
Znaleziono 164 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Alain Métrailler Heights Prospection
Siema Dżesika, słońce moje za kratami! Piszę do Ciebie szybko, bo zaraz gaszą światło, a ten pajac wychowawca znowu mi ciśnienie podnosi. Kurna, Dżesi, typ myśli, że jak skończył studia i nosi klucze, to się na kulturze zna. Wciska mi jakieś Petrusy, jakieś smęty dla starych bab, jakby nie kumał, że Brajan nie słucha byle czego. Powiedziałem mu prosto w ten jego urzędniczy pysk: „Panie władzo, pan to się znasz na muzyce jak świnia na gwiazdach, teraz wjeżdża konkret, szwajcarska szkoła, a nie te pana popierdółki”. Słuchaj, Dżesi, bo sprawa jest gruba. Wyszła właśnie płyta, na którą czekałem bardziej niż na widzenie. Alain Métrailler – zapamiętaj to nazwisko, bo to jest gość, co dmucha w rurę (saksofonista, nie myśl sobie nic!) tak, że aż w celach tynk odpada. Album nazywa się „Heights Prospection”, wydany 13 marca 2026 w Unit Records. Kurna, co to jest za lot! Ten Alain to nie jest jakiś leszcz z łapanki. Gość ma fundamenty, klasykę w palcach, ale wyleciał do Nowego Jorku, żeby tam nasiąknąć prawdziwym życiem, a nie tylko teorią w zeszycie. Pięć lat tam siedział, pokorny jak ja na pierwszej sprawie, i uczył się od największych kozaków, Lovano i Workmana. On nie udaje dżezmena, on tym dżezem oddycha. I słuchaj, jaką ekipę zebrał na tę robotę! Same asy, międzynarodowa szajka: Elias Stemeseder – na klawiszach wyczynia takie rzeczy, że mózg paruje. Eric McPherson – w bębny bije z taką precyzją, jakby odliczał sekundy do wolności. Chris Tordini – na grubych strunach (kontrabas) trzyma to wszystko w ryzach, żeby się nie rozleciało. Grégoire Maret – na harmonijce wymiata tak, że serce pęka. Dżesi, muszę Ci powiedzieć szczerze – ta płyta nie jest łatwa. To nie jest „Ona by tak chciała” na słupach miejskich. To jest ciężka rozkmina, bo ten Alain zrobił to dla swojego tatusia, co to go już na tym świecie nie ma, odszedł za wcześnie. Czuć w tym smutek, ale i taką siłę, jakby chciał te góry szwajcarskie przeskoczyć. Trochę ten Alain to mądrala dżezzowy, ale kombinuje jak ta lala, normalnie nie trafisz za nim ni cholery. Już se myslisz: o teraz skoczy tu w bok, bo każdy by tak zrobił, a on nie Dzesi, on zawsze lezie w drugą stronę. Szacun mam za te jego wydeptane ścieżki, po których nikt nie łazi. Oni to nagrali w jeden dzień! Kumasz? Weszli do studia, raz-dwa i gotowe. Bo oni wcześniej to wszystko przegrali na żywo w Nowym Jorku, zgrali się jak my na robocie pod sklepem. Tam nie ma ściemy, jest szczerość, pot i krew. Siedem autorskich kawałków i jeden standard, ale przerobiony tak, że ledwo poznałem. To jest muzyka, która szuka czegoś więcej – emocji, rytmu, prawdy. Dżesi, jak będziesz miała chwilę, to odpal to sobie. Może na początku nic nie skumasz, bo to gęste jest, ale daj temu czas. To jest ludzka muzyka, inspirująca, taka „na sztywniutko”, ale z duszą. Wychowek idzie, muszę chować kartkę. Kocham Cię, czekaj na mnie, a jak wyjdę, to kupimy sobie ten saksofon i pojedziemy do Szwajcarii. Twój na zawsze (i jeszcze dwa lata), Brajan PS. Nie daj się tym frajerom na osiedlu, słuchaj Métraillera, to będziesz wiedziała, co to życie. DODATEK DLA CIEBIE DŻESI – ŻEBYŚ WIEDZIAŁA, JAKIE TO SĄ KOZAKI (PRZECZYTAJ TO SOBIE DO PODUSZKI): Słuchaj mała, żebym nie wyszedł na gołosłownego, to Ci jeszcze rozpiszę tę bandę Alaina, bo to nie są przypadkowe typy spod ciemnej gwiazdy, tylko światowa liga: Elias Stemeseder – To jest taki austriacki mózgowiec, rocznik '90. Gość ma szkołę klasyczną, ale w głowie mu elektronika i dżezowe łamańce. Od dziesięciu lat siedzi w Nowym Jorku i robi robotę z takimi gigantami jak John Zorn. Na klawiszach lata tak, że nie wiesz, czy to jeszcze dżez, czy już lot w kosmos. Eric McPherson – Ten to jest stary wyga, rocznik '70, urodzony w samym sercu nowojorskiego dymu. Jego ojciec chrzestny to był sam Richard Davis (taki kontrabasowy król), więc Eric zamiast smoczka ssał pewnie pałeczki do bębnów. Uczył się od największych mistrzów, grał z takimi legendami, że ja tu nawet nazwisk nie wymienię, bo kartki braknie. To jest profesor od trzymania rytmu. Chris Tordini – Gość od wielkiego pudła ze strunami. Skończył te wszystkie szychty w New School w Nowym Jorku i teraz wszyscy chcą z nim kraść konie (znaczy grać). Jest tak wszechstronny, że potrafi zagrać wszystko, od delikatnych numerów po takie, gdzie struny aż jęczą. Nowojorska scena go uwielbia, bo ma łapę do dżezu jak nikt inny. Grégoire Maret – Kolejny Szwajcar w ekipie, ale od lat na stałe w Wielkim Jabłku, czyli w Nju Jorku znaczy, a tam lipy nie ma kochaniutka. Ten gość udowodnił, że harmonijka to nie jest zabawka do grania przy ognisku, tylko potężne narzędzie do wzruszania ludzi. Grał z Herbie Hancockiem i Patem Methenym – kumasz, to tak jakbyś Ty wystąpiła w teledysku u samej Beyonce. Wirtuoz, wariat i dusza człowiek. I TERAZ NAJWAŻNIEJSZE, DŻESI! Mam do Ciebie prośbę, słońce moje. Napisz list, taki oficjalny, wiesz – z tymi wszystkimi „z poważaniem” i „uprzejmie proszę”. Adresuj to do tego Głównego od Więzień, do samej góry w Warszawie. Napisz mu prosto z mostu: „Szanowny Panie Naczelniku Wszystkich Więzień, w imieniu osadzonego Brajana i jego zdrowia psychicznego, prosimy o przysłanie do naszego zakładu jakiegoś wychowawcy, który ma pojęcie o kulturze wysokiej. Ten, co go mamy teraz, to nam tu Petrusy wciska i nie odróżnia saksofonu od fujarki, przez co w celi panuje ferment i brak zrozumienia dla nowojorskiej sceny jazzowej. Brajan potrzebuje kogoś, z kim będzie mógł merytorycznie pogadać o improwizacji i Alanie Métraillerze, bo inaczej to on tu zwiędnie jak kwiatek bez wody”. Zrób to dla mnie, Dżesi. Może jak góra tupnie nogą, to nam tu kogoś z sensem przyślą, a nie tego głuchoniemego urzędasa. Trzymaj się, kochana! Na sztywniutko! SŁUCHAJCIE NO, LUDZIE Z WOLNOŚCI! (APEL DO CZYTELNIKÓW JAZZDA.NET) Ej, Wy tam, co to czytacie Jazzdę i myślicie, że te wszystkie teksty to się same z powietrza biorą. Słuchajcie Brajana, bo dwa razy powtarzać nie będę. Żeby pisać o takich kozakach jak Alain Métrailler, żeby to wszystko rozkminiać i podawać Wam na tacy, to autor musi mieć paliwo. A paliwem dla dżezmena i recenzenta nie jest więzienna lura, tylko porządna kofeina, czarna jak sumienie klawisza! Nie bądźcie leszczami, nie sępcie tych paru zeta. Jak Wam się podoba ta jazda bez trzymanki, to wbijajcie na buycoffee.to/jazzda i rzućcie groszem na kawę dla redakcji. Niech chłopak ma siłę dmuchać w ten internetowy saksofon, żebyśmy my tu w kryminale i Wy tam na wolce mieli co czytać. Pamiętajcie – dżez to wolność, ale kawa to podstawa. Postaw kawę, bo inaczej to tylko cisza i Petrusy zostaną. Zdrowie, mordeczki!
- Szymon Zawodny Quintet – Defragmentation of Mind, czyli Normalnie jak to po fryderyku
"Być osądzonym, to znaczy zostać dostrzeżonym. Zostać dostrzeżonym, to znaczy zaistnieć w kodzie umysłu." Szymon Zawodny "The Judgement" Szymon Zawodny to artysta, który chcąc nie chcąc, zawiesił sobie poprzeczkę na wysokościach niemal stratosferycznych. Trudno o wspanialszą, a zarazem trudniejszą sytuację wyjściową niż ta, w której debiut zostaje uznany przez kapitułę Fryderyków za Jazzowy Debiut Roku. Po ogromnym sukcesie płyty „Zero Waste”, Szymon więc stawia drugi krok, czyli wydaje "Defragmentation of Mind". No i? Od hipokryzji „Zero Waste” do porządkowania umysłu Zanim przejdziemy do nowości, warto przypomnieć, ze Zawodny jest artystą świadomym, odważnym, ironicznym - także wobec siebie. Jego poprzednie przesłanie „Zero Waste” nie było jedynie modnym wówczas, eko-hasłem. Był to także manifest uderzający w hipokryzję współczesności. Lider otwarcie przyznawał, że samo wydanie płyty CD jest przykładem ludzkiej niekonsekwencji, której nie potrafimy przeskoczyć w tym zakresie. Symbolem tej narracji była oprawa graficzna tamtego albumu. Piękna okładka przedstawiała przedmioty dryfujące w morzu, które kształtem przypominały majestatyczne góry lodowe. Dopiero przy otwarciu płyty okazywało się, że te „góry” mają uszy – były to zwykłe, plastikowe reklamówki. Ten wizualny żart, zestawiony z bio-kartonem na zewnątrz i plastikowym trayem w środku, pokazywał artystę, który zmusza nas do konfrontacji z własnym ideologicznym rozchwianiem. W „Defragmentation of Mind” ten proces obserwacji przenosi się do wnętrza. Jak słyszymy w przejmującym Prologu: „Żyjemy w skorumpowanym i niestabilnym systemie. Myśli rozproszone niczym uszkodzony kod binarny, emocje zapętlone w nieskończonych błędach...” . Zawodny traktuje defragmentację jako bezkompromisową rekonstrukcję – oczyszczanie psychicznego szumu i przywracanie sensu tam, gdzie zapanował chaos. Znowu więc rzuca wyzwanie intelektowi, chce coś opowiedzieć, a nie tylko zagrać kilka kawałków - co pewnie niektórym się nie spodoba, bo to dopisywanie filozofii do muzyki. A ja na odwrót mówię: tak! Tak, chcę właśnie takiego dopisywania filozofii do muzyki, wkładania kija w szprychy, pokazywania ludzkiej niedoskonałości. Czysta muzyka dla muzyki zaczyna mi się powoli nudzić. Dwóch „Nie"zawodnych muzyków w jednym ciele SZYMON ZAWODNY fot. MONIKA GUT - JARECKA Warto pamiętać, że ta nowoczesna, jazzowa konstrukcja wyrasta z bardzo konkretnej szkoły i muzycznych korzeni lidera. Można odnieść wrażenie, że w Szymonie drzemie dwóch Zawodnych – a właściwie, patrząc na poziom wykonawczy, dwóch Nie-Zawodnych muzyków. Pierwszy to klasyk, od ponad ćwierć wieku zrośnięty z saksofonem, pokorny wobec partytury i bezbłędny w technicznej precyzji. Drugi to szalejący jazzman, który w improwizacji szuka ryzyka i totalnej wolności.Ta niemal architektoniczna dyscyplina, którą lider wyniósł z klasycznego wykształcenia, jest fundamentem, na którym teraz bezpiecznie buduje swobodę swojego kwintetu. To sprawia, że nawet w najbardziej odważnych, free-jazzowych wręcz fragmentach, słyszymy logikę i dbałość o detal. Estetyka i struktura albumu Płyta anonsowana jest jako dzieło, w którym obszarem poruszania się muzyków jest jazz i szeroko pojęta muzyka improwizowana. Słychać tu inspiracje estetyką nagrań spod znaku ECM oraz twórczością Briana Blade’a – jednego z najważniejszych i najbardziej wszechstronnych perkusistów naszych czasów, kojarzonego przede wszystkim z legendarnym Kwartetem Wayne'a Shortera. To brzmienie przestrzenne, w którym każdy dźwięk ma swoje uzasadnione miejsce. Na albumie znajduje się łącznie 11 kompozycji. Ich tytuły nie są przypadkowe – bazują na abstrakcyjnych skojarzeniach, różnorodnych wspomnieniach, intymnych inspiracjach i doświadczeniach lidera. Znajdziemy tu zarówno bezpośrednie odniesienia do nomenklatury świata komputerów, jak i do fascynującej anatomii ludzkiego mózgu, co tworzy spójny, konceptualny kręgosłup wydawnictwa. Przewodnik po ścieżkach umysłu Wybrane fragmenty tej podróży to precyzyjnie zaplanowane sektory świadomości: „Defragmentation” – Utwór tytułowy opiera się na bardzo łatwo zapamiętywalnym głównym motywie saksofonów. To on wyznacza kierunek całości, stanowiąc silny fundament dla dalszych improwizacji. „Easy Small Talk” – To utwór, który osobiście przypadł mi do gustu najbardziej. To tutaj cały zespół daje praktycznie popis swoich możliwości, tworząc monolit, od którego nie sposób się oderwać. To kawałek ocierający się o geniusz – ma w sobie taką dawkę energii i muzycznej prawdy, że mogę go słuchać bez przerwy w zapętleniu. To punkt, w którym kwintet osiąga absolutną synergię. „Wisdom Protocol” – Kompozycja żywa, ale intencjonalnie zagmatwana w swojej strukturze. Fascynujący jest moment, w którym oba instrumenty dęte nagle milkną, a pierwszy plan całkowicie zajmuje Dominik Kisiel. Jego fortepianowa narracja wprowadza tu zupełnie nowy poziom skupienia. „Home as Home” – Moment wyciszenia. Utwór liryczny i melodyjnie piękny, w którym lider pozwala wybrzmieć prostym, ale głębokim emocjom. „Wintering in the Whisky Cup” – Kompozycja o gęstym, „obarowym” klimacie. Można tu poczuć dymną atmosferę nocnego klubu i pewną szlachetną rezygnację, która idealnie koresponduje z tytułowym nastrojem. „The Judgement” – Utwór o niemal hipisowskim duchu wolności. Flet Zawodnego i saksofon Kowalika idą tu ramię w ramię, tworząc specyficzne, równoległe brzmienie, które nadaje kompozycji wyjątkowego, organicznego charakteru. Tekst w utworze zdradza intencje całego albumu: Sąd nie jest ostatecznym werdyktem. Jest pomiarem dopasowania. To moment, w którym rozproszone fragmenty zostają przyłożone do lustra intencji. Oceniamy siebie przez pryzmat tego, do czego czujemy się zdolni, podczas gdy inni oceniają nas przez to, co już zrobiliśmy. W procesie defragmentacji, sąd jest wagą. Waży szum w opozycji do sygnału, rozproszenie w opozycji do skupienia. Jest filtrem, który decyduje o tym, co zostaje w strukturze, a co zostaje porzucone w próżni. Być osądzonym, to znaczy zostać dostrzeżonym. Zostać dostrzeżonym, to znaczy zaistnieć w kodzie umysłu. Ewolucja rytmu: Mikołaj Stańko MIKOŁAJ STAŃKO fot. MONIKA GUT - JARECKA Osobne uznanie należy się Mikołajowi Stańko . Z płyty na płytę staje się on coraz bardziej wyrazistym perkusistą, a na „Defragmentation of Mind” ta ewolucja jest szczególnie słyszalna. Stańko gra tu spokojniej niż we wcześniejszych projektach, ale ta powściągliwość idzie w parze z wykorzystaniem znacznie szerszego arsenału środków. Jego gra nie polega już tylko na trzymaniu pulsu, ale na budowaniu wielowymiarowych tekstur i świadomym operowaniu ciszą, co dowodzi ogromnej dojrzałości artystycznej. Brzmienie i jedność Siłą kwintetu (Szymon Zawodny, Szymon Kowalik, Dominik Kisiel, Konrad Żołnierek, Mikołaj Stańko) jest monolit sekcji dętej i wzajemne zaufanie. „Defragmentation of Mind” to album kompletny i odważny, który udowadnia, że Zawodny nie spoczął na laurach po Fryderyku, ale ruszył w stronę jeszcze głębszej eksploracji własnego stylu. Lider nie poszedł na melodyjno - rytmiczną łatwiznę, ale i nie popadł w nużące kombinacje. Moim zdaniem obie płyty Zawodnego tak samo zasługują na miejsce w Waszej jazzowej płytotece Premiera już 27 marca 2026 roku podczas Festiwalu Jazz Jantar w Gdańsku. Przygotujcie się na proces, po którym Wasza muzyczna świadomość zostanie scalona w nową, klarowną formę. Wesprzyj naszą misję! Jeśli nasza recenzja pomogła Ci w „defragmentacji” muzycznych ścieżek i planujesz sięgnąć po nową płytę Szymona Zawodnego, rozważ postawienie nam symbolicznej kawy. Każda wpłata pozwala nam dalej patronować tak ambitnym projektom jazzowym i dostarczać Wam treści bez zbędnych uproszczeń. Postaw kawę redakcji Jazzda.net: [buycoffee.to/jazzda]
- Inwazja przy herbacie, czyli dlaczego kosmici lubią Work Money Death?
Znudziły mi się normalne recenzje. A gdyby tekst o płycie brzmiałby tak? Teodor „Paranormalny” Szumiło spędził trzydzieści lat na udowadnianiu, że tam w górze Ktoś Jest. Napisał siedemnaście tomiszczy o tym, że piramidy to stacje ładowania międzygalaktycznych hulajnóg, a kręgi w zbożu to instrukcja obsługi pralki Frania przesłana z Syriusza. Prowadził portal „UFO-Puls”, analizując piksele na zdjęciach rozmazanych pierogów. Przez te wszystkie lata nie widział jednak ani jednego spodka. Ani jednego szarego czy zielonego ludiczkia. Nawet głupiego lśniącego punktu, który nie okazałby się dronem sąsiada. Aż do zeszłego czwartku. Teodor siedział w flanelowej piżamie, wsuwając kanapkę z pasztetem podlaskim i słuchając najnowszej płyty Work Money Death , gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Otworzył i zdębiał. W jego drzwiach stało trzech gości. Wyglądali jak skrzyżowanie rurki od odkurzacza z profesorem fizyki kwantowej na ciężkim kacu. Pachnieli ozonem, lawendą i nową elektroniką. – Teo, stary, sory, że tak bez zapowiedzi – powiedział ten środkowy, którego głowa przypominała oscyloskop. – Ja jestem Xy-Zet-9. Przechodziliśmy obok Twojej galaktyki po fajki i usłyszeliśmy to, co u ciebie gra. Chcemy to od ciebie mieć. Oniemiały Teodor wpuścił gości do środka i nastawił wodę na herbatę. Gdy tylko igła ramienia adapteru dotknęła winylu, w pokoju zmieniła się grawitacja. – Się wam nie dziwię, żeście skręcili, bo to jest duchowy jazz, chłopaki – wyjaśnił Teodor tonem czołowego krytyka Dołnbitu. – Ale nie tam zwykłe uduchowione pitu-pitu. To zapis podróży przez żałobę po gitarzyście, Chrisie „Earlu” Dawkinsie. Wtedy odezwał się saksofon Tony’ego Burkilla . Tony, lider tego całego zamieszania, to w świecie jazzu postać tak osobliwa, że inni muzycy sprawdzają, czy pod marynarką nie ukrywa portu USB. To prawdziwy freak i kompletny świrus undergroundu z Leeds, który przez bite trzy dekady ukrywał się w cieniu jako muzyk do wynajęcia, by dopiero po 30 latach grania (!) wydać swój debiutancki album – zatytułowany po prostu „Work Money Death” (2017). To fenomen na skalę galaktyczną: człowiek, który ignoruje ziemskie pojęcie czasu i kariery, jakby nadawał z zupełnie innej materii. Muzyka, którą tworzy, to spiritual jazz w swojej najbardziej „niedzisiejszej” formie. Jest całkowicie odklejona od współczesnych nurtów, sterylnych studiów i pogoni za klikalnością. Wszystko przez jego skrajny analogowy puryzm : Tony nagrywa w legendarnym ATA Studios , które słynie z używania wyłącznie vintage'owego, analogowego sprzętu. To sprawia, że jego muzyka fizycznie brzmi jak z innego wymiaru – ma w sobie to specyficzne ciepło, szum i szlachetny brud, których nie uświadczysz w nowoczesnych, cyfrowych produkcjach. Brzmi to tak, jakby Burkill odnalazł w piwnicy w Leeds zapomniane taśmy Alice Coltrane czy Pharoaha Sandersa i tchnął w nie życie. Na „A Portal to Here” Burkill przechodzi samego siebie. W utworze „Brother Earl” zaczyna od fletu, by po chwili chwycić za tenor i uderzyć z taką intensywnością, że w kredensie Teodora pękła szklanka z logo „Społem”. – To jest to, co my nazywamy „szczytami emocjonalnego roztrzaskania” – mruknął Xy-Zet-9. – U nas w Mgławicy Kraba mamy maszyny do generowania euforii, ale żadna nie brzmi tak prawdziwie, tak jak ten wasz Burkill. Ten koleś gra tak, jakby wczoraj trwało wiecznie. Kosmici siedzieli w milczeniu przez wszystkie cztery utwory. Kiedy wybrzmiały ostatnie echa, Xy-Zet-9 zwrócił się do Teodora: – Słuchaj, Teo. Odwołujemy otwarcie czarnej dziury w przyszły piątek. Zamiast tego puszczamy Burkilla na wszystkich częstotliwościach pasma X. Jeśli po usłyszeniu tego inne cywilizacje nie zrezygnują z wojen, to znaczy, że we wszechświecie nie ma już kogo ratować. Teodor odprowadził ich do drzwi. Kiedy spodek (po prawdzie był to stary Polonez w wersji „Interstellar”) zniknął w chmurach, wrócił spokojnie do kanapki z pasztetem. Wiedział jedno – zaszczepił piękny, niedzisiejszy jazz w innej galaktyce. ☕ SOS z Mgławicy Kraba: Postaw kawę Teodorowi! Xy-Zet-9, zanim odleciał swoim międzywymiarowym Polonezem, zostawił na stole jedną ważną informację: „Teo, wasza ziemska technologia pisania o muzyce wymaga ogromnych nakładów energii kofeinowej. Bez tego portale się zamykają” . Jeśli ta paranormalna podróż przez hydrofony Kołackiego i uduchowiony jazz Tony’ego Burkilla sprawiła, że Twoje własne czułki zadrgały z ekscytacji – możesz wesprzeć dalsze badania Teodora „Paranormalnego” Szumiło! Dlaczego warto postawić nam „małą czarną”? Paliwo dla portali: Każda kawa to dodatkowa godzina analizowania pikseli na zdjęciach rozmazanych pierogów (czyli szukania nowej, genialnej muzyki). Ochrona przed jaszczuroludźmi: Kofeina pozwala zachować czujność, gdy spisek w toruńskim Metronie próbuje zagłuszyć dobre brzmienia. Serwis czajnika: Kosmici tak euforycznie tańczą do dźwięku gotującej się wody, że Teodor musi regularnie wymieniać grzałki. Kliknij w link i dorzuć się do międzygalaktycznego paliwa: 👉 https://buycoffee.to/jazzda.net Pamiętaj – we wszechświecie nikt nie usłyszy Twojego krzyku, ale każdy usłyszy dobrego jazzu, jeśli Teodor będzie miał co pić przy maszynie do pisania! Dzięki za wsparcie, Ziemianinie!
- Komeda Odbrązowiony: Piotr Schmidt i balistyka jazzowej melodii. Opis albumu „Piosenki Komedy Bez Słów”
Piotr Schmidt jest obecnie – i nie jest to tylko opinia czytelników „Jazz Forum” – pierwszą trąbką Rzeczypospolitej. Rola tego pisma w polskim jazzie jest nie do przecenienia, a zwycięstwa w jego ankietach to nie tylko prestiż, to glejt na bycie głosem pokolenia. Schmidt nagrał i wydał właśnie po cichu album „Piosenki Komedy Bez Słów” i mam wrażenie, że wrócił nim do swojego ulubionego miejsca: tam, gdzie matematyczny porządek kompozycji spotyka się z dzikim żywiołem improwizacji, czyli do równowagi. Nimb zdrady i smuta lat 80. Muszę to napisać wprost, bo bez tego nie zrozumiecie mojego odbioru tej płyty: w latach 80., gdy dorastałem, nie ceniliśmy Komedy w ogóle. Powiem więcej – myśmy się nim po prostu brzydzili. To był okres wielkiej, polskiej, postanowojennej smuty, w której – tak wtedy uważałem – ludzie przyzwoici żyli na marginesie, a nieprzyzwoici bezwstydnie korzystali z systemu. Oczywiście, tylko młodość „górna i durna” potrafi tak oceniać innych, ale właśnie od tego ona jest: od takich niesprawiedliwych, ostrych bzdur. Choć Komedy nie było już wtedy na świecie, nimb, który go otaczał, potwornie mnie wpieniał. Komeda był systemowy. Nawet fakt, że zwiał do Ameryki, nie był żadnym odkupieniem. Bo zwiał tak zwyczajnie, po sukces, bez ciężaru cierpienia Miłosza czy Herlinga-Grudzińskiego. Komeda wyjechał ot tak, zwyczajnie, i to też była w moich oczach zdrada. Chcę to powiedzieć jasno, nawet jeśli Tomasz Lach ma to w nosie (i słusznie!): ja Komedy nie kumałem w ogóle. Przynajmniej do czasu tej płyty. Świadectwo Lacha: Schmidt jako medium Tomasz Lach – pasierb Krzysztofa Komedy i kustosz jego pamięci – w tekście do płyty pisze wprost o interpretacjach Piotra Schmidta. To ważne, bo Lach nie ocenia tu kompozycji ojczyma, ale to, co z nimi zrobił Piotr. Pisze o Schmidtowskiej wersji „Rosemary’s Baby” jako o czymś bliskim „fizycznemu muśnięciu”. To niesamowite określenie – trąbka Piotra nie tylko gra, ona dotyka słuchacza. Lach analizuje dalej: „Dark Forecast” i dwie ballady (z „Noża w wodzie” oraz „Ballad for Bernt”) w wykonaniu Schmidta są dla niego muzycznie proste i ulotnie lekkie, ale gdzieś tam, w tle, nabrzmiałe jak proza Edgara Allana Poe – lękliwym oczekiwaniem niewiadomego, ogarniające mrokiem... To właśnie w tych interpretacjach Piotra, a nie w samych nutach Komedy, Lach odnajduje ten mrok i lęk. Wspomina album najważniejszy: Komeda Unknown 1967. Wychodzi na to, że Piotr Schmidt jest czołowym polskim Komedystą Architekci brzmienia: Magia składu Ta sesja nie byłaby tym, czym jest, gdyby nie ludzie, których Piotr zaprosił do tego dialogu. To nie są akompaniatorzy – to równorzędni partnerzy w tej zbrodni na schematach: Mino Cinelu: Człowiek-legenda, który tworzy tu czarodziejskie, niemal metafizyczne otoczenie rytmiczne. Jego perkusjonalia nie wybijają rytmu – one budują aurę. Grzech Piotrowski: Moim zdaniem najlepszy polski melodysta. Gość, który potrafi tę melodię tak schować, tak przefiltrować przez swoją wrażliwość, że słuchacz, choć skołowany, wie, co usłyszał, ale za nic nie potrafi pojąć, jak to się stało. Sebastian Kuchczyński: Mały generał tego składu. Od koncertu w NOSPR jestem bez pamięci zakochany w jego delikatności. To on trzyma rygor tej sesji, pozwalając jednocześnie trąbce Schmidta latać wysoko ponad strukturami. Michał Barański: Fundament, autor nagradzanej „Masovian Mantry”, który wnosi tu swój unikalny, etniczny puls. Paweł Tomaszewski : Wizjoner fortepianu i instrumentów klawiszowych, który potrafi płynnie przechodzić od klasycznego frazowania do filmowych plam dźwiękowych. Na swoim koncie ma współpracę z takimi gigantami jak Kurt Elling, Nigel Kennedy, Steve Vai czy China Moses. Podróż przez utwory: Od szarości do kawy Aby zrozumieć tę płytę, trzeba przejść przez jej konkretne przystanki. Schmidt ze swoim zespołem nie tylko odgrywa tematy, on je na nowo maluje. Weźmy taką „Szarą kolędę” – to utwór zaskakujący, bo mimo tekstu, który mógłby sugerować pewien mrok, dostajemy kawałek niezwykle pogodny. To tutaj Grzech Piotrowski daje absolutny popis swoich umiejętności, a jego saksofon wspaniale wzlatuje w niebo, niosąc słuchacza wysoko ponad codzienność. Zupełnie inne emocje budzi „One Hundred Years”. Tutaj nie ma już miejsca na uprzejmości – jest bardzo zadziornie i szybko. To popis sekcji, w której Michał Barański buduje potężny postument muzyczny. Jego bas to fundament, na którym Schmidt może swobodnie uprawiać swoją karkołomną balistykę. Chwilę wytchnienia przynosi natomiast „Filiżanka kawy”. To moment, który jest po prostu melodyjnie piękny; chwila, w której architektura ustępuje miejsca czystej estetyce dźwięku. Tomaszów Mazowiecki i „strzał chwili” Album został zarejestrowany live podczas prapremierowego koncertu na Love Polish Jazz Festival w Tomaszowie Mazowieckim . To prawda sceny, gdzie każda improwizacja jest obarczona ryzykiem, ale i nagrodzona autentycznym dreszczem emocji. W tym festiwalowym kontekście „odbrązawianie” Komedy działo się na żywo, na oczach ludzi. „Nim wstanie dzień”: Opowieść Odrzanina Oddzielną przestrzenią na tej płycie jest „Nim wstanie dzień”. To jedyna piosenka Komedy, przy której zawsze dostaję ciarek, ale to zasługa filmu Prawo i Pięść . Jako chłopak z Gryfina – miasta odzyskanego i pozyskanego zarazem – jestem w nomenklaturze Jana Rokity „Odrzaninem”. Dla mnie filmowa opowieść o niemieckim miasteczku była żywa, bo sam wychowałem się w takim miejscu – w niemieckim Greifenhagen. Ta pieśń na koncercie w Tomaszowie, zagrana jako ostatnia, to absolutny kosmos. W moim słowniku powoli kończą się przymiotniki. Ta interpretacja to brylant, diament, muzyczny absolut. Słucham tego kawałka na okrągło i wciąż nie wiem, co powiedzieć. To jest właśnie potęga jazzu, jaką pokazuje Piotr Schmidt: potrafi zinterpretować utwór tak, by pozostał on sobą, a jednocześnie stał się czymś zupełnie innym, nowym i genialnym. Werdykt? „Piosenki Komedy Bez Słów” to album dla tych, którzy cenią w jazzie architekturę. To muzyka dla ludzi, którzy szukają w dźwięku oparcia, ale nie boją się, gdy podłoga nagle zaczyna im uciekać spod nóg. Piotr Schmidt potwierdził swoją klasę – nie tylko jako wirtuoz, ale jako mądry interpretator, który wie, że czasem, aby coś naprawdę usłyszeć, trzeba to najpierw pozbawić słów. Działalność Jazzdy to misja „odbrązawiania” jazzu i pokazywania go jako żywej, pulsującej energii. Jeśli cenisz nasze bezkompromisowe recenzje i chcesz, byśmy dalej mogli tropić takie premiery, postaw nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każda filiżanka wspiera niezależne dziennikarstwo, które nie idzie na zgniłe kompromisy!
- Sprintem ku wolności: Julian Lage komponuje na czas. Recenzja albumu „Scenes from Above”
Julian Lage nie musi udowadniać, że jest cudownym dzieckiem gitary. Po trzech dekadach na scenie, dziesiątkach płyt i współpracy z takimi gigantami jak John Zorn czy Charles Lloyd, Lage postanowił rzucić wyzwanie samemu sobie. Album „Scenes from Above” powstał z potrzeby rozmowy, a nie popisu i udowadnia, że w jazzie najpiękniejsze rzeczy dzieją się wtedy, gdy lider zapomina, że nim jest. Wydano je 23 stycznia 2026 roku. Kim jest Julian Lage? Dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji zanurzyć się w jego świecie: Julian Lage to amerykański gitarzysta i kompozytor, który w świecie jazzu ma status wizjonera. Urodzony w 1987 roku, już jako ośmiolatek stał się bohaterem dokumentu „Jules at Eight”, który przedstawił go jako muzyczne cudowne dziecko. Od tego czasu Lage przeszedł fascynującą drogę, ewoluując z wirtuoza w dojrzałego artystę, który z niesamowitą lekkością łączy jazzową improwizację z elementami folku, country i muzyki klasycznej. Współpracował z takimi legendami jak Gary Burton, John Zorn, Nels Cline czy Charles Lloyd, a jego liczne nominacje do nagrody Grammy tylko potwierdzają, że mamy do czynienia z jednym z najważniejszych i najbardziej wszechstronnych głosów współczesnej gitary. 20 minut na prawdę Brzmi to dziwacznie, ale on to zrobił naprawdę. Płyta jest zapisem artystycznego „sprintu”, który Lage narzucił sobie pod koniec 2024 roku. Na czym on polegał? Owoż wyobraźcie sobie taką sytuację: ustawiacie timer na 20 minut, bierzecie gitarę i piszecie melodię. Nagrywacie ją raz – bez poprawek, bez cyzelowania – i zaczynacie od nowa. Ha! Niezłe, cnie?! Tak właśnie powstał szkielet „Scenes from Above”. Dla Lage’a te utwory nie miały być pomnikami, ale „zaproszeniami do rozmowy”. To niesamowicie odświeżające podejście w świecie, gdzie każda nuta bywa czasem przemyślana do bólu. Lage chciał mieć o czym rozmawiać ze swoimi przyjaciółmi w studiu. I trzeba przyznać, że dobrał sobie rozmówców wybitnych. Kwartet marzeń: Medeski, Roeder, Wollesen W składzie „Scenes from Above” znaleźli się starzy znajomi, którzy – co paradoksalne – nigdy wcześniej nie nagrywali razem w tej konfiguracji: Jorge Roeder na basie (niezłomny fundament), Kenny Wollesen za bębnami (dynamika i puls), John Medeski na klawiszach (człowiek-legenda, który wnosi tu niesamowitą barwę). Słuchanie ich wspólnej gry przypomina obserwowanie gotującej się wody. Niby chaos, a jednak porządek cząsteczek, z których każda celowo napiera na inną. Medeski i Lage wymieniają się myślami z taką finezją, że granica między liderem a zespołem całkowicie się zaciera. Folklor, Bartók i Blusiory Lage w tym projekcie mocno zanurzył się w tym, co sam nazywa muzyką folklorystyczną. Wpływy są tu rozpięte niezwykle szeroko: od pieśni Susany Bacy, przez amerykańskiego bluesa, aż po Béla Bartóka i jego integrację melodii rumuńskich czy węgierskich. To słychać w tej specyficznej szlachetności dźwięku. Ciekawym zabiegiem było też żonglowanie barwą. Lage świadomie wybierał gitarę akustyczną zamiast elektrycznej, by wciągnąć Medeskiego w nieoczywiste przestrzenie. Uniknął dzięki temu pułapki klasycznego trio z organami, serwując nam coś znacznie bardziej przestrzennego. Topografia „Scen z góry” Każdy utwór na tej płycie to oddzielna historia. Otwierający „Opal” to przemyślana i cierpliwa inwokacja. „Talking Drum” to moment, w którym kwartet dosłownie „skwierczy” – Medeski wbija swoje organy między rytm, a Lage odpowiada mu z radosnym oporem, nie chcąc ani przez chwilę usiedzieć w miejscu. Z kolei „Something More” to coś na kształt czteroczęściowej modlitwy. Jest tu smutek, ale i słodycz; jest wzajemne zaufanie, które pozwala tym muzykom na absolutną wolność. Centralnym punktem albumu jest siedmiominutowy „Night Shade” – bluesowy majsterszyk z organami Medeskiego, które przywołują szczerosłoyty gospel. To jest Lage dla wszystkich „Scenes from Above” to dowód na to, że prawdziwa dojrzałość polega na powściągliwości. Na tym albumie dominują spokojne, melodyjne nastroje. Jest tu mnóstwo liryki, a muzyka płynie nieśpiesznie, kojąco, niczym ocean w bezwietrzny dzień. To płyta, która nie stawia barier – Lage i jego kwartet grają tu tak naturalnie, że zapominamy o technicznych zawiłościach ich kunsztu. To idealna propozycja dla tych, którzy na co dzień boją się jazzu eksperymentalnego czy zbyt trudnych, poszarpanych form. Julian Lage udowadnia, że najwyższa artystyczna próba może iść w parze z absolutnym ukojeniem. Jeśli szukacie muzyki, która „prostuje myśli” i pozwala odpocząć, właśnie ją znaleźliście. Działalność Jazzdy to misja pokazywania, że jazz to żywa, pulsująca energia, a nie zakurzone nuty. Jeśli cenisz nasze recenzje i chcesz, byśmy dalej mogli „odbrązawiać” scenę muzyczną, postaw nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam pisać o takich mistrzach jak Julian Lage!
- Maciej Tubis: Recitalowa Samotność i stempel na Chopinie. Przed premierą albumu „SOLO”
Maciej Tubis świeci własnym światłem, a nie odbitym. Nie szuka wzorca – on go tworzy. Obcujemy z zapisem, w którym czas zwalnia, a biografia łódzkiego pianisty domyka się w spektakularnej, artystycznej klamrze. Choć oficjalne spotkanie szerokiej publiczności z materiałem „SOLO” (Solo Live 2026) nastąpi dopiero 27 lutego, jazzda.net – dzięki przedpremierowemu dostępowi – może już teraz potwierdzić: nadchodzacy album to manifest dojrzałości łodzkiego pianisty. Album, choć jazzowy, to jednak wymykający się prostym klasyfikacjom. To ewolucja, której rytm warto poczuć. Każda wielka podróż ma swój punkt wyjścia, często ukryty w małym, symbolicznym geście. Dla Macieja Tubisa był nim moment, gdy jako młody chłopak kupił swoją pierwszą jazzową płytę – legendarny cykl nagrań Oscara Petersona „Exclusively for My Friends” . Jest w tej historii niezwykły detal, który idealnie tłumaczy dzisiejszą drogę artysty: Tubis kupił ten album za pieniądze z nagrody zdobytej w jednym z konkursów chopinowskich organizowanych przez szkoły muzyczne, a były to czasy, w których nie było żadnego streamingu. Ba! Nie było nawet youtuba. Można więc powiedzieć, że w najbardziej dosłownym sensie Chopin posłużył Tubisowi do odkrycia jazzu . Pieniądze zdobyte dzięki klasycznej dyscyplinie i wierności partyturze otworzyły drzwi do świata nieograniczonej improwizacji. Dziś, słuchając „SOLO”, widzimy w tym geście proroczą parabolę. Po latach sukcesów z Tubis Trio i eksperymentach z elektroniką, artysta wraca do samego fortepianu, by spłacić dług obu mistrzom – Petersonowi i Chopinowi – budując własny, zachwycający i w pełni autonomiczny świat. Filozofia samotności: Linoskoczek i katedra z dymu Zrozumienie wagi tego albumu wymaga uświadomienia sobie, czym w istocie jest fortepianowy koncert solowy. To najbardziej bezwzględna forma muzycznej wypowiedzi, jaką zna świat sztuki. Na scenie nie ma „bezpieczników” – nie ma sekcji rytmicznej, która przykryje pomyłkę, ani partnera, któremu można podać piłkę w chwili słabości. Tubis na tej płycie staje się linoskoczekiem nad Wielkim Kanionem. Wchodzi na cienką linkę partytury bez siatki zabezpieczającej; każdy dźwięk to krok, a najmniejsze zachwianie barwy czy tempa grozi upadkiem w przepaść ciszy. To także operacja na otwartym sercu wykonywana na samym sobie – artysta musi być jednocześnie precyzyjnym chirurgiem dbającym o technikę i pacjentem wystawiającym swoją najgłębszą wrażliwość na widok publiczny. Słuchając „SOLO”, ma się wrażenie obcowania z budową katedry z mgły. Muzyk zaczyna od fundamentów (pierwszych dźwięków), stawia kolumny i sklepienia, ale wszystko to wykonane jest z najbardziej nietrwałego materiału – z drgań powietrza. To walka o to, by ta misterna konstrukcja nie rozpadła się, zanim wybrzmi ostatni akord. Nie ma tu miejsca na fałsz; w samotności recitalu solo prawda zawsze Cię dogoni. Podróż przez style: Od ambientowych igiełek po techniczny rozmach Płyta „SOLO” jest naturalną kontynuacją drogi solisty, którą wytyczyły już dwie udane płyty: „All Your Fears, All Your Hopes” oraz „Into the Night”. Konstrukcja nowego albumu jest przemyślaną retrospekcją i rozwinięciem tych ścieżek. Pierwszy fragment albumu to propozycja zdecydowanie mniej jazzowa. Jeśli już szukać dla tych pierwszych trzech utworów jakichś gatunkowych szufladek, to najbliżej im chyba do muzyki filmowej – choć przecież ta ostatnia rzadko bywa popisowym recitalem solo. Niemniej, słychać tu sporo repetycji i klimatów bliskich ambientowi. Nutki spływają na nas jak małe, lodowe igiełki, a jednocześnie ta muzyka koi i ociepla swoją melodią. To moment wyciszenia, wprowadzenia słuchacza w głąb tubisowego świata. Potem jednak pianista zabiera nas w stronę dwóch bardziej rześkich i szybkich kompozycji z albumu „Into the Night”. Muszę to podkreślić z całą mocą: ta płyta moim zdaniem jest w Polsce absolutnie i niesprawiedliwie niedoceniona. To właśnie na niej Maciej pokazał ogromny rozmach i genialną technikę, odważnie sięgając po elektronikę i wypełniając nią przestrzeń oraz wyobraźnię słuchacza w sposób mistrzowski. Na „SOLO” te wątki powracają w wersji akustycznej, obnażone, ale równie potężne, udowadniając, że Tubis posiada rzadką umiejętność budowania gęstej, niemal orkiestrowej faktury samym tylko fortepianem. Twarzą w twarz z Fryderykiem: Jazzowy stempel Punktem kulminacyjnym albumu jest moment, w którym Tubis staje twarzą w twarz z Fryderykiem Chopinem. To ten sam Chopin, którego jako uczeń szkoły muzycznej ćwiczył tysiące razy, ale dziś interpretuje go jako dojrzały, silny muzyk posiadający własny, rozpoznawalny język i unikalną artykulację. Przyznam szczerze: choć nie jestem wielkim fanem klasyki, to Prelude in E minor op. 28 no. 4 , Nocturne in E minor op. 55 no. 1 oraz Mazurka in C major op. 24 no. 2 w wykonaniu Tubisa wycisnęły mi łzy z oczu. To nie są interpretacje – to „jazzowy stempel”, autorskie piętno pianisty, jego unikalny znak. Tubis nie „odgrywa” Chopina – on nim oddycha, nakładając na klasyczne ramy jazzowy styl, co czyni te utwory boleśnie aktualnymi i żywymi. To dowód na to, że prawdziwa sztuka nie zna granic czasu ani gatunku. Barometr rozwoju: All Your Fears, All Your Hopes Na koniec płyty wracamy do utworu „All Your Fears, All Your Hopes”. Co fascynujące, jest to już trzecia wersja tego kawałka na trzech kolejnych płytach Tubisa (po wersji z Trio i wersji elektronicznej). Ta powracająca melodia stała się swoistym barometrem jego artystycznego rozwoju. Każda kolejna wersja brzmi inaczej, niesie inny ładunek doświadczeń i emocji, spajając dotychczasową twórczość pianisty w jedną, logiczną i konsekwentną całość. To klamra, która pomysłowo domyka ten recital. Maciej Tubis na „SOLO” udowadnia, że nie musi już nikogo gonić ani niczego udowadniać. Jeśli Oscar Peterson był inspiracją kupioną dzięki Chopinowi, to tą płytą Tubis spłaca dług obu mistrzom z ogromną nawiązką. To album bezkompromisowy, zagrany tak, jakby pianista był sam ze sobą, pozwalając muzyce po prostu przez niego przepływać. W dobie fast-foodowej kultury, Tubis serwuje nam dzieło wymagające, ale dające w zamian rzadkie poczucie obcowania z czymś absolutnie prawdziwym i osobistym. "Misją Jazzdy muzyki przybliżanie jest. Muzyki, co skupienia, uważności i na nieznane otwartości wymaga. Jeśli rozmowy nasze cenisz i scenę polską 'odbrązawiać' dalej z nami chcesz, do twórców najciekawszych docierając – kawą wirtualną na buycoffee.to/jazzda.net wesprzeć nas musisz. Być tam, gdzie muzyka piersią pełną oddycha, każde wsparcie nam pozwala."
- Hilalen, czyli Dwa Półksiężyce w duecie ze 120 letnim oud
Kiedy myśleliśmy, że w jazzie słyszeliśmy już wszystko, skrojony z tria duet KOMRADIN wyciąga z futerału instrument, który pamięta czasy przedwojennego Damaszku. „Hilalen” (Dwa Półksiężyce) to wspaniały, uduchowiony arabski jazz, na którym starożytna tradycja idzie w parze z nowoczesną improwizacją. Za tym dźwiękowym pomostem rzuconym między Bliskim Wschodem a współczesną Europą stoi dwóch muzyków. Asaf Harris operuje saksofonem, zaś Onn Yosef Kadosh trzyma w dłoniach absolutne serce tej płyty: 120-letni oud. To ojciec gitary: bez niego nie byłoby np. Jimiego Hendrixa czy Johna Abercrombie. Sułtan instrumentów i jego tysiącletnia podróż Aby w pełni zrozumieć wagę dźwięków płynących z „Hilalen”, trzeba spojrzeć na oud (proszę bardzo - po arabsku عود) nie tylko jak na instrument, ale jak na nośnik ludzkiego doświadczenia, opowiadający historię podróży i wielowiekowej wymiany kulturowej. Nazywany jest słusznie „sułtanem instrumentów”, a posiada historię sięgającą setek lat. Oto jak kształtowała się jego niezwykła droga: Złoty Wiek Islamu (VIII - XII wiek): Powszechnie uważa się, że oud rozwinął swoją tradycyjną formę w tym właśnie okresie, ewoluując z perskiego instrumentu o krótkiej szyjce, zwanego barbatem . Wpływ na Daleki Wschód: Ze świata islamskiego oud powędrował dalej, inspirując powstanie słynnej chińskiej pipy, a następnie japońskiej biwy. Droga do Europy: Na Zachód instrument trafił głównie za sprawą inwazji Maurów na Hiszpanię w 711 roku oraz dzięki powracającym z Bliskiego Wschodu krzyżowcom w XI-XIII wieku. Narodziny lutni i gitary: Do XIV wieku Europejczycy zaadaptowali oud, dodając do niego progi, przy jednoczesnym zachowaniu krótkiej szyjki i tyłu w kształcie misy, tworząc w ten sposób wczesną lutnię. To z niej, poprzez hiszpańską vihuelę, wyewoluowała współczesna gitara. Jak trafnie zauważa Nate Steele, oudowi można podziękować za brzmienia takich legend jak Jimi Hendrix, Keith Richards czy Joni Mitchell. Magia bezprogowego gryfu i dynastia Nahat Dziś oud wciąż jest żywym i intensywnie studiowanym instrumentem w świecie arabskim, Turcji, Grecji, Iranie czy Armenii. Jego magia kryje się w porywających rytmach wydobywanych za pomocą kostki do gry zwanej rishą oraz w głębokim pomruku basu. Brak progów na gryfie pozwala muzykom na eksplorację niuansów mikrotonowych, tworząc niezwykle plastyczne brzmienie. Instrument, na którym gra Kadosh na płycie „Hilalen”, to dzieło legendarnych braci Nahat z Damaszku. Rodzina Nahat to dla świata oudu dokładnie to samo, co Stradivarius dla skrzypiec. Ich dzieła, niezwykle cenione przez kolekcjonerów na całym świecie, słyną ze spektakularnych inkrustacji z masy perłowej i drewna oraz wyrzeźbionych z kości rozet, nazywanych shams (słońce), które zakrywają otwory rezonansowe. Te instrumenty potrafią przetrwać burze historii. Doskonałym tego przykładem jest inny oud z dynastii Nahat (zbudowany w 1928 roku przez Tawfika Nahata), który po wieloletniej odysei z rąk zegarmistrza, przez kompozytora, aż po słynnego lutnika Petera Kyvelosa, trafił finalnie jako drogocenny eksponat do Museum of Fine Arts w Bostonie. To właśnie ten autentyczny, głęboki i ciemny rezonans starych instrumentów Nahat słychać w każdej nucie albumu duetu KOMRADIN. Jak podkreśla sam Onn Yosef Kadosh: „Cały album wykonaliśmy na tym unikalnym instrumencie. Wnosi on do nagrania autentyczny historyczny koloryt i echa starożytnej tradycji, których nie da się odtworzyć na żadnym nowoczesnym sprzęcie” . Pomost między wiekami buduje Onn Yosef Kadosh Onn Yosef Kadosh - muzyk, dla którego oud nie jest wyborem akademickim, ale przeznaczeniem. Przygoda Onna z muzyką rozpoczęła się już w dzieciństwie – to wtedy oud stał się jego głównym instrumentem i kluczem do odkrywania starożytnego dziedzictwa jego rodziny. To właśnie tę wrażliwość i kompozytorski kunszt Onn wnosi do duetu KOMRADIN. Dziś Onn to wirtuoz i kompozytor kierujący m.in . Kadosh Brothers Ensemble – triem z Tel Awiwu, które jest żywym dowodem na to, że krew nie woda, a muzyka potrafi scalić rodzinne więzi w nierozerwalny monolit. Zainspirowani dźwiękami wydobywanymi przez starszego brata, do muzycznej podróży dołączyli Elay (kontrabas) oraz Elamar (perkusja i instrumenty perkusyjne). KOMRADIN to wprawdzie inny projekt z udziałem Onna, ale muzyk przeciez czerpie doświadczenie z braterskiego ansamblu Na fundamencie 120-letniej historii niezwykłego instrumentu KOMRADIN nakłada się jeszcze jeden, równie fascynujący obraz: opowieść w stylu muwashshah – klasycznej formie poetycko-muzycznej narodzonej w średniowiecznej muzułmańskiej Hiszpanii (Al-Andalus). W połączeniu z wirtuozerią oudu i czułym saksofonem powstaje przestrzeń na niezwykle wrażliwą interakcję, recytacje poezji i subtelności andaluzyjskiego flamenco. Zredukowanie składu zespołu do duetu sprawiło, że skomplikowane struktury rytmiczne i modalne detale ujawniają się tu z krystaliczną wręcz klarownością. Muwashshah: Od Al-Andalus do XXI wieku Trzeba na chwilkę zatrzymać się nad jednym z głównych motywów „Hilalen”, którym jest eksploracja tradycji muwashshah . To klasyczna forma poetycka i muzyczna, która narodziła się w średniowiecznej muzułmańskiej Hiszpanii ( Al-Andalus ). Muzycy KOMRADIN nie tylko odświeżają te formy, ale wplatają w nie subtelne akcenty andaluzyjskiego flamenco, budując pomost między kulturami. „ Inspirowaliśmy się obrazami zawartymi w samej poezji. Aranżacje albumu zostały stworzone tak, aby ukazać głębsze warstwy tekstów muwashah. Chcieliśmy wprowadzić ten gatunek muzyczny na scenę XXI wieku, zachowując przy tym jego melodyjne, rytmiczne i modalne subtelności” – wyjaśniają artyści . Brak progów na gryfie pozwala muzykowi na eksplorację mikrotonów, co w połączeniu z perkusyjnym rytmem plektronu (risha) tworzy niezwykle plastyczne brzmienie . Niezwykły związek: Orientalność i nowoczesność Mimo tej potężnej historycznej nadbudowy, to saksofon Asafa Harrisa nadaje płycie jej ostateczny kształt, ponieważ zbliża ja ku nowoczesności. Ten genialny związek najwyraźniej wybrzmiewa w utworach takich jak „Munyati” czy „Ma Lialhaziska” . Muzycy trwają wobec siebie w idealnym dystansie, dzięki czemu przestrzeń dźwiękowa jest wypełniona równomiernie – bogata ornamentyka oudu spotyka się tu z nowoczesną frazą instrumentu dętego. To wyjątkowa relacja: orientalność i „historyczny koloryt” oudu są tu nieustannie rekompensowane nowoczesnością saksofonu - i brzmi to nowatorsko, zwłaszcza w uszach Europejczyka. Harris operuje saksofonem z ogromną czułością, sprawiając, że instrument staje się łącznikiem między dawną tradycją a współczesną improwizacją jazzową. Poetycka głębia i autentyczny rytm Album to nie tylko instrumenty strunowe i dęte. To także recytacje poezji muwashahat z akompaniamentem autentycznych instrumentów perkusyjnych, co pozwala słuchaczowi poczuć oryginalne, skomplikowane struktury rytmiczne tych utworów. Minimalistyczna instrumentacja sprawia, że te subtelności ujawniają się z ogromną klarownością, pogłębiając doznania muzyczne. „Hilalen” to muzyka dla poszukujących w dźwiękach sacrum i prawdy, udowadniająca, że starożytna tradycja może brzmieć niezwykle nowocześnie i poruszająco. To z pewnością perełka dla osób szukających w muzyce starożytnych wrażeń. Z kolei charakterystyczna dla orientu faktura czy też struktura dźwięku sprawia, że słuchacz natychmiast przenosi się w przestrzeni. Uważny odbiorca nie może się znudzić ta płytą - w zasadzie każdy odsłuch może zamienić się w wyprawę zamorską, po piaskach pustyni. „Hilalen” to jedna z najbardziej intymnych płyt ostatnich lat. Działalność Jazzdy to misja pokazywania muzyki, która nie idzie na skróty. Jeśli cenisz nasze recenzje i chcesz, byśmy dalej mogli odkrywać dla Ciebie takie projekty jak KOMRADIN, postaw nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każda filiżanka to wsparcie dla niezależnego dziennikarstwa muzycznego!
- Błękit, który leczy. Lis Wessberg i metafizyka wydm
Nigdy nie sądziłem że to powiem, ale powiem. Otóż mam ulubioną puzonistkę, która w dodatku gra jazz. Owszem, nie jest to jazz szalony i dziki - skądże! Jest to jazz łagodny, łagodny jak długi weekend majowy przy idealnej pogodzie . Tęsknicie za majem? Bo ja tęsknię. To dobrze, bo w tym roku maj przyjdzie wcześniej, w kwietniu. Konkretnie 17 kwietnia 2026 roku światło dzienne ujrzy „In The Wake of Blue” – album tak intymny, że słuchając go, ma się wrażenie podglądania czyjegoś prywatnego pamiętnika pisanego o świcie nad brzegiem Bałtyku. To nie jest jazz „do windy”. To dźwiękowa sesja terapeutyczna, po której świat wydaje się odrobinę bardziej znośny. A teraz do rzeczy, bo trochę w tym Bałtyku pływam. Droga do błękitu Lis Wessberg, duńska mistrzyni puzonu, przyzwyczaiła mnie już w barwach April Records do najwyższej jakości. Jej dorobek jest imponujący – wystąpiła na ponad 50 płytach i zjechała z koncertami niemal cały świat, współpracując z takimi postaciami jak Joyce Moreno czy Ernie Wilkins Almost Big Band. Jej poprzedni album, Twain Walking (2024), przyniósł nominację do Danish Music Award, ale to nowa płyta wydaje się być najbardziej osobistym dziełem w jej karierze. W muzycznym DNA Lis znajdziemy echa Milesa Davisa czy Bena Webstera, ale też artystów pozornie odległych, jak Radiohead czy Mark Hollis z Talk Talk. Ta szeroka perspektywa pozwala tworzyć muzykę, która jest „song-driven” – opartą na piosence, ale głęboko zakorzenioną w jazzowej improwizacji. Największy atut: Wokalny „strzał w dziesiątkę” Największym zaskoczeniem, a zarazem bezdyskusyjnym triumfem, okazała się decyzja o zatrudnieniu wokalistki Veroniki Rud, która poza Danią nie jest znana w ogóle i chyba o tę popularność zupełnie nie zabiega śpiewając swym oryginalnym głosem m.in . w lokalnych komunach . To był – mówiąc krótko – strzał w dziesiątkę. W świecie zdominowanym przez wokalną gimnastykę i siłowe popisy, Rud wnosi coś znacznie rzadszego: obły, miękki i niemal puszysty tembr głosu , który redefiniuje dynamikę całego składu. Jej obecność nie polega na dominacji, lecz na mistrzowskim uzupełnianiu instrumentów. Głos Veroniki działa tutaj jak dźwiękowe spoiwo – wypełnia każdą szczelinę między sekcją rytmiczną a partiami solowymi, nadając całości niespotykaną wcześniej gęstość. Można odnieść wrażenie, że jej wokal to muzyczny odpowiednik efektu „soft focus” ; nie rozmywa on obrazu, ale sprawia, że wszystkie ostre krawędzie brzmienia zespołu nabierają szlachetnego, ciepłego blasku. Rud nie śpiewa do słuchacza – ona go tym głosem otula. Liderka z drugiego szeregu: Spokój i siła To, co uderza na tej płycie najbardziej, to postawa samej liderki. Lis Wessberg prowadzi zespół z niezwykłą skromnością, niemal z drugiego szeregu. Liderka jest doskonale świadoma siły materiału; wyraża się to w spokoju oraz w stałej, spójnej fakturze całego albumu. Nie dominuje, nie zagłusza partnerów – ona tworzy barwy. Z zegarmistrzowską precyzją dobiera odcienie dźwięku, dając muzykom (Rasmussen, Ginman, Gram) ocean przestrzeni. Jest to płyta refleksyjna, łagodna, spokojna, kojąca, melodyjna. Jednak nie dajcie się zwieść tej powściągliwości. Kiedy trzeba, Wessberg pokazuje swoje mistrzowskie oblicze. W utworach takich jak „Flux” oraz „The Quiet Edge” wspaniale prowadzi cały zespół, przejmując rolę solistki w sposób absolutnie zachwycający. Robi to jednak z ogromną klasą – mimo że gra po mistrzowsku, nigdy nie „wali dźwiękiem puzonu po uszach”. Jej instrument nie krzyczy; on śpiewa, szepcze, współodczuwa. Wessberg zaprasza nas wszakoż „w ślad za błękitem”, nie ma więc mowy o hiperbolicznych, szatańskich wybrykach – jest po skandynawsku i anielsko. Dialog puzonu z naturą Wessberg nie ucieka w abstrakcję. Jej piosenki są zakotwiczone w obrazach natury: mgle, przypływach, ptasich stadach. Tytułowy błękit ( blue ) nie jest tu synonimem depresji, lecz raczej melancholii, z której wyłania się odnowa i połączenie. Muzycznie dostajemy tu gęstą strukturę, a kiedy w utworach takich jak „Shadows in Bloom” pojawia się kwartet smyczkowy Live Strings , temperatura emocjonalna wzrasta do poziomu, który wyciska łzy. Krótka lekcja historii: Puzon w roli głównej Aby w pełni docenić to, co robi Lis Wessberg, warto przypomnieć gigantów, którzy udowodnili, że puzon potrafi być równie liryczny jak saksofon: J.J. Johnson: Ojciec nowoczesnego puzonu, który przeniósł język bebopu na ten instrument ( The Eminent Jay Jay Johnson ). Curtis Fuller: Znany z głębokiego, ciepłego brzmienia i legendarnej współpracy z Coltrane'em ( Blues-ette ). Kai Winding: Mistrz aranżacji na zespół puzonów i częsty partner J.J. Johnsona. Frank Rosolino: Wirtuoz o niesamowitej technice w górnych rejestrach instrumentu. Steve Turre: Współczesny mistrz łączący jazz z rytmami latynoskimi. Polski Akcent: Polska szkoła puzonu stoi na światowym poziomie. Warto znać Grzegorza Nagórskiego ( Dedication ), uważanego za jednego z najlepszych w Europie, oraz Michała Tomaszczyka , świetnego kompozytora młodszego pokolenia. Zielone światło dla błękitnej głębi Choć tytuł sugeruje chłód błękitu, Lis – konsekwentnie wierna zieleni, w której pojawia się na scenie i na okładce nowego albumu – wnosi do tej muzyki ogromną dawkę nadziei. Widok artystki w zielonym garniturze, zanurzonej po kostki w falach Bałtyku, to idealna zapowiedź tego, co słyszymy: ten album jest jak spokojny, niespieszny długi weekend, w którym jedynym obowiązkiem jest głęboki oddech. „In The Wake of Blue” to album dla tych, którzy w jazzie szukają prawdy, a nie popisu. To jazz, który oddycha i czuje. To czysta, zielona energia ukryta w błękitnych dźwiękach. Kiedy poczuć ten spokój na własnej skórze? Zaznaczcie w kalendarzach datę 17 kwietnia 2026 roku. To właśnie wtedy ten błękitno-zielony świat, pełen bałtyckiego słońca i jazzowej szczerości, stanie przed Wami otworem. Zarezerwujcie czas na pierwszy odsłuch – zasługujecie na ten muzyczny odpoczynek. Działalność Jazzdy to misja przybliżania muzyki, która wymaga skupienia, uważności i otwartości na nieznane. Jeśli cenisz nasze recenzje i chcesz, byśmy dalej tropili takie skandynawskie perły, postaw nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każda filiżanka to paliwo dla rzetelnej, niezależnej krytyki muzycznej!
- Stambuł to nie miasto, to rytm. Recenzja albumu „Mahalle” Ilhana Erşahina
Gdy pojadę do Stambułu (a wierzę, że to będzie w tym roku), nie potrzebuję już mapy czy papierowych przewodników. Płyta „Mahalle” Ilhana Erşahina będzie moją nawigacją. Jak ja uwielbiam tego gościa i muzykę, którą tworzy! Jest w niej ten specyficzny błysk orientu, ten przedziwny rytm, który zawsze – ale to zawsze – buduje w głowie obraz świata odległego i tajemniczego. 16 stycznia 2026 roku Ilhan Erşahin wypuścił kolejną odsłonę swojego projektu „Istanbul Sessions”, ale tym razem zrobił to dosłownie. Każdy utwór na „Mahalle” to pocztówka z prawdziwego Stambułu. Erşahin, szwedzko-turecki wizjoner i założyciel kultowego nowojorskiego klubu Nublu, od lat udowadnia, że jazz najlepiej smakuje, gdy jest spocony, klubowy i niebezpiecznie blisko ulicy. Ilhan uwielbia grać na ulicy i często nagrywa teledyski bezpośrednio na stambulskich chodnikach, w samym środku miejskiego zgiełku, co idealnie oddaje charakter jego twórczości. Ale w przypadku „Mahalle” (co po turecku oznacza „sąsiedztwo” lub „dzielnicę”), lider idzie krok dalej. Zamiast tradycyjnych melodii, dostajemy topografię. Stambuł na tej płycie przestaje być tylko miastem – staje się architekturą dźwiękową. Jak ktoś trafnie zauważył po jednym z ich koncertów: „To nie jazz, to Stambuł”. Skład, który jest sercem miasta Musimy to sobie jasno powiedzieć – nazwiska muzyków towarzyszących Ilhanowi większości z nas pewnie niewiele mówią. Ale to właśnie ten skład sprawia, że płyta „żre”: Ilhan Erşahin (saksofon), Alp Ersönmez (bas), İzzet Kızıl (perkusja) oraz Turgut Alp Bekoğlu (perkusja). To ekipa, która zamiast grać nudne „standardy”, tworzy „instrumentalną muzykę taneczną graną na żywo”. Warto podkreślić rolę Alpa Ersönmeza – to on na tym albumie wyrasta na drugiego architekta, współprodukując i komponując część materiału. Jego bas to główna arteria miasta. Bębny Bekoğlu to z kolei sam ruch uliczny – raz rwie do przodu, raz zagęszcza się w korku. Perkusja İzzeta Kızıla niesie ze sobą echa Mezopotamii i Bałkanów, ale bez grama taniego folkloru. Erşahin mówi o tej płycie trochę wyzywająco: „Piszę melodie dla ludzi, którymi jesteśmy, a nie przypadkowe piosenki, które może zagrać każdy” . Saga Istanbul Sessions i legenda Truffaza „Mahalle” to szósty odcinek tej fascynującej serii. Przez lata „Istanbul Sessions” stało się marką samą w sobie – niektóre części są łatwo dostępne w streamingu, inne to białe kruki, których trzeba szukać w zakamarkach sieci lub na winylu. Moja ulubiona odsłona to ta nagrana z Erikiem Truffazem . Kim jest Truffaz? To francuski mag trąbki, człowiek, który jako jeden z pierwszych wpuścił do jazzu hip-hopowy beat i elektroniczny chłód. Jeśli Miles Davis był ojcem chrzestnym jazz-rocka, to Truffaz jest jego nowoczesnym, klubowym wcieleniem. Jego współpraca z Erşahinem to absolutny klasyk, gdzie nowojorski jazz uderza w europejski minimalizm i turecki żar. Proces: Kolory, przypadek i obsesja perfekcji W procesie twórczym Ilhana Erşahina nie ma miejsca na nudę. Jak sam mówi, impuls do tworzenia jest dla niego zagadką, często polega na przypadku i „widzeniu kolorów”. Każdy projekt ma swoją barwę, a „Mahalle” to barwy rdzy, metalu, morskiej mgły i nocnych neonów. To, co uderza w „Mahalle”, to niespotykana wcześniej u Istanbul Sessions dyscyplina. Zamiast transowych jamów, dostajemy dziewięć konkretnych, kinematograficznych sekwencji. Erşahin to perfekcjonista. „Nigdy nie wydaję niczego, dopóki nie jestem zadowolony z każdego elementu – od pisania, przez miks, aż po mastering” . I to słychać – dźwięk (24-bit/48 kHz) jest głęboki, czysty i panoramiczny, mimo hałaśliwej natury samego Stambułu. Topografia dźwięku: Przewodnik po „Mahalle” Słuchając tej płyty, masz wrażenie oglądania filmu noir. To nie są turystyczne obrazki, to Stambuł, przez który faktycznie przechodzisz: Yeditepe (Seven Hills): Fundament miasta. Ten utwór otwiera się jak zagubiony jazz-rockowy manifest z lat 80., ale po chwili wjeżdża ten rytm wschodni i od razu masz ciary. Genialny, śpiewny saksofon Ilhana niesie tę melodię, a w tle moja ukochana elektronika roztacza mu głębokie tło. Cudny kawałek, który otwiera płytę z godnością Siedmiu Wzgórz, na których wzniesiono starożytny Konstantynopol. Asmalı (Mescit): Ojjj, tutaj basowy, elektroniczny puls prowadzi saksofon lidera przez dźwiękowy labirynt – jest gęsto i ciasno, dokładnie tak, jak na ulicach tego wspaniałego miasta. Co wyróżnia Asmalı Mescit? To przede wszystkim nocne życie – bary, kluby, meyhane i muzyka na żywo w każdym zaułku. To klimatyczne, wąskie uliczki pełne stolików na zewnątrz, neonów i nieustannego gwaru. Nazwa dzielnicy ma charakter historyczny i pochodzi od dawnego meczetu, który stał tu w czasach osmańskich. Bliskość Taksim i Galaty czyni z Asmalı idealną bazę wypadową do zwiedzania i poczucia artystycznego niepokoju nocy. Galata: Dobry człowieku, przy tym utworze nie da się siedzieć – tutaj trzeba tańczyć! To niesamowicie śpiewny, nowoczesny i transowy kawałek. Saksofon Ilhana snuje opowieści nad brzegiem Bosforu, a sekcja rytmiczna pompuje energię prosto z undergroundowych klubów Manhattanu. Karaköy: Tu wodzą nas za nos goście walący w bębny! Ten rytm, człowieku... nigdzie w Europie go nie usłyszysz. Przyspieszone uderzenia, nagłe zwroty, gaz do dechy. Sam utwór idealnie oddaje vibe tej dzielnicy położonej nad Złotym Rogiem. Karaköy ma zupełnie inny klimat niż Asmalı Mescit: bardziej portowy, industrialny i artystyczny. To stambulska stolica modnych kawiarni, galerii i street artu. Nowoczesność napotyka tu historię w odrestaurowanych magazynach portowych. Za dnia to kawiarniano-spacerowy raj z nutą hipsterstwa i lekką surowością portu, a wieczorem tętni życiem w rytmie wykwintnych restauracji i nadmorskiego bulwaru. Haliç (Golden Horn): Złoty Róg. W tym utworze zespół znów uderza rockowo i rozlegle, a saksofon Ilhana prowadzi niezwykle długie, hipnotyczne frazy. Haliç (Złoty Róg) to historyczne serce miasta, wąska zatoka wcinająca się w ląd, która od czasów Bizancjum była naturalnym portem. Muzyka płynie tu szerzej, oddając klimat miejskiej nostalgii: zapach morza, mewy i promy przecinające wodę. Spacerując brzegami Haliç, mijasz najbardziej fotogeniczne dzielnice, jak Balat i Fener, oraz wzgórze Pierre Loti w Eyüp. To miejsce, gdzie czas płynie wolniej, zdominowane przez zapach parzonej herbaty. Tünel: Ten utwór to przygoda jak szybki przejazd tamtejszą kolejką – dudni basem, wali w łeb riffem gitary i hipnotyzuje opowieścią saksofonu lidera. Bas kroczy tu nieco wolniej, ale za to dumnie, oddając charakter tego mikroskopijnego, ale kultowego miejsca. Tünel to druga najstarsza podziemna kolej na świecie (po londyńskim metrze), uruchomiona w 1875 roku. Łączy Karaköy z Beyoğlu, a sam przejazd trwa zaledwie 90 sekund – i dokładnie tyle energii czuć w tym numerze. Plac Tünel na szczycie to raj dla muzyków: tu zaczyna się ulica Galip Dede, pełna sklepów z instrumentami. Gwar kawiarni sąsiaduje tu z dźwiękami testowanych gitar i fletów. Odakule: To ma coś z fusion, ale jakiego fusion? Na Wschodzie? To brzmi jak dekadencka muzyka zachodnia wrzucona w stambulski kocioł. Autor albumu wszystko tu nagina, przetacza i formatuje na nowo – jest głośno, odważnie i surowo. Odakule to charakterystyczny punkt w dzielnicy Beyoğlu, zdominowany przez biurowiec z lat 70. – jeden z pierwszych nowoczesnych wieżowców w mieście. To dźwiękowy środek ciężkości między Tünel a biznesową częścią okolicy przy İstiklal Caddesi. W tym betonowym brutalizmie mieści się Istanbul Sanat Galerisi, a muzyka oddaje to echo odbite od modernistycznych fasad i chłód galerii sztuki współczesnej. Tersane (Stocznia): Płyta żegna się z nami spokojnie, płynnie i niebywale melodyjnie. Przydymiony saksofon lidera, czarodziejskie brzmienie perkusjonaliów, „lumkająca” elektronika i wreszcie ta wokaliza... wprost z Orientu. Chcesz tam iść, słuchać tego głosu i nigdy nie wracać. Tersane İstanbul to dziś symbol „nowego Stambułu” – potężny kompleks nad Złotym Rogiem, zbudowany na terenie dawnych osmańskich stoczni. To miejsce, gdzie industrialna surowość hal, dźwigów i doków sąsiaduje z postindustrialną elegancją muzeów (jak Rahmi M. Koç Müzesi), modnych restauracji i bulwarów. Tersane jest mniej chaotyczne niż Karaköy, bardziej przestrzenne, idealne na spacer o zachodzie słońca, gdy historia osmańskiej potęgi ustępuje miejsca nowoczesnemu tętnu metropolii. Bunt przeciwko nudzie i mainstreamowi Ilhan Erşahin w „Mahalle” robi to, co potrafi najlepiej: łączy światy. To album wybitnie rytmiczny, wciągający i bez reszty angażujący uwagę słuchacza, ale jednocześnie konsekwentnie uciekający od mainstreamowego jazzu. Rockowa stylistyka albumu powoduje, że jest to granie o niezwykle zwartej strukturze, oparte na niewyszukanych, ale za to bardzo melodyjnych kompozycjach. To nowoczesne, świeże brzmienie, w którym elektronika nie jest tylko ornamentem, ale pełnoprawnym fundamentem, na którym wyrasta gęsty, orientalny rytm. Jako architekt nowojorskiego undergroundu przeniósł energię klubu Nublu do tureckiego kontekstu, tworząc hybrydę, która jest jednocześnie egzotyczna i znajoma. To muzyka dla tych, którzy szukają w jazzie „strzału chwili”, autentyczności i pulsu, który wyznacza tętno nowoczesnego miasta, a nie tylko bezpiecznych, znanych schematów. Jeśli nie boisz się „spoconego” jazzu, ten album Cię nie puści. Czym jest projekt „Istanbul Sessions”? „Istanbul Sessions” to jedna z najciekawszych i najbardziej rozpoznawalnych serii projektów jazzowo-etnicznych tworzonych przez İlhana Erşahina. To energetyczna mieszanka nowojorskiej sceny Nublu, tureckiej rytmiki i transowego groove’u. To muzyka, która łączy jazz, elektronikę, anatolijskie melodie i klubową pulsację, tworząc brzmienie absolutnie unikatowe. Geneza: Projekt założony przez İlhana Erşahina w 2008 roku – saksofonistę, producenta i twórcę kultowego nowojorskiego klubu/labelu Nublu. Zespół od początku gra w niezmiennym, niemal rodzinnym składzie z Alpem Ersönmezem (bas), Turgutem Alp Bekoğlu (perkusja) i İzzetem Kızılem (perkusjonalia). Styl i brzmienie: Mocny rytm – perkusja i perkusjonalia nadają puls bliski muzyce klubowej, który nigdzie w Europie nie brzmi tak autentycznie. Saksofon Erşahina – często hipnotyczny, minimalistyczny, z wyraźnymi wpływami Bliskiego Wschodu. Elektronika i dub – subtelne efekty i przestrzeń znana z najlepszych produkcji Nublu. Etniczne motywy – melodie inspirowane Turcją, ale podane w nowoczesnej, progresywnej formie. Energia koncertowa: Zespół słynie z niezwykle żywiołowych występów na całym świecie – od małych klubów w Nowym Jorku po wielkie festiwale w São Paulo czy Paryżu. Najważniejsze wydawnictwa: W dyskografii projektu „Istanbul Sessions” znajdziemy kilka kluczowych odsłon, m.in . albumy Mahalle , Haliç czy Istanbul Underground . Wszystkie są dostępne w katalogu artysty na platformie Bandcamp. Kontekst i znaczenie: Projekt wyrósł z wielokulturowej sceny Nublu, gdzie Erşahin od lat łączy jazz i elektronikę z muzyką świata. „Istanbul Sessions” to muzyczna wizja Stambułu: miasta transowego, wieloetnicznego i pulsującego rytmem, budująca reputację jednego z najważniejszych tureckich projektów jazzowych XXI wieku. Działalność Jazzdy to misja przybliżania muzyki, która wymaga skupienia, uważności i otwartości na nieznane. Jeśli cenisz nasze publikacje i chcesz wesprzeć niezależne dziennikarstwo muzyczne, możesz postawić nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam dalej zgłębiać fascynujące światy takich artystów jak Ilhan Erşahin.
- Od bluesa po jazzowy szczyt. Marek Piowczyk o „Baltic Experience” i Nowej Nadziei polskiego jazzu
Pochodzi ze Śląska, ale serce oddał Bałtykowi. Jego gra to fascynująca podróż od surowego, brudnego bluesa, przez matematyczną precyzję akademickiego jazzu, aż po uduchowioną, autorską improwizację. Marek Piowczyk – gitarzysta, który głosami czytelników „Jazz Forum” został ogłoszony Nową Nadzieją polskiego jazzu – w szczerej rozmowie z Robertem Kozubalem opowiada o szukaniu własnego tonu, magii analogowego nagrywania i osobistych listach ukrytych w dźwiękach. Robert Kozubal Jazzda.net: Gdy słucha się Twojej gry, trudno nie ulec wrażeniu, że masz bardzo silne, niemal organiczne zakorzenienie w bluesie. Słuchając Twojego utworu „Desire” z 2014 roku oraz oglądając skrót Twojego recitalu dyplomowego, mam wrażenie, że już właśnie wtedy blues był dla Ciebie podstawą. Czy to faktycznie blues był Twoim pierwszym muzycznym językiem, na którym dopiero później nabudowałeś jazzową frazę? Marek Piowczyk: Pochodzę ze Śląska, który uchodzi za kolebkę bluesa w Polsce. Swego czasu byłem częstym uczestnikiem jam sessions organizowanych w Śląskim Jazz Clubie w Gliwicach. Blues był tam podstawą, nabierałem tam pierwszych szlifów muzycznych. Ta muzyka jest ze mną od zawsze, z czego bardzo się zresztą cieszę. Jest to też baza dla większości gatunków muzycznych, w tym dla jazzu oczywiście. Uczy frazowania typu call & response, specyficznej artykulacji i ogrywania harmonii. To często elementy kulejące u wielu gitarzystów, którzy nie mają tego typu doświadczeń. Można powiedzieć, że moja pierwsza płyta „Desire”, wraz z singlem ją promującym, jest swoistym hołdem dla muzyki około bluesowej. Robert Kozubal Jazzda.net: Mistrzowie strun – od delty po modern: Kto znajduje się na Twojej prywatnej liście „gitarowych bogów”? Czy to postacie tak fundamentalne jak Robert Johnson, bez którego trudno wyobrazić sobie historię gitary, czy może szukasz energii u młodszych stażem, ale równie żarliwych kontynuatorów tradycji, jak Kenny Wayne Shepherd? A jacy gitarzyści jazzowi są dla Ciebie wzorcem? Marek Piowczyk: Trudno o taką listę, gdyż wspaniałych gitarzystów, którymi można się inspirować jest wielu. Wymienię kilku, przede wszystkim tych, którzy dali fundament współczesnym, gitarowym brzmieniom. Wolałbym nie dzielić tutaj gatunkowo, gdyż muzyka jest jedna, a style wzajemnie się przenikają: Wes Montgomery, Kenny Burrel, Stevie Ray Vaughan, Robben Ford, Jimmy Hendrix, Joe Pass, Eric Clapton, Jim Hall, Pat Martino. Bardziej współcześnie: John Scofield, George Benson, Mike Stern, Pat Metheny, Jonathan Kreisberg. Robert Kozubal Jazzda.net: Wiele osób podkreśla, że Twoje brzmienie jest bardzo dojrzałe i rozpoznawalne. Jak długo zajęło Ci znalezienie tego konkretnego „tonu”, który dziś definiuje Twoją muzykę? Marek Piowczyk: To chyba największy komplement dla muzyka, dziękuję. Myślę, że chodzi tu przede wszystkim o bardziej świadome wsłuchiwanie się w siebie i odwagę do przekazywania tego co czujemy na zgodny z własną wrażliwością sposób. Nigdy nie szukałem swojego brzmienia, pozwalam za to prowadzić się intuicji, bez przymusu grania „jak inni”. Uważam, że istotnym elementem, szczególnie w bardziej początkowym etapie muzycznego rozwoju, jest nauka tego, co przynosi nam radość, niekoniecznie zaś tego czego wymaga formalna edukacja. Robert Kozubal Jazzda.net: Gdybyś miał ocenić swoją ówczesną grę i podejście do instrumentu z perspektywy dojrzałego, wykształconego artysty, którym jesteś obecnie – co było Twoją największą siłą, a co musiałeś „przepracować”, by stać się muzykiem jazzowym pełną gębą? Marek Piowczyk: To ciekawe pytanie. Myślę, że moją siłą od zawsze była pracowitość, konsekwencja w działaniu, swoboda improwizacji i zdolność łamania schematów. Pamiętam jednak, że bardzo trudno było mi zaakceptować fakt, że w jazzie, szczególnie w początkowych etapach jego nauki potrzeba sporo analiz, czasami wręcz matematycznych czy mniej emocjonalnego stylu gry. Pamiętam tutaj moje pierwsze zgrzyty na Akademii Muzycznej. Powiedziałem jednak sobie wtedy: „Zaufaj, daj temu szansę, weź z tego co najlepsze i zrób to po swojemu”. Z czasem, wszystko to otwiera głowę, buduje świadomość i wolność muzyczną. To trochę jak drabina po której warto wejść, a potem ją odrzucić. Nie ma drogi na skróty. Robert Kozubal Jazzda.net: Gratuluję zwycięstwa w ankiecie Jazz Top 2025 magazynu Jazz Forum! Jakie to uczucie zostać ogłoszonym „Nową Nadzieją” polskiego jazzu głosami samych czytelników? Czy fakt, że to wyróżnienie płynie bezpośrednio od odbiorców, a nie tylko od zamkniętego grona krytyków, ma dla Ciebie szczególne znaczenie? Marek Piowczyk: Dziękuję, to dla mnie wielkie wyróżnienie. Mieszanka serdecznych uczuć, wzruszenia – trudno opisać to słowami, szczególnie, że mówimy tutaj o najbardziej prestiżowym plebiscycie w środowisku jazzowym. To też ogromny zaszczyt, że moja muzyczna droga została tak wszechstronnie doceniona, zostałem laureatem w dwóch kategoriach – zarówno jako muzyk oraz zespół i to przy tak szalenie zdolnej konkurencji. Myślę, że spory wpływ miało tutaj też wydanie mojej pierwszej jazzowej płyty „Baltic Experience”, która również znalazła się w topie plebiscytu wyróżnionych płyt jazzowych ubiegłego roku, a jej realizacja została wyróżniona przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Fakt, że głosowali tutaj odbiorcy daje mi jasny sygnał, że moja osoba i muzyczne przedsięwzięcia trafiają do serc, wzbudzają uznanie i są zapamiętane, niezależnie od branżowych mediów. To chyba w tym wszystkim najpiękniejsze. Robert Kozubal Jazzda.net: Na nowej płycie zdecydowałeś się na szerszy skład niż Twoje klasyczne trio. Co skłoniło Cię do takiego kroku? Czego brakowało Ci w mniejszym składzie, co mogłeś uzyskać dopiero przy tak powiększonej liczbie muzyków? Marek Piowczyk: Uwielbiam formułę gitarowego trio, jednak czułem, że w części materiału „Baltic Experience” brzmienie trąbki jest czymś naturalnym. Tym samym część materiału zaaranżowałem na kwartet i do udziału w nagraniach zaprosiłem wspaniałego trębacza – Adama Skorczewskiego. Uzyskaliśmy muzyczną przestrzeń i swoisty dialog z gitarą. Podkreśla to liryczny charakter płyty, co szczególnie można usłyszeć w bardziej kojących utworach, takich jak „My Ballad” czy „Little Waltz”. Robert Kozubal Jazzda.net: Czy tytuł albumu niesie ze sobą jakąś konkretną historię lub symbolikę? Czy to próba opisania obecnego etapu Twojej drogi artystycznej? Marek Piowczyk: Album jest głęboko zakorzeniony w tożsamości Pomorza – zarówno emocjonalnie, jak i artystycznie, a całość powstała przy współpracy z utalentowanymi jazzowymi muzykami związanymi z regionem, co podkreśla charakter projektu. Tytuł płyty nie jest przypadkowy, to moja muzyczna podróż inspirowana naturą Morza Bałtyckiego, jego zmiennością, przestrzenią, spokojem i żywiołowością. To też opowieść o miejscach i ludziach, których spotkałem w ostatnich latach mojego życia na Pomorzu. Robert Kozubal Jazzda.net: Jednym z najbardziej intrygujących momentów na płycie jest utwór „For P.”. To brzmi jak bardzo osobisty wątek. Czy możesz zdradzić, kim jest tajemniczy „P.” i dlaczego to właśnie dla niego powstała ta kompozycja? Marek Piowczyk: Masz nosa. Czasami w życiu dzieją się nieprzewidywalne rzeczy, czasem wbrew logice. Tak właśnie było i w tym przypadku. To doświadczenie wywarło na mnie znaczący wpływ, dało też życiową lekcję. Chciałbym pozostawić ten utwór w formie osobistego, muzycznego listu. Dziękuję, że ten utwór zwrócił Twoją szczególną uwagę. Robert Kozubal Jazzda.net: Prowadzisz warsztaty i ćwiczenia dla gitarzystów. Jako muzyk pełnisz też rolę mentora. Co byś poradził młodym gitarzystom jazzowym, którzy są na początku drogi i marzą o wielkiej scenie? Marek Piowczyk: Zgadza się. Myślę, że dzielenie się doświadczeniem, wiedzą czy pomoc w przekraczaniu własnych muzycznych barier to wielka wartość. Wymaga empatii, indywidualnego podejścia, rozumienia potrzeb drugiego człowieka i zaufania. Myślę, że w dążeniu do muzycznych sukcesów najważniejsza jest wiara w siebie, cierpliwość, konsekwencja w działaniu i praca, niezależnie od zmieniających się okoliczności. Warto pamiętać, że nie liczy się sama meta, a przede wszystkim muzyczna droga. Reszta, prędzej czy później, przyjdzie sama. Robert Kozubal Jazzda.net: Gdzie widzisz siebie i swoją muzykę za kilka lat? Czy planujesz dalej eksplorować duże składy, czy może planujesz powrót do bardziej intymnych, surowych form? Marek Piowczyk: W każdej formule jest coś wyjątkowego i rozwijającego, jestem otwarty na każdą z nich. W moim przypadku – plany lepiej w pierwszej kolejności zrealizować, później o tym opowiedzieć, z pewnością o tym usłyszycie :) Robert Kozubal Jazzda.net: Czego mogą spodziewać się słuchacze, którzy włączą Twój album po raz pierwszy? Gdybyś miał opisać tę płytę trzema słowami, co by to było? Marek Piowczyk: Przede wszystkim sporej dawki zaskoczeń – zarówno brzmieniowych jak i muzycznych. Album został nagrany w pełni analogowo, w stylu „na setkę”, tak by zachować koncertową energię i synergię muzyków. Płyta ma w sobie wiele kolorów – od tych stonowanych po burzliwe, jak na „Baltic Experience” przystało. Podróż – Dialog – Duchowość. Robert Kozubal Jazzda.net: Dziękuję za rozmowę Działalność Jazzdy to misja przybliżania muzyki, która wymaga skupienia, uważności i otwartości na nieznane. Jeśli cenisz nasze rozmowy i chcesz, byśmy dalej mogli „odbrązawiać” polską scenę muzyczną, docierając do najciekawszych twórców, wesprzyj nas wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam być tam, gdzie muzyka oddycha pełną piersią.
- Jazzpospolita w Kosmopolis
WYSTĄPIENIE TOWARZYSZA WŁADYSŁAWA GOMUŁKI NA POSIEDZENIU SEJMU W SPRAWIE ALBUMU „KOSMOPOLIS” Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący miast i wsi! Wysoka Izbo! Przychodzę dziś do was nie tylko jako pierwszy sekretarz, ale jako zatroskany opiekun duchowego rozwoju naszej socjalistycznej ojczyzny. Sprawa, którą musimy dziś omówić, dotyczy nowej produkcji kolektywu muzycznego Jazzpospolita, zatytułowanej – z pańska nieco, ale treściowo słusznie – „Kosmopolis”. Nie ulega wiadomość, towarzysze, że w dobie narastającego napięcia międzynarodowego, nasza młodzież potrzebuje drogowskazu. I oto zespół Jazzpospolita daje nam ten drogowskaz. Bo przecież, jak słusznie zauważono, zespół ten ostatecznie porzucił jazzowe konwenanse na rzecz bardziej otwartej formy , co w procesie wychowawczym młodych kadr jest kluczowe! Nie chcemy jazzu, który mąci w głowach, chcemy jazzu, w którym sekcja rytmiczna pracuje z niemal matematyczną precyzją , dając oparcie robotniczej nodze! (Oklaski na sali) Spójrzmy na odpoczynek ludu pracującego. Czy robotnik po szychcie, czy inteligent pracujący nad planem pięcioletnim, nie zasługują na chwilę wytchnienia? Zasługują! A „Kosmopolis” to zapewnia. Słuchając tych nagrań, czujemy, że w ich muzyce bije tętno współczesnego miasta , ale jest to miasto nasze, budowane wspólnym wysiłkiem, a nie kapitalistyczna dżungla. To jest muzyka niezwykle spójna, mimo że czerpie z wielu źródeł , tak jak nasz naród czerpie ze zdobyczy rewolucji! Towarzysze! Muszę tu wspomnieć o sprawach bytowych. Nie jest tajemnicą, że jakość posiłków w naszych stołówkach i wagonach WARS bywa... różna. Ale postawmy sprawę jasno: myśmy to obliczyli i z pełną odpowiedzialnością mówię – przy dźwiękach Jazzpospolitej spożycie kotleta mielonego w skali kraju wzrośnie o 13 przecinek 7 procenta! Bo człowiek nasycony kulturą wysokiej próby lepiej trawi i nabiera smaku nowoczesności! Bo to jest muzyka, która nie jest tłem, ale nowym standardem jakości . Gdy ta melodyjność i przestrzeń wypełnią wagony WARS, podróżny poczuje, że Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej! (Poruszenie w ławach, Gomułka poprawia okulary i uderza pięścią w pulpit) Bo Jazzpospolita, towarzysze, to jest nasz polski bastion! Oni stoją w zwartym ordynku i bronią nas przed wrażymi siłami dżezowymi z imperialistycznej Ameryki, przed zdegenerowaną kulturowo papką multikulti z Anglii, czy – co najgorsze – przed pornograficzną muzyką skandynawskich pseudomuzyków, co to tylko hałasują bez ładu i składu! Jazzpospolita mówi tym wybrykom kapitalizmu stanowcze: NIE! Oni stawiają na słowiańską nutę, bliską proletariatowi, na dźwięk, który buduje, a nie niszczy! Dlatego wzywam! Wzywam was, recenzenci, dziennikarze z kolorowych pism i portali! Zamiast kłócić się o definicje, złączcie się w jednym szeregu! Wykażcie narodowi kunszt wykonawczy tych muzyków! Piszcie o tym, że to humanistyczny wymiar kompozycji , który stawia człowieka w centrum zainteresowania! Niech każdy z was podkreśli, że to zespół, który wypracował własne, rozpoznawalne brzmienie , odporne na wrogie podszepty z Zachodu! Albowiem spójrzmy na wyboistą drogę, jaką ten zespół przebył. Jazzpospolita od samego początku swojego istnienia – od siedemnastu lat rzetelnego, artystycznego wysiłku – działa na przekór: burżuazyjnym skojarzeniom, przelotnym modom, a nawet własnej nazwie! Dzięki nieustannemu balansowaniu pomiędzy gatunkami, tej grupie udało się stworzyć swoje własne, charakterystyczne brzmienie, bliskie sercu każdego pracownika. Zarzucają im: post, avant, pre, trans, prog, soft, hard? My odpowiadamy: to jest muzyka dla ludu! Wszystkie te etykietki, którymi reakcyjna prasa próbuje opatrzyć twórczość Jazzpo, naprawdę trudno wymienić. Czy da się je spiąć jazzową klamrą? My to spniemy klamrą jedności narodowej! Kompozycje Jazzpo – pełne harmonii, dynamiki i melodyjności – ewoluują w zależności od potrzeby chwili, tak jak ewoluuje nasza gospodarka! Dzięki tej elastyczności oraz różnorodności brzmienia Jazzpospolita jest gorąco przyjmowana zarówno na scenach klubowych, festiwalach, jak i w filharmoniach oraz domach kultury. Dziewięć albumów, kilkaset koncertów w ramach międzynarodowych tras – tak w największym skrócie można opisać ten meldunek z frontu muzycznego! London Jazz Festival, Copenhagen Jazz Festival, Jazz Comblain, Open’er, Męskie Granie, Jazz Jamboree – wszędzie tam Jazzpospolita dumnie niosła sztandar polskiej kultury! I na koniec, wskażmy z tej mównicy bohaterów, twórców tego sukcesu, którzy w pocie czoła wypracowali to brzmienie: Towarzysz STEFAN NOWAKOWSKI – trzymający fundamenty na kontrabasie i gitarze basowej! Towarzysz MICHAŁ MILCZAREK – obsługujący gitarę, elektronikę i sample z precyzją godną operatora tokarki! Towarzysz MIŁOSZ OLENIECKI – przy fortepianie i instrumentach klawiszowych! Towarzysz WOJTEK SOBURA – nadający rytm na perkusji! To jest, towarzysze, dojrzałość i opanowanie , których tak bardzo nam dziś potrzeba. To jest otwarcie na nowe horyzonty , ale przy zachowaniu dyscypliny partyjnej... to znaczy – kompozycyjnej! „Kosmopolis” to nie jest tylko płyta. To jest meldunek z frontu walki o nową kulturę! Towarzysze! I jeszcze sprawa ostatnia, ale nie najmniej ważna – sprawa aprowizacji naszej propagandowej placówki! Aby mechanizm Jazzdy nie zatarł się w trybach walki o lepsze jutro, wzywam was do czynu społecznego w formie dobrowolnych wpłat pod adresem: buycoffee.to/jazzda.net . Niech ta wirtualna kawa będzie symbolem naszej klasowej jedności i realnym wsparciem dla frontu walki o rzetelną, polską krytykę muzyczną! Bo każda złotówka to cegiełka w gmachu naszej wspólnej, dżezowej przyszłości! Niech żyje Jazzpospolita! Niech żyje polski jazz socjalistyczny w treści i nowoczesny w formie! Nota bibliograficzna (Wykorzystane fragmenty recenzji): W powyższym referacie Towarzysza Wiesława wykorzystano autentyczne sformułowania pochodzące z następujących źródeł: „Zespołowi udało się wypracować własne, rozpoznawalne brzmienie” – Jazz.pl (Kosmopolis) „Sekcja rytmiczna pracuje z niemal matematyczną precyzją” – Jazzpress (Obiekt) „Melodyjność i przestrzeń” – Audio.com.pl (Przypływ) „Muzyka niezwykle spójna, mimo że czerpie z wielu źródeł” – Jazzpress (Obiekt) „Kunszt wykonawczy” – Jazz Forum (Jazz.pl) „Humanistyczny wymiar kompozycji” – Jazzsoul.pl (Humanizm) „Dojrzałość i opanowanie” – Polityka (Przypływ) „Otwarcie na nowe horyzonty” – Polskie Radio (Na nowych torach) „Zespół ostatecznie porzucił jazzowe konwenanse na rzecz bardziej otwartej formy” – Nowamuzyka.pl (Jazzpo!) „W ich muzyce bije tętno współczesnego miasta” – Jazz.pl (Kosmopolis)
- Mistrz odbrązowiony, jazzowy i symfoniczny. zapraszamy 2 lutego do NOSPR w katowicach na koncert Młynarski Bynajmniej
Czy piosenki Wojciecha Młynarskiego mogą stać się jazzowymi standardami na miarę „Great American Songbook”? Piotr Schmidt udowadnia, że nie tylko mogą, ale wręcz powinny. Już 2 lutego w katowickiej sali NOSPR odbędzie się wydarzenie bez precedensu. Projekt „Młynarski. Bynajmniej” zabrzmi w poszerzonym, symfonicznym składzie, a na scenie obok kwintetu Schmidta i orkiestry AUKSO pod batutą Marka Mosia, staną legendy i wirtuozi: Ewa Bem, Aga Zaryan oraz Wojciech Myrczek. Jazzda z duma patronuje medialnie koncertowi. To nie będzie kolejna akademia ku czci. To próba tchnięcia w genialne teksty Mistrza nowej, jazzowej energii, pełnej improwizacji, swingu i nieoczywistych harmonii. O tym, jak zamienić pomnik w żywy organizm i dlaczego ten koncert będzie czymś więcej niż tylko odtworzeniem płyty, rozmawiamy z liderem projektu, trębaczem Piotrem Schmidtem. Robert Kozubal Jazzda.net : Piotrze, 2 lutego NOSPR wypełni się muzyką Wojciecha Młynarskiego. Czego tak naprawdę możemy spodziewać się na tym koncercie? Czy to będzie wierne odtworzenie albumu „Bynajmniej”, czy dacie sobie w tym kwintecie więcej przestrzeni na koncertowe szaleństwo i „strzał chwili”? Piotr Schmidt: Koncert w NOSPR to dla nas wydarzenie szczególne – to nie tylko promocja materiału z płyty, ale wejście na zupełnie nowy poziom tej opowieści. Oczywiście, trzonem są genialne, jazzowe aranżacje Krzysztofa Herdzina i Sabiny Meck, które słuchacze znają z albumu, ale sala NOSPR i obecność orkiestry AUKSO pod dyrekcją Marka Mosia dodają temu projektowi niesamowitej głębi. Czy będzie wiernie? Pod względem szacunku do frazy Mistrza – tak. Ale jesteśmy jazzmanami, więc "strzał chwili" jest wpisany w nasze DNA. W kwintecie z Krzysztofem Herdzinem, Andrzejem Święsem i Sebastianem Frankiewiczem zawsze szukamy nowej energii. Na scenie NOSPR te utwory zaczną oddychać pełną piersią, a my damy sobie tyle wolności, na ile będziemy mogli sobie w ramach pewnej konwencji pozwolić. Najważniejsze jest to, że koncert ten przedstawi rozszerzony repertuar utworów z tekstami Młynarskiego, a do dodatkowych utworów aranżacje pisze moja żona, dr kompozycji, Joanna Szymala. Rozszerzony repertuar, dodatkowe utwory i aranżacje, a także dodatkowe gwiazdy – a zatem wyjątkowo dobrze wzbogacona wersja albumu „Młynarski. Bynajmniej.” to coś, co będzie można usłyszeć tylko w NOSPR w Katowicach. Robert Kozubal Jazzda.net : W projekcie bierze udział Krzysztof Herdzin – postać instytucja, oraz współautor Wojciech Myrczek, który głosem potrafi zrobić wszystko, ale będą również Aga Zaryan i Ewa Bem. Jak ta „mieszanka wybuchowa” osobowości wpływa na odbiór tekstów Młynarskiego? Czy słuchacz, który zna te utwory od dziecka, może poczuć się na koncercie, jakby słyszał je pierwszy raz w życiu? Piotr Schmidt: To jest właśnie magia tego spotkania. Wojtek Myrczek ma niesamowity dar – on nie tylko śpiewa, on interpretuje te teksty z aktorskim zacięciem, co przy Młynarskim jest kluczowe. Zaproszenie Ewy Bem, pierwszej damy polskiego jazzu, oraz Agi Zaryan, która wnosi do projektu niespotykaną subtelność, sprawia, że te teksty zyskują nowe barwy, nowe perspektywy – kobiece, refleksyjne, czasem bardzo emocjonalne. Dla kogoś, kto dorastał przy Młynarskim, to może być niezwykle intrygujące. Ogólnie w tym projekcie takie utwory jak „Bynajmniej” czy „Księżyc Nad Kościeliskiem” to nie tylko znane melodie, ale pełnoprawne jazzowe standardy, które w ustach takich osobowości brzmią świeżo, jakby zostały napisane wczoraj, specjalnie dla nas, za co oczywiście odpowiadają wybitni aranżerzy. WSZYSTKIE FOTO W GALERII JACEK PIOTROWSKI Robert Kozubal Jazzda.net : Dlaczego właściwie zdecydowałeś się sięgnąć po twórczość Wojciecha Młynarskiego, która – umówmy się – na pierwszy rzut oka wydaje się tak nieoczywista jazzowo? Piotr Schmidt: Na pomysł ten wpadł mój przyjaciel, przedsiębiorca – meloman, Michał Kalita. Michał nie tylko wpadł na ten pomysł, ale też razem z Wojtkiem Myrczkiem brał udział w wyborze utworów oraz sugerował pewien nastrój, który jest mu bliski sercu, a który chciałby by się w tym nowym projekcie znalazł. Nastrój ten pewnej dekonstrukcji i wolności muzycznej jest mi bardzo bliski, więc od razu złapaliśmy wspólny flow. Natomiast Młynarski dla mnie, to trochę polski odpowiednik wielkich autorów American Songbook. Na pierwszy rzut oka to "tylko" piosenki, ale gdy zajrzy się pod spód, widać genialną konstrukcję, niesamowity rytm frazy i miejsce na oddech, które aż prosi się o jazzową improwizację. Pomyślałem, że warto pokazać, że polska piosenka z tamtych lat ma w sobie ten sam gen swingu i elegancji, co utwory Gershwina czy Portera. W tekstach Młynarskiego jest inteligencja, ironia i niesamowita muzyczność słowa – to idealny materiał do przekładu na język współczesnego jazzu, który kocha wielowarstwowość. Robert Kozubal Jazzda.net : No właśnie, powstanie płyty „Bynajmniej” to niejako „głos ludu” – oddolna inicjatywa jazzowego melomana i wielbiciela Młynarskiego, który zaproponował takie połączenie. Czy możesz opowiedzieć coś więcej o tym? Piotr Schmidt: Tak, to ciekawa historia. Pomysłodawcą i "spiritus movens" całego przedsięwzięcia był, tak jak wspomniałem, mój przyjaciel, Michał Kalita. To on, jako wielki meloman i pasjonat twórczości Młynarskiego, rzucił nam to wyzwanie. Sugestia ta trafiła na bardzo podatny grunt. Szybko zadzwoniłem do Wojciecha Myrczka, który – jak się okazało – od dziecka nasiąkał tymi tekstami. Razem zadzwoniliśmy do Krzysztofa Herdzina, jako pianisty, ale także głównego aranżera tego projektu, bo też już wiedzieliśmy, że chcemy by to był projekt nagrany z orkiestrą. I choć na aranżacje czekaliśmy około pół roku, to dalej potoczyło się już wszystko dosyć sprawnie. Robert Kozubal Jazzda.net : Powiedz szczerze, Piotrze – dla kogo tak naprawdę jest ten koncert? Czy celujesz w purystów jazzowych, którzy szukają nowych struktur i improwizacji, czy raczej w oddanych fanów Młynarskiego, dla których najważniejsza jest treść i genialna fraza Mistrza? A może udało się znaleźć złoty środek? Piotr Schmidt: Myślę, że celujemy w jednych i drugich oraz tych ze środka. Że taki złoty środek faktycznie udało nam się zrobić. Celuję w ludzi wrażliwych na piękno, bez względu na gatunkowe etykiety. Oczywiście, puryści jazzowi dostaną to, co kochają – wirtuozerskie solówki, odważne harmonie i najwyższą jakość wykonawczą. Z kolei fani Mistrza odnajdą tę genialną treść, podaną w sposób może delikatnie mniej oczywisty, ale na pewno w zgodzie z konwencją i kanonem, który tym tekstom się należy. To jest nowoczesny jazz, który kłania się nisko tradycji polskiej piosenki literackiej. Robert Kozubal Jazzda.net : Czy nie odnosisz wrażenia, że Młynarski powoli jest odsuwany do panteonu, na pomniki i do zakurzonych antologii, zamiast go po prostu śpiewać? Czy projekt „Bynajmniej” to Twoja próba „odbrązowienia” Mistrza i pokazania, że jego słowa wciąż są żywe i niesamowicie aktualne? Piotr Schmidt: Dokładnie o to nam chodziło! Pomniki są zimne, a Młynarski był i jest niesamowicie żywotny. "Odbrązowienie" to dobre słowo. Chcieliśmy nadać tym wybranym utworom nowe życie, wyciągnąć je z czarno-białych nagrań i wpuścić w nie krew współczesnej muzyki z silnym naciskiem na jazz. Teksty Młynarskiego o naszej mentalności, o miłości, o absurdach rzeczywistości są dziś tak samo aktualne (a czasem wręcz bardziej) jak 40-50 lat temu. Przez ten projekt chcemy powiedzieć: słuchajcie, to nie jest tylko klasyka do czytania w antologiach, to jest muzyka, która żyje, bawi, wzrusza i prowokuje do myślenia tu i teraz. W NOSPR 2 lutego udowodnimy, że Młynarski ma się świetnie i wciąż potrafi zaskakiwać. Działalność Jazzdy to misja pokazywania, że jazz to nie zimne pomniki, ale żywa emocja – tak jak w muzyce Piotra Schmidta. Jeśli cenisz nasze rozmowy i chcesz, byśmy dalej mogli „odbrązawiać” polską scenę muzyczną, docierając do najciekawszych twórców, wesprzyj nas wirtualną kawą na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam być tam, gdzie muzyka oddycha pełną piersią.











