby zrozumieć, jak wielowymiarowa jest to płyta, wystarczy zestawić ze sobą dwa utwory. Temat tworzony przez trąbkę w Lęku przed nieznanym meandruje jak dzika, rozlana wiosną Biebrza – leniwie, niespiesznie, drążąc własne, nieoczywiste ścieżki i hipnotyzując słuchacza każdym kolejnym zakrętem frazy. Z kolei utwór Autodiagnoza to zupełnie inna opowieść. Jest niesamowicie urokliwy, podszyty słodko-gorzkim nastrojem – trochę wesoły, a trochę smutny, jak życie każdego z nas. Co najważniejsze pod kątem aranżacyjnym, główny temat grany przez Rafała absolutnie dominuje tutaj nad tłem. A samo tło jest dokładnie tym, czym być powinno: doskonałą, nienarzucającą się i solidnie pulsującą ramą, która pozwala trąbce lśnić pełnym blaskiem. To, co zachwyca na ID, to niezwykła rozpiętość nastrojów, które Dubicki dawkuje z wielkim wyczuciem. Weźmy taki Blues for Juice – jest niesamowicie szybki, zadziorny, wręcz bezczelny w swojej energii. Zaraz obok dostajemy jednak Zmowę milczenia, utwór, który dosłownie lepi się od głębokiego uczucia zawodu. To przepiękny, romantyzujący kawałek. I wreszcie mój absolutny faworyt: genialnie samochodowy Nowy dzień. Ten utwór towarzyszył mi w drodze do arbajtu przez kilkanaście dni z rzędu, bo ma w sobie coś takiego, że z miejsca wprawia człowieka w dobry humor. To granie na wskroś niepolskie – radosne, skoczne, pogodne i pełne słońca. Dokładnie takie, jakiego u nas dramatycznie brakuje przez połowę roku. Ale wszystko kończy tytułowy ID – ostry, bezkompromisowo prze-amerykański kawałek z ciekawymi partiami gitary. Jest szybko, energetycznie i zdecydowanie głośniej niż w poprzednich kompozycjach. To niezwykle wyrazisty, potężny punkt, który w wielkim stylu wieńczy to dzieło. Mam tylko ogromną nadzieję, że to stopniowe wyciszenie na samym końcu utworu ma charakter wyłącznie symboliczny – i że po nim, zamiast ciszy, nadejdzie kolejna płyta. Panie Rafale, tylko niech Pan z tego nie rezygnuje! Po publikacji tytułowego utworu „ID” Rafał Dubicki napisał w mediach społecznościowych słowa, które mnie poruszyły: „Kończy się pewien etap, który trwał ostatnie 5 lat. Dziękuję, że słuchaliście moich utworów, które publikowałem przez cały ten czas. Teraz przyszedł moment, kiedy trzeba to wszystko podsumować i iść dalej”. Czytając to, poczułem lekki niepokój. Panie Rafale – z całego serca życzę Panu, aby doszedł Pan dokładnie tam, gdzie Pan sobie zaplanował. Ale jednocześnie mam jedną, ogromną prośbę jako słuchacz, jako ten wspomniany jazzowy Janusz: proszę nie porzucać tak kompletnie tego nurtu! W kraju, w którym szlachetny, melodyjny jazz omijano szerokim łukiem, a branżowi mędrcy wciąż wolą skomplikowane, ponure łamańce, płyta ID jest jak haust świeżego powietrza. Pokazał Pan, że można grać z klasą, lekkością nie tracąc przy tym ani grama artystycznej godności. Moim zdaniem polscy słuchacze potrzebują takiego grania – ciepłego, przestrzennego, z nieskazitelnym brzmieniem trąbki. Szkoda by było ten wydeptany z takim trudem szlak teraz zostawić. Iść dalej – tak, jak najbardziej. Ale proszę pamiętać, że tam, skąd Pan wyruszył z płytą ID, zostawia Pan rzeszę ludzi, którzy na takie brzmienie w polskim jazzie czekali od dekad. Płyty Rafała Dubckiego są na strimingach, ale już znacie mój apel: KUPUJCIE PŁYTY OD ARTYSTÓW, NIE ZOSTAWIAJCIE ICH NA PASTWĘ STRIMINGÓW, BO ROBIĄ ICH W KONIA Kim jest Rafał Dubicki? (Sylwetka artysty) Żeby w pełni zrozumieć fenomen brzmienia trąbki na ID, warto przyjrzeć się bliżej samemu liderowi. Rafał Dubicki to absolwent Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego w Bydgoszczy (Wydział Jazzu i Muzyki Estradowej). Na swój dzisiejszy status wirtuoza trąbki pracował ciężko od najmłodszych lat, a jego talent szybko dostrzeżono na festiwalach – zdobył m.in. nagrodę specjalną na Europejskich Integracjach Muzycznych (2011) oraz główną nagrodę w kategorii improwizacji na Baszta Jazz Festiwal w Częstochowie (2016). To muzyk niezwykle wszechstronny, aktywny koncertowo i fonograficznie, który nie boi się żadnych wyzwań. Współpracował z tak różnorodnymi markami jak Ray Wilson & Genesis Orchestra, Alex Band Aleksandra Maliszewskiego, Eljaz Big Band, Pendofsky, Patrycja Markowska, a także z Michałem Sołtanem, z którym po przeprowadzce do Warszawy stworzył projekt „Malogranie”. Na swoim koncie ma również nagranie ścieżki dźwiękowej do głośnego i nagradzanego w Gdyni filmu „Jestem mordercą”.
- Tożsamość Bez konfuzji: Confusion Project – IDENTITY
Tradycja i nowoczesność. Historia i przyszłość. Bo Confusion Project to grupa, która zawsze poszukuje i zaskakuje. Dbają o to, aby każda kolejna płyta przynosiła coś zupełnie nowego, świeżego i innego. Zaczęli od trzech albumów bardzo mocno osadzonych w jazzie – z czego dwa, znakomite The Future Starts Now oraz Primal, to moje osobiste ulubione pozycje w polskiej muzyce. Potem przyszedł czas na rejestracje koncertowe (płyty live) oraz ubiegłoroczny eksperyment, w którym po raz pierwszy zagrali w towarzystwie wokalistki – Simony De Rosa. Teraz, w procesie tych ciągłych poszukiwań, nadszedł czas na głęboki ukłon w stronę folkloru. Płyta zaczyna się ostrym, progresywnie brzmiącym fortepianem, który doskonale wpisuje się w jej koncepcję. Owoż Panowie powiadają: "Tym jesteśmy, to robimy i tak brzmimy" – i jest to świetny stempel. Ten pierwszy, bardzo świeży utwór, sąsiadujący z wybrzmiewającymi po nim Mazurkami, doskonale definiuje brzmieniowo całą koncepcję albumu. IDENTITY to tożsamość. Po 13 latach grania i wydaniu pięciu albumów muzycy powiadają bez napinki: no dobra, oto my. Kolejne na liście są Mazurki – jest ich pięć i to one tworzą drugą płaszczyznę albumu: tożsamość kulturową. Trójmiejskie prog-jazzowe trio Confusion Project sięga po polski folklor, aby wpleść jego elementy w swoją muzyczną opowieść. Sami muzycy powiadają: to hołd dla piękna rodzimej muzyki ludowej, która od wieków inspiruje klasycznych i jazzowych kompozytorów. fot. Sisi Cecylia Mazurki wyszły gładziutko, bardzo jazzowo, ale nie zostały zamienione w jakiś muzyczny bohomaz czy grymas, gdzie nos ląduje w miejscu oka. Nie, jest wprawdzie nad podziw niegrzecznie, a jednocześnie "po bożemu", gdyż główne temaciki kazżdego z mazurków płyną w niebiosa (albo ku uszom naszym - jak kto woli) spod palców Michała Ciesielskiego jak kryształki Swarovskiego albo cekiny z łowickiej damskiej kamizeli w Boże Ciało. Zasłuchajcie się na przykład w Mazurku nr 2! Zaczyna się dziwnie, nie wiejsko, elektronicznie, co z zaciekawienia podniosło mi lewą brew, potem jednak wszystko wraca do normy – to stara, dobra szkoła jazzowego obracania w palcach muzycznej architektury polskiego folkloru i to jakiego obracania. jak w kalejdoskopie! Mieliście kiedy kalejdoskop przed okiem? No jest caca, jakby rzekł stary skrzypek Orzelski znad Niemna. Trzeci Mazurek to już zabawa formą, prawdziwy brylant. Lekki, podążający ku nowoczesnym progresjom na fundamencie tradycji – po prostu master class. I kiedy wkracza gitara, mówię wam, jest tak, jakby otworzył się nieboskłon. Buduje ten utwór na nowo, od początku. Całość działa jak w matrioszce: jeden utwór zawarty w drugim, a oba znakomite. Czwarty Mazurek wkracza, czając się krokiem gotary basowej. Robi się z nagła tajemniczo i spokojnie, a zespół daje słuchaczowi chwilę oddechu. Nie ma tu mowy o żadnej zapchajdziurze – nostalgia płynie wolną strugą, dopóki na pierwszy plan nie wychodzi fortepian, który w tym utworze dosłownie zapala światło. Ostatni, piąty Mazurek wchodzi mocno z kopniaka – niczym zły chłopak na wiejską dyskotekę uzbrojony w sztachetę z pobliskiego płotu. I tutaj – jak dla mnie – mamy popis perkusji, która tworzy kapitalny, przytupny drugi plan. A że Confusion Project uwielbia zmiany i wspomniane matrioszki, tym razem po perkusji na pierwszy plan wkracza gitara basowa. Musicie usłyszeć, co ma do powiedzenia! Szacun. Dwa ostatnie utwory na płycie (Simplicity oraz What Now?) to już jednak skok w czysty jazz. Zapewne po to, aby nikt nie miał wątpliwości, że grupa nie wybiera się teraz na zawsze w rejony wyłącznie folkowe. IDENTITY to album o muzycznej tożsamości rozpisanej na dwóch płaszczyznach. Choć nowoczesny, nie podąża ślepo za modą i trendami – skupia się na szczerości przekazu, dojrzałości i niuansie, zarówno w warstwie muzycznej, jak i produkcyjnej. Posłuchajcie tej płyty. Na przykład tu, ale pamiętajcie : APEL JAZZDY.net KUPUJCIE PŁYTY - NIE ZOSTAWIAJCIE ARTYSTÓW NA PASTWĘ STRIMINGÓW Skład zespołu: Michał Ciesielski – fortepian (autor wszystkich kompozycji) Piotr Gierszewski – gitara basowa Adam Golicki – perkusja Wykonanie techniczne: Płyta została nagrana w znakomitym studiu Monochrom. Za realizację nagrań, miks i mastering odpowiada Ignacy Gruszecki. Album będzie również dostępny na wybranych platformach streamingowych w technologii Dolby Atmos (miks i mastering w tej technologii wykonał Robert Szydło). Jak by tu się odwdzięczyć za tak fajny tekst o tak dobrej płycie? Jest wyjście. Postaw symbolicznie kawę. Dwa kliki i już. Dziękuję!
- Bezkompromisowe Szaleństwo, wielkie legendy i jazz dla kilkulatków. 19. Letnia Akademia Jazzu w Łodzi!
Ta edycja festiwalu zapowiada się świetnie. Na scenie LETNIEJ AKADEMII JAZZU 2026 w łódzkim klubie "Wytwórnia" wystąpią absolutnie niebiańska Natalia Kordiak przed słynną Dee Dee Bridgewater, absolutny mistrz i geniusz perkusji Christian Lillinger, a także fenomenalne łobuzy z jazzowo-punkowego boysbandu Kosmonauci z moim ulubionym wibrafonistą Tymonem Kosmą. Czeka nas totalne zaskoczenie, bo festiwal zainauguruje Grzegorz Turnau - ale kochani, bez nerwów, bo w asyście Atom String Quartet i we wtórze aksamitnego głosu Doroty Miśkiewicz. Usłyszymy też tatę tej ostatniej, czyli żywą legendę saksofonu Henryka Miśkiewicza z kwartetem, piekielnie zdolną i wielce (słusznie) rozchwytywaną Hanię Derej, laureatów z Zygmunt Pauker Trio, zjawiskową oraz pokręcone bolera Marcina Maseckiego. Jednak dla mnie prawdziwą, bezkompromisową petardą tegorocznej edycji jest czterodniowe międzynarodowe uderzenie w ramach INTL Jazz Platform (20–23 lipca). To tutaj scena Wytwórni zamieni się w laboratorium absolutnej improwizacji i artystycznego ryzyka. Do Łodzi zjedzie czołówka światowej awangardy i młode talenty, by przez cztery dni miksować energie, łamać schematy i grać bez żadnych barier bezpieczeństwa. Scenę do czerwoności rozgrzeją m.in. Ole Morten Vågan, hipnotyzujący projekt ÄETHER, Tymek Papior, Tomeka Reid, Robinson Khoury oraz niesamowita Hedvig Mollestad. Jeśli szukacie w jazzie czystego ognia i dźwiękowego kosmosu – to jest moment, dla którego warto mieć ten karnet w kieszeni. Zacznę więc od INTL Jeśli chcesz usłyszeć coś naprawdę bezkompromisowego, scena INTL Jazz Platform jest co roku wydarzeniem bez precedensu w skali Polski. Nie dość, że występują tu absolutni wizjonerzy, to jeszcze łączą się w totalnie nieoczywiste składy. Mało tego – na końcu grają wespół z młodymi, równie bezkompromisowymi muzykami, z którymi ci wspaniali liderzy prowadzą wcześniej intensywne warsztaty. To żywa, pulsująca tkanka jazzu, która rodzi się na naszych oczach. Cztery dni czystego szaleństwa i improwizacji INTL NA LAJ wyglądają w tym roku następująco: ⚡ INTL Jazz Platform 2026: 20.07 (Poniedziałek) – Kosmiczne otwarcie. Na scenie hipnotyzujący projekt ÄETHER, francuska nowoczesność od Robinson Khoury Quatuor Demi-Lune oraz potężne uderzenie od polsko-amerykańsko-norweskiej supergrupy The Young Mothers. 21.07 (Wtorek) – Piekielnie zdolny młody polski perkusista Tymek Papior, genialny i nieprzewidywalny skład Kullhammar / Obara / Vågan / Mjåset Johansen (polsko-skandynawska siła!) oraz intrygujący projekt Dust Bunny z Martą Warelis na czele. 22.07 (Środa) – Filmowo-orientalny Gregory Dargent Soleil d’Hiver, absolutny all-stars awangardy w składzie Warelis / Mollestad / Reid / Haker Flaten / Lillinger (kosmos!) oraz fenomenalne, punkowo-jazzowe łobuzy, czyli Kosmonauci. 23.07 (Czwartek) | FINAŁ – Wielkie, potężne podsumowanie warsztatów i całej platformy. Legendarna orkiestra – Studio Jazzowe Polskiego Radia pod batutą genialnego norweskiego basisty i kompozytora Ole Mortena Vågana. Jak widać, dosłownie każdy jeden dzień INTL jest wart wielu całych programów innych, najbardziej rozpropagowanych festiwali jazzowych w Polsce. Przecież Francuz z libańskimi korzeniami, Robinson Khoury, wydał wiosną w prestiżowej wytwórni ACT genialną płytę pt. Transara. Sam nieustannie zachwycam się „Brudną Bielizną” – kwietniowym, rewelacyjnym albumem Kosmonautów. A przecież to dopiero początek, bo w Łodzi pojawi się też Ingebrigt Håker Flaten – i to w podwójnej roli! Zobaczymy go zarówno jako członka niezwykłego, międzynarodowego all-stars składu (obok Warelis, Reid i Lillingera), jak i lidera fenomenalnych The Young Mothers, czyli formacji, którą założył, kiedy przeprowadził się do Austin w Teksasie. Wspaniały, bezkompromisowy program! Główne koncerty Letniej Akademii jazzu 2026 Wielkie zaskoczenie na start: Grzegorz Turnau (02.07) Akademia zaczyna się z zupełnie niespodziewanej strony. Koncert inauguracyjny to projekt „Szósta Godzina” Grzegorza Turnaua. Dla wielu to może być zaskoczenie w line-upie festiwalu jazzowego, ale to słyszny ukłon do publiczności okołojazzowej z autorskim materiałem z najnowszej płyty Turnaua (która po premierze w 2025 roku, po aż 11 latach milczenia artysty, rozbiła bank i wskoczyła na 1. miejsce OLiS). Poezji najwyższej próby (od Czechowicza po Zagajewskiego), ale w jazzowej oprawie. Turnauowi na scenie Wytwórni towarzyszyć będą bowiem Atom String Quartet oraz aksamitny, doskonale znany fanom improwizacji głos Doroty Miśkiewicz. Światowa i polska elita: Kordiak & Bridgewater (09.07) Ten wieczór to będzie absolutna mistyczna podróż połączona z czystą energią. Część I: Kordiak & The Noise Architects. Natalia Kordiak to wokalna wizjonerka, która swoim „non-bel” voice (nie-pięknym śpiewem) przekracza granice ludzkich możliwości. Tutaj zaprezentuje premierowe kompozycje, a towarzyszy jej międzynarodowy, elektroakustyczny kolektyw marzeń (w tym fenomenalny trębacz Artur Majewski i eksplorujący cielesność dźwięku saksofonista Julius Gabriel). Część II: Gigantka, potęga, trzy krotna zdobywczyni Grammy – Dee Dee Bridgewater i jej projekt „We Exist”. Dee Dee to żyjąca historia jazzu, która śpiewała z Maxem Roachem czy Dizzym Gillespiem. Jej ubiegłoroczny album Elemental nagrany z Billem Charlapem zgarnął kolejną nominację do Grammy. Klasa sama w sobie, energia, której nie da się podrobić. I powiem Wam, że - choć wielce szanuję panią zza oceanu - to osobiście pójde przede wszystkim na panią Kordiak. Jest absolutnie nieziemska robi z głosem wszystko na co ma ochotę. Od tradycji po iberyjski ogień (16.07 & 30.07) 16.07: Najpierw intymne, autobiograficzne i neoklasyczne brzmienie Hania Derej Trio (Hania to absolutna rewelacja, zgarnęła chyba wszystkie możliwe nagrody młodego kompozytora w Polsce!). Zaraz po niej zmiana klimatu o 180 stopni – Jan Emil Młynarski i Warszawskie Combo Taneczne z materiałem z płyty „Pamiętam Twoje Oczy”. Przedwojenny sznyt, warszawska ulica, tanga i walce, które Młynarski genialnie wprowadził z powrotem do krwiobiegu popkultury. 30.07: Wieczór pod znakiem flamenco i śródziemnomorskiej ekspresji. Genialny pianista Xavi Torres z projektem Barencia (gdzie muzyce towarzyszy hipnotyzujący taniec Mariny Paje) oraz pieśniarka Anna Colom z programem Cayana – niesamowitą, folkową podróżą od hiszpańskich pieśni pracy po brazylijską sambę. Sierpniowe finały: Legendy i Młodzi Gniewni Sierpień udowadnia, że LAJ trzyma poziom do samego końca, łącząc śląski polot, filmowe wspomnienia, najświeższą krew kompozytorską i latynoską melancholię. Śląski powiew i filmowe anegdoty (06.08) Wieczór otworzy Zygmunt Pauker Trio – laureaci Jazz Boat Competition. Choć w nazwie mają trio, to na scenę wyjdzie kwartet (z Idą Zielińską na wokalu). Ich muzyka to totalna swoboda ekspresji, która na żywo ucieka od jakichkolwiek ram, a ich nadchodząca płyta ma traktować... o ćmie. Druga część wieczoru to Henryk Miśkiewicz Quartet i program „Ścieżkami Muzyki Filmowej”. Żywa legenda saksofonu zagra kultowe tematy z „07 Zgłoś się”, „Psów” czy „Czterdziestolatka”. Co najlepsze, Miśkiewicz zapowiada anegdoty z planów i wspomnienia o mistrzach, z którymi pracował, a na sekcji towarzyszyć mu będą Wojciech Majewski oraz Sławomir i Michał Miśkiewiczowie. Młoda Scena Kompozytorska (20.08) Wieczór oddany we władanie absolutnych indywidualności: Krzysztof Hadrych – gdański gitarzysta i laureat nagród dla młodych twórców, poruszający się od elektroniki po black metal. Lara Hidane – polsko-marokańska kompozytorka i wokalistka prosto z Paryża, łącząca jazz z muzyką arabską i filmową plastycznością. Alan Kapołka – trójmiejski/łódzki perkusista (znany m.in. z zespołu ZIEMIA czy odświeżonych Kur), improwizator pełną gębą. Kateryna Ziabliuk – pochodząca z Kijowa pianistka i artystka dźwiękowa, łącząca ukraiński folk z free improv, prawdziwa ambasadorka kultury. Finałowy ogień: Marcin Masecki „Boleros Y Masecki” (27.08) Na sam koniec Marcin Masecki i jego monumentalne rozwinięcie podróży po Ameryce Łacińskiej. Masecki, który dzieciństwo spędził w Kolumbii, bierze na warsztat klasyczne bolera i rozpisuje je na potężny skład (doszły sekcje trąbek, puzonów i saksofonów!). Z popularnych piosenek tworzy wieloczęściowe, słowiańsko-latynoskie poematy symfoniczne. Masecki to człowiek-instytucja (laureat Orła, człowiek od muzyki do „Zimnej wojny” Pawlikowskiego) – lepszego, bardziej eklektycznego finału 19. edycji LAJ nie można sobie wyobrazić. Koncerty Familijne 🎈 Jazz bez barier, czyli pasmo familijne bez infantylizmu To, co z koncertami familijnymi robi Fundacja Wytwórnia na LAJ, to jest absolutny ewenement w skali kraju. W Polsce podobne, genialne rzeczy, gdzie jazz i muzyka improwizowana otwierają się na absolutnie każdy rocznik, robi chyba tylko ekipa Jerzego Szczerbakowa i Agnieszki Holwek z Fundacji EuroJAZZ. To nie jest tania rozrywka i pójście na łatwiznę przez puszczanie dzieciakom piosenek z taśmy. Tutaj najmłodsi dostają żywe instrumenty, najwyższą jakość wykonawczą, mądre teksty i interakcję bez grama infantylizmu. Edukacja i oswajanie z wielką sztuką dzieją się tu naturalnie, w rytmie czystej zabawy. W tym roku w niedzielne południa Wytwórnię przejmą trzy fantastyczne projekty: 05.07 – Gosia Hutek: „Lokomotywa” Wokalistka o niezwykle ciepłym głosie tchnie jazzowe, folkowe i światowe życie w klasyczne wiersze Tuwima i Brzechwy. Towarzyszący jej muzycy (grający na puzonie, wiolonczeli i kontrabasie) nie tylko partnerują jej instrumentalnie, ale sami śpiewają i wciągają maluchy w rytmiczne, interaktywne zabawy. 12.07 – Karolina Cicha & Spółka: „Ciociu, jeszcze raz” Jedna z najważniejszych postaci polskiego folku zaprezentuje mądre, pełne humoru opowieści o świecie ludzi i przyrody (z tekstami m.in. Grzegorza Kasdepke). Dla dzieciaków to będzie kapitalna, nienachalna lekcja empatii oraz okazja do poznania unikalnych instrumentów, takich jak fidel płocka czy cymbały. Co ważne – dorośli też nie będą się nudzić, bo teksty mają świetne, drugie dno. 26.07 – Czereśnie Dziecięce, niesamowicie żywiołowe oblicze Andrzeja Zagajewskiego (laureata Paszportu Polityki, frontmana folk-punkowej Hańby!). Czereśnie udowadniają, że o sprawach najważniejszych – ekologii, zdrowiu czy szacunku do różnorodności – można śpiewać bez zadęcia, za to z potężną energią żywych instrumentów (klarnet, tuba, sakshorn, perkusja). Czysty, koncertowy ogień dla najmłodszych. dobrze jest wiedzieć, że: Letnia Akademia Jazzu jest realizowana dzięki dofinansowaniu z budżetu Miasta Łodzi. 19. Letnią Akademię Jazzu dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu „Muzyka” realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca. Patronat honorowy: Prezydent Miasta Łodzi Hanna Zdanowska Patronat honorowy: Marszałek Województwa Łódzkiego Joanna Skrzydlewska Partnerem 19. Letniej Akademii Jazzu jest województwo łódzkie - Urząd Marszałkowski Partnerzy: Instytut Francuski w Polsce, DoubleTree by Hilton Łódź, PlakatowanieLodzi.pl Patroni medialni: TVP Kultura, Polskie Radio Dwójka, TV TOYA, Radio Łódź, JazzPRESS, Jazz Forum, LODZ.pl
- Mroczne sekrety Hollywood odziane w psychodeliczny funk. Szanowni! oto Freyja Garbett i jej „Sowden House”
Wyobraźcie sobie budynek w Los Angeles, który wygląda jak otwarta paszcza rekina albo aztecka świątynia zagłady. Dom, w którym w latach 40. mieszkał dr George Hodel – genialny szaleniec, jeden z podejrzanych w najsłynniejszym, nierozwiązanym morderstwie Ameryki: sprawie Czarnej Dalii. Ten sam dom, który zamyka mroczne śledztwo w kultowej grze L.A. Noire. A teraz wyobraźcie sobie, że zamykacie oczy, a z tego architektonicznego potwora zaczyna sie z cicha sączyć do was muzyka. I nie jest to tradycyjny, zakurzony jazz z lat 40., ale gęsty, duszny, psychodeliczny funk rodem z najlepszych thrillerów lat 70. Właśnie to zrobiła australijska kompozytorka i pianistka Freyja Garbett na swoim najnowszym, wydanym w miniony piątek albumie „Sowden House”. A teraz poczytajcie prawdziwą historię, która jest genezą tego albumu, a dotyczy prawdziwego domu z LA i jego tajemnic. Cienie nad Los Angeles: George Hodel i Czarna Dalia Żeby w pełni zrozumieć, czym pulsuje ta płyta, musimy cofnąć się do stycznia 1947 roku. To wtedy na pustej parceli w Los Angeles odnaleziono przecięte precyzyjnie na pół ciało Elizabeth Short, znanej jako Czarna Dalia. Ta zbrodnia do dziś pozostaje jedną z największych, nierozwiązanych zagadek Ameryki, koszmarem krążącym nad zalanym słońcem Hollywood. Ciało Elizabeth Short zostało znalezione 15 stycznia 1947 roku na trawniku w południowym Los Angeles, przy South Norton Avenue (dokładnie między West 39th a Coliseum Street). W tamtym czasie była to pusta, jeszcze niezabudowana działka w rozrastającej się dzielnicy Leimert Park. Miejsce było odludne, porośnięte chaszczami, co pozwoliło mordercy porzucić zwłoki pod osłoną nocy, odpowiednio je ułożyć. Po co? Ano za chwilę to wytłumaczę. Jednym z głównych podejrzanych w śledztwie prowadzonym przez policję z LAPD był wspomniany na wstępie dr George Hodel – genialny chirurg, koneser sztuki, człowiek o nieprzeciętnym intelekcie i mrocznych skłonnościach. Dlaczego? Otóż Hodel organizował u siebie w domu orgie, które przełamywały wszelkie tabu epoki, a myslę, że spokojnie przełamałyby tabu dzisiejsze. Miejscem tych wydarzeń był właśnie Sowden House przy Franklin Avenue., który do niego należał. Wielki (520 metrów kwadratowych z siedmioma sypialniami, czterema łazienkami), tajemniczy, nowoczesny, zaprojektowany przez syna słynnego architekta, Lloyda Wrighta, Erica Lloyda Wrighta. Dr George Hodel był snobem i wielkim miłośnikiem sztuki awangardowej, a w latach 40. osobiście przyjaźnił się z Manem Rayem, który wówczas mieszkał w Hollywood. Co z tego? Otóż Man Ray z kolei (właściwie Emmanuel Radnitzky, 1890–1976) to jedna z najważniejszych i najbardziej wpływowych postaci XX-wiecznej awangardy – amerykański fotograf, malarz, reżyser i rzeźbiarz, który większość życia spędził w Paryżu. Jako ikona dadaizmu i surrealizmu był jedynym Amerykaninem, który stał się filarem paryskich ruchów awangardowych. Wspólnie z Marcelem Duchampem tworzył nowojorski dadaizm, a potem w Paryżu blisko współpracował z André Bretonem, Salvadorem Dalí czy Maxem Ernstem. Choć sam uważał się przede wszystkim za malarza, świat zapamiętał go jako rewolucjonistę i geniusza fotografii. Eksperymentował w ciemni, spopularyzował technikę solaryzacji oraz tak zwane rajogramy, czyli fotografie tworzone bez użycia aparatu, poprzez układanie przedmiotów bezpośrednio na papierze światłoczułym. To właśnie on stał za obiektywem, tworząc legendarne, zmysłowe portrety paryskiej bohemy, w tym Kiki de Montparnasse, Pabla Picassa czy Jeana Cocteau. Dr Hodel kolekcjonował jego dzieła, a surrealistyczny klimat przenikał przez wspomniane orgie organizowane w Sowden House. Dochodzimy powoli do sedna. Jedną z wielu hipotez dotyczących tej sprawy (a jest ich bez liku i zahaczają nawet o słynnego Zodiaca) wysnuł Steve Hodel... syn dra Hodela: twierdzi on, że ojciec, mordując i brutalnie okaleczając Elizabeth Short (Czarną Dalię), potraktował jej ciało jako makabryczną, rzeźbiarską instalację inspirowaną właśnie sztuką Mana Raya, a konkretnie jednym dziełem. Wskazuje tu na uderzające, wizualne podobieństwo między sposobem ułożenia przeciętego ciała Elizabeth Short a słynnymi surrealistycznymi dziełami Raya, takimi jak „Minotaur” (1933) czy obraz „Lover's Hour / Lips” (1934). Według tej teorii, Sowden House był miejscem, gdzie dr Hodel próbował w chory sposób naśladować swojego idola. Jeśli chcecie popatrzeć na dzieło, jakim zdaniem Steve'a Hodela, wzorował się jego ojciec układając ciało Elizabeth Short to znajdziecie je w Moma pod tym linkiem: https://www.moma.org/collection/works/283899 To ten dom. Przerażająca hipoteza, rozwijana po latach przez syna lekarza, Steve'a Hodela głosi, że Elizabeth Short została zamordowana i potwornie okaleczona właśnie w jego piwnicach. Autorstwa Los Angeles - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=126482473 Jak to się stało, że syn oskarża ojca? Steve Hodel był wszak rodzonym synem dra George’a Hodela. Przez lata był cenionym detektywem wydziału zabójstw policji w Los Angeles (LAPD). Po śmierci ojca w 1999 roku, Steve zaczął przeglądać jego prywatne rzeczy i natrafił na album ze zdjęciami kobiet, wśród których rozpoznał Elizabeth Short – Czarną Dalię. To odkrycie uruchomiło prywatne, wieloletnie śledztwo, w którym wykorzystał swoje całe policyjne doświadczenie. Steve Hodel oskarżył swojego ojca o to, że był seryjnym mordercą i zabójcą Czarnej Dalii z kilku powodów: Wiedza medyczna i chirurgiczna precyzja: Ciało Elizabeth Short zostało przecięte na pół z rzadką, chirurgiczną precyzją (dokładnie metodą hemicorporektomii), którą dr George Hodel jako wzięty chirurg doskonale opanował. Dowody i podsłuchy LAPD: Steve dotarł do archiwalnych, zatajonych akt policji. Okazało się, że w 1950 roku LAPD założyło podsłuch w domu doktora (Sowden House). Na taśmach nagrało się, jak George Hodel mówi: „Załóżmy, że zabiłem Czarną Dalię. Teraz i tak nie potrafią tego udowodnić. Nie mogą już rozmawiać z moją sekretarką, bo ona nie żyje”. Podsłuchy te zostały nagle zdjęte, a śledztwo wyciszone. Inspiracje sztuką awangardową: Jak już wspominaliśmy przy okazji Mana Raya, przyjaciela doktora, Steve Hodel zauważył, że sposób ułożenia i okaleczenia ciała Elizabeth Short idealnie naśladował surrealistyczne, makabryczne dzieła sztuki Raya. Według syna, ojciec potraktował mord jako chory „artystyczny performans”. Zatuszowanie sprawy przez układ: Dr George Hodel obracał się w najwyższych kręgach władzy, znał wpływowych ludzi w policji i sądownictwie, a także leczył nielegalnymi aborcjami hollywoodzkie elity. Syn dowodzi, że policja doskonale wiedziała, kto stoi za zbrodnią, ale sprawa została zatuszowana z przyczyn politycznych, by chronić system przed gigantycznym skandalem. Wszystkie te dowody i analizy Steve Hodel opisał w serii głośnych książek (m.in. „Black Dahlia Avenger”), obnażając potworną prawdę o własnym ojcu. Śladami Cole’a Phelpsa: Wirtualny dreszczowiec zatuszowany przez LAPD I tu, drogi Czytelniku, po nitce trafiamy prosto do kłębka cyfrowej rozgrywki, bo to właśnie popkultura najsilniej zakorzeniła ten budynek w naszej zbiorowej wyobraźni. Nos Sherlocka nie mylił twórców kultowego hitu, czyli gry L.A. Noire z 2011 roku. Brendan McNamara, reżyser i scenarzysta gry, uczynił z Sowden House absolutne, mroczne centrum jednego z najważniejszych śledztw w historii wirtualnego kryminału – sprawy „The Quarter Moon Murders” (Morderstwa ćwierćksiężyca). Gdy jako detektyw (w grze) Cole Phelps tropisz seryjnego mordercę kobiet, który bezczelnie kopiuje potworną zbrodnię na Czarnej Dalii i bawi się z policją w kotka i myszkę, podrzucając wersy poezji Shelleya, wszystkie nitki i topograficzne zagadki Los Angeles prowadzą Cię ostatecznie w jedno miejsce. Właśnie pod te betonowe, maiatńskie bloki przy Franklin Avenue. Sowden House w grze ucieleśnia totalne zepsucie ukryte za fasadą hollywoodzkiego blichtru. To w jego murach dochodzi do dramatycznego finału, konfrontacji z potworem i... odkrycia przerażającej prawdy o systemowej korupcji na szczytach władzy LAPD. Prawdy, która z przyczyn politycznych zostaje natychmiast zamieciona pod dywan. McNamara genialnie połączył autentyczne podejrzenia wobec dr. Hodela z fikcyjną fabułą, budując opowieść o bezsilności jednostki wobec systemowego zła. A teraz, po latach, McNamara wraca na miejsce zbrodni, ale już w technologii VR i z zupełnie nową partnerką – Freyją Garbett, która to wirtualne śledztwo miała ubrać w dźwięki. Uff, dotarliśmy do muzyki, ale powiem Wam, że pisałem dotąd z zapartym tchem. Ale, ale. Żeby uświadomić sobie dlaczego inspiracją do muzyki jest gra warto przyjrzeć się liczbom. Globalny rynek gier wideo to dziś absolutny potwór, którego wartość szacuje się na grubo ponad 200 miliardów dolarów rocznie – to biznes, który finansowo dawno już zostawił w tyle przemysł filmowy i muzyczny razem wzięte. Gry wideo to współczesne, interaktywne Hollywood, gdzie budżety pojedynczych produkcji potrafią przekraczać setki milionów dolarów. Nic więc dziwnego, że przy takich nakładach twórcy nie szukają już tanich, generycznych podkładów muzycznych, ale zatrudniają genialnych kompozytorów i całe pułki instrumentalistów. Muzyka w grach przestała być tylko tłem – stała się pełnoprawną sztuką, która potrafi przyciągnąć najbardziej poszukujących artystów na świecie. Pułk z Sydney wkracza do gry: Architektura dźwięku Kiedy Brendan McNamara rzucił pomysł stworzenia ścieżki dźwiękowej do nowej gry VR o tajemnicach Sowden House, Freyja Garbett nie zamierzała ograniczać się do bezpiecznych, sprawdzonych rozwiązań. Dostała wolną rękę i budżet, który pozwolił jej na zebranie w Sydney prawdziwego instrumentalnego pułku. Mówimy tu o potężnej, hybrydowej machinie, w której zderzają się dwa zupełnie różne światy: oparty na brudnym, bezkompromisowym groove'ie funkowy kolektyw Mister Ott oraz rozbudowany, orkiestrowy zespół złożony z czołówki australijskiej sceny jazzowej i klasycznej. Sama Garbett dowodzi tą armią zza instrumentów klawiszowych, odpowiadając za kompozycję, aranżację i całą produkcję. A kogo wzięła ze sobą na ten wirtualny plan filmowy? Spójrzcie na tę listę, bo te nazwiska tworzą unikalną architekturę całego albumu: Smyczki budujące napięcie: Veronique Serret (skrzypce) oraz Freya Schack-Arnott (wiolonczela). Front dęty, który tnie powietrze jak w najlepszych kryminałach: Jayden Clark (flet), Thomas Avgenicos i Ellen Kirkwood (trąbki), Tessie Overmyer (saksofon altowy), Matthew Keegan (saksofon tenorowy, barytonowy, klarnet), Matthew Ottignon i Michael Avgenicos (saksofony tenorowe) oraz Alex Silver (puzon). Gitarowy brud i filmowa przestrzeń: Hilary Geddes oraz Ben Panucci. Klawiszowe wsparcie: Daniel Pliner (fortepian, instrumenty klawiszowe). Potężny, podwójny dół sekcji rytmicznej: Jacques Emery i Maximillian Alduca (kontrabasy) oraz David Symes (gitara basowa). Napęd i puls tej opowieści: Carlo Adura i Miles Thomas (perkusja) oraz Dominic Kirk (instrumenty perkusyjne). Cały ten skład spotkał się w Golden Retriever Studios oraz Rancom St Studios w Sydney, a nad ostatecznym brzmieniem godzinami ślęczeli realizatorzy: Richard Belkner i Simon Berkelman (za mastering odpowiada Lachlan Carrick). Efekt? Zamiast oczywistego, staroświeckiego jazzu z lat 40., który idealnie pasowałby do epoki dr. Hodela, ten pułk muzyków skręca w zupełnie nieoczywistą stronę. Zacierają granice między współczesną klasyką, kinową atmosferą a dusznym, psychodelicznym funkiem rodem z rasowych thrillerów psychologicznych lat 70. Słuchając tego, ma się wrażenie, że te wielowarstwowe harmonie i rytmiczne eksperymenty wręcz rozsadzają ściany świątyni Lloyda Wrighta w LA. Ta muzyka, choć zrodzona z kodu gry wideo, wyrosła z cyfrowych ram, zyskując autonomię. Poza ramami: Od dusznego klubu o 3 nad ranem po łódzką Aleję Włókniarzy Sama koncepcja to jednak jedno, ale – jak pisał klasyk – „odpowiednie dać rzeczy słowo” to drugie. Umówmy się: Freyja Garbett mogła pójść na łatwiznę. Mogła zanurzyć ten wielki skład w bezpiecznym, oczywistym i aksamitnym klimacie swingujących lat 40., co historycznie pasowałoby do epoki dr. Hodela jak ulał. Ale Garbett jest muzyczną intelektualistką. Postanowiła całkowicie wyskoczyć z ram – a to jest cecha, którą u artystów cenię najbardziej na świecie. Z tego samego powodu mam gigantyczny szacunek dla Czarnego Albumu Metalliki, choć prywatnie go nie lubię. Chodzi o odwagę. Ta płyta jest mroczna, piekielnie klimatyczna i – rzekłbym – głęboko jazzująca, ale w zupełnie nowoczesny sposób. Garbett kapitalnie żongluje konwencjami. Początek albumu to utwory skopiowane wprost z godziny 3 nad ranem w dusznym, zadymionym klubie w Los Angeles. Dostajemy tu rasową, funkową gitarę, miejski bit i elektronikę, która z tyłu maluje niepokojące tło. Czuć w tym wielką tajemnicę, co udowadnia, że australijska liderka potrafi genialnie myśleć muzycznym obrazem. Odwołań do świata gier jest tu zresztą mnóstwo. Taki „Tomb Entrance” to czysta, rasowa ilustracja muzyczna – jakiś bliżej nieokreślony szum w tle, niepokojący pogłos gitary, szelest talerzy. Zero klasycznej konstrukcji dźwiękowej, sam pasaż, czysty pejzaż, który ma budować ciarki na plecach gracza (i słuchacza). A potem nadchodzi przełom. Kiedy w trzecim kawałku zatytułowanym „Antonio Sanchez” nagle uderza cały dęty batalion, fani Johna Coltrane’a podskoczą z wrażenia pod samo niebo! Odnajdziecie tam ducha wczesnych lat 60., z czasów, gdy wielki lider musiał jeszcze trzymać się dość blisko nurtu sekcji, ale już rwał pęta. Z kolei gdy popłyniecie z tą muzyką dalej, traficie na „Franklin Avenue”. Co to jest za numer! Najlepiej słuchać go na pełny regulator w samochodzie, najlepiej w kabriolecie. Sprawdziłem to na własnej skórze. Kiedy ten potężny groove i sekcja dęta ryczą z głośników, rzeczywistość zaczyna się zacierać. Wierzcie mi – w takich warunkach nawet nasza łódzka Aleja Włókniarzy w ułamku sekundy zmienia się w spowitą kalifornijskim smogiem Franklin Avenue z 1947 roku, a Ty zaczynasz szukać w lusterku kapelusza i cieni dr. Hodela. Ta muzyka po prostu płynie. Ma w sobie mnóstwo kapitalnej, nośnej melodii, przez co doskonale sprawdza się jako tło – jako luksusowy wypełniacz przestrzeni. Ale spróbujcie zrobić to, co ja: usiądźcie w pokoju odsłuchowym, skupcie się tylko na niej, a zobaczycie, jak mocno potrafi przykuć uwagę. Freyja Garbett stworzyła materiał, w którym czystej, nieskrępowanej improwizacji jest mniej więcej tyle samo, ile genialnie skonstruowanych, sztywnych muzycznych architektur. I właśnie dla osób poszukujących takiego balansu, to album idealny. Zwłaszcza jeśli Wasze ucho lubi rozbudowane, bogate orkiestracje, albo jeśli – tak jak ja – wciąż podziwiacie geniusz naszego łódzkiego mistrza, Henryka Debicha, i jego legendarnej, pulsującej sekcji dętej. Australijski pułk pod wodzą Garbett gra w tej samej lidze potężnego, orkiestrowego brzmienia. Freyja Garbett: Od Berklee i fal oceanicznych do wielkiej orkiestry fot. Tom Wilkinson Kim jest kobieta, która okiełznała to architektoniczne monstrum? Freyja Garbett to instrumentalistka i kompozytorka o potężnym, akademickim i praktycznym fundamencie. Klasyczną edukację (skrzypce i fortepian) zaczęła w młodym wieku, by później zdobyć stypendium w prestiżowym Berklee College of Music w Bostonie, które ukończyła z wyróżnieniem w klasie wykonawstwa i kompozycji jazzowej. Przez pięć lat nasiąkała sceną Bostonu i Nowego Jorku. Jeśli jednak myślicie, że to kolejna nudna akademiczka, spójrzcie na jej magisterium w Sydney Conservatorium of Music. Garbett obroniła je, analizując... konwersję ruchu fal oceanicznych na dane MIDI i przetwarzając je za pomocą syntezatorów analogowych i wtyczek VST w programie Ableton Live (zresztą w tym roku wydała płytę „Music from the Waves” w ABC Jazz). W jej CV nie ma miejsca na puryzm – jako muzyk sesyjny i dyrektor muzyczny współpracowała z artystami od popu po alternatywę (m.in. Stella Donnelly, Hermitude czy Jorge Drexler), w tym roku jedzie w trasę z popowym The Veronicas, a jednocześnie wykłada jazz w konserwatoriach w Sydney i Wollongong oraz mocno działa na rzecz reprezentacji kobiet w muzyce improwizowanej. Jej producencki styl ukształtowało zlecenie od SIMA i APRA AMCOS z 2017 roku na suitę „Bulga”, gdzie uczyła się manipulować nagranymi improwizacjami dziesięcioosobowego zespołu za pomocą efektów studyjnych. Z tego eksperymentu narodził się jej septet i świetny debiut „Maya” (2019). „Sowden House” to logiczna kontynuacja tej drogi – spotkanie jazzowej edukacji, fascynacji technologią i producenckiej odwagi. „Sowden House” to przypadek, gdzie muzyka stworzona na potrzeby wirtualnego świata gier wideo rozrywa cyfrowe ramy i staje się w pełni autonomicznym, bardzo udanym moim zdaniem albumem okołojazzowym. Zamykacie oczy, otwieracie butelkę dobrego czerwonego wina i wchodzicie w ten labirynt. Warto, nawet jeśli po drodze dreszcz przejdzie Wam po plecach.
- Trzy płyty z lodu, które uratują Was przed udarem. Terje Isungset zaprasza
Mam dla was trzy mroźne płyty na gorące dni. Terje Isungset to artysta, który jak nikt inny nadaje się na dzisiejsze, mordercze upały. Podczas gdy my topimy się w czterdziestostopniowym upale, on od ćwierć wieku tworzy muzykę z lodu. I to dosłownie – rzeźbi instrumenty z zamrożonych jezior i lodowców, grając koncerty, które potrafią fizycznie stopnieć na scenie. Co najlepsze, w tym arktycznym szaleństwie ma swój potężny udział nasz człowiek, Grzech Piotrowski – jedyny saksofonista na świecie, który okiełznał saksofon wycięty z lodowej bryły. Zamiast kolejnego wiatraka, który tylko miesza gorące powietrze, czas na lodowe orzeźwienie. Ale zanim przejdziemy do konkretnych płyt, musimy zrozumieć, skąd w ogóle wziął się ten szalony pomysł. Terje zakochuje się w wodospadzie Początki tej lodowej rewolucji sięgają 1999 roku. To wtedy Festiwal Zimowy w Lillehammer zlecił Terjemu – znanemu już z nowatorskiego podejścia do jazzowej perkusji – zagranie koncertu pod zamarzniętym wodospadem. „Poczułem dźwięk spod wodospadu, a potem uderzyłem w lód” – wspomina z uśmiechem Terje. „Pomyślałem, że to takie piękne. To było jak zakochanie się. Jako perkusista możesz w zasadzie zdefiniować swój własny instrument. Może to być kubek, szkło, metal, cokolwiek. Bardzo chciałem usłyszeć dźwięk lodu i sprawdzić, czy może to otworzyć coś nowego, ponieważ nigdy wcześniej tego nie próbowano”. W 1999 roku nie było internetowych poradników ani książek o tym, jak rzeźbić instrumenty z lodu. Isungset musiał sam wymyślić całą technologię (co zajmuje czasem wiele tygodni) oraz... logistykę koncertów w pomieszczeniach. Podczas występów jego asystent wnosi i wynosi topniejące instrumenty w ściśle określonym czasie. Jeśli pójdziesz zbierać lód do Kanady, Japonii czy Norwegii, za każdym razem zabrzmi inaczej w zależności od miejsca i roku. Są lata dobre i złe – zupełnie jak z winem. „Jeśli zacznę grać na lodowym fonografie, muszę przerwać po około pięciu minutach. Jeśli instrumenty zaczynają się topić, dźwięk się zmieni i stopniowo zaniknie. Natura rządzi” – tłumaczy muzyk. Festiwal w całości z lodu i wielki ekran BBC Pasja Isungseta urosła do takich rozmiarów, że w 2006 roku założył pierwszy i jedyny na świecie Ice Music Festival w Norwegii (odbywający się w górskiej miejscowości Finse pod pełnym księżycem). Na potrzeby tego wydarzenia z lodu buduje się absolutnie wszystko – od samej sceny, przez miejsca dla publiczności, aż po instrumenty dla zaproszonych artystów z całego globu. Wszystko to trwa zaledwie chwilę, dopóki natura nie postanowi zmienić pory roku. Ta niesamowita historia i ekologiczne przesłanie Isungseta (lód staje się przecież coraz trudniej dostępny) przyciągnęły uwagę największych mediów. Stacja BBC nakręciła o nim wspaniały film dokumentalny, pokazujący kulisy tego lodowego szaleństwa: od niebezpiecznych wypraw na zamarznięte norweskie jeziora w poszukiwaniu idealnego "brzmieniowo" lodu, przez morderczą pracę rzeźbiarzy, aż po magię samego koncertu. To idealny seans na dzisiejszy dzień – gwarantujemy, że sam widok tych kadrów natychmiast obniża temperaturę w pokoju. Skoro już wiecie, z jakim lodowym radykałem mamy do czynienia, oto trzy albumy Isungseta, które wyleją na Wasz sprzęt audio kubeł lodowatej wody: 1. Igloo (2006) – Pierwszy oddech All Ice Records To od tej płyty wszystko się zaczęło. Krążek został zarejestrowany w słynnym Icehotelu w szwedzkim Jukkasjärvi. Co genialne, Isungset i towarzysząca mu wokalistka Sidsel Endresen nie użyli świeżego lodu. Wykorzystali ten zebrany rok wcześniej, ponieważ rocznik 2003 miał "ekstremalnie dobre właściwości brzmieniowe". Nagranie zrealizowano w prawdziwych igloo postawionych na zamarzniętej rzece Tårnelven. Płyta zdobyła nominację do norweskiego Grammy oraz nagrodę za najlepszą kompozycję roku od tamtejszego ZAiKS-u (TONO). Za unikalną oprawę graficzną odpowiadało Fuggi Baggi Design z Bergen. Słuchając surowego dialogu lodowej harfy (stworzonej przez Bengta Carlinga) i eterycznego głosu Sidsel, można poczuć dreszcz na plecach. 2. Beauty of Winter - Ice Music Live (2018) – Koncertowy lodofon Jeśli Igloo było kameralnym eksperymentem, to Beauty of Winter (z otwierającym, hipnotyzującym utworem Blue Horizon) pokazuje to rzemiosło w pełnej, koncertowej okazałości. Płyta rejestrowana na żywo m.in. w Norwegii, Niemczech i Rosji to popis współpracy Isungseta z wokalistką Marią Skranes. Usłyszycie tu pełen przekrój lodowego arsenału: lodowe dzwonki, trąby, rogi oraz lodofon (instrument w stylu marimby), w który Terje uderza dłońmi w grubych rękawicach, a nie pałkami. Muzyka jest niesamowicie przestrzenna i krucha. Dosłownie – bo dźwięk zmienia się w miarę, jak instrumenty zaczynają topnieć pod wpływem oddechów muzyków i oświetlenia. 3. Ice Quartet (2019) – Arktyczna orkiestra Najbardziej rozbudowane brzmieniowo wydawnictwo w zestawieniu. Isungset zaprosił do współpracy innych poszukiwaczy sonicznych, tworząc prawdziwy lodowy kwartet. Muzyka utkana z mikro-dźwięków: pękania zamrożonych brył, skrobania kryształów i głębokich, basowych pomruków uderzanego lodu rzecznego. Słuchanie tego albumu w rozgrzanym pokoju daje niesamowity, psychologiczny efekt – mózg podświadomie zaczyna tęsknić za grubym swetrem. Polski akcent w krainie lodu: Grzech Piotrowski i lodowy saksofon Na koniec zostawiamy informację, która powinna napełnić dumą każdego polskiego fana jazzu. Terje Isungset nie eksploruje tej zamarzniętej przestrzeni sam w swojej karierze. Jednym z jego kluczowych, wieloletnich współpracowników koncertowych jest świetny polski saksofonista i kompozytor – Grzech Piotrowski. Grzech Piotrowski zapisał się w historii muzyki jako jedyny człowiek na świecie, który grał na saksofonie wykonanym w 100% z lodu. Wyobraźcie sobie tę precyzję rzeźbiarską, logistyczną i przede wszystkim fizyczną barierę – grać na lodowym saksofonie, gdzie ciepło ludzkiego oddechu bezlitośnie niszczy strukturę materiału z każdym wydobytym dźwiękiem. Polak potrafi, nawet w arktycznych temperaturach. Więc zamiast narzekać na dzisiejszy upał, odpalajcie Bandcampa Isungseta, zamknijcie oczy, posłuchajcie i poczujcie dreszcz zimna na plecach w samym środku upału. 🧊 Postaw mrożoną kawę! Jeśli podczas lektury poczuliście przyjemny chłód, a Wasze głośniki jeszcze nie spłynęły wodą, możecie wesprzeć dalsze nieszablonowe poszukiwania muzyczne na łamach naszego bloga. Kliknijcie w link i postawcie nam symboliczną, lodowatą espresso na buycoffee.to/jazzda.net – każda taka "kofeina na lodzie" pomaga nam przetrwać łódzkie upały i pisać dla Was kolejne teksty!
- Michael Arbenz feat. Atom String Quartet & Florian Arbenz – J.S. Bach Suite III - A Living Organism
Jeśli na hasło „muzyka klasyczna” zaczynacie się nerwowo kręcić, chcecie czmychać, a Wasze uszy nie są przyzwyczajone do tej estetyki, błagam: zatrzymajcie się, nie uciekajcie w popłochu. Wręcz przeciwnie! Oto ratunek!Ta płyta pozwoli ów dystans do klasyki skrócić maksymalnie. Jej premiera już 3 lipca. Mamy przed sobą materiał wyjątkowy, wprawdzie niezwykle wyrafinowany, ale – i to trzeba mocno podkreślić – nie ma tu mowy o nudzie, czy popisach technicznych bez emocjonalnego lewara! W historii muzyki synteza Bacha i jazzu dorobiła się kilku kamieni milowych. Polifoniczna faktura utworów Jana Sebastiana Bacha, jego genialne sekwencje akordowe i – przede wszystkim – naturalna, motoryczna pulsacja (barokowy basso continuo działa przecież niemal jak jazzowa sekcja rytmiczna) sprawiają, że to kompozytor wręcz stworzony do jazzowych reinterpretacji. Na końcu tekstu podaję kilka przykładów albumów z przeszłości, które na tapet wzięły genialnego Jana Sebastiana, a nuż może będziecie chcieli sobie temat w jakiś weekend poeksplorować - bo jest co. A może macie jakieś inne, waszym zdaniem ciekawsze typy? Piszcie, sam chętnie posłucham. Tak czy inaczej ciekawym wielce, czy J.S. Bach Suite III - A Living Organism do nich dołączy, bo moim zdaniem ma taki potencjał. Reszta zależy od Was. Ale przejdzmy do rzeczy: Szwajcarski pianista Michael Arbenz, jego brat, perkusista Florian Arbenz oraz nasz eksportowy Atom String Quartet wzięli na warsztat III Suitę orkiestrową J.S. Bacha. Zabieg jest arcyciekawy: Arbenz tak zakręcił Bachem, że momentami jest widoczny jak ta lala, a chwilami znika zupełnie pod jazzową estetyką Choć punktem wyjścia jest barokowy mistrz, muzycy działają w stu procentach w kulturze jazzowej. W powietrzu unosi się silny, rasowy, hard-bopowy duch, zwłaszcza w partiach fortepianu. Od ambientowej ciszy po jazzowy lot Doskonałym przykładem tego, jak ten barokowy materiał ożywa, jest utwór „Respire”. To kompozycja, która bezpośrednio nawiązuje do jednego z najpopularniejszych dzieł Bacha – słynnej Arii na strunie G (znanej również jako Air), pochodzącej z II części opisywanej suity. Oryginalna kompozycja, powstająca w latach 1717–1723, swoją dzisiejszą nazwę zawdzięcza XIX-wiecznemu niemieckiemu skrzypkowi Augustowi Wilhelmiemu, który zaaranżował ją tak, by partię pierwszych skrzypiec dało się zagrać wyłącznie na najniższej strunie. W wersji sekstetu Arbenza i „Atomów” utwór zaczyna się cichutko, niczym jakiś głęboki, ambientowy kawałek. Wszystko rozwija się tu bardzo spokojnie i lirycznie, aż nagle – w okolicach drugiej minuty – wyłania się ten niepowtarzalny, melancholijny temat bachowski. Ale uwaga! Ponieważ jest to płyta stuprocentowo jazzowa, melodia za chwilę zaczyna płynąć tam, gdzie jej w baroku nigdy nie było. Robi się za to błogo i wspaniale – dostajemy całkowicie nowy utwór. Słuchając tego, ma się wrażenie, jakby sam Bach ożył, usiadł z nimi w studiu i osobiście zadyrygował tym niezwykłym sekstetem. Magia kompozycji i seifertowski klimat Dalej. Weźmy takie „Upbeat Bounce”. Toż to muzyczna perełka. Poszczególne części utworu fruną sobie niby w zupełnie własnych kierunkach, ale w ten jeden jedyny, zaczarowany, jazzowy sposób zachowują spójność. Efekt? Słuchacz zamienia się w zasłuchany do imentu słup soli. Z kolei w rytmicznym, niesamowicie energetycznym „Inner Engine” swoją łapę kładzie elektronika. Utwór łapie przez to tak genialny, seifertowski klimacik, że aż ciarki przechodzą (kurde, mam nadzieję, że panowie z ASQ nie spoliczkują mnie za to porównanie!). Fortepian, smyczki i elektronika idealnie zacierają tu granice, tworząc rasowy, elektryzujący trans. Atomowy monolit i jazda bez trzymanki O poziomie wykonawczym Polaków z Atom String Quartet właściwie nie ma co się rozpisywać, bo jest po prostu doskonały. Kiedy wychodzą na przód, to jest to pokaz czystej, wirtuozerskiej bezczelności; kiedy schodzą do tła – brzmią jak jeden, potężny, monolityczny organizm. A o samym liderze najlepiej świadczą słowa Ulricha Olshausena z Frankfurter Allgemeine Zeitung: „Michael Arbenz gra w tej samej lidze co Brad Mehldau i Jacky Terrasson – wirtuozersko i precyzyjnie pod względem technicznym (...) to intymny taniec z duchami Lenniego Tristano i Theloniousa Monka oraz z własnym umysłem…” I to słychać! Słucha się tej płyty z zapartym tchem. Ja osobiście nie mogłem się od niej oderwać, z ekscytacją czekając, co wydarzy się za kolejnym zakrętem, w następnym takcie. Wszyscy muzycy inspiracyjnie meandrują, to oddalają się od siebie, to znów zbliżają, wykręcając dźwięki w niesamowite esy-floresy. Płynnie, melodyjnie i jak diabli Poszatkowane Ciężko znaleźć jakąkolwiek szufladę dla takiego grania. Jest skocznie, rytmicznie, tematy nie wyciskają z nas siódmych potów przekombinowanymi konceptami – utwory są raczej płynne i melodyjne. Ale jednocześnie... są poszatkowane jak diabli! Nic dziwnego, w końcu spotkali się tu sami wirtuozi. J.S. Bach Suite III - A Living Organism to płyta żywa, pulsująca i cholernie wciągająca. Premiera już 3 lipca. Ja już słyszałem i Wam polecam z czystym sercem. Skład: Michael Arbenz – fortepian Florian Arbenz – perkusja Atom String Quartet (Dawid Lubowicz, Mateusz Smoczyński, Michał Zaborski, Krzysztof Lenczowski) JAZZOWE ALBUMY BACHOWSKIE 1. Jacques Loussier Trio – Play Bach (od 1959) Absolutny klasyk. Pierwszy album Play Bach No. 1 ukazał się w 1959 r., a kolejne części wychodziły przez następne dekady. To właśnie Loussier spopularyzował ideę jazzowych reinterpretacji Bacha na skalę masową. Sprzedaż liczona była w milionach egzemplarzy, co w jazzie jest ewenementem. 2. The Modern Jazz Quartet – Blues on Bach (1973) Jeden z najważniejszych albumów MJQ. Koncept płyty polega na przeplataniu utworów inspirowanych bluesem z wariacjami na tematy Bacha. „Rise Up in the Morning” faktycznie nawiązuje do chorału Wachet auf. To jeden z najbardziej eleganckich przykładów „third stream” w historii. 3. The Swingle Singers – Jazz Sébastien Bach (1963) Grammy w 1964 r. To była sensacja: ośmioosobowy zespół śpiewający fugi i preludia Bacha techniką scat, z minimalnym akompaniamentem. Album do dziś jest wzorcem wokalnej precyzji. Wydany przez Philips, wielokrotnie wznawiany. 4. Brad Mehldau – After Bach (2018) Jeden z najbardziej intelektualnych projektów Mehldaua. Album ukazał się w Nonesuch Records. Koncepcja: oryginalne preludia i fugi z WTC przeplatane improwizowanymi „odpowiedziami” Mehldaua. To nie jest „jazzowanie Bacha”, tylko głęboka analiza jego języka harmonicznego. 5. Andrzej Jagodziński Trio – Bach (2020) Po sukcesach z Chopinem trio Jagodzińskiego nagrało album z interpretacjami Bacha. Wydawnictwo ukazało się nakładem Polskiego Radia. Aria na strunie G, Badinerie, koncerty – wszystko w charakterystycznym, mocnym mainstreamowym idiomie tria. 6. Uri Caine – Goldberg Variations (2000) Najbardziej radykalna, postmodernistyczna dekonstrukcja Bacha w historii jazzu. Caine łączy tu jazz, elektronikę, klezmer, drum’n’bass, muzykę współczesną i barokową. To album, który wywołał skandal wśród purystów i zachwyt u krytyków. 7. Dan Tepfer – Goldberg Variations / Variations (2011) Pianista-improwizator gra wszystkie wariacje Bacha w oryginale, a po każdej dodaje własną improwizowaną odpowiedź. Projekt intelektualny, ale pełen emocji — często stawiany obok Mehldaua jako współczesny kanon. 8. The Jacques Loussier Trio – The Brandenburgs (2006) Loussier wraca do Bacha po latach i bierze na warsztat Koncerty brandenburskie. Brzmienie jest bardziej nowoczesne, selektywne, z potężnym groove’em i świetną produkcją. 9. The Swingle Singers – Anyone for Mozart, Bach, Handel, Vivaldi? (1964) Kontynuacja ich słynnego stylu scatowego, ale z większym rozmachem. To album, który ugruntował ich pozycję jako absolutnych mistrzów wokalnej reinterpretacji baroku. Jego oryginalny, oficjalny tytuł to po prostu Going Baroque (w USA wydany właśnie z podtytułem Anyone for Mozart, Bach, Handel, Vivaldi?). 10. Jacques Loussier – Bach to Bach (1997) Album jubileuszowy, nagrany z okazji 40-lecia projektu Play Bach. Loussier gra dojrzalej, bardziej minimalistycznie, z większym naciskiem na groove niż na swing. 11. The New Swingle Singers – Bach Hits Back (1986) Nowa odsłona zespołu, bardziej pop-jazzowa, ale wciąż oparta na bachowskiej precyzji. Świetne, lekkie, bardzo muzykalne. 12. Eddie Daniels – Bach to the Future (1987) Klarnecista i saksofonista Eddie Daniels bierze na warsztat Bacha w formie jazzowych wariacji. Brzmienie bardziej mainstreamowe, ale z ogromną wirtuozerią. Stylistycznie to potężna dawka wirtuozerii, momentami ocierająca się o fusion tamtych lat. 13. The Jacques Loussier Trio – Bach: The Brandenburg Concertos (2002, live) Koncertowe, energetyczne, z kapitalną dynamiką. Dla wielu fanów — najlepsze nagranie Loussiera z późnego okresu. 14. The Swingle Singers – Keyboard Classics (1968) Nie tylko Bach, ale sporo jego materiału. To album, który pokazuje, jak daleko można pójść w wokalnej imitacji instrumentów. Makoto Ozone – Bach: Goldberg Variations (2010) Jazzowy pianista gra Wariacje Goldberga z elementami improwizacji — projekt bardzo ceniony, choć nie stricte jazzowy.
- Dr Zolo Trickster Music: Sowizdrzalski jazz, który skacze do gardła
„Na co czekasz, otwórz to pudełko, puść na pełny regulator i szalej, szalej bez końca” – mówią te oczy. Te czarne, komiksowe ślepia wyrysowane na hipnotyzującym, wściekle czerwonym tle dosłownie wbijają się w człowieka. Świdrują wzrokiem, prowokują. To jedna z najlepszych okładek płyt ever, jakie kiedykolwiek widziałem. I aż chce się wcisnąć start. Szanowni Państwo, przed Wami płyta, która zamiast grzecznie pukać do drzwi, wyważa je razem z futryną – album "Trickster Music" warszawskiego tria Dr Zolo. To czysta, bezkompromisowa ekstaza. Sam nazywam taką jazdę jazzem sowizdrzalskim – pełnym buntu, przekory, ostrego punkowego nerwu i rockowego brudu, skąpanego w awangardowej elektronice. Co najważniejsze: to brzmienie jest absolutnie jedyne w swoim rodzaju i rozpoznawalne już od pierwszej sekundy. Od złośliwego łotra do totalnej wolności Nazwa formacji to bezpośredni ukłon w stronę popkultury – pułkownika Zolo, głównego złoczyńcy z kultowego filmu przygodowego Miłość, Szmaragd i Krokodyl (Romancing the Stone). I ta muzyczna opowieść faktycznie brzmi jak soundtrack do zwariowanego kryminału albo filmu akcji, w którym prym wiodą uroczy łotrzykowie w stylu Gangu Olsena, Różowej Pantery czy Szpiega z Krainy Deszczowców. U zarania projektu, który narodził się w 2023 roku z inicjatywy Maćka Dymka, leżał głód totalnej artystycznej swobody. Choć edukacja Dymka była osadzona w tradycji fortepianu klasycznego, od zawsze ciągnęło go do rocka, metalu czy folku. Pierwszym krokiem do wyrażenia siebie bez kompromisów było skomponowanie trzech utworów odwołujących się do freudowskiej triady osobowości: Ego, Superego i Id. Do współpracy zaprosił Pawła Kowalskiego, z którym doskonale znał się z formacji Administratorr Electro. Co niezwykle ciekawe, tam role były odwrócone – to Maciek siedział za garami, a Paweł obsługiwał elektronikę. W Dr Zolo postanowili przewietrzyć swoje nawyki i zamienić się miejscami: Dymek wrócił do instrumentów klawiszowych, na których wyrósł, a Kowalski przejął bębny. Ten buntowniczy gest odwrócenia klasycznych funkcji ustawia całe DNA zespołu – zero rutyny, wolność i maksimum ryzyka. Duch Doorsów i potęga analogu Poszukiwania brzmienia idealnego trwały chwilę. Po solowych doświadczeniach w projekcie Volarek, Dymek wiedział jedno: modularna elektronika bez presetów, wymagająca aptekarskiej precyzji w kręceniu gałkami, zabija sceniczną spontaniczność. Zainspirowany patentem Raya Manzarka z The Doors (który lewą ręką pędził bas, a prawą tkał melodie), Maciej zbudował własne monstrum: Lewa ręka: basowy fundament z potężnego syntezatora Moog. Prawa ręka: vintage'owe plamy z Mellotronu oraz elektryczne pianino przepuszczone przez delays, phasery i siarczyste przestery. Początkowo jako duet wydali w 2024 roku surową EP-kę Ex Machina. Jednak formule „dwóch ludzi, dwa instrumenty” brakowało trzeciego wymiaru. Po eksperymentach z różnymi instrumentami (w grę wchodziła nawet tuba!), na próbie pojawił się saksofonista Bartosz Smorągiewicz. To był strzał w dziesiątkę. Smorągiewicz wniósł do składu jazzową elastyczność i chęć do eksperymentów z efektami dźwiękowymi. Ich wspólny ogień na Jazz Jamboree pod koniec 2024 roku przypieczętował narodziny pełnoprawnego tria. Od techno-transu po weselne ska na sterydach W tym graniu jest absolutnie wszystko. Dr Zolo idealnie wpisuje się w supermodny dziś, „londyński” nurt brudnego, repetytywnego jazzu, który stawia na hipnotyczny rytm. Do tej muzyki można, a wręcz trzeba tańczyć! Posłuchajcie choćby utworu „Blady szczur” – to jeden ze spokojniejszych numerów na krążku, a jednak pulsuje tak motorycznie, że ciało samo rwie się do ruchu. Krążek otwiera wspomniane już szaleństwo w postaci „Red Husky”. Od samego początku unosi się tu potężny duch lat 70., sekcja dęta bezczelnie pcha się w uszy, a zespół z całych sił tłucze słuchacza po głowie całym dostępnym arsenałem instrumentalnym. Chwilę później, w intro do utworu „Traktor”, dostajemy rasowe, gęste techno – jestem bez pamięci zakochany w tym otwarciu! A skoro o maszynach mowa... Uważam, że każdy, absolutnie każdy pracownik w Polsce powinien rano, zaraz po odpaleniu komputera lub wejściu na halę, puścić sobie utwór „Poranny ZPRDL”. Serio. Dzięki tej petardzie codzienna egzystencja za biurkiem czy na stanowisku z miejsca stałaby się żywsza, energiczniejsza, chwacka i gracka. Kto wie, może przy takim tempie niejeden rodak autentycznie polubiłby w końcu swoje zajęcie? Z kolei w takim kawałku jak „Huculski” chłopaki serwują nam punk-jazz najwyższej próby. Słychać tu echa stylistyki Benjamina Hermana, ale – nie oszukujmy się – warszawiacy są w tym o wiele bardziej przekonujący, dzicy i bezkompromisowi. Momentami ta płyta ma w sobie tak nieokiełznaną energię, że można się poczuć jak na weselu wybitnego, ale skrajnie niespełnionego muzyka ska. Chaos kontrolowany w wersji deluxe. APEL JAZZDY.net KUPUJCIE PŁYTY - NIE ZOSTAWIAJCIE ARTYSTÓW NA PASTWĘ STRIMINGÓW Sto procent żywego mięsa W 2025 roku przyszedł czas na rejestrację tego materiału. Żadnego pójścia na łatwiznę, żadnego komputerowego czyszczenia. Płytę "Trickster Music" nagrano „na setkę” w małym, ciasnym pomieszczeniu. Efekt? Brzmienie jest nieprawdopodobnie organiczne, wręcz fizyczne. Mikrofony saksofonu zbierały drgania bębnów i klawiszy, dzięki czemu całość pulsuje jednym, wspólnym krwioobiegiem. To muzyka skrajności – z jednej strony dostajemy tu ciężkie, walcowate riffy, które mogłoby podpisać samo Black Sabbath, z drugiej – totalną, improwizacyjną bezkompromisowość godną Johna Zorna. Tytułowy Trickster to archetypowy oszust, bóstwo chaosu i inteligencji, które wymyka się wszelkim ramom. I taki jest ten album: nieprzewidywalny, emocjonalny i cholernie oryginalny. Otwórzcie to, puśćcie głośno i oszalejcie. Dr Zolo właśnie zdefiniował na nowo, czym może być współczesny jazz-rockowy obłęd! Podobał Ci się ten tekst? Jeśli moje recenzje i sowizdrzalskie tropy pomagają Ci odkrywać tak genialną muzykę, możesz postawić mi wirtualną kawę! Każde wsparcie pozwala utrzymać niezależność Jazzda.net i daje kofeinowego kopa do pisania kolejnych tekstów z pazurem. Postaw kawę dla Jazzda.net
- Pierze lecą z grantu, czyli Emily Kuhn Quintet – Feathered Things
Dmuchania w trąbkę uczyła się od nie byle kogo, bo podglądała mistrzów formatu Eddiego Hendersona czy Seana Jonesa. Co ciekawe, z tym pierwszym łączy ją coś więcej niż tylko jazzowa fraza i miłość do brzmienia trąbki. Henderson to przecież czynny, wzięty psychiatra z dyplomem medycyny; Emily Kuhn również nie postawiła wszystkiego na jedną kartę i zdobyła drugi, rzadko spotykany w tym środowisku fach. Równolegle z klasą trąbki na prestiżowym Oberlin ukończyła bowiem Environmental Studies (studia środowiskowe) – interdyscyplinarny kierunek łączący ekologię, nauki o Ziemi i politykę społeczną, badający relacje człowieka z naturą. Ten nietypowy background czuć zresztą w jej muzyce, która aż pulsuje organiczną wrażliwością. Nic dziwnego, że jej najnowszy album, „Feathered Things” (premiera 24 lipca 2026 roku nakładem Desafío Candente Records), zrodził się w głębi zasypanych śniegiem lasów Michigan. Chicagowska trębaczka, kompozytorka i edukatorka Emily Kuhn powraca z nowym albumem swojego kwintetu. Krążek „Feathered Things” ukaże się 24 lipca 2026 roku nakładem Desafío Candente Records. To bezpośrednia kontynuacja docenionego albumu „Ghosts of Us” (2023), o którym Matt Collar z AllMusic pisał, że przynosi „rodzaj lirycznego, przestrzennego jazzu, który wciąga słuchacza głęboko w swoją atmosferę przypominającą kokon”. Tym razem artystka wraz z zespołem odważniej wkracza jednak na nowe terytoria brzmieniowe. Photos by Alvin Cobb Jr Materiał powstał w specyficznych okolicznościach – Kuhn napisała osiem kompozycji podczas zimowej rezydencji artystycznej w Ox-Bow School of Art, zaszytej w lasach stanu Michigan. Surowy, śnieżny krajobraz mocno odcisnął się na klimacie płyty. Przewijające się w tytułach motywy lotu, piór, ognia i śniegu służą tu za pretekst do intymnej opowieści o nadziei, odporności i stracie. Muzycznie album zachowuje przestrzenny i dość liryczny charakter, z którego liderka jest znana, ale przynosi też sporo nowości. Pojawiają się tu śmielsze eksperymenty z fakturą dźwiękową, elektronika, a nawet wokal w utworze "Icarus". Słychać też wyraźne, zakorzenione w dzieciństwie Kuhn inspiracje muzyką folkową – od tradycji appalaskich po motywy klezmerskie – splecione ze współczesnymi wpływami w duchu Brada Mehldaua czy Briana Blade’a. Icarus - jedyny utwór z wokalizą na płycie Sercem płyty jest pięcioczęściowa suita. Znajdziemy w niej zarówno modlitewne, podszyte klezmerską nutą „For Those Left Behind”, jak i dynamiczne, oparte na nieregularnym metrum „Wingspan”. Całość spina hymnowe „Gratitude” – utwór zrodzony z wdzięczności za możliwość tworzenia sztuki w trudnych czasach. To zresztą przepiękny temat, bardzo ładnie zbudowany kawałek - warto mu poświęcić nieco więcej uwagi. Trąbka Kuhn nie pcha się w przód, jej dźwięki unoszą się wprawdzie nad albumem i to ona jest niewątpliwie liderką, ale ona się idealnie wpina w całość. Fajny, bujający, a jednocześnie powichrowany album - pani Kuhn szuka rozwiązań dźwiękowych, skręca to u to tam - w żadnym razie nie tworzy przewidywalnych struktur dźwiękowych, a jednak lubi melodie i to słuchać. Czuje się też na tej płycie oddech natury, jej bliskość. Wielkim atutem albumu jest zgranie samego kwintetu. Meghan Stagl (fortepian, wokal), Erik Skov (gitara), Kitt Lyles (bas) i Gustavo Cortiñas (perkusja) to muzycy, którzy na chicagowskiej scenie współtworzą wspólny język od ponad dekady. Materiał zarejestrowano tuż po wspólnej trasie koncertowej, co doskonale słychać w swobodzie, z jaką zespół podejmuje improwizacyjne ryzyko. Kim jest Emily Kuhn? Pochodząca z Charlottesville w stanie Wirginia, a obecnie stacjonująca w Chicago Emily Kuhn to jedna z ciekawszych postaci tamtejszej sceny – dynamiczna liderka, ceniona sidewoman i pedagożka. „Feathered Things” będzie jej trzecim autorskim wydawnictwem, po pełnoorkiestrowym debiucie „Sky Stories” (2020) oraz wspomnianym „Ghosts of Us” (2023). Na co dzień Kuhn prowadzi dwa autorskie projekty: jazzowy kwintet oraz kameralny zespół Helios. Swoją muzykę prezentowała na licznych festiwalach, m.in. Champaign Urbana Jazz Festival (gdzie jej zespół otwierał koncert Herbiego Hancocka), Ravinia Festival, Stanford Jazz Festival czy Festival of New Trumpet Music. Jej działalność kompozytorska i wykonawcza była wielokrotnie nagradzana przez instytucje takie jak South Arts, Illinois Arts Council czy Luminarts Cultural Foundation. Jako rozchwytywana sidewoman Emily Kuhn regularnie zasila składy chicagowskiej sceny jazzowej i latynoskiej (gra m.in. w fuzji Son Monarcas, Real Talk Collective Kitta Lylesa czy Liminality Erika Skova). Jest również absolwentką prestiżowego Oberlin, gdzie studiowała grę na trąbce jazzowej (pod okiem takich mistrzów jak Eddie Henderson czy Sean Jones) oraz studia środowiskowe (Environmental Studies), co rzuca ciekawe światło na jej silną muzyczną więź z naturą. Album „Feathered Things” został nagrany przez Andy'ego Shoemakera w grudniu 2024 roku w studiu Rax Trax Recording w Chicago. Dodatkowe efekty nagrał i zmontował Kitt Lyles w marcu 2025 roku w Saluda Records. Za miks odpowiada Andy Shoemaker (Rax Trax), natomiast mastering wykonał Anthony Gravino w High Cross Sound. Autorem pięknej okładki i projektu graficznego albumu jest Marine Tempels Black. Nagranie zostało sfinansowane z grantu Illinois Arts Council Agency. Emily Kuhn skomponowała muzykę podczas rezydencji w Ox-Bow School of Art, sponsorowanej przez Luminarts Cultural Foundation. Podobał Ci się ten tekst? Dorzuć się do naszej jazzowej kofeinoterapii! Prowadzenie portalu o muzyce niszowej wymaga sporo energii (i hektolitrów dobrej kawy). Jeśli doceniasz naszą pracę, niezależne recenzje i wyłapywanie takich perełek z Chicago, możesz postawić nam wirtualną kawę. Każde wsparcie pomaga nam utrzymać Jazzda.net na właściwych obrotach! 👉 Postaw kawę na buycoffee.to/jazzda.net
- Zakochani w melodii. The Vampires na nowo definiują przestrzeń na „Skydancer”
The Vampires grają ze sobą od 20 lat, ale umykają kwiatom, benefisom, uściskom dłoni, buźkom, apanażom i „projekcikom”. Zamiast tego wypuszczają po prostu bardzo melodyjną płytę, pełną świetnie ustrukturyzowanych utworów. Przewiduję zachwyty całej prasy i polskiej i tej zagranicznej, i tej jazzowej i tej newsowej - czyli jak zawsze, bo media ich kochają. I słusznie. „Skydancer” (wydany nakładem Earshift Music) to z jednej strony powrót do korzeni, z drugiej zaś – odważny krok w stronę muzyki o ogromnej przestrzeni i niemal filmowym rozmachu. Kim są Wampiry? Nie wierzę, normalnie nie wierzę, że są tu ludzie, którzy nie znają The Vampires, ale jeśli już są, to dla nich krótko o fenomenalnych chłopakach z dalekich antypodów. To absolutna ekstraklasa australijskiego jazzu i ekipa z prestiżową nagrodą ARIA na koncie. Trzon zespołu od samego początku tworzy czterech muszkieterów, którzy znają się jak łyse konie: Jeremy Rose (saksofon, kompozycje), Nick Garbett (trąbka), Noel Mason (bas) oraz Alex Masso (perkusja). Przez dwie dekady wyrobili sobie markę formacji, która bierze tradycyjne granie i bezczelnie miksuje je z hipnotycznymi groove’ami, wykraczając daleko poza sztywne ramy gatunkowe. Na świecie zachwycają się nimi wszyscy – od brytyjskiego „The Guardian”, przez „The Australian”, aż po legendarny magazyn „DownBeat”. Chłopaki regularnie grają na najważniejszych festiwalach (od brytyjskiego A Love Supreme po niemiecki Enjoy Jazz) i uwielbiają studyjne romanse z absolutnymi geniuszami. Na rozkładzie mają już wspólne projekty z gitarzystą Lionelem Loueke, puzonistką Shannon Barnett czy Dave'em Rodriguezem z Godtet. No i oczywiście z Chrisem Abrahamsem, co zresztą mocno zaważyło na ich obecnym brzmieniu. Podprogowy wpływ The Necks Żeby w pełni zrozumieć architekturę „Skydancer”, trzeba cofnąć się na chwilę do poprzedniej, obsypanej nagrodami płyty „Nightjar” (2023), nagranej wspólnie z Chrisem Abrahamsem z kultowej formacji The Necks. Tamten album był uosobieniem psychodelicznej, leniwej immersji. Oni sami, czyli nasze Wampisy, wracają tu do kolesiowskiego, czystego grania w kwartecie, ale spakowany pianista zostawił w studiu swój specyficzny, hipnotyczny wirus. Zespół niby radzi sobie sam, ale pod skórą, w tych wszystkich dronach, zapętleniach i powolnym dawkowaniu emocji, ewidentnie pulsuje podprogowy wpływ The Necks. Odrzucili zewnętrznego demiurga, ale lekcję z tamtej współpracy odrobili na piątkę z plusem. Gangsta bas, duch Stańki i ucieczka z tego świata Przejdźmy przez te ścieżki na szybko, bo ta płyta to niesamowita podróż. Otwierające „Asiago” zbudowane jest na prostym, hipnotycznym rytmie, wokół którego snuje się taki rasowy, niemal gangsta bas, a nad tym wszystkim swobodnie fruwa saksofon. Zupełnie inny, radosny klimat przynosi drugi na liście „Unfinished Dream”, gdzie bezapelacyjnie rządzą sekcje trąb. Z kolei utwór z rozpaczą w tytule („Desperations”) niesiony jest przez kapitalny, reggae'ujący rytm i przepiękne, wręcz boleśnie nostalgiczne melodie. Och, jakie to jest ładne! Mówię Wam, można zamknąć oczy i rzucić się w gorączkową ucieczkę z tego świata. Trochę więcej klasycznego, „jazzowego jazzu” przynosi dopiero „Pan Gadabout”, ale zaraz potem Wampirki zabierają nas na południowe wybrzeże i – do diaska! – nagle jesteś tam, słuchaczu. Siedzisz nad oceanem po uszy w „South Coast Noir”, słuchając zwariowanej, a jednocześnie przejmująco smutnej trąbki, w której ewidentnie budzi się duch naszego mistrza, Tomasza Stańki. Coś wspaniałego. Uporządkowana zabawa formą Można by tak opowiadać o każdym z jedenastu utworów, bo na tym albumie po prostu nie ma słabych punktów. Konstrukcyjnie dostajemy tu dużo struktury, a mniej czystej improwizacji. Jest sporo repetycji, choć do totalnej, transowej powtarzalności The Necks wciąż im daleko. Kurde, w 20. roku działalności, po tylu wydanych płytach, ci faceci wciąż potrafią i chcą bawić się formą. Przy czym – i to warto zaznaczyć – ta forma jest mocno uporządkowana, a przez to, no cóż, dość przewidywalna. Mnie osobiście strasznie się to podoba, choć ortodoksyjni fani, którzy uwielbiają szalone, nieskrępowane klimaty z ich dawnego, wspaniałego utworu „Happy Vamping”, mogą być tym razem lekko rozczarowani. Dla całej reszty „Skydancer” to absolutny musisz-to-mieć. Wampiry wciąż gryzą, ale dzisiaj z klasą. Podobał Ci się ten tekst? Wampiry wciąż gryzą, ale autor pisze tylko wtedy, kiedy ma dobre paliwo. Jeśli chcesz wesprzeć niezależne pisanie o jazzie bez kija w tyłku, postaw mi symboliczną, mocną czarną kawę! ☕ Wpadaj na 👉 buycoffee.to/jazzda.net
- Soniczny sekstet czerwcowego bezruchu: Nebbia i Halvorson/Akinmusire
Czytałem w czerwcową noc ramotę Jana Dobraczyńskiego „Wyczerpać morze”. Powieść duszna jak gorąca noc, bredniowata, zwyczajnie kiepska, drewniana, ale ja z kolei mam słabość do kiepskich książek sprzed lat (ta akurat powstała w samym środku zimnej wojny, w 1961 roku, opowiada o europejskiej apokalipsie, którą wywołuje francuska próba z ła dunkiem jądrowym na Saharze). Pomyślałem: włączę sobie jakąś jazzową nowość. Odpaliłem najpierw duet, potem kwartet, aż wreszcie wszystko to zlało mi się w jedno i wyszedł z tego świetny sekstet. Co to było? Camila Nebbia ze swoim polifonicznym składem na „Freefalling Latitude” oraz absolutni mistrzowie współczesnej sceny, Mary Halvorson i Ambrose Akinmusire, wydali swoje albumy niemal w tym samym czasie. I choć geometrycznie to zupełnie inne układy sił, u podstaw obu tych nagrań leży to samo doświadczenie: muzyka jako niestabilna, gęsta pogoda; dźwięk, który nie zajmuje bezpiecznego miejsca na mapie, ale nieustannie drży i szuka ujścia. Przecinanie osi: kwartet w swobodnym spadaniu W tym składzie Camila Nebbia (saksofon) i Gon Muruaga (gitara elektryczna) pracują ramię w ramię z fińską sekcją: Jonathanem Bäckströmem na kontrabasie i Teemu Mustonenem na perkusji. ich najnowszy improwizowany album pt „Freefalling Latitude” brzmi jak zapis spotkania czterech muzyków, którzy nie próbują ustalić wspólnego języka — raczej sprawdzają, jak daleko mogą się od siebie oddalić, zanim muzyka zacznie się rozpadać. Najbardziej wyraźny jest tu Muruaga. Argentyńczyk gra tak, jakby testował wytrzymałość instrumentu: preparuje brzmienie, używa mikrotonów, unika klasycznych funkcji gitary. W praktyce to on wyznacza kierunek, a reszta reaguje na jego decyzje. Nebbia odpowiada tonem surowym, często bardziej cielesnym niż „jazzowym”, co tworzy linię napięcia między nimi. Fińska sekcja trzyma dystans. Bäckström gra oszczędnie, często na granicy ciszy, Mustonen operuje krótkimi impulsami zamiast regularnego pulsu. W efekcie muzyka nie płynie — raczej ociera się o siebie, jakby każdy element miał własną trajektorię. To granie bez zabezpieczeń, bardziej dokument niż manifest. Słychać w nim temperaturę spotkania, nie próbę budowania „wielkiej narracji”. I to działa, bo w tej surowości jest prawda o tym, jak wygląda improwizacja, kiedy nikt nie próbuje jej wygładzać. Redukcja do esencji W duecie Mary Halvorson i Ambrose Akinmusire na płycie pt. "Slo-Mo Neon Luminate Hoveringsnie" ma sekcji rytmicznej. Oboje pracują na dużej przestrzeni i na precyzyjnych decyzjach, które bardziej przypominają rozmowę niż klasyczną formę utworu., choć czasami - jak to w improwizacjach gadają dwoma różnymi językami. Powiem wam, że duet trąbka - gitara brzmi mi wciąż dziwnie, ale jest w nim moc. Halvorson buduje swój materiał z opóźnień, załamań dźwięku i rozciągniętych akordów. Jej gitara często pełni funkcję kilku instrumentów naraz, ale nie po to, by „zastąpić zespół” — raczej po to, by stworzyć środowisko, w którym można się poruszać. Akinmusire wchodzi w tę przestrzeń ostrożnie. Jego trąbka operuje krótkimi frazami, czasem ledwo słyszalnymi, czasem bardziej stanowczymi, ale zawsze reaguje na to, co robi gitara. Kurde nie należę do grona jego apologetów, ale tą płyta powiesił poprzeczkę wysoko. Forma jest otwarta. Melodie pojawiają się i znikają, jakby były próbami, szkicami, a nie gotowymi liniami. Zmiany kierunku są nagłe, ale nie chaotyczne — wynikają z uważnego słuchania siebie nawzajem. Efekt nie jest „antyorkiestrowy”, gęsty w inny sposób: z dwóch głosów robi się sieć zależności, w której każdy ruch ma znaczenie. Muzyka skupia się na szczegółach i na tym, jak dźwięki pracują w czasie. Trochę jak rzeźba. Dlaczego to jeden sekstet? Te dwa albumy przeglądają się w sobie jak w lustrze. Gdyby połączyć te składy, gitary Muruagi i Halvorson nie walczyłyby ze sobą – stworzyłyby awangardowy organizm generujący soniczne wyładowania. Trąbka Akinmusire i saksofon Nebbii pisałyby linie pełne nieustraszonej, dojrzałej oryginalności, a fińska sekcja rytmiczna dawałaby im wszystkim organiczny, pulsacyjny grunt pod nogami. I wiecie co? Zdecydowanie uwielbiam to, co na tych płytach robią te dwie babeczki. Mary Halvorson jest o niebiosa ciekawsza od kręcącego się od lat w kółko, nieznajdującego już nic nowego i potwornie przewidywalnego nudziarza Billa Frisella. Jej gitara drażni, szarpie i elektryzuje. No i przede wszystkim Nebbia – czysta pasja i bezkompromisowy ogień. Kocham cię, kobieto z saksofonem! Obie wnoszą do tej muzyki potężny, ożywczy ferment, którego współczesny jazz potrzebuje jak tlenu. Zasnąłem
- Manuel Hermia / Théo Zipper / Diogo Alexandre – Common Ipseity (2026)
Kiedy doświadczony wyjadacz i teoretyk modalnych fuzji spotyka na swojej drodze bezkompromisową młodą krew, efekt zwykle bywa loterią. Albo rutyna zgniecie świeżość, albo młodość rozsadzi ramy. „Common Ipseity” idzie jednak w zupełnie inną stronę — to dowód, jak potężną siłą potrafi być absolutne, głębokie słuchanie siebie nawzajem. Nie „granie razem”, ale wspólne oddychanie dźwiękiem. To premierowe, studyjne zderzenie Manuela Hermii — jednego z filarów współczesnego belgijskiego jazzu — z dwoma artystami nowej fali: francuskim basistą Théo Zipperem i portugalskim perkusistą Diogo Alexandre’em. Spotkanie bez prób, bez szkiców, bez asekuracji. Sto procent czystej improwizacji, wydanej jako drugi odcinek bezkompromisowej serii ONE NIGHT STAND (Igloo Records / Collectif Thöz). Na styku poezji i hałasu Brzmienie tego trio to zaprzeczenie ugrzecznionego, akademickiego jazzu, który zbyt często próbuje imitować życie zamiast nim pulsować. Tutaj krew krąży od pierwszych sekund. Język dźwiękowy, jaki wypracowali Hermia, Zipper i Alexandre, to hybryda estetyk, w której nie ma miejsca na kalkulację ani na „bezpieczne” rozwiązania. Sekcja rytmiczna nie zamierza być tłem. Zipper wyciska z basu brud, przester i gęste, niemal industrialne plamy dźwiękowe. Alexandre rozbija rytm na odłamki, popycha trio do przodu, szuka nowych faktur, nowych pęknięć, nowych sposobów na rozszczelnienie formy. To fundament, który bardziej mieli niż prowadzi. Nad tym kontrolowanym chaosem unosi się wolność free jazzu i intymna, poetycka wrażliwość Hermii. Jego saksofon i flety nie walczą z noise’ową ścianą — one ją przecinają, rozszczepiają, rozświetlają. Przejścia od metalicznych kulminacji do szeptanych fraz nadają tej muzyce filmową dramaturgię, w której napięcie nie wynika z głośności, lecz z decyzji. Chwila, która wbija w fotel Jest na tej płycie moment, w którym Hermia przechodzi z rozedrganego, niemal krzyczącego saksofonu do pojedynczego, długiego tonu na flecie. W tle Zipper mieli bas jak turbina, a Alexandre gra na talerzach tak, jakby próbował rozsypać czas na kawałki. I nagle — wszystko się otwiera. Jakby ktoś uchylił drzwi do innego wymiaru. To ta chwila, w której improwizacja przestaje być muzyką, a staje się doświadczeniem fizycznym. Czysta tożsamość Tytułowe „Ipseity” — filozoficzna jaźń, samorodna tożsamość — tutaj nabiera bardzo konkretnego znaczenia. Trójka instrumentalistów, rezygnując z kompozytorskich ram, stworzyła jedno, wspólne „ja”. Nie zespół. Organizm. Ale posłuchajcie: to nie jest płyta do porannej kawy. To raczej muzyka, która wymaga skupienia, ale w zamian daje dostęp do procesu twórczego w stanie surowym, nieprzefiltrowanym. Owszem, jest w niej mrok, ale nie wyreżyserowany, teatralny — raczej prawdziwy, egzystencjalny. Taki, który nie straszy, tylko kusi, by zajrzeć pod powierzchnię. Dla tych, którzy nie boją się ryzyka „Common Ipseity” nie jest free jazzem „dla zasady”. To wolność z własną logiką, która odsłania się dopiero wtedy, gdy wejdziesz w ten świat na serio. Jeśli więc w muzyce szukasz komfortu i ładnych rozwiązań — odpuść. Ale jeśli chcesz usłyszeć, jak brzmi spotkanie trzech artystów, którzy nie mają nic do udowodnienia, a wszystko do powiedzenia, to właśnie znalazłeś właściwy adres. To płyta, która nie prosi o uwagę. Ona ją wymusza. MUZYCY Manuel Hermia – saksofony, flety Belgijski saksofonista, kompozytor i teoretyk, jedna z kluczowych postaci współczesnego europejskiego jazzu. Znany z free‑jazzowego trio z Sylvainem Darrifourcqiem i Valentinem Ceccaldim oraz z autorskiej koncepcji Rajazz, łączącej jazz z modalnością i tradycjami muzyki Wschodu. Jego gra to połączenie liryczności, etnicznej głębi i bezkompromisowej ekspresji. Théo Zipper – gitara basowa Francuski basista elektryczny i kompozytor, jedna z centralnych postaci brukselskiego Collectif Thöz. Jego brzmienie wyrasta z rocka, noise’u i muzyki eksperymentalnej — Zipper traktuje bas jak generator tekstur, a nie instrument sekcyjny. Odpowiada za surowy, gęsty, momentami industrialny fundament zespołu. Diogo Alexandre – perkusja Portugalski perkusista rezydujący w Brukseli, jedna z najciekawszych nowych twarzy europejskiej sceny improwizowanej. Laureat m.in. wyróżnienia Revelation Musician w Portugalii. Znany z dynamicznej, sonorystycznej gry i umiejętności „popychania” zespołu w nieoczekiwane kierunki — jego perkusja to nie rytm, lecz narracja. ☕ Lubisz Jazzdę? Wspieraj rozwój bloga i pomóż mi docierać do kolejnych genialnych, niszowych wydawnictw. Każdą wirtualną kawę zamieniam na nową dawkę bezkompromisowych recenzji: buycoffee.to/jazzda.net











