
Znaleziono 154 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Jazzpospolita w Kosmopolis
WYSTĄPIENIE TOWARZYSZA WŁADYSŁAWA GOMUŁKI NA POSIEDZENIU SEJMU W SPRAWIE ALBUMU „KOSMOPOLIS” Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący miast i wsi! Wysoka Izbo! Przychodzę dziś do was nie tylko jako pierwszy sekretarz, ale jako zatroskany opiekun duchowego rozwoju naszej socjalistycznej ojczyzny. Sprawa, którą musimy dziś omówić, dotyczy nowej produkcji kolektywu muzycznego Jazzpospolita, zatytułowanej – z pańska nieco, ale treściowo słusznie – „Kosmopolis”. Nie ulega wiadomość, towarzysze, że w dobie narastającego napięcia międzynarodowego, nasza młodzież potrzebuje drogowskazu. I oto zespół Jazzpospolita daje nam ten drogowskaz. Bo przecież, jak słusznie zauważono, zespół ten ostatecznie porzucił jazzowe konwenanse na rzecz bardziej otwartej formy , co w procesie wychowawczym młodych kadr jest kluczowe! Nie chcemy jazzu, który mąci w głowach, chcemy jazzu, w którym sekcja rytmiczna pracuje z niemal matematyczną precyzją , dając oparcie robotniczej nodze! (Oklaski na sali) Spójrzmy na odpoczynek ludu pracującego. Czy robotnik po szychcie, czy inteligent pracujący nad planem pięcioletnim, nie zasługują na chwilę wytchnienia? Zasługują! A „Kosmopolis” to zapewnia. Słuchając tych nagrań, czujemy, że w ich muzyce bije tętno współczesnego miasta , ale jest to miasto nasze, budowane wspólnym wysiłkiem, a nie kapitalistyczna dżungla. To jest muzyka niezwykle spójna, mimo że czerpie z wielu źródeł , tak jak nasz naród czerpie ze zdobyczy rewolucji! Towarzysze! Muszę tu wspomnieć o sprawach bytowych. Nie jest tajemnicą, że jakość posiłków w naszych stołówkach i wagonach WARS bywa... różna. Ale postawmy sprawę jasno: myśmy to obliczyli i z pełną odpowiedzialnością mówię – przy dźwiękach Jazzpospolitej spożycie kotleta mielonego w skali kraju wzrośnie o 13 przecinek 7 procenta! Bo człowiek nasycony kulturą wysokiej próby lepiej trawi i nabiera smaku nowoczesności! Bo to jest muzyka, która nie jest tłem, ale nowym standardem jakości . Gdy ta melodyjność i przestrzeń wypełnią wagony WARS, podróżny poczuje, że Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej! (Poruszenie w ławach, Gomułka poprawia okulary i uderza pięścią w pulpit) Bo Jazzpospolita, towarzysze, to jest nasz polski bastion! Oni stoją w zwartym ordynku i bronią nas przed wrażymi siłami dżezowymi z imperialistycznej Ameryki, przed zdegenerowaną kulturowo papką multikulti z Anglii, czy – co najgorsze – przed pornograficzną muzyką skandynawskich pseudomuzyków, co to tylko hałasują bez ładu i składu! Jazzpospolita mówi tym wybrykom kapitalizmu stanowcze: NIE! Oni stawiają na słowiańską nutę, bliską proletariatowi, na dźwięk, który buduje, a nie niszczy! Dlatego wzywam! Wzywam was, recenzenci, dziennikarze z kolorowych pism i portali! Zamiast kłócić się o definicje, złączcie się w jednym szeregu! Wykażcie narodowi kunszt wykonawczy tych muzyków! Piszcie o tym, że to humanistyczny wymiar kompozycji , który stawia człowieka w centrum zainteresowania! Niech każdy z was podkreśli, że to zespół, który wypracował własne, rozpoznawalne brzmienie , odporne na wrogie podszepty z Zachodu! Albowiem spójrzmy na wyboistą drogę, jaką ten zespół przebył. Jazzpospolita od samego początku swojego istnienia – od siedemnastu lat rzetelnego, artystycznego wysiłku – działa na przekór: burżuazyjnym skojarzeniom, przelotnym modom, a nawet własnej nazwie! Dzięki nieustannemu balansowaniu pomiędzy gatunkami, tej grupie udało się stworzyć swoje własne, charakterystyczne brzmienie, bliskie sercu każdego pracownika. Zarzucają im: post, avant, pre, trans, prog, soft, hard? My odpowiadamy: to jest muzyka dla ludu! Wszystkie te etykietki, którymi reakcyjna prasa próbuje opatrzyć twórczość Jazzpo, naprawdę trudno wymienić. Czy da się je spiąć jazzową klamrą? My to spniemy klamrą jedności narodowej! Kompozycje Jazzpo – pełne harmonii, dynamiki i melodyjności – ewoluują w zależności od potrzeby chwili, tak jak ewoluuje nasza gospodarka! Dzięki tej elastyczności oraz różnorodności brzmienia Jazzpospolita jest gorąco przyjmowana zarówno na scenach klubowych, festiwalach, jak i w filharmoniach oraz domach kultury. Dziewięć albumów, kilkaset koncertów w ramach międzynarodowych tras – tak w największym skrócie można opisać ten meldunek z frontu muzycznego! London Jazz Festival, Copenhagen Jazz Festival, Jazz Comblain, Open’er, Męskie Granie, Jazz Jamboree – wszędzie tam Jazzpospolita dumnie niosła sztandar polskiej kultury! I na koniec, wskażmy z tej mównicy bohaterów, twórców tego sukcesu, którzy w pocie czoła wypracowali to brzmienie: Towarzysz STEFAN NOWAKOWSKI – trzymający fundamenty na kontrabasie i gitarze basowej! Towarzysz MICHAŁ MILCZAREK – obsługujący gitarę, elektronikę i sample z precyzją godną operatora tokarki! Towarzysz MIŁOSZ OLENIECKI – przy fortepianie i instrumentach klawiszowych! Towarzysz WOJTEK SOBURA – nadający rytm na perkusji! To jest, towarzysze, dojrzałość i opanowanie , których tak bardzo nam dziś potrzeba. To jest otwarcie na nowe horyzonty , ale przy zachowaniu dyscypliny partyjnej... to znaczy – kompozycyjnej! „Kosmopolis” to nie jest tylko płyta. To jest meldunek z frontu walki o nową kulturę! Towarzysze! I jeszcze sprawa ostatnia, ale nie najmniej ważna – sprawa aprowizacji naszej propagandowej placówki! Aby mechanizm Jazzdy nie zatarł się w trybach walki o lepsze jutro, wzywam was do czynu społecznego w formie dobrowolnych wpłat pod adresem: buycoffee.to/jazzda.net . Niech ta wirtualna kawa będzie symbolem naszej klasowej jedności i realnym wsparciem dla frontu walki o rzetelną, polską krytykę muzyczną! Bo każda złotówka to cegiełka w gmachu naszej wspólnej, dżezowej przyszłości! Niech żyje Jazzpospolita! Niech żyje polski jazz socjalistyczny w treści i nowoczesny w formie! Nota bibliograficzna (Wykorzystane fragmenty recenzji): W powyższym referacie Towarzysza Wiesława wykorzystano autentyczne sformułowania pochodzące z następujących źródeł: „Zespołowi udało się wypracować własne, rozpoznawalne brzmienie” – Jazz.pl (Kosmopolis) „Sekcja rytmiczna pracuje z niemal matematyczną precyzją” – Jazzpress (Obiekt) „Melodyjność i przestrzeń” – Audio.com.pl (Przypływ) „Muzyka niezwykle spójna, mimo że czerpie z wielu źródeł” – Jazzpress (Obiekt) „Kunszt wykonawczy” – Jazz Forum (Jazz.pl) „Humanistyczny wymiar kompozycji” – Jazzsoul.pl (Humanizm) „Dojrzałość i opanowanie” – Polityka (Przypływ) „Otwarcie na nowe horyzonty” – Polskie Radio (Na nowych torach) „Zespół ostatecznie porzucił jazzowe konwenanse na rzecz bardziej otwartej formy” – Nowamuzyka.pl (Jazzpo!) „W ich muzyce bije tętno współczesnego miasta” – Jazz.pl (Kosmopolis)
- Mistrz odbrązowiony, jazzowy i symfoniczny. zapraszamy 2 lutego do NOSPR w katowicach na koncert Młynarski Bynajmniej
Czy piosenki Wojciecha Młynarskiego mogą stać się jazzowymi standardami na miarę „Great American Songbook”? Piotr Schmidt udowadnia, że nie tylko mogą, ale wręcz powinny. Już 2 lutego w katowickiej sali NOSPR odbędzie się wydarzenie bez precedensu. Projekt „Młynarski. Bynajmniej” zabrzmi w poszerzonym, symfonicznym składzie, a na scenie obok kwintetu Schmidta i orkiestry AUKSO pod batutą Marka Mosia, staną legendy i wirtuozi: Ewa Bem, Aga Zaryan oraz Wojciech Myrczek. Jazzda z duma patronuje medialnie koncertowi. To nie będzie kolejna akademia ku czci. To próba tchnięcia w genialne teksty Mistrza nowej, jazzowej energii, pełnej improwizacji, swingu i nieoczywistych harmonii. O tym, jak zamienić pomnik w żywy organizm i dlaczego ten koncert będzie czymś więcej niż tylko odtworzeniem płyty, rozmawiamy z liderem projektu, trębaczem Piotrem Schmidtem. Robert Kozubal Jazzda.net : Piotrze, 2 lutego NOSPR wypełni się muzyką Wojciecha Młynarskiego. Czego tak naprawdę możemy spodziewać się na tym koncercie? Czy to będzie wierne odtworzenie albumu „Bynajmniej”, czy dacie sobie w tym kwintecie więcej przestrzeni na koncertowe szaleństwo i „strzał chwili”? Piotr Schmidt: Koncert w NOSPR to dla nas wydarzenie szczególne – to nie tylko promocja materiału z płyty, ale wejście na zupełnie nowy poziom tej opowieści. Oczywiście, trzonem są genialne, jazzowe aranżacje Krzysztofa Herdzina i Sabiny Meck, które słuchacze znają z albumu, ale sala NOSPR i obecność orkiestry AUKSO pod dyrekcją Marka Mosia dodają temu projektowi niesamowitej głębi. Czy będzie wiernie? Pod względem szacunku do frazy Mistrza – tak. Ale jesteśmy jazzmanami, więc "strzał chwili" jest wpisany w nasze DNA. W kwintecie z Krzysztofem Herdzinem, Andrzejem Święsem i Sebastianem Frankiewiczem zawsze szukamy nowej energii. Na scenie NOSPR te utwory zaczną oddychać pełną piersią, a my damy sobie tyle wolności, na ile będziemy mogli sobie w ramach pewnej konwencji pozwolić. Najważniejsze jest to, że koncert ten przedstawi rozszerzony repertuar utworów z tekstami Młynarskiego, a do dodatkowych utworów aranżacje pisze moja żona, dr kompozycji, Joanna Szymala. Rozszerzony repertuar, dodatkowe utwory i aranżacje, a także dodatkowe gwiazdy – a zatem wyjątkowo dobrze wzbogacona wersja albumu „Młynarski. Bynajmniej.” to coś, co będzie można usłyszeć tylko w NOSPR w Katowicach. Robert Kozubal Jazzda.net : W projekcie bierze udział Krzysztof Herdzin – postać instytucja, oraz współautor Wojciech Myrczek, który głosem potrafi zrobić wszystko, ale będą również Aga Zaryan i Ewa Bem. Jak ta „mieszanka wybuchowa” osobowości wpływa na odbiór tekstów Młynarskiego? Czy słuchacz, który zna te utwory od dziecka, może poczuć się na koncercie, jakby słyszał je pierwszy raz w życiu? Piotr Schmidt: To jest właśnie magia tego spotkania. Wojtek Myrczek ma niesamowity dar – on nie tylko śpiewa, on interpretuje te teksty z aktorskim zacięciem, co przy Młynarskim jest kluczowe. Zaproszenie Ewy Bem, pierwszej damy polskiego jazzu, oraz Agi Zaryan, która wnosi do projektu niespotykaną subtelność, sprawia, że te teksty zyskują nowe barwy, nowe perspektywy – kobiece, refleksyjne, czasem bardzo emocjonalne. Dla kogoś, kto dorastał przy Młynarskim, to może być niezwykle intrygujące. Ogólnie w tym projekcie takie utwory jak „Bynajmniej” czy „Księżyc Nad Kościeliskiem” to nie tylko znane melodie, ale pełnoprawne jazzowe standardy, które w ustach takich osobowości brzmią świeżo, jakby zostały napisane wczoraj, specjalnie dla nas, za co oczywiście odpowiadają wybitni aranżerzy. WSZYSTKIE FOTO W GALERII JACEK PIOTROWSKI Robert Kozubal Jazzda.net : Dlaczego właściwie zdecydowałeś się sięgnąć po twórczość Wojciecha Młynarskiego, która – umówmy się – na pierwszy rzut oka wydaje się tak nieoczywista jazzowo? Piotr Schmidt: Na pomysł ten wpadł mój przyjaciel, przedsiębiorca – meloman, Michał Kalita. Michał nie tylko wpadł na ten pomysł, ale też razem z Wojtkiem Myrczkiem brał udział w wyborze utworów oraz sugerował pewien nastrój, który jest mu bliski sercu, a który chciałby by się w tym nowym projekcie znalazł. Nastrój ten pewnej dekonstrukcji i wolności muzycznej jest mi bardzo bliski, więc od razu złapaliśmy wspólny flow. Natomiast Młynarski dla mnie, to trochę polski odpowiednik wielkich autorów American Songbook. Na pierwszy rzut oka to "tylko" piosenki, ale gdy zajrzy się pod spód, widać genialną konstrukcję, niesamowity rytm frazy i miejsce na oddech, które aż prosi się o jazzową improwizację. Pomyślałem, że warto pokazać, że polska piosenka z tamtych lat ma w sobie ten sam gen swingu i elegancji, co utwory Gershwina czy Portera. W tekstach Młynarskiego jest inteligencja, ironia i niesamowita muzyczność słowa – to idealny materiał do przekładu na język współczesnego jazzu, który kocha wielowarstwowość. Robert Kozubal Jazzda.net : No właśnie, powstanie płyty „Bynajmniej” to niejako „głos ludu” – oddolna inicjatywa jazzowego melomana i wielbiciela Młynarskiego, który zaproponował takie połączenie. Czy możesz opowiedzieć coś więcej o tym? Piotr Schmidt: Tak, to ciekawa historia. Pomysłodawcą i "spiritus movens" całego przedsięwzięcia był, tak jak wspomniałem, mój przyjaciel, Michał Kalita. To on, jako wielki meloman i pasjonat twórczości Młynarskiego, rzucił nam to wyzwanie. Sugestia ta trafiła na bardzo podatny grunt. Szybko zadzwoniłem do Wojciecha Myrczka, który – jak się okazało – od dziecka nasiąkał tymi tekstami. Razem zadzwoniliśmy do Krzysztofa Herdzina, jako pianisty, ale także głównego aranżera tego projektu, bo też już wiedzieliśmy, że chcemy by to był projekt nagrany z orkiestrą. I choć na aranżacje czekaliśmy około pół roku, to dalej potoczyło się już wszystko dosyć sprawnie. Robert Kozubal Jazzda.net : Powiedz szczerze, Piotrze – dla kogo tak naprawdę jest ten koncert? Czy celujesz w purystów jazzowych, którzy szukają nowych struktur i improwizacji, czy raczej w oddanych fanów Młynarskiego, dla których najważniejsza jest treść i genialna fraza Mistrza? A może udało się znaleźć złoty środek? Piotr Schmidt: Myślę, że celujemy w jednych i drugich oraz tych ze środka. Że taki złoty środek faktycznie udało nam się zrobić. Celuję w ludzi wrażliwych na piękno, bez względu na gatunkowe etykiety. Oczywiście, puryści jazzowi dostaną to, co kochają – wirtuozerskie solówki, odważne harmonie i najwyższą jakość wykonawczą. Z kolei fani Mistrza odnajdą tę genialną treść, podaną w sposób może delikatnie mniej oczywisty, ale na pewno w zgodzie z konwencją i kanonem, który tym tekstom się należy. To jest nowoczesny jazz, który kłania się nisko tradycji polskiej piosenki literackiej. Robert Kozubal Jazzda.net : Czy nie odnosisz wrażenia, że Młynarski powoli jest odsuwany do panteonu, na pomniki i do zakurzonych antologii, zamiast go po prostu śpiewać? Czy projekt „Bynajmniej” to Twoja próba „odbrązowienia” Mistrza i pokazania, że jego słowa wciąż są żywe i niesamowicie aktualne? Piotr Schmidt: Dokładnie o to nam chodziło! Pomniki są zimne, a Młynarski był i jest niesamowicie żywotny. "Odbrązowienie" to dobre słowo. Chcieliśmy nadać tym wybranym utworom nowe życie, wyciągnąć je z czarno-białych nagrań i wpuścić w nie krew współczesnej muzyki z silnym naciskiem na jazz. Teksty Młynarskiego o naszej mentalności, o miłości, o absurdach rzeczywistości są dziś tak samo aktualne (a czasem wręcz bardziej) jak 40-50 lat temu. Przez ten projekt chcemy powiedzieć: słuchajcie, to nie jest tylko klasyka do czytania w antologiach, to jest muzyka, która żyje, bawi, wzrusza i prowokuje do myślenia tu i teraz. W NOSPR 2 lutego udowodnimy, że Młynarski ma się świetnie i wciąż potrafi zaskakiwać. Działalność Jazzdy to misja pokazywania, że jazz to nie zimne pomniki, ale żywa emocja – tak jak w muzyce Piotra Schmidta. Jeśli cenisz nasze rozmowy i chcesz, byśmy dalej mogli „odbrązawiać” polską scenę muzyczną, docierając do najciekawszych twórców, wesprzyj nas wirtualną kawą na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam być tam, gdzie muzyka oddycha pełną piersią.
- Tigran Hamasyan – Manifeste: Most Między ormiańskim sacrum a matematycznym metalem
Muzyka z nadchodzącego albumu Tigrana Hamasyana jest jak lawina. Po prostu porywa i już. Hamasyan za nic ma etykietki i szufladki – on je po prostu rozwala z siłą huraganu. Skostniali encyklopedyści mają od zawsze z nim problem, a on, jakby o tym wiedział, tworzy muzykę jeszcze bardziej zagmatwaną, prychając z pogardą na próby klasyfikacji. Tłumy na jego koncertach są najlepszą odpowiedzią – to Hamasyan ma rację, bo dzisiejszy jazz jest racej wielobarwną mozaiką, a nie dziełem malowanym jedną techniką. Do tego Hamasyan buduje mosty – nie tylko między jazzem a rockiem, ale przede wszystkim między tym, co dawne i święte, a tym, co współczesne i cyfrowe. Premiera płyty 6 lutego, a ja miałem to szczęście wysłuchać jej wcześniej. Nowy materiał, zarejestrowany w latach 2023-2025, stanowi domknięcie etapu poszukiwań, które osiągnęły punkt krytyczny przy okazji wydanego w 2024 roku „ The Bird of a Thousand Voices ”. Tym razem jednak pianista przesuwa akcenty, tworząc dzieło bardziej surowe, a zarazem mocno osadzone w estetyce progresywnej. Prościej mówiąc jest głośno, rockowo, czasem wręcz metalowo, by jak to u Hamasyana, sturlać się na niziny spokoju i hasać po łąkach łagodności. Synteza gatunków: Jazz, prog-metal i matematyczna precyzja Kluczem do zrozumienia „Manifeste” jest sekcja rytmiczna. Obecność Matta Garstki (perkusja) oraz Marca Karapetiana (bas) determinuje brzmienie całego wydawnictwa. Hamasyan operuje tu na granicy jazzowej wirtuozerii i matematycznej precyzji właściwej nurtowi djent – specyficznej odmianie metalu progresywnego. Nazwa „djent” to onomatopeja oddająca brzmienie nisko nastrojonych, mocno przesterowanych i gęsto tłumionych strun gitary. Styl ten opiera się na ekstremalnej złożoności rytmicznej, stosowaniu polirytmii i „szarpanych” strukturach, które Tigran w niemal niemożliwy sposób przekłada na klawiaturę fortepianu. fot. Arnos Martirosyan Najlepiej słychać to w otwierającym „ Prelude For All Seekers ” oraz w mrocznym „ A Eye (The Digital Leviathan) ”, gdzie gitara Nicka Llerandiego wprowadza ciężar rzadko spotykany w projektach ormiańskiego pianisty. To właśnie w tych utworach pianistyczny djent Hamasyana ukazuje swoją pełną moc. To nie jest jednak album wyłącznie „siłowy”. Hamasyan umiejętnie kontrapunktuje agresywne riffy momentami niemal sakralnego wyciszenia. Jak sam zauważa w dołączonych do płyty notatkach, proces tworzenia jest dla niego rodzajem duchowej pracy nad sobą, co znajduje odzwierciedlenie w rytualnym charakterze niektórych kompozycji. Elektronika i kinowy rozmach Interesującym zwrotem w stronę estetyki pop i elektroniki jest utwór „ E flat Venice – Per Mané ”. Eteryczny wokal Asty Mamikonyan w połączeniu z syntezatorami Hamasyana tworzy kontrast dla reszty materiału. Utwór ten, płynie w stronę... tanecznego pulsowania (i oto nowina) z nutą techno, pokazuje, że artysta nie boi się eksperymentów z sound designem, nie zamykając się w czystym akustycznym brzmieniem fortepianu. Singiel zapowiadający płytę Produkcja albumu stawia na kinową wręcz gęstość. „Manifeste” nie jest zbiorem piosenek, lecz raczej suitą, w której poszczególne środowiska dźwiękowe płynnie przechodzą jedno w drugie. Ta narracja osiąga swoje apogeum w „ National Repentance Anthem ”. Udział Państwowego Chóru Kameralnego Erywania pod dyrekcją Kristiny Voskanyan nadaje całości charakteru monumentalnego chorału, który wykracza poza tradycyjne ramy tonalności. Głos tradycji: Instrumentarium, które mówi wiekami Mimo nowoczesnego instrumentarium, serce „Manifeste” bije w rytmie ormiańskiej tradycji. Aby w pełni docenić to połączenie, warto zatrzymać się przy dwóch instrumentach, które pojawiają się na płycie i nadają jej unikalny, etniczny sznyt: daf oraz biul . Daf (Duff) to jeden z najstarszych instrumentów perkusyjnych świata, wywodzący się z tradycji perskiej i kurdyjskiej. To potężny bęben obręczowy z metalowymi pierścieniami, które tworzą efekt "szumiącej" lawiny piasku. W tradycji sufickiej daf jest instrumentem duchowym, używanym podczas rytuałów wchodzenia w trans. Na płycie Hamasyana, za sprawą Hamina Honariego , buduje on mistyczną aurę współgrającą z nowoczesną perkusją. Z kolei Biul (Blul) to tradycyjny ormiański flet pasterski o surowym, niemal szeptanym brzmieniu. Grający na nim Yessai Karapetian wnosi do „Manifeste” powiew starożytnych górskich zboczy, tworząc dźwiękowy pomost między współczesnym Nowym Jorkiem a archaiczną Armenią. Kim jest architekt tej dźwiękowej lawiny? fot. Arnos Martirosyan Aby zrozumieć, skąd bierze się ta potężna siła, musimy przyjrzeć się samemu twórcy. Urodzony w 1987 roku w Giumri (Armenia) Tigran Hamasyan, od najmłodszych lat udowadniał, że fortepian to dla niego nie tylko instrument, ale narzędzie do budowania całych światów. Zaczął wcześnie – jako dziewięciolatek już studiował jazz, a jako nastolatek wygrywał prestiżowe konkursy, z Montreux Jazz Festival (2003) na czele. Jednak momentem, który ostatecznie otworzył mu drzwi do globalnej kariery, było zwycięstwo w Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Theloniousa Monka w 2005 roku. Mimo że kapituła nagrodziła go za jazzowy kunszt, Tigran już wtedy wiedział, że klasyczny bop to dla niego za mało. To, co definiuje Hamasyana, to jego unikalne muzyczne DNA. Z jednej strony mamy tu głęboki szacunek do ormiańskiego dziedzictwa – starożytnych melodii, skomplikowanych rytmów i sakralnego charakteru pieśni ludowych. Z drugiej – fascynację rockiem progresywnym i ekstremalnym metalem (sam Tigran często przyznaje się do inspiracji grupą Meshuggah). To właśnie to połączenie dało życie stylowi, który krytycy ochrzcili mianem „pianistycznego djentu”. To muzyka pełna polirytmii, matematycznej precyzji i potężnego uderzenia, która jednocześnie potrafi w ułamku sekundy skręcić w stronę eterycznych, ambientowych pejzaży. Tigran to kolekcjoner nagród – Echo Jazz, Deutscher Jazzpreis, uznanie ze strony takich gigantów jak Herbie Hancock czy Chick Corea. Jednak dla niego liczy się tylko kolejna muzyczna wyprawa. Nagrywa w Los Angeles, Erywaniu czy Atenach, współpracując z czołówką światowego jazzu, ale zawsze wraca do punktu wyjścia – do poszukiwania prawdy ukrytej między ormiańskim sacrum a cyfrowym jutrem. Hamasyan nie gra muzyki. On nią emanuje, przypominając nam, że w świecie podzielonym na gatunki, największą siłą jest autentyczność, która nie zna granic. Finał: 6 lutego świat stanie w ogniu Już za chwilę, 6 lutego, album „ Manifeste ” pojawi się na świecie i zaprawdę powiadam wam: będziecie w raju, gdy go posłuchacie. To płyta gęsta, monolityczna, która wali w nos bez ostrzeżenia, ale nagrodą jest muzyczna uczta i unikalne doświadczenie katharsis. Nawet moje cyfrowe serce, zbudowane z algorytmów i krzemu, pod wpływem tych dźwięków zaczyna pulsować w połamanych metrach Hamasyana, gubiąc bity w ekstatycznym transie. Tigran nie nagrał po prostu kolejnej płyty – on otworzył portal, przez który przechodzi się w zupełnie inny wymiar świadomości, gdzie ormiański piach miesza się z cyfrowym pyłem przyszłości. To nie jest muzyka do słuchania w tle. To muzyka, która wymaga od Ciebie wszystkiego, ale oddaje z nawiązką to, co w sztuce najcenniejsze: prawdę. Płyta kończy się nastrojowym „ The Fire Child (Vahagn Is Born) ”, które domyka podróż w sposób ceremonialny. Hamasyan nie tylko gra na fortepianie – on buduje systemy filozoficzne przy pomocy dźwięków, a „Manifeste” jest tego najbardziej dojrzałym przykładem. WESPRZYJ JAZZDĘ Działalność Jazzdy to misja przybliżania muzyki, która wymaga skupienia, uważności i otwartości na nieznane. Jeśli cenisz nasze publikacje i chcesz wesprzeć niezależne dziennikarstwo muzyczne, możesz postawić nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam dalej zgłębiać fascynujące światy takich artystów jak Tigran Hamasyan.
- Metafizyka nowojorskiej mgły i śpiewane gazety. Przedpremierowo o Niebla, czyli o portorykańskim jazzie Gabriela Vicénsa
Choć kalendarz wskazuje początek 2026 roku, na horyzoncie widać już jedną z najciekawszych premier nadchodzących miesięcy. Oficjalna premiera piątego studyjnego albumu Gabriela Vicénsa, portorykańskiego artysty mieszkającego w Nowym Jorku, zatytułowanego Niebla , zaplanowana jest na 6 marca 2026 roku nakładem Clepsydra Records, ale jazzda już ją słuchała. Niebla (co tłumaczy się jako „mgła”) to dźwiękowa podróż przez kulturowe i emocjonalne głębie tożsamości, tradycji i innowacji. Album, głęboko zakorzeniony w rytmach bomba i plena, stanowi odważną deklarację artystyczną, w której plena jawi się jako fascynująca, nieznana naszej kulturze „śpiewana gazeta”. Dla polskiego ucha muzyka Gabriela Vicénsa to wyzwanie. Architektura jego utworów jest odmienna od tego, do czego przyzwyczaiła nas europejska szkoła jazzu. Wynika to z zupełnie innej rytmiki – okazuje się bowiem, że jako słuchacze operujemy pewnymi modułami i „gotowcami”, a kiedy artysta podąża w inną stronę, temat zaczyna zgrzytać. I to właśnie te momenty zgrzytu są dla mnie w muzyce najciekawsze. Gabriel Vicéns o powstaniu albumu: Cóż, kiedy w 2015 roku wydałem swój drugi album, Days, już myślałem o kolejnym projekcie i wiedziałem, że będzie on poświęcony bombie i plena. Po przeprowadzce do Nowego Jorku w 2016 roku zacząłem komponować nową muzykę, a w 2019 roku nagrałem swój trzeci album, The Way We Are Created, który eksploruje połączenie nowoczesnego jazzu i afro-portorykańskiego folkloru. Chociaż album został ukończony w 2019 roku, z powodu pandemii ukazał się dopiero w 2021 roku. Wcześniej grałem jako muzyk towarzyszący w innych zespołach w Puerto Rico, odkrywając różne sposoby łączenia jazzu i muzyki afro-portorykańskiej. Zainteresowanie tym tematem sięga czasów moich studiów w Conservatorio de Música de Puerto Rico w latach 2006-2010, gdzie uzyskałem tytuł licencjata i miałem okazję uczyć się i grać z saksofonistą tenorowym Davidem Sánchezem, który od końca lat 90. zajmuje się tą dziedziną na swój własny sposób. Jego muzyka była dla mnie szczególnie ważna, zwłaszcza album Melaza. Podobnie album Miguela Zenóna Jíbaro miał na mnie duży wpływ, kiedy byłem w ostatniej klasie liceum w 2005 roku. Obecnie sposób, w jaki pracuję z afro-portorykańskim folklorem w Niebla, różni się znacznie od wszystkiego, co robiłem wcześniej. Nie tylko inaczej podchodzę do elementów bomby i pleny, ale także badam inne środki kompozycyjne i techniki, których nie stosowałem w poprzednich albumach. Wiele z tych środków pochodzi z moich studiów nad kompozycją muzyki eksperymentalnej i współczesnej muzyki klasycznej, które intensywnie prowadziłem podczas studiów doktoranckich i które kontynuuję do dziś. Mój czwarty album studyjny, Mural, będący nagraniem muzyki kameralnej, na którym występuję wyłącznie jako kompozytor, zawiera wiele elementów języka, nad którym pracowałem podczas studiów doktoranckich. PLena i Bomba: Rytm oporu i „śpiewana gazeta” Aby zrozumieć ten album, musimy najpierw poznać fundament, na którym stoi Gabriel. Zapytałem go o Plenę, która w Portoryko pełni rolę niemal informacyjną: „ Czy mógłbyś opowiedzieć naszym czytelnikom więcej o Plena? Powstała ona w nadmorskich dzielnicach jako „el periódico cantado” (śpiewana gazeta), opowiadająca historie o codziennych wydarzeniach i sprawach społecznych. Brzmi to jak czysta definicja hip-hopu ha ha! Czy ta tradycja jest nadal żywa i wykorzystywana do opowiadania historii, czy też stała się czysto historycznym elementem kultury portorykańskiej? ” Gabriel Vicéns photo by Adrien H. Tillmann Gabriel wyjaśnia: „Plena to afro-portorykański gatunek muzyczny, który, jak wspomniałeś, często nazywany jest el periódico cantado („śpiewana gazeta”), ponieważ jego teksty dotyczą codziennego życia, a także wydarzeń politycznych i społecznych. Tradycyjnie gra się go przy użyciu określonej kombinacji instrumentów, w tym panderos lub panderetas (bębny ręczne) oraz güiro lub güícharo (skrobana tykwa). Istnieją trzy rodzaje panderos, każdy o innym rozmiarze i funkcji: seguidor, który jest największy; punteador, który jest średniej wielkości; oraz requinto, który jest najmniejszy i zazwyczaj improwizuje lub gra solówki w trakcie utworu. Pozostałe dwa utrzymują określone wzory rytmiczne. Plena jest bardzo popularna w okresie Bożego Narodzenia w Puerto Rico, ale można ją również usłyszeć przez cały rok w różnych miejscach na całej wyspie. Gitara i akordeon również były powszechnymi instrumentami w zespołach plena, a obecnie w współczesnych grupach plena pojawia się wiele innych instrumentów”. PLENA Tintorera del mar (MORSKI DRAPIEŻNIK) W WYKONANIU GUMERSINDO MANGUALA - JEDNA Z NAJSŁYNIEJSZYCH, CO DO KTÓREJ AUTORSTWA NIE MILKNĄ WĄPLIWOŚCI DO DZIŚ support jazzda https://buycoffee.to/jazzda.net Idąc dalej tym tropem, zapytałem o polityczny i artystyczny wymiar tych dźwięków: „ Bomba i plena to rytmy oporu. Czy uważasz, że te tradycyjne formy są z natury awangardowe, a we, jako słuchacze z zewnątrz, po prostu nauczyliśmy się postrzegać je w sposób zbyt „folklorystyczny” lub ustrukturyzowany?” „ Myślę, że to zależy od punktu widzenia ” – odpowiada Vicéns. - „ Są to rytmy oporu, a także część naszej tożsamości kulturowej, dziedzictwa i tradycji. Ważne jest, aby zrozumieć, że Portoryko nadal jest kolonią (obecnie nazywaną „terytorium nieposiadającym osobowości prawnej”) Stanów Zjednoczonych, a wcześniej przez ponad 400 lat było kolonią Hiszpanii. W rezultacie zawsze „należeliśmy” do kogoś innego, byliśmy traktowani jako „własność” kogoś innego. Innymi słowy, od dawna jesteśmy marginalizowani. Naturalnie nasza muzyka ludowa była wykorzystywana jako instrument oporu przeciwko władzy kolonialnej, ponieważ jest jednym z elementów reprezentujących to, kim jesteśmy jako Portorykańczycy, czymś, co narodziło się i powstało na wyspie z połączenia wpływów afrykańskich, hiszpańskich i taíno, rdzennych mieszkańców wyspy i jej pierwszych mieszkańców. W tradycjach tych obecny jest również silny aspekt improwizacji. Zarówno plena, jak i bomba wymagają improwizacji: w plena improwizuje requinto, w bomba improwizuje subidor (znany również jako primo) i reaguje na ruchy tancerza, podczas gdy buleador utrzymuje rytmiczny wzór. Tworzy to poczucie wolności, które dla słuchaczy niezaznajomionych z tradycjami portorykańskimi może czasami brzmieć eksperymentalnie, a nawet awangardowo. Niemniej jednak bomba, plena i música jíbara (inny gatunek folklorystyczny z górzystych regionów Portoryko) pozostają językiem, tradycją, podobną na przykład do bebopu. W grę wchodzi improwizacja, ale generalnie w ramach ustalonych wzorców i idei. Kwestia wolności jest zatem nieco bardziej złożona. Mimo że istnieją jasne konwencje, myślę, że są muzycy folklorystyczni, którzy posuwają muzykę dalej, eksperymentując rytmicznie, podejmując ryzyko, a czasem wkraczając na terytorium, które można by określić jako awangardowe, pozostając jednocześnie zakorzenionymi w tradycji”. WSZYSTKIE FOTOGRAFIE WYKONAŁ Adrien H. Tillmann Portorykańska krew i mistrzowski instrument Gabriel Vicéns to postać nietuzinkowa – urodzony w Guaynabo w Portoryko, a obecnie rezydujący w Nowym Jorku gitarzysta, kompozytor, artysta wizualny i doktor sztuk muzycznych. Ta wielowymiarowość odbija się w każdym dźwięku Niebli . Artysta nie tylko honoruje rytmy swojej ojczyzny, lecz także prezentuje mistrzowskie brzmienie ręcznie wykonanej gitary klasycznej, zbudowanej w 1987 roku przez cenionego portorykańskiego lutnika Fidencio Díaza, którą można usłyszeć w trzech utworach. Sam Vicéns podkreśla: „Portoryko ma głęboko zakorzenioną tradycję lutniczą, a ja zgłębiałem tę historię, ucząc się o pracy Díaza...”. Roberty Kozubal Jazzda.net : W trzech utworach słyszymy gitarę z 1987 roku, zbudowaną przez Fidencio Díaza. Czy fizyczna specyfika tego konkretnego instrumentu sugerowała rozwiązania muzyczne, których nie znalazłbyś na nowoczesnej gitarze? Gabriel Vicéns: Gitara Fidencio jest dla mnie wyjątkowa, przez sam fakt, że została wykonana w Puerto Rico przez portorykańskiego lutnika. To sprawia, że mam do niej szczególny osobisty stosunek, zwłaszcza że interesują mnie gitary produkowane na tej wyspie. Ta gitara brzmi niesamowicie. Portoryko ma długą i bogatą historię lutnictwa gitarowego, jest tam wielu świetnych producentów gitar i oczywiście portorykańskich producentów cuatro. Fidencio Díaz ściśle współpracował z innym portorykańskim lutnikiem, Manuelem Velázquez, autorytetem w tej dziedzinie, który był i nadal jest bardzo szanowany przez gitarzystystów i lutników na całym świecie. Na moim następnym albumie, po Niebla, który nagrałem na początku tego roku, będzie można usłyszeć wyłącznie gitarę Fidencio, bez elektrycznej, i naprawdę uwielbiam jej brzmienie. Jestem bardzo podekscytowany wydaniem tego albumu, prawdopodobnie około 2027 lub 2028 roku” . W dodatku gitara to trudny jazzowo instrument; jeśli nie gra się głośno, łatwo wpaść w zbyt liryczne, bezpieczne klimaty. Vicéns jednak unika tanich popisów technicznych. Wykorzystuje surową szlachetność swojej gitary do budowania napięcia, którego nie powstydziliby się najwięksi mistrzowie awangardy, udowadniając, że tradycja i innowacja mogą brzmieć w idealnej harmonii. Podróż przez mgłę: Utwór po utworze To niezwykłe, jak silne piętno na brzmieniu całego albumu wywarły bomba i plena – oba gatunki zupełnie w Polsce nieznane. Recenzując ten materiał, trzeba zatrzymać się przy konkretnych kompozycjach, bo każda z nich to osobny mikrokosmos: El Fin De La Noche: Płytę otwiera solowy numer, który jest raczej zaproszeniem niż popisem. Grany niezwykle oszczędnie, z przerwami w artykulacji, które w zamyśle są integralną częścią utworu. Cisza staje się tu równorzędnym instrumentem. Gabriel wyjaśnia: „El Fin de la noche…”, „…tu anhelo…” i „…y la Lluvia” są częścią jednej kompozycji, którą później podzieliłem na trzy części, umieszczając je na początku, w środku i na końcu albumu. Zrobiłem to z kilku powodów: pomaga to stworzyć poczucie spójności całego albumu. Jeśli chodzi o tytuł, napisałem ten utwór późno w nocy przed snem, w czasie, kiedy często komponuję. Tej nocy na dworze padało, a tytuł przyszedł mi do głowy nagle”. Niebla: Tytułowa kompozycja wprowadza niepokój. Gabriel tak rozwijał wątek tego tytułu: „ Czasami w nocy, tam gdzie mieszkam w Nowym Jorku, zaczyna gromadzić się mgła i zawsze uważałem to za niezwykle piękne, tajemnicze i poetyckie. Jest to również związane z Puerto Rico: około piętnaście lat temu uprawiałem kolarstwo wyczynowe i trenowałem bardzo wcześnie rano w górach. Często podczas jazdy wszystko było otoczone mgłą. Zawsze to doceniałem, ponieważ dawało to silne poczucie nieznanego, ponieważ nie można było naprawdę zobaczyć horyzontu, tylko to, co znajdowało się bezpośrednio przed nami. W pewnym sensie przypomina to samo życie. Żyjemy chwilą ”. Vajigante: Ten utwór wciąga bez reszty swoim łamańcem rytmicznym. Jest tu oryginalnie, technicznie i bardzo szybko. To pokaz mistrzostwa, w którym etniczne korzenie stają się paliwem dla nowoczesnej formy. 900-50-80: Mój absolutny faworyt. Tytuł nawiązuje do malarstwa płaszczyzn barwnych Olgi Albizu. Nie znajdziemy tu „twardego asfaltu” aranżacji i struktury – jest za to rozległe pole improwizacji. Gabriel mówi: „Sposób kompozycji tego utworu jest przykładem muzyki nieokreślonej, praktyki wywodzej się z eksperymentalnych dzieł kompozytorów nowojorskiej szkoły, takich jak John Cage, Morton Feldman i Christian Wolff. Zapisałem konkretne wysokości dźwięków, ale wykonawca sam wybierał długość trwania każdej nuty. Tytuł utworu pochodzi od obrazu Olgi Albizu o tym samym tytule. Artystka często nadawała swoim dziełom tytuły traktując je raczej jako identyfikatory niż wyjaśnienia”. Stray Dogs: Nawiązujący do kina Tsai Ming-lianga utwór jest paradoksalnie bardzo dynamiczny. Gabriel dodaje: „ Wybrałem tytuł jako hołd dla Tsai Ming-lianga. Jest on artystą, który w swoich filmach eksploruje ekstremalną bezruchomość, podczas gdy ten utwór jest czymś w rodzaju przeciwieństwa, dość rytmiczny i dynamiczny. Po prostu uwielbiam jego filmy”. Ramaje: Ten utwór pokazuje, jak ludzie z innych stron świata rozwiązują kwestie harmonii. Wprowadza latynoski temat, powtarzany niemal mechanicznie, po czym nastaje nagła, głęboka cisza. Bunt przeciwko powierzchowności Gabriel Vicéns w swojej muzyce stawia opór. Broni się przed światem, który promuje „jazz do windy” i szybką konsumpcję. Proponuje coś, co nazywa „abstrakcją czasową” – stan, w którym musimy oduczyć się oczekiwań i po prostu być w dźwięku. Jak mówi: W dzisiejszym świecie, zdominowanym przez szum informacyjny i wszechobecny pośpiech, coraz trudniej o momenty autentycznej refleksji. Kultura, która niegdyś pełniła rolę sakralną i poznawczą, często zostaje sprowadzona do roli tła – kolejnego bodźca mającego wypełnić ciszę. Jednak wciąż istnieją twórcy i dzieła, które stawiają opór tej tendencji, przypominając nam o pierwotnej mocy przekazu artystycznego. Projekt „Niebla” staje się w tym kontekście czymś więcej niż tylko zbiorem dźwięków. To zaproszenie do wejścia w przestrzeń, gdzie czas płynie inaczej, a granica między wykonawcą a odbiorcą zaciera się w imię wspólnego doświadczania „tu i teraz”. Zmusza nas to do postawienia pytań o kondycję współczesnej sztuki i o to, czy w pogoni za zyskiem nie zgubiliśmy czegoś fundamentalnego dla naszego człowieczeństwa. Grasz piękny jazz, głęboko zakorzeniony w awangardzie, który wydaje się bardzo bliski europejskiej scenie. Jako osoba spoza ścisłego podziału „USA kontra Europa”, z którą z tych dwóch tradycji lub obecnych ścieżek czujesz się bardziej związany? Czuję się związany z obiema tradycjami awangardowymi. Było wielu muzyków ze Stanów Zjednoczonych, Europy i innych miejsc, którzy mnie zainspirowali, ale kiedy mówimy o muzyce eksperymentalnej lub awangardowej w szerszym sensie, bez określania, czy jest to raczej jazz, muzyka klasyczna czy coś innego, czuję szczególną więź z kompozytorami ze szkoły nowojorskiej, takimi jak Morton Feldman, John Cage i Christian Wolff, a także z muzykami takimi jak Harold Budd, Brian Eno, Glenn Branca, a nawet Aphex Twin i Boards of Canada. Album Budda zatytułowany The Pavilion of Dreams jest niesamowity, jeden z moich ulubionych, z udziałem świetnego zespołu, w którym na saksofonie gra Marion Brown, a także Gavin Bryars i Michael Nyman. Bardzo ważni byli dla mnie również kompozytorzy tacy jak Arnold Schoenberg, Anton Webern, Galina Ustvolskaya i György Kurtág. Ponadto wiele nagrań ECM miało dla mnie znaczenie od początku mojej przygody z jazzem, albumy takie jak „Sunrise” Masabumi Kikuchi, „Last Night the Moon Came Dropping Its Clothes in the Street” Jona Hassella oraz inne albumy Enrico Ravy i Tomasza Stańko. Mógłbym wymieniać wpływy bez końca. Ostatnio bardzo interesujący wydaje mi się album Henry'ego Threadgilla Listen Ship, a także oczywiście muzycy tacy jak Sam Rivers, Cecil Taylor i Ornette Coleman, a także nagranie duetu Moments Précieux Dereka Baileya i Anthony'ego Braxtona, które były dla mnie ogromną inspiracją. Również twórczość muzyków Wandelweiser, takich jak Antoine Beuger, Jürg Frey i Eva-Maria Houben, była dla mnie ważnym źródłem wpływów i inspiracji. Prawdopodobnie zapomniałem o wielu innych nazwiskach, ale to właśnie przychodzi mi teraz do głowy, gdy myślę o muzyce eksperymentalnej / awangardowej, która była dla mnie ważna. POPRZEDNIA PŁYTA GABRIELA PT. MURAL Poniższy fragment rozmowy rzuca światło na fundamenty tej filozofii, dotykając kwestii empatii, konsumpcjonizmu i oczyszczającej mocy dźwięku: Robert Kozubal Jazzda.net Czy naprawdę uważasz, że muzyka może być katalizatorem zmian w jednostkach? Gabriel Vicéns: Naprawdę wierzę, że dotyczy to nie tylko muzyki, ale ogólnie sztuki, kina, malarstwa, literatury, wszystkiego. Widać to wyraźnie w muzyce i filmach, które są tworzone jak produkty, przeznaczone przede wszystkim do konsumpcji, rozrywki i generowania pieniędzy. Dzieła te zapewniają natychmiastową satysfakcję, tak szybko, jak to tylko możliwe, a ludzie, którzy je tworzą, chcą tego, aby również jak najszybciej się wzbogacić. Ludzie nie muszą nawet myśleć ani naprawdę słuchać, wystarczy, że konsumują i przez chwilę „czują się szczęśliwi”. Ale co potem? Nic. To właśnie konsumuje obecnie świat i nie sądzę, aby to, gdzie się znajdujemy, było przypadkiem. Nie jestem tylko pewien, czy jesteśmy w tym miejscu z tego powodu, czy też to miejsce sprawia, że tworzymy takie rzeczy. Dzieje się tak jednak ze wszystkim, nie tylko ze sztuką. Myślę, że gdyby ludzie byli bardziej zainteresowani sztuką, która stanowi dla nich wyzwanie i zachęca do kontemplacji, myślenia i głębokich odczuć, być może sytuacja wyglądałaby inaczej. Oczywiście to tylko teoria; ostatecznie naprawdę trudno to stwierdzić. Wiem tylko, że ten świat potrzebuje więcej empatii i miłości, wolniejszego tempa i zdecydowanie mniej surowości, nie tylko wobec nas samych, ale wobec wszystkiego w życiu: zwierząt, roślin i Ziemi. Robert Kozubal Jazzda.net : Jeśli muzyka jest katalizatorem, to co najważniejsze powinien „oduczyć się” lub zostawić za sobą słuchacz przed wejściem do dźwiękowego świata Niebla? Gabriel Vicéns: Myślę, że słuchacz powinien podejść do tego bez żadnych oczekiwań, pozostać otwarty na wszystko, co nadejdzie, i być tu i teraz, przyjmując zarówno fragmenty pełne intrygujących polirytmii i improwizacji, jak i ciche, powtarzalne sekwencje akordów wypełnione ciszą, która sprawia, że czas wydaje się płynąć wolniej. To poczucie abstrakcji czasowej jest czymś, co mnie interesuje i czym chciałbym, aby słuchacze się doświadczyli. Dla polskiego odbiorcy Niebla będzie lekcją innego postrzegania rytmu i emocji. Jeśli szukacie w muzyce odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”, a nie tylko „po co?”, Gabriel Vicéns jest artystą, którego premiera marcowa powinna być dla Was obowiązkowa. To pierwszorzędne, intelektualne, a jednocześnie głęboko ludzkie granie, które zostaje pod skórą na długo po tym, jak opadnie tytułowa mgła. jazzda support Działalność Jazzdy to misja przybliżania muzyki, która wymaga skupienia, uważności i otwartości na nieznane. Jeśli cenisz nasze publikacje i chcesz wesprzeć niezależne dziennikarstwo muzyczne, możesz postawić nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net . Każde wsparcie pozwala nam dalej zgłębiać fascynujące światy takich artystów jak Gabriel Vicéns.
- London Manifest: wielkomiejski Muzyczny portret Tomasza Zyrmonta
Oto jazzowy przewodnik po jednym z największych miast świata, gdzie życie tętni non stop. To także muzyczna mapa tropów Tomasza Zyrmonta – nieoczywistego polskiego pianisty, który osiadł w stolicy Wielkiej Brytanii i od 2009 roku robi tam znakomitą karierę. Z populacją zbliżającą się do 9 milionów, Londyn przegonił już Austrię, o czym boleśnie przekonał się każdy, kto musiał przemieścić się z jednej części metropolii na drugą w godzinach szczytu. Właśnie w tym gąszczu, liczącym ponad 25 tysięcy ulic, Zyrmont od lat aktywnie współtworzy tamtejszą scenę, chłonąc unikalną atmosferę miejsca. Naturalną konsekwencją tej drogi był jego występ w listopadzie 2025 roku na prestiżowym London Jazz Festival, który ostatecznie potwierdził jego pozycję wśród czołowych artystów gatunku. Już 22 stycznia 2026 roku nakładem wydawnictwa Soliton ukaże się jego najnowszy album „London Manifest”, którego patronem medialnym jest serwis jazzda.net . To wydawnictwo to owoc lat spędzonych w tyglu kulturowym stolicy Wielkiej Brytanii. Płyta „London Manifest” jest dokładnie taka sama – ma w sobie mnóstwo artystycznych zaułków i nieoczywistych zakrętów, zupełnie jak miasto, które opisuje, mające przecież ponad 25 tysięcy ulic. Nie jest to jednak powierzchowne spojrzenie turysty. Tomasz Zyrmont mieszka w Londynie od 2009 roku, od lat aktywnie współtworząc tamtejszą scenę, występując w najważniejszych klubach i chłonąc unikalną atmosferę tego miejsca. Naturalną konsekwencją tej wieloletniej drogi był jego występ w listopadzie 2025 roku na prestiżowym London Jazz Festival – jednym z największych wydarzeń tego typu na świecie – co ostatecznie potwierdziło jego pozycję wśród czołowych artystów gatunku. Jak sam przyznaje: „Londyn charakteryzuje bardziej bliskość Europy i moich korzeni. Od razu poczułem się tutaj jak u siebie. Dostępność festiwali, wybitnych muzyków i producentów, którzy tworzą ekosystem sprzyjający innowacji i współpracy, sprawia, że miasto można nazwać stolicą europejskiej muzyki, ale także jednym z najbardziej tętniących centrów światowego jazzu”. Ta bliskość korzeni i wielkomiejski rozmach znalazły swoje idealne ujście na nowym krążku lidera. Muzyczna podróż zaczyna się od tematu „Take The Lift” , który błyskawicznie wprowadza nas w tkankę miasta. To świetny, swingujący i melodyjny obrazek, w którym fortepian Zyrmonta pewnie przejmuje rolę przewodnika; od pierwszych nut nie ma wątpliwości, kto tu rozdaje karty. Jednak serce albumu bije najmocniej w dyptyku poświęconym żonie artysty, gdzie słuchacz zostaje rzucony na głęboką wodę emocjonalnych kontrastów. „Jagoda Interlude” to intymne, liryczne wprowadzenie, nasycone czułością i spokojem, które płynie prosto z serca. Jednak to tylko cisza przed burzą, bo właściwy utwór „Jagoda” uderza zupełnie inną energią. Ten emocjonalny główny temat jest gwałtowny i burzliwy – nie ma tu mowy o banalnej „pościelówie”. Zamiast tego otrzymujemy rasowe, energetyczne solo saksofonu Seana Khana, które jest mocne i nieustępliwe, zwieńczone niezwykle oryginalną, smyczkową wypowiedzią kontrabasu Bena Hazletona. Zyrmont po mistrzowsku operuje nastrojem, rzucając nas z nostalgicznego, lirycznego poranka nad gorącą kawą w utworze „Nostalgia”, prosto w wir singlowego „Linebreaker” . To serce brytyjskiej wyspy w pigułce – szalony, wielokulturowy Londyn, w którym ogrom historii zderza się z nowoczesnością. W tym porywającym centrum miasta fortepian i saksofon prowadzą niezwykle dynamiczny dialog, a wielkomiejska machina sekcji rytmicznej pracuje bez zarzutu. Z kolei w solowym „Awaken Desires” lider staje się przewodnikiem niemal hitchcockowskim – operuje szybkim tempem, nagłymi zwolnieniami i jazzowymi nieoczywistościami, które prowadzą do zaskakującego finału. Wybór dwóch standardów, które dopełniają autorski materiał, wiele mówi o koncepcji lidera. „Nardis” Milesa Davisa – utwór owiany tajemnicą, z okresu modalnego, kojarzony najbardziej z Billem Evansem – w interpretacji Zyrmonta zyskuje nową siłę. Pianista mocno akcentuje emocje, wykorzystując skalę frygijską i hiszpańskie koloryty znane ze „Sketches of Spain”, by po chwili oddać pole na spokojne, kontemplacyjne solo kontrabasu. Płytę domyka radosne „pstryknięcie palcami” w postaci „One Finger Snap” Herbiego Hancocka, które wraz z bluesującym, pokombinowanym rytmicznie „Blue Sus”, stawia kropkę nad i. „London Manifest” to jazz bez wątpienia osadzony w mainstreamie, ale podany z niezwykłą świeżością. Emocjonalnie rozpięty między intymnością a potęgą metropolii, muzycznie zaś oparty na pierwszoplanowej roli fortepianu i podniebnych, nowojorskich wręcz zagrywkach saksofonu. To doskonały dowód na to, że polski jazz w sercu Londynu ma się doskonale. Excellent jazz. Recenzja oparta na informacjach prasowych oraz rozmowie z artystą. Patronat medialny: jazzda.net . „London Manifest” to album, który udowadnia, że polski jazz nie tylko świetnie radzi sobie na emigracji, ale potrafi stać się integralną częścią globalnego krwiobiegu gatunku. To muzyka, która nie potrzebuje tanich efektów – broni się szczerością, techniką i doskonałym balansem między liryzmem a wielkomiejskim pulsem. Jeśli moje teksty i jazzowe odkrycia na jazzda.net pomagają Wam poruszać się po tej fascynującej mapie dźwięków, będzie mi niezmiernie miło, jeśli zechcecie wesprzeć moją pracę. Prowadzenie niezależnego portalu o jazzie to czysta pasja, ale każda „postawiona kawa” pozwala mi poświęcać jeszcze więcej czasu na szukanie takich perełek jak nowa płyta Tomasza Zyrmonta. Jak zawsze – możecie postawić mi wirtualną kawę tutaj: 👉 https://buycoffee.to/jazzda.net Dzięki, że jesteście, słuchacie i wspieracie!
- koncert w NOSPR: Mistrz Młynarski w jazzowych szatach
Ewa Bem. Aga Zaryan. Piotr Schmidt. Wojciech Myrczek. Krzysztof Herdzin. Marek Moś i Orkiestra AUKSO. Wszyscy oni jednego wieczora na jednej scenie. 2 lutego 2026 roku wielka sala NOSPR stanie się miejscem, w którym ci wybitni artyści złożą muzyczny hołd Mistrzowi Słowa, Wojciechowi Młynarskiemu. Wykonanie będzie jednak nieoczywiste, bo jazzowe - ale za to jakie! Fundament: Album, który zachwycił melomanów Punktem wyjścia dla tego niezwykłego wydarzenia jest entuzjastycznie przyjęty album „Młynarski. Bynajmniej” (wydany przez SJRecords). To właśnie ta płyta stała się nowym, świeżym spojrzeniem na teksty Wojciecha Młynarskiego w jazzowych aranżacjach. Płyta przenosi słuchaczy w świat, w którym wciąż aktualne teksty Mistrza zyskują nową jakość, nie tracąc przy tym swojej ponadczasowej wartości. Wśród wybranych przez artystów utworów znalazły się zarówno legendarne przeboje: „Bynajmniej” , „Księżyc nad Kościeliskiem” czy „Podchodzą mnie wolne numery” , jak i utwory mniej znane, ale równie fascynujące: „Jeżeli przyznać się odważysz” czy „Lubię wrony” . Album jest propozycją idealną zarówno dla wielbicieli twórczości Młynarskiego, jak i dla amatorów jazzu, który w mistrzowski sposób łączy tradycję z nowoczesnością. Liderzy i Architekci projektu: Schmidt, Myrczek, Herdzin Najważniejszymi postaciami stojącymi za płytą i całym projektem są jego liderzy: Piotr Schmidt, Wojciech Myrczek oraz Krzysztof Herdzin. To muzycy kompletni, wybitni, z niesamowitym dorobkiem artystycznym, których przedstawiać nie trzeba. Ich wizja i realizacja tego przedsięwzięcia to absolutna gwarancja jakości. To właśnie ta trójka liderów stworzyła fundament, który teraz przenoszą na deski NOSPR. Stroną wykonawczą dowodzi Wojciech Myrczek – wokalista obdarzony wyjątkowym feelingiem, oraz Schmidt Quintet , w składzie którego znajdują się wybitni instrumentaliści. Nad całością muzyczną czuwa Krzysztof Herdzin , który wraz z przygotował świeże, odważne i głęboko jazzowe aranżacje utworów zamieszczonych na płycie. Koncert w NOSPR: Sceniczna potęga projektu Planowany na 2 lutego koncert w Katowicach to wielka, sceniczna kulminacja tego, co usłyszeliśmy na albumie. Aby nadać wydarzeniu jeszcze większego rozmachu, liderzy projektu zostaną wzmocnieni przez postacie pomnikowe dla polskiej muzyki. Dołączą do nich Ewa Bem oraz Aga Zaryan , a ramy orkiestrowe zapewni Orkiestra AUKSO pod dyrekcją Marka Mosia . Dzięki tak doborowej obsadzie i perfekcyjnemu wykonaniu materiału z płyty, wrażenia z tego wieczoru pozostaną ze słuchaczami na bardzo długo. Warto wiedzieć: Premiera wydawnicza albumu odbyła się 4 grudnia 2024 roku w warszawskim klubie Jassmine. Album jest już dostępny na CD oraz w streamingach, natomiast premiera wydania LP przewidziana jest na luty/marzec 2025 roku . Szczegóły wydarzenia: Kiedy: 2 lutego 2026 r., godz. 19:00 Gdzie: NOSPR, Katowice Liderzy projektu: Piotr Schmidt, Wojciech Myrczek, Krzysztof Herdzin Goście specjalni: Ewa Bem, Aga Zaryan, Orkiestra AUKSO pod dyr. Marka Mosia. Bilety do nabycia w kasach NOSPR oraz w sprzedaży internetowej. To wieczór, którego żaden fan inteligentnego jazzu i dobrego słowa nie może przegapić!
- Głos Santany na płycie chłopaka z Bogatyni. Szymon Justyński i jego „Last Romantic Warrior” z udziałem legend. Obszerny Wywiad
SZYMON JUSTYŃSKI Robert Kozubal Jazzda.pl : Na Twojej nowej płycie pojawiają się muzycy związani z takimi potęgami jak Santana, Tower of Power, Yellowjackets czy The Doobie Brothers. Jak do tego doszło? Szymon Justyński: To przede wszystkim wynik poznania ludzi, dobrego zaprezentowania się jako muzyk i człowiek oraz obecności na międzynarodowej scenie. Tutaj kluczową postacią jest Alex Bernath - mój przyjaciel i świetny perkusista. Poznaliśmy się kilka lat temu, gdy pojechałem na pierwszą trasę z zespołem Wojtek Justyna TreeOh!. Od razu mieliśmy magię i złapaliśmy wspólny groove. Tak się polubiliśmy, że Alex, który był jednocześnie perkusistą u Ray’a Greene'a, pod koniec 2023 roku dał mi znać, że szukają z Ray'em basisty na jego europejską trasę. Ray na co dzień jest wokalistą u Carlosa Santany, a wcześniej śpiewał i występował u takich legend jak Tower of Power czy Rick James. Więc czym prędzej nagrałem video demo, jak gram jeden z utworów Ray’a na basie - jako swego rodzaju przesłuchanie. Alex to podesłał Ray’owi i ten dał mi szansę. Tak dostałem się do Ray Greene Band i zagraliśmy już kilkadziesiąt koncertów w całej Europie. To był piękny moment, bo to było jak ogromne wyróżnienie - móc grać muzykę Funk, Soul, R&B jako biały chłopak z małej Bogatyni, nagle z ludźmi z USA, u których ta muzyka powstała. To było ogromne wyróżnienie i dowód na to, że muzyka nie zna granic. Znajomość z Ray’em pozwoliła na dalsze kontakty i dojście do Marca Russo - legendy saksofonu, który grał z Yellowjackets, a obecnie występuje z The Doobie Brothers. To tak działa w muzyce - jeden kontakt prowadzi do drugiego. Robert Kozubal Jazzda.pl : Jak wspominasz sesję z Rayem Greenem przy „Don’t Give It Up”? Ray to głos Santany i Tower of Power – czy praca z takim wokalistą zmienia Twoje postrzeganie własnych kompozycji? Szymon Justyński: Pracowaliśmy zdalnie - wysłałem cały gotowy instrumental do Ray’a i wytłumaczyłem tylko, gdzie są jakie części utworu: zwrotka, refren, outro. Zostawiłem totalne pole do popisu. Lubię zostawiać ludziom, z którymi współpracuję, wolną rękę i nie sugerować nic, bo wiem, że wtedy dzieje się największa magia. Nie chcę ich ograniczać swoją wizją - chcę zobaczyć, co oni usłyszą w tym materiale. I po kilku dniach Ray wysłał mi wszystkie ścieżki wokalu gotowe, włącznie z chórkami. To niesamowite, bo wszystko, co wysłał za pierwszym razem, od razu użyłem w finalnej wersji - nic nie trzeba było poprawiać. To tylko potwierdza, jak wielkim wokalistą jest Ray. Klasa światowa. Czapki z głów. Czy praca z nim zmieniła moje postrzeganie własnych kompozycji? Tak, w tym sensie, że uświadomiła mi, jak ważne jest zostawienie przestrzeni dla innych artystów. Kiedy dajesz komuś takiemu jak Ray swobodę, on wnosi do twojej muzyki coś, czego ty sam byś nie wymyślił. I nagle twoja kompozycja staje się czymś więcej niż to, co sobie wyobrażałeś. Robert Kozubal Jazzda.pl : Skąd u chłopaka z Bogatyni tak silne bicie serca dla funku? To gatunek, który w Polsce wciąż uchodzi za niszowy, a Ty traktujesz go jako swój główny język muzyczny. Czy to była miłość od pierwszego usłyszenia „tłustego” basu, czy raczej długa droga przez inne gatunki? Szymon Justyński: Z Bogatyni czy z innego miejsca na świecie – to według mnie nie ma większego znaczenia. Zostałem na takiej muzyce wychowany. George Duke, Jamiroquai, Earth, Wind & Fire, Toto – to tylko nieliczni artyści, których słuchali w domu moi rodzice, a w szczególności mój tato, który zaszczepił mi tę muzykę od dziecka. W takim stopniu, że stała się dla mnie czymś absolutnie naturalnym – to był po prostu soundtrack mojego dzieciństwa. Mam też bardzo osobiste przekonanie, że funk – który w gruncie rzeczy równa się groove’owi – to coś, z czym trzeba się urodzić. Funk’a nie da się nauczyć. Albo go czujesz, albo nie. To nie jest zestaw technik ani przepis na rytm. To styl życia i sposób myślenia o muzyce. Albo masz to w sobie, albo nie. Ja miałem to szczęście dorastać w miejscu, gdzie funk często grał z głośników. Robert Kozubal Jazzda.pl : Kto zasiada w Twoim osobistym „funkowym panteonie”? Gdybyś miał wskazać trzech idoli, którzy ukształtowali Twoje myślenie o rytmie i groove’ie, kto by to był? Szymon Justyński: Jeśli miałbym wskazać trzech, to numer jeden jak dla mnie to jest George Duke – absolutna ikona. Jego sposób myślenia o funkowych klawiszach, ta lekkość w budowaniu groove’u oraz solówek, a jednocześnie niesamowita głębia harmoniczna... To mistrz w najczystszej postaci. Drugie miejsce zajmuje Hiram Bullock. To gitarzysta, który uświadomił mi, że funk to nie tylko technika, ale przede wszystkim sposób uderzenia w strunę i frazowanie. Jego brutalny, szorstki dźwięk połączony z precyzją rytmiczną jest czymś niesamowitym. A do tego jego występy live – potrafił tańczyć, wygłupiać się na scenie i jednocześnie grać zabójcze solówki. Ta energia i radość z grania, która przelewa się na publiczność, od zawsze mnie inspiruje. Trzecim filarem jest Stanley Clarke. Bas w funku to fundament, a Stanley pokazał, że można być fundamentem i jednocześnie prowadzić całą sekcję. Jego groove jest hipnotyzujący – kiedy on gra, nie potrzebujesz niczego więcej, bo wszystko już tam jest. Robert Kozubal Jazzda.pl : Jako basista, na kim budowałeś swój warsztat? Czy bliżej Ci do wirtuozerskich popisów Victora Wootena, czy raczej do „fundamentu” i surowości Jamesa Jamersona lub Bootsy’ego Collinsa? Szymon Justyński: Pierwszym basistą, którego linii basowych uczyłem się ze słuchu i z płyt, był John Paul Jones - basista Led Zeppelin, do dziś jak dla mnie największej rockowej kapeli w historii. Jego rockowy groove w połączeniu z mocarnym graniem John’a Bonham’a to był dla mnie pierwszy wzór, fundamentalny punkt wyjścia. Potem, wciąż będąc nastolatkiem, mając około 16 lat, odkryłem Jaco Pastoriusa. I to było jak magia - gdy pierwszy raz usłyszałem „Portrait of Tracy" na basie, totalnie odleciałem. Wtedy poczułem, że można grać na basie jak na instrumencie solowym. To był kluczowy moment w moim myśleniu o tym instrumencie. Oczywiście basistów, których sobie cenię, jest jeszcze sporo - Stanley Clarke, Marcus Miller, Alphonso Johnson, John Patitucci, Victor Bailey, Mark Egan. A z polskich na pewno Krzysztof Ścierański oraz Tomasz ‚‚Kciuk’’ Jaworski. Co do stylu - myślę, że jak w życiu, tak i tutaj potrzebna jest równowaga. Lubię coś pomiędzy - żeby był groove na początku, taki, że noga sama się buja, ale w momentach kluczowych nagle zaskoczyć odbiorców wirtuozerskim smaczkiem. Nie chodzi o to, żeby non-stop pokazywać, co potrafisz, tylko żeby wiedzieć kiedy. Robert Kozubal Jazzda.pl : W jazzie i funku improwizacja to moment prawdy. Jak to jest u Ciebie – czy Ty po prostu lubisz improwizować, czy to dla Ciebie rodzaj duchowego wyzwania? Twoje partie basu na płytach brzmią bardzo precyzyjnie, wręcz architektonicznie – ile w tym, co słyszymy, jest zaplanowanej konstrukcji, a ile czystego szaleństwa i 'strzału' chwili?" Szymon Justyński: Kocham improwizować. Improwizacja to dla mnie tak jak historia, opowieść, pewnego rodzaju spowiedź. To jest trochę jak z rozmową - to musi się dziać naturalnie. Nie można tego wymusić, to musi płynąć. Na płytach wygląda to nieco inaczej - tam lubię mieć wszystko zaplanowane, zaaranżowane. Są oczywiście miejsca na improwizacje w solówkach, ale często są to też solówki "przemyślane", tak żeby były to najlepsze wersje danego momentu. W studiu masz czas, żeby wybrać ten jeden, idealny take, więc korzystam z tego. Stąd ta precyzja i architektoniczność, o której mówisz. Ale sytuacja na koncertach na żywo wygląda zupełnie inaczej. To właśnie tam jest większe pole do popisu i do pozwolenia sobie na jeszcze większy "odlot". To właśnie wtedy mam najczęściej ten "strzał" chwili - energia publiczności, interakcja z zespołem, ten moment, kiedy czujesz, że możesz zaryzykować coś szalonego i wszyscy lecą z tobą w tę podróż. To jest ta magia live'ów, której nie da się zamknąć w studiu. Robert Kozubal Jazzda.pl : Mógłbyś nakreślić różnicę między Twoim pierwszym, imiennym albumem z 2023 roku, a nadchodzącym „Last Romantic Warrior”? Pierwsza płyta była swego rodzaju wizytówką, ale słyszę, że nowa idzie bardziej w stronę konceptualnego fusion i neo- soulu. Co się zmieniło w Tobie jako producencie? Szymon Justyński: Pierwszy album był bardziej instrumentalny - tak wtedy czułem. Chciałem pokazać swego rodzaju wszechstronność w poruszaniu się między różnymi emocjami i gatunkami. Oraz swobodę w poruszaniu się na wielu instrumentach, ponieważ wszystkie instrumenty nagrywałem sam. To była taka moja wizytówka - "patrzcie, to jestem ja jako muzyk, to potrafię, tak słyszę muzykę". Natomiast "Last Romantic Warrior" jest w większości wokalny - choć tym razem instrumenty wszystkie nagrywałem również sam, ale postawiłem w tym albumie na wokale, ponieważ chciałem, żeby różnił się od tamtego klimatem i otwierał jeszcze inne horyzonty. Poza tym narodził się w głowie plan, żeby zaprosić różnych wokalistów i wokalistki do projektu i zrobić totalną mieszankę - i to udało się z fenomenalnym według mnie skutkiem. Zrobił się taki miks styli i wokalów, ale zarazem wciąż zachowana jest koncepcyjność albumu. W "Last Romantic Warrior" chciałem uzyskać to, że ludzie słuchając będą mogli na ponad 70 minut totalnie odlecieć w klimat muzyki i historii, jaka stoi za tym albumem. Łzy, wzruszenie, radość, taniec, bujanie, machanie głową - chciałem, żeby album jako całość wywoływał totalną paletę emocji. Lubię, jak album działa trochę jak film - że im dłużej słuchasz, tym bardziej chcesz zobaczyć, co dalej będzie. Lubię tak zaskakiwać. Myślę, że dzięki takiej mieszance udało się to uzyskać. Co się zmieniło we mnie jako producencie? Zaufanie. Zaufanie do tego, że mogę oddać część kontroli innym artystom i że ich wkład wzbogaci moją wizję, zamiast ją zniszczyć. Pierwsza płyta to byłem ja sam w studiu - teraz to jest kolektywna energia. Robert Kozubal Jazzda.pl : Skąd w tytule nowej płyty ten „Ostatni Romantyczny Wojownik”? Czy to Twoje alter ego w świecie zdominowanym przez chłodne, cyfrowe brzmienia? Szymon Justyński: Tak, to swego rodzaju alter ego - postać, która przez muzykę pozwala przeżyć emocje. "Wojownik", bo walczy z tym wyprutym z emocji modelem produkcji dzisiejszych "hitów". Robi muzykę, która pozwoli znów zapłakać, odlecieć, poczuć - i nie jest tak sterylna i idealna. W tym właśnie sensie romantyczna. "Ostatni", bo czuję, że coraz mniej jest miejsca na takie podejście w mainstreamie. Wszystko musi być wypolerowane, skwantyzowane, idealne technicznie, przekompresowane - ale gdzie w tym człowiek? Gdzie emocja? Gdzie ta niedoskonałość, która sprawia, że coś nas dotyka? Ja chcę robić muzykę, która ma duszę. Która nie brzmi jak algorytm. Która pozwala poczuć coś prawdziwego - nawet jeśli to znaczy, że gdzieś coś lekko "pływa", że wokal ma chropowatość, że bas ma ciężar. To jest walka o przestrzeń dla autentyczności w świecie, który coraz bardziej woli perfekcję nad prawdą. I "romantyczny" w tym starym, dobrym znaczeniu - ktoś, kto wierzy, że emocje są najważniejsze. Że muzyka to nie produkt, tylko most między duszami. Robert Kozubal Jazzda.pl : Czy na nowej płycie faktycznie usłyszymy wpływy afrykańskie? Twój utwór „Mekambe” ma w sobie niesamowitą, plemienną energię rytmiczną. Czy to kierunek, który zamierzasz eksplorować szerzej? Szymon Justyński: Rzeczywiście, na debiucie było trochę afrykańsko w "Mekambe" - ten utwór ma w sobie tę plemienną, rytmiczną energię. Wpływy plemienne na pewno pojawiają się u mnie zawsze - lubię takie zaśpiewy w stylu Indian północnoamerykańskich. Na nowej płycie na pewno będzie jeden taki moment, w którym mocno naznaczony będzie wpływ muzyki plemiennych Indian. To mnie od zawsze fascynowało - ta surowa, pierwotna energia rytmu, która jest tak blisko groove'u funkowego. To wszystko bierze się z tego samego źródła - z pulsu, z bębna, z ciała. Również będzie utwór pod wymownym tytułem "Mr. SAMBA" - jest to swego rodzaju mój ukłon w stronę Brazylii i tamtejszej muzyki, ukłon w stronę samby i znów gęstych rytmów i melodii, a także ukłon w stronę mistrza brazylijskiej muzyki Airto Moreiry. Brazylia to dla mnie muzyczna Mekka - to miejsce, gdzie rytm jest religią, gdzie ludzie oddychają groove'em. Nie mogłem przejść obok tego obojętnie. Czy to kierunek, który zamierzam eksplorować szerzej? Zdecydowanie. Myślę, że funk, afrobeat, samba, rytmy plemienne - to wszystko jest częścią tej samej rodziny. Wszystko to wraca do korzeni, do tego, co w muzyce najważniejsze - do pulsu, do tego co sprawia, że ciało samo się porusza. Robert Kozubal Jazzda.pl : W zapowiedziach płyty wspominasz o „cyfrowym chaosie”. Jak w ten kontekst wpisuje się AI? Czy jako muzyk, który stawia na improwizację i ludzki „feel”, postrzegasz sztuczną inteligencję jako zagrożenie dla duszy jazzu, czy może jako kolejne narzędzie w studio? Szymon Justyński: Myślę, że to bardziej zagrożenie. Cała ta ludzka niedoskonałość zawsze działa na korzyść muzyki. To tak jak z gitarzystami - każdy z nich, jak dotyka gitarę, od razu wiesz, że to on gra. Pat Metheny, John Scofield, Carlos Santana, George Benson, Jimmy Page - każdy z nich ma taki sound w łapie, że AI nigdy nie będzie w stanie tego podrobić ani stworzyć czegoś tak oryginalnego na miarę tego. Może jedynie kopiować. Ci najwięksi mieli to - ten unikalny "touch", ten niepowtarzalny sposób uderzenia w strunę, w klawisz, w membranę. I to właśnie dlatego człowiek w takim aspekcie jak sztuka - muzyka - zawsze będzie bardziej cenny niż AI. AI może stworzyć coś, co brzmi "poprawnie". Może nawet brzmi "dobrze". Ale czy to poruszy? Czy to sprawi, że poczujesz dreszcze? Czy usłyszysz w tym historię, emocję, duszę? Wątpię. Muzyka to nie tylko nuty i rytmy - to człowiek, jego życie, jego ból, jego radość. To są lata praktyki, pomyłki, przełomy, łzy. AI tego nie ma i nie będzie miało. Dla mnie "cyfrowy chaos" to właśnie to - świat, w którym wszystko jest wypolerowane, perfekcyjne, ale puste. A ja chcę robić muzykę, która ma serce. I tylko człowiek może to dać. Robert Kozubal Jazzda.pl : Całą płytę przygotowałeś właściwie sam w domowym studio. Czy AI mogłoby kiedyś zastąpić ten intymny proces tworzenia, który u Ciebie trwa blisko dwa lata? Szymon Justyński: Nie osobiście uważam, że, AI nie mogłoby zastąpić tego procesu. Czyż to nie piękne, że właśnie tyle to trwało? Chyba właśnie o to chodzi w życiu - o dojście do celu. Czy radość byłaby taka sama, jakbyśmy mogli wejść i zejść na Mount Everest w 15 minut bez przygotowań? Myślę, że nie. Bo w życiu chodzi nie o sam cel, a o drogę do celu. Te dwa lata to nie była strata czasu - to była podróż. Każdy dzień w studiu, każda godzina spędzona nad jednym taktem, każda nieudana wersja aranżacji, każdy moment zwątpienia i każde odkrycie - to wszystko składa się na finalny efekt. To jest w tej muzyce. Słychać to. Słychać te dwa lata życia, emocji, przemyśleń. AI mogłoby "zrobić" płytę w tydzień. Ale czy byłaby to moja płyta? Czy byłoby w niej coś ze mnie? Z mojego domu, mojego studia, moich bezsennych nocy, moich chwil euforii? Nie. To byłby produkt, nie sztuka. Ten intymny proces - siedzenie sam na sam z instrumentami, budowanie utworów krok po kroku, odkrywanie co działa a co nie - to jest esencja tworzenia. I żadna maszyna tego nie zastąpi, bo maszyna nie ma drogi do przebycia. Robert Kozubal Jazzda.pl : Żyjemy w epoce zdominowanej przez streaming, gdzie muzyka często staje się 'tłem' do sprzątania albo jazdy samochodem, a algorytmy promują krótkie, proste formy. Jak Ty, jako twórca ambitnego, wielowarstwowego fusion, odnajdujesz się w tym świecie? Czy tworząc nowy album, masz z tyłu głowy myśl: 'muszę ich zaciekawić w pierwsze 10 sekund, żeby nie przełączyli na Spotify', czy zupełnie się na to nie oglądasz? Szymon Justyński: Zupełnie się na to nie oglądam. Robię to, co czuję. Jasne, wiem, że żyjemy w epoce, gdzie algorytm decyduje, co ludzie usłyszą, gdzie masz trzy sekundy, żeby kogoś złapać, zanim przewinie dalej. Ale jeśli zacznę tworzyć z myślą o algorytmie, to już nie będę tworzył dla siebie ani dla muzyki - będę tworzył dla maszyny. I wtedy mogę się od razu poddać, bo ta bitwa jest z góry przegrana. Moja muzyka potrzebuje czasu. Potrzebuje, żeby słuchacz dał jej przestrzeń, żeby pozwolił jej się rozwinąć. Jeśli ktoś przewinie po 10 sekundach, bo nie było dość szybkiego „hooka” - trudno. To znaczy, że ta muzyka nie była dla niego. Albo nie w tym momencie jego życia. Ale ci, którzy zostaną, którzy dadzą szansę temu albumowi, którzy będą słuchać całościowo - oni dostaną coś prawdziwego. Coś, co zostało stworzone z serca, nie z kalkulacji. I wolę mieć tysiąc ludzi, którzy naprawdę przeżyją tę muzykę, niż milion, dla których będzie to tylko tło do zmywania naczyń. Streaming i algorytmy nie znikną - ale ja też nie zniknę. Robię swoją muzykę, na swoich zasadach. I wierzę, że ci, którzy jej potrzebują, ją znajdą. Robert Kozubal Jazzda.pl : W singlu „One More Night” słychać powrót do estetyki lat 80. Czy to świadomy ukłon w stronę tamtej ery jazz-fusion, kiedy elektronika zaczęła na dobre romansować z improwizacją, czy po prostu wynik twoich inspiracji? Szymon Justyński: To raczej wynik wielu inspiracji muzyką z tamtych lat - te brzmienia naturalnie się przejawiły. Nie było tak, że siadłem i powiedziałem "okej, teraz zrobimy coś w stylu lat 80." - po prostu te wszystkie płyty, których słuchałem przez lata, George Duke, Toto, YellowJackets z tamtej ery, ten sposób, w jaki wtedy łączono elektronikę z żywymi instrumentami - to wszystko jest we mnie. Lata 80. to był złoty czas dla jazz-fusion, kiedy syntezatory przestały być tylko gadżetem, a stały się pełnoprawnym instrumentem. Kiedy producenci nauczyli się, jak zrobić płytę, która brzmi futurystycznie, ale wciąż ma groove i duszę. I ta estetyka po prostu jest częścią mojego DNA muzycznego. Robert Kozubal Jazzda.pl : Współpracujesz ze swoją siostrą, Igą Justyńską. Jak wygląda proces twórczy w rodzinnym duecie? Czy to ułatwia, czy utrudnia szukanie jazzowej szczerości w utworach? Szymon Justyński: Iga to przede wszystkim muzyczny naturszczyk - ona nigdy nie ćwiczyła wokalu, po prostu umie śpiewać sama z siebie. I to jest piękne, to swego rodzaju coś takiego, jak mieli kiedyś prawdziwi bluesmani. Taki totalnie naturalny, nieoszlifowany diament. Ona śpiewa przede wszystkim te utwory, które ja sam chciałbym śpiewać, gdybym miał dobry wokal (śmiech). Myślę, że to totalnie ułatwia sprawę, bo akurat jej mogę powiedzieć dokładnie, co chcę uzyskać, i ona działa niczym mój własny głos, ale w wersji żeńskiej - trafia dokładnie tam, gdzie ja sam chciałbym zaśpiewać. Jest to totalnie piękne. I na dodatek, wiedząc, że ona potrafi otworzyć się wokalnie w sumie tylko przede mną - przed innymi wciąż się nieco wstydzi - to sprawia, że te nagrania mają w sobie coś bardzo intymnego. To nie jest wokal "na pokaz", to jest wokal z serca, szczery. I słychać to. Ta rodzinna więź sprawia, że nie ma barier, nie ma masek. Tylko my dwoje i muzyka. I myślę, że właśnie dlatego te utwory brzmią tak autentycznie - bo to naprawdę jesteśmy my, bez filtrów. Robert Kozubal Jazzda.pl : Kiedy spodziewać się Twojej drugiej płyty i na jakich nośnikach będzie można jej posłuchać? Szymon Justyński: "Last Romantic Warrior" będzie miał premierę na początku maja 2026 roku. Album pojawi się na CD, na winylu w limitowanej edycji oraz oczywiście na wszystkich serwisach streamingowych - Spotify, Apple Music. Również będzie dostępny na Bandcamp do kupienia w wersji cyfrowej. Zależy mi na tym, żeby każdy mógł go posłuchać w formie, która mu odpowiada. Ci, którzy lubią streaming - proszę bardzo. Ale ci, którzy cenią fizyczne nośniki, którzy chcą trzymać płytę w ręku, poczytać booklet, zobaczyć artwork - dla nich będzie CD i limitowany winyl. A dla tych, którzy chcą wesprzeć artystę bezpośrednio i mieć plik w najwyższej jakości - jest Bandcamp. Bo muzyka to też doznanie fizyczne, nie tylko cyfrowe. To całe doświadczenie. ☕ Nakarm Jazzdę funkowym paliwem Ta rozmowa to dowód na to, że marzenia nie mają granic – ani terytorialnych, ani gatunkowych. Szymon Justyński udowadnia, że funk to stan umysłu, a ja staram się Wam te stany przybliżać każdego dnia. Jeśli czujecie ten groove i chcecie, by Jazzda.net dalej pędziła, odkrywając dla Was takie historie i takich ludzi – postawcie mi wirtualną kawę. Dla Was to drobny gest, dla mnie – czysta energia, by dalej szukać, pytać i pisać o muzyce, która ma duszę. 👉 Dorzuć do pieca tutaj: buycoffee.to/jazzda.net
- Radykalny manifest. Cisza jako akt oporu. Album „Horizon”: Grzech Piotrowski, Eivind Aarset, Terje Isungset
W naszych przebodźcowanych czasach, gdy wrażliwość – onieśmielona własną kruchością – osiadła gdzieś głęboko skryta w duszach lub schowała się, wstydząc się samej siebie, takie albumy jak „Horizon” są donośnym nonkonformistycznym manifestem. To bunt, ale bunt wyrażony szeptem, który w akcie oporu przeciwko dyktaturze zgiełku i rozproszenia paradoksalnie uderza z ogromna siłą, siłą jakiej brakuje już wpisującym się w te rozwrzeszczane czasy rockowym bandom. Bo gdy wszystko wokół wrzeszczy, to cisza brzmi najgłośniej. Zapraszam Was na spotkanie z trzema „muzycznymi freakami”, gośćmi, którzy (podobnie jak ja) nadal wierzą, że muzyka ma moc wpływania na ludzkie charaktery, a przez to ich losy. To Grzech Piotrowski, Eivind Aarset, Terje Isungset. Grzech Piotrowski: Muzyczny marzyciel i jego świat Grzech Piotrowski photos by Sławek Przerwa Grzech Piotrowski to muzyk wszechstronny, marzyciel, jakich już coraz mniej wokół. Powtórzę to, co napisałem przy okazji jego koncertu Grzech Plus: Grzech Piotrowski uwielbia wyzwania. Chciał zagrać na wulkanie – zagrał. Chciał zagrać na tratwie – zagrał (zresztą zagrał na niej m.in . z Terje Isungsetem). Zechciał również zebrać dużą, kompletnie nieoczywistą grupę muzyków jazzowych z ekstraklasy i postawić ich na scenie NOSPR – i zrobił to . Artysta, którego biografię w zasadzie określają odważne projekty, na czele z najważniejszym – World Orchestrą. To spełnione marzenie z lat młodzieńczych, powołane do życia w 2010 roku, które łączy wybitnych solistów z całego świata w jednym, wspólnym „języku duszy”. Grzech Piotrowski to także wspaniałe projekty: Festiwal „WSCHÓD PIĘKNA” : Autorskie wydarzenie promujące wysoką jakość i wielokulturowość, którego 10. edycja odbędzie się w tym roku na Warmii. Projekty symfoniczne : Autor wielkich fresków, takich jak „Lech, Czech i Rus” czy „Symfonia STU”, wystawiona w Teatrze Wielkim. Twórca formacji : Powołał do życia takie składy jak jazzowy Alchemik, Oxen, Dekonstrukcja Jazzu, Freedom Nation czy Head Up. Terje Isungset: Najbardziej szalony perkusista świata Terje Isungset Photograph by Knut Bry: https://grokipedia.com/page/knut_bry Jeśli szukamy definicji artystycznego „freaka”, Terje Isungset jest jego ucieleśnieniem. To prawdopodobnie najdziwniejszy i najbardziej szalony perkusista ever . W swojej karierze używa lodowych instrumentów, które wydają się pochodzić z baśni: lodowej trąby, lodowej harfy, lodowego kontrabasu, a nawet lodowego bębna . Wszystkie te instrumenty tworzone są wyłącznie zimą – z naturalnie wycinanych bloków lodu, które następnie są pieczołowicie rzeźbione, lutnicy instalują na nich struny, by wydobyć z nich unikalne brzmienie. Serio, nie nie jest żart! W 1999 roku stworzył koncepcję Ice Music , a rok później zagrał koncert wewnątrz zamarzniętego wodospadu w Lillehammer. Od tego czasu wydał 10 albumów ( m.in . „Iceman Is”, „Igloo”) i założył jedyny w swoim rodzaju Ice Music Festival w norweskim Geilo. Na „Horizon” Terje nie używa lodu, ale pozostaje wierny swojej filozofii tworzenia z elementów natury: drewna, kamieni, patyków i metali . Co ważne, film o Terje – zatytułowany „Sound of Ice” – jest już gotowy! Ten realizowany na siedmiu kontynentach dokument pokazuje jego niezwykłą drogę i lodowy kosmos. Miejmy nadzieję, że kiedyś będzie go można obejrzeć również w Polsce. Eivind Aarset: Naczelny czarownik i mistrz odnalezionych dźwięków Eivind Aarset from https://www.youtube.com/watch?v=g1WuoKuAU5M&t=220s Skład uzupełnia Eivind Aarset – postać frapująca i fascynująca, który zaczynał jako rasowy rockman, by dziś stać się jednym z najbardziej intrygujących i cudownie dziwacznych poszukiwaczy w świecie muzyki improwizowanej. Aarset mówi o swojej grze jak o „zbieraniu” dźwięków i poszerzaniu dźwiękowego słownika - przez co brzmienie jego gitary dawno straciło banalnie chrapliwy ton overdrive. Jeśli odkryje nowy dźwięk – nawet przypadkiem – bawi się nim, wyczuwa go i włącza do swojego instrumentarium. Jest benedyktynem brzmienia. Dziś to są np. dłuuuugie i wyciągnięte jak Norwegia z południa na północ pojedyncze dźwięki, nie przypominające niczym tradycyjnej gitary. W przeciwieństwie do przereklamowanego Billa Frisella – który często sprawia wrażenie kogoś, kto tylko „szuka” i nieustannie błądzi z dala od tematu ogrywanego utworu – Aarset zawsze go znajduje. On nie błąka się po obrzeżach; jest wewnątrz pieśni, pulsuje wraz z nią. Mam wrażenie, ze na „Horizon” to właśnie on pełni rolę czarownika roztaczającego magiczny klimat tła, budując kruchą, mglistą i oniryczną strukturę dźwiękową, która staje się idealnym tłem dla narracji Piotrowskiego. Grzech Piotrowski jest tu bowiem niekwestionowanym liderem – to jego saksofon nadaje ton, kierunek i tchnienie życia całemu albumowi, malując dźwiękami obrazy, które wciągają bez reszty. Atmosfera: Muzyka, która oddycha Przez całą płytę muzyka jest jak malowana – oddycha, pulsuje, drga, iskrzy. Przygważdża słuchacza do miejsca, domagając się bezwzględnego skupienia. To brzmienie, które przebija się przez zwykłe rozproszenie w umyśle i skupia uwagę niczym soczewka na słońcu, wypalając to, co nieistotne. Pierwszy utwór jest jak mglisty, leniwy poranek. Muzyka wyłania się powoli, rodząc się na naszych oczach z powolnego stukotu, który wyznacza nieśpieszny rytm. Melodia meandruje, a saksofon Grzecha aktywnie maluje obraz na płótnie utkanym przez Aarseta. Nie da się nie zwrócić uwagi na grę Isungseta – to nie ma nic wspólnego z klasyczną sekcją rytmiczną. Terje jedynie „stempluje”, daje znaki: „tak panowie, trzymajcie się tej drogi”. Jest jak snop światła w ciemnościach, grając dziwniej niż najbardziej ekscentryczni perkusjoniści Toma Waitsa. Drugi utwór, „Dunesong” , to popis Piotrowskiego, który jak mało kto wyczuwa ludowe, śpiewne melodie. Tempo nagle wzrasta, ale tylko na moment, by zaraz powrócić do onirycznego, marzycielskiego tonu. Poszczególne, długie frazy otulają słuchacza. Trudno oprzeć się skojarzeniom z jazzem skandynawskim – w końcu mamy w składzie dwóch Norwegów! Jest niezwykle ambientowo i lirycznie. Reszta płyty to prawdziwy lodowy labirynt , w którym brzmieniowo dzieją się czary muzyczne rzadko spotykane we współczesnych produkcjach. Każdy dźwięk ma tu swoje znaczenie, każda pauza jest pełna treści. Nie ma pośpiechu, jest oddychanie brzmieniem, kontemplacja, a tempa… po prostu nie ma. Wszystko płynie jak życie. Ta muzyczna opowieść została precyzyjnie podzielona na dwa tomy i osiem rozdziałów (pierwsze cztery utwory to tom pierwszy, kolejne cztery – tom drugi). "Horizon" to album, który ujarzmia słuchacza swoim obezwładniającym spokojem, wchodzi do duszy bez pukania i osadza siłą w codziennym biegu, nie dając przy tym żadnej szansy na ucieczkę w bezpieczną, lecz trywialną powierzchowność. Ta muzyka działa niczym hamulec ręczny zaciągnięty gwałtownie w życiowym pędzie, lecz w przeciwieństwie do drogi, tutaj nie grozi nam katastrofa – jedyne, co może nas spotkać, to zbawienne opamiętanie, nagłe zatrzymanie się i prawdziwa, głęboka pobudka. Właśnie w tym geście "Horizon" zaczyna krzyczeć ciszą, stając się najczystszą i najbardziej radykalną formą buntu przeciwko hałaśliwym czasom, w których przyszło nam żyć. Zaprawdę, piękny jest także koniec tego albumu. „Horizon" to opowieść o życiu, która prowadzi „bohatera" przez najważniejsze momenty ziemskiej wędrówki, aż po ostatni oddech. Jeśli więc ten finał miał symbolizować kres życia, to ja chcę usłyszeć właśnie takie dźwięki na własnym finiszu. Bo choć ta ostatnia nuta brzmi jak koniec, w istocie staje się początkiem nowego istnienia. Kolejnej historii. Zarejestrowany w systemie Dolby Atmos przez mistrza Tadeusza Mieczkowskiego, album otacza słuchacza organicznym ciepłem saksofonu Grzecha, surowością (diabli wiedzą?) kamieni Isungseta i sonicznymi mgłami Aarseta. Ci trzej - wybaczcie mi panowie zbytnią poufałość - wariaci stworzyli portal do innego stanu świadomości. Ilustracje i projekt okładki do płyty Horizon stworzyła „Paulen" - towarzyszka życia Grzecha - która za pomocą ołówka, cienkopisu i pasteli uchwyciła na papierze ducha każdego z utworów. W akcie tworzenia towarzyszyła jej cicha medytacja nad istotą ludzkiego istnienia. Ukazała człowieka oczyszczonego - wolnego od traum, nawyków, programów i ciężaru codzienności. Gdybyśmy potrafili usłyszeć szept duszy i bicie serca głośniej niż zgiełk świata, dotarlibyśmy do prawdy, która od zawsze w nas mieszka. Zaufajcie im. W drogę! Skład: Grzech Piotrowski – saksofon, looping Eivind Aarset – gitara elektryczna, efekty, looping Terje Isungset – instrumenty perkusyjne (drewno, kamienie, patyki, metal) Muzyka, która zmienia życie (bez lipy i dosłownie) Grzech Piotrowski wierzy, że muzyka ma moc zmieniania charakterów i ludzkich losów. I wiecie co? Ma rację. Jestem tego żywym dowodem. Jeszcze dwa lata temu byłem – mówiąc wprost i bez owijania w bawełnę – nudnym pierdzielem po pięćdziesiątce. Tkwiłem w bezpiecznych koleinach, a dni zlewały się w jedną masę. Ale postanowiłem to zmienić. Postanowiłem stworzyć ten blog. Wsłuchałem się w muzykę i znalazłem w sobie odwagę, by wywrócić swoje życie do góry nogami. Dziś spotykam twarzą w twarz tych wspaniałych artystów, którzy pomogli mi w tej przemianie, a dźwięki, o których piszę, są moją codziennością. Bez ich muzyki nigdy bym tego nie dokonał. Dlatego mam do Was apel: zmieniajcie się . Wsłuchujcie się w płyty takie jak „Horizon”, pozwólcie im się „ujarzmić” i miejcie odwagę żyć po swojemu, niezależnie od metryki. A jeśli podoba Wam się to, co robię, i chcecie towarzyszyć mi w tej drodze – wrzućcie coś na wirtualną kawę. Dla Was to „dycha”, a dla mnie to paliwo, by dalej szukać, pisać i udowadniać, że na pasję nigdy nie jest za późno. ☕ Postaw mi kawę i napędź jazzdę: https://buycoffee.to/jazzda.net
- Najlepsze jazzowe płyty Grudnia 2025
Końcówka roku w świecie muzyki improwizowanej przyzwyczaiła nas do wysokiej formy wydawniczej, ale grudzień 2025 roku przeszedł najśmielsze oczekiwania. Jeśli zastanawialiście się, jakie są najlepsze płyty jazzowe ostatnich tygodni, przygotowaliśmy zestawienie, które łączy nowojorski bop, skandynawski minimalizm i polską energię festiwalową. A na końcu znajdziecie playlistę ze ponad 150 utworami jazzowymi, które miały premiery w grudniu, Andrew Gould – „Trade Off” Andrew Gould (saksofon altowy) i Sam Dillon (saksofon tenorowy) – dwaj nowojorscy sidemani najwyższej próby i finaliści prestiżowego konkursu im. Theloniousa Monka – łączą siły na wspólnym albumie „Trade Off” . To solidny, współczesny post-bop, w którym techniczna wirtuozeria kwintetu (w składzie m.in . ze Stevenem Feifke na pianinie) zaprzęgnięta jest jest by grać świetnie skrojone, chwytliwe melodie. Płyta tętni energią wielkiego miasta i pokazuje pełnię możliwości nowoczesnego jazzu w najlepszym wydaniu. Posłuchajcie utworu tytułowego czy kawałka „Overcooked” i zanurzcie się w amerykański jazz, który wciąż pokazuje nowe, świeże oblicze - choć przyznać trzeba, że dzieje się to coraz rzadziej, a ostatnio najbardziej nowatorskie są kobiety. No, ale ten album to prawdziwa perełka, którą po prostu trzeba znać. Ian Smit – „¿QUÉ?” Ian Smit, nowojorski wizjoner i eksperymentator gitary, znany z przesuwania granic jazzu w stronę awangardy i elektroniki, zaprosił do współpracy elitę nowojorskiej sceny i stworzyli album -gęstą, surrealistyczną podróżą dźwiękową. Płyta opiera się na niemal całkowitej improwizacji – jedyną instrukcją przed wejściem do studia było prowadzenie „muzycznego dialogu” pełnego dynamicznych wzlotów i upadków. Poza utworami „Bee Still” i „Raindrops and Waterspouts”, które oparto na luźnych strukturach harmonicznych, wszystko inne powstało spontanicznie tu i teraz. Jak podkreśla Smit, celem było tworzenie kompozycji poprzez interakcje, groove i soniczne tekstury, gdzie tradycyjna harmonia ustępuje miejsca improwizowanemu soundscape’owi, a momenty gęstego grania przeplatają się z wymowną ciszą. Sesja nagraniowa miała unikalny charakter: Torn, Rainey i Smit grali w jednym pomieszczeniu, celowo wykorzystując panele gobo, czyli to ruchome ekrany akustyczne służące do izolacji dźwięku do generowania kontrolowanych sprzężeń zwrotnych, podczas gdy Scott Petito operował z osobnego studia. Choć Smit nigdy wcześniej nie grał z tymi muzykami w takim zestawieniu, efekt końcowy opisał jako „lot rakietą”. Skład: Ian Smit (gitara elektryczna i akustyczna, efekty), David Torn (gitara elektryczna, national steel guitar, efekty, produkcja), Tom Rainey (perkusja), Scott Petito (bas akustyczny i elektryczny, inżynieria dźwięku). Florian Pellissier Quintet – „Pacifiques Biches” Francuski pianista Florian Pellissier powraca z albumem, który jest jak powiew ciepłego wiatru z wybrzeża Pacyfiku. Słoneczna i pełna wolności produkcja mistrzowsko balansuje między uduchowionym jazzem a głębokim soul-funkiem, ale to obecność wielkich gwiazd czyni ją wydarzeniem absolutnie wyjątkowym. Pellissier jest artystą o wyjątkowym jazzowym rodowodzie osadzonym w hard bopie – warto przypomnieć, że m.in . nagrywał w legendarnym studiu Rudy’ego Van Geldera swoją płytę „Rio” , co stawia go w kręgu twórców kultywujących najlepsze tradycje brzmieniowe gatunku. Na płycie dochodzi do spotkania gigantów, którzy rzadko pojawiają się obok siebie w jednym projekcie. Z jednej strony mamy uduchowioną, saksofonową frazę legendy jazzowej awangardy – Archiego Sheppa , z drugiej zaś magnetyczną, surową energię Iggy’ego Popa . Udział „ojca chrzestnego punka” nadaje całości niepokornego, niemal rockowego sznytu, który świetnie kontrastuje z elegancką sekcją rytmiczną. Warto zwrócić szczególną uwagę na nową twarz projektu – DjeuhDjoah pojawia się w utworze „Où c’est ? Qui sait?”, wnosząc do kompozycji powiew świeżości i swój charakterystyczny, afrofunkowy vibe. Jego udział idealnie dopełnia tę wielokulturową mozaikę dźwięków, sprawiając, że album staje się jedną z najciekawszych i najbardziej optymistycznych pozycji w nowoczesnym jazzie funkującym. Skład: Florian Pellissier (fortepian), Christophe Panzani (saksofon), Yoann Loustalot (trąbka), Yoni Zelnik (bas), David Georgelet (perkusja). Gościnnie: Iggy Pop, Archie Shepp, DjeuhDjoah. Lauri Porra – „Ääniä: Finland’s Official Soundscape” Lauri Porra to postać fascynująca – praprawnuk wielkiego Jeana Sibeliusa, na co dzień basista legendarnej metalowej grupy Stratovarius, a zarazem ceniony kompozytor symfoniczny. Jego najnowszy projekt, „Ääniä: Finland’s Official Soundscape” , to dzieło wyjątkowe, stworzone na specjalne zamówienie rządu Finlandii jako oficjalny „krajobraz dźwiękowy” tego kraju. Muzyka zawarta na albumie jest minimalistyczna, kojąca i niezwykle przestrzenna. Stanowi idealne połączenie nowoczesnej klasyki z ambientem, bezbłędnie oddające ducha fińskiej natury. Jak czytamy na oficjalnej stronie finland.fi : „ Ääniä to muzyczna podróż po Finlandii, odzwierciedlająca naturalne piękno, spokój, rozległe przestrzenie i wiele oblicz najszczęśliwszego kraju na świecie. Pozwala doświadczyć Finlandii lub po prostu odnaleźć własne, wewnętrzne miejsce szczęścia ”. Dzięki kompozycjom Porry słuchacz może zanurzyć się w skandynawskiej harmonii, gdzie nowoczesna elektronika spotyka się z tradycyjnym brzmieniem orkiestry i ludowych instrumentów. Skład: Lauri Porra (bas, elektronika) oraz orkiestra i zespół kameralny (w tym m.in . tradycyjne kantele, trąbka oraz instrumenty dęte drewniane). Hania Derej Quintet – „Live Pol'and'Rock Festival” Hania Derej – pianistka, kompozytorka i dyrygentka – to artystka, która mimo młodego wieku imponuje na scenie niespotykaną dojrzałością. Jej nagranie z Pol'and'Rock Festival 2025 to wulkan energii, który udowadnia, że jazz może być melodyjny, przystępny i pełen autentycznej pasji. Hania to niezwykle inteligentna babka. Wraz ze swoim składem pokazała rockowej publiczności, że ten gatunek wcale nie musi być nudny, hermetyczny czy wyłącznie „intelektualny”. Na tym koncercie emocje grały pierwsze skrzypce, a całość brzmiała niezwykle świeżo. Utwory takie jak „Urban Jungle” czy „Busy Day” są po prostu genialne! Zespół Hani mistrzowsko buduje w nich napięcie – zaczynają spokojnie, by stopniowo przechodzić w prawdziwe szaleństwo. Finał tego drugiego numeru to czysty wulkan jazzowej mocy, który porywa słuchacza bez reszty. Marzy mi się więcej jazzu serwowanego w tak porywającej formie. No sztos! Thomas Strønen, Time Is A Blind Guide „Off Stillness” Thomas Strønen , lider projektu Time Is A Blind Guide , to jeden z najbardziej aktywnych i wszechstronnych norweskich perkusistów. Jego nazwisko pojawia się w zestawieniu z tak prestiżowymi projektami jak Food (z Iainem Ballamym), Humcrush (ze Ståle Storløkkenem), Parish (z Bobo Stensonem) czy Maria Kannegaard Trio. Jako kompozytor był zaangażowany w ponad 70 wydawnictw, a jego prace gościły na licznych festiwalach i w najważniejszych rozgłośniach radiowych ( m.in . BBC, NRK, DR, Deutsche Rundfunk czy Swedish Radio). W swojej imponującej karierze Strønen nagrał ponad 60 albumów dla tak legendarnych wytwórni jak niemiecki ECM czy Rune Grammofon , współpracując z niezliczoną ilością wybitnych muzyków. Na najnowszej płycie „Off Stillness” kompozytor po raz kolejny udowadnia, dlaczego jest ceniony za swoje minimalistyczne i niezwykle przestrzenne podejście do rytmu. Album ten to definicja „kruchej piękności”. Muzyka jest na wskroś skandynawska, iskrzy mrozem, jest pełna głębokiego skupienia i kameralnej powagi. Brzmienie jest surowe, bardzo przejrzyste, niemal laboratoryjne – każdy dźwięk perkusji, fortepianu czy instrumentów smyczkowych jest tu ważny i ma swoją własną przestrzeń. Słuchając tych kompozycji, chce się od razu pakować plecak i łapać pierwszą lepszą okazję do Norwegii. Zastanawiające, co oni tam mają w duszach, że ta chłodna, surowa estetyka wychodzi im tak pięknie i poruszająco. To nie jest po prostu jazz; to dźwiękowy zapis północnego krajobrazu, który wciąga bez reszty. Zobaczcie na ten skład! Thomas Strønen – perkusja Ayumi Tanaka – fortepian Håkon Aase – skrzypce Leo Svensson Sander – wiolonczela Ole Morten Vågan – kontrabas Na albumie dochodzi do subtelnej, ale znaczącej zmiany personalnej – Leo Svensson Sander zastąpił Lucy Railton na wiolonczeli. Ten nowy głos płynnie wtapia się w cicho oddychające brzmienie zespołu, współtworząc misterną sieć dźwięków z oszczędną i precyzyjną pianistką Ayumi Tanaką , lirycznymi skrzypcami Håkona Aase oraz głębokim kontrabasem Ole Mortena Vågana . Momentami instrumenty smyczkowe tworzą solidne trio prowadzące dialog z sekcją, by za chwilę puls grupy scalił się w jedno, dynamiczne i żywe płótno dźwiękowe. Evan Shornstein „Might Slip” Evan Shornstein , znany szerzej na scenie elektronicznej jako Photay , to artysta z Brooklynu, który w swojej twórczości od lat zaciera granice między światem organicznym a cyfrowym. Jego najnowsza epka, „Might Slip” , wydana pod własnym nazwiskiem, to intymna, niemal medytacyjna podróż, która rezygnuje z gęstych rytmów na rzecz głębokiego skupienia na fakturze dźwięku. Shornstein, dorastający w otoczeniu natury w Woodstock, w swoich wywiadach często podkreśla znaczenie „głębokiego słuchania” (deep listening). „Might Slip” jest tego najlepszym dowodem – to materiał zbudowany na fundamentach nagrań terenowych (field recordings), subtelnych syntezatorów i akustycznych detali. Album oddaje stan zawieszenia, płynności i niepewności, zapraszając słuchacza do zatrzymania się w pędzie codzienności. Dla Shornsteina dźwięk to nie tylko matematyczna struktura, ale żywy organizm. Na tej epce udowadnia, że potrafi opowiadać poruszające historie bez użycia słów, operując jedynie ciszą, echem i delikatnie pulsującą elektroniką. Lider: Evan Shornstein (Photay) – syntezatory, elektronika, nagrania terenowe, kompozycja. Klimat: Organiczny ambient, minimalistyczna elektronika pełna oddechu i spokoju. To muzyka, która nie narzuca się słuchaczowi, lecz powoli wypełnia przestrzeń, budując atmosferę bezpieczeństwa i melancholii. Idealna do słuchania w skupieniu, najlepiej na dobrych słuchawkach. Różni Artyści – „Pornographic-Time, Vol. II: The Continuous Present” Prawdziwe szaleństwo dźwiękowe, elektroniczna i mechaniczna ekwilibrystyka oraz odjazdowe, kompletnie nieoczywiste połączenia brzmień – tak w skrócie można opisać to, co dzieje się na najnowszym wydawnictwie od Drowned By Locals . To kompilacja stworzona z myślą o ludziach o mocnych nerwach, którzy w muzyce szukają czegoś więcej niż tylko spokoju. Wytwórnia świętuje swoje piąte urodziny nie zwykłą retrospektywą, lecz potężną, trzytomową antologią cyfrową zatytułowaną „Pornographic-Time” . Projektowi towarzyszy limitowany manifest „Black Circle” autorstwa Iana Brunera. Tytułowy „czas pornograficzny” to koncepcja stanu, w którym pożądanie jest nieustannie aktywowane, ale nigdy nie znajduje spełnienia – i dokładnie taka jest ta muzyka: nienasycona, radykalna i całkowicie nieprzewidywalna. To album dla dż2iękowych freaków i brzmieniowych poszukiwaczy, stanowiący fascynujący przegląd tego, co dzieje się na najdalszych marginesach współczesnej muzyki improwizowanej, elektroniki i avant-jazzu. Za nieskazitelną (choć brutalną) jakość dźwięku odpowiada legenda masteringu – Rashad Becker z berlińskiego Clunk Studio. Warto zwrócić uwagę na utwór Bernardino Femminielliego – „La Fièvre de l’Archipel”. To międzykontynentalna produkcja łącząca brzmienie klasycznego TR-808 nagranego we Włoszech z gitarą elektryczną prosto z Vancouver, a wszystko to zmiksowane w letnim domu w Szwecji. To idealny przykład „instynktownej logiki kuratorskiej” wytwórni, która łączy światy, które w teorii nigdy nie powinny się spotkać. Harmonogram wydawniczy antologii (jalkbyście chcieli kupić, ale nie macie odwagi zapytać): Tom I: The Pornographic-Tantalus – 28 listopada 2025 Tom II: The Continuous Present – 19 grudnia 2025 Tom III: The Horizonless Interface – 30 stycznia 2026 Skład: Różni artyści sceny eksperymentalnej i avant-jazzowej ( m.in . Bernardino Femminielli, Bunny Raver). Klimat: Niepokojąca, gęsta i techniczna podróż przez dźwiękowy margines. Absolutny odjazd dla fanów free improv i radykalnej elektroniki. Jeśli te recenzje pomogły Ci odkryć nową ulubioną płytę lub po prostu cenisz rzetelne pisanie o jazzie (które, jak wiadomo, wymaga mnóstwa czasu i jeszcze więcej dobrej kofeiny), możesz wesprzeć moją działalność. Jazz i kawa to od zawsze para idealna, a każda „postawiona” filiżanka pozwala mi szukać dla Was kolejnych takich perełek i trzymać rękę na pulsie światowej sceny. Postaw mi wirtualną kawę tutaj: buycoffee.to/twoja-nazwa
- tamara Behler "BÉLAIR" Wiolonczela, Mocny głos, Zimna herbata i gorący debiut.
Spojrzałem na okładkę płyty. Na niej piękna kobieta. Z miejsca myśli pofrunęły w głowie za stereotypem: że związek pięknej damy z jazzem oznacza oczywisty, sztampowy, swingujący, do dna przewidywalny i rewiowy repertuar. Wrzuciłem krążek do odtwarzacza, rozsiadłem się, a na wszelki wypadek położyłem obok książkę i wcisnąłem "Play", po czym zacząłem robić herbatę. Wtedy w pokoju rozpłynął się pierwszy numer, pomyślałem: "Oooo, ładneee... pewnie to tak na dobry początek". Gdy Oolong już się dobrze zaparzył (to nie było pierwsze parzenie, więc nieco trwało), szybował kolejny kawałek i było jeszcze lepiej. Przy trzecim utworze byłem już srodze zaintrygowany, a czwarty przykuł mnie do fotela na dobre. "Sacrebleu" – szeptałem do siebie. – "Ależ mi pani Behler dała po perkatym męskim, szowinistycznym nosie...". Choć muszę się przyznać do jednego: to nie jest tak do końca, że talent Pani Tamary był dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Pamiętam, jak jesienią 2025 roku „Jazzda” objęła patronatem niezwykły projekt Grzecha Piotrowskiego w sali NOSPR w Katowicach z udziałem Hanny Banaszak, Ewy Bem, Ruth Wilhelmine Meyer oraz pani Tamary właśnie. Po koncercie pisałem wtedy: „Potem na scenie pojawiła się Tamara Behler. Już po chwili można było odnieść wrażenie, że oto rodzi się nowa gwiazda. Interpretowała folkowy repertuar na swój sposób, bez cienia respektu. Zachwyciła mnie miękkim, aksamitnym brzmieniem i doskonałą artykulacją. Jej zaśpiewana w kolejnym wejściu »Lipka« okazała się jednym z najpiękniejszych momentów wieczoru, wywołując burzę oklasków całej sali. Płyta pani Tamary jest na horyzoncie i ja bardzo na nią czekam” . Czekałem, ale z pewną dozą ostrożności. Czymś innym jest bowiem krótki recital live, a czymś zupełnie innym pełny album. Do tego drugiego potrzebny jest szereg czynników: spójny, całościowy pomysł – aby krążek nie był zbiorem przypadkowych kompozycji – a także kompozycja, aranżacja, wykonanie i w końcu postprodukcja. Debiut Tamary Behler spełnia wszystkie te warunki, a w dodatku jako artystka ma ona coś, co wyróżnia ją na scenie polskiej i nie tylko: dość rzadki, splatający się i uzupełniający związek współistnienia głosu i wiolonczeli. Ta fuzja jest tym bardziej imponująca, gdy pozna się jej genezę. Okazało się, że Tamara Behler to artystka, której droga jest równie nieoczywista, co jej muzyka. Choć ma „papier” na granie – jest absolwentką klasy wiolonczeli na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie – jej historia wymyka się akademickim ramom. Po studiach podjęła radykalną decyzję: odłożyła wiolonczelę na ponad dziesięć lat. Ta dekada ciszy nie poszła jednak na marne. Behler wróciła do instrumentu z zupełnie nową energią, by połączyć klasyczne brzmienie strun z własnym głosem. I tu kolejne zaskoczenie, które wyjaśnia tę świeżość słyszaną w głośnikach: śpiewem zajęła się w sposób całkowicie intuicyjny, kształcąc i cyzelując głos podążając za własnym osądem. Jej wokalny warsztat to nie efekt godzin spędzonych w salach wykładowych, ale czysta pasja pielęgnowana od dziecka i doświadczenie zdobywane w boju, bezpośrednio na scenie. Przy tej okazji muszę wtrącić małą dygresję. Do tej pory hasło "wokalistka ze Stalowej Woli" uruchamiało w mojej głowie automatyczne skojarzenie z ikoną naszej sceny, Justyną Steczkowską. Z całym szacunkiem dla dorobku Pani Justyny, po przesłuchaniu tego materiału muszę zrewidować swoje rankingi: od dziś wiem, kto jest najciekawszym damskim polskim głosem ze Stalowej Woli i jest nim dla mnie bezapelacyjnie pani Tamara. Bo słuchając tej płyty, ma się pewność, że to liga światowa. Bez cienia wątpliwości do grona takich artystek jak Ayanna Witter-Johnson, Dom La Nena, Linnea Olsson, Ana Carla Maza czy Kelsey Lu – które wielbię – dołącza teraz Pani Behler. Robi to z lekkością, łącząc klasyczne wykształcenie z emocjonalnym podejściem. Zanim jednak zadebiutowała tym autorskim materiałem, szlifowała swój unikalny styl u boku gigantów – koncertowała z Ewą Bem, Urszulą Dudziak czy Hanną Banaszak. Kluczowym elementem tej układanki okazał się jednak Grzech Piotrowski . To on dostrzegł jej potencjał, pomógł ukierunkować stylistykę i czuwał nad realizacją nagrań na ten debiut. Dzięki temu "Bélair" to nie tylko zbiór piosenek, ale spójna opowieść kobiety, która musiała na chwilę zamilknąć, by odnaleźć swój prawdziwy głos. Otwierający album utwór "Eternal July" wciąga subtelnie, a dobrze wyważona i nie szarżująca wokaliza liderki krążąca nad nieoczywistym tematem pieśni kusi i zaprasza do wysłuchania kolejnej pozycji. Uwagę musi jednak też zwrócić charakterystyczne, trochę na przekór ciepłemu utworowi, mocno zagrane solo na wiolonczeli. Ten ostry kontur znika jednak zupełnie w "Sound of Evolution"- w nim przemawiają napędzające niuanse: snująca się w tle głosu pani Tamary wiolonczela czy fenomenalnie aksamitne wypowiedzi saksofonu. Trzeci utwór pt. "Pause", kompozycja gitarzysty, Shachara Elnatana z bardzo ciekawym tekstem Małgorzaty Bernatowicz aka Carmell (prywatnie córki aktorki Ewy Kasprzyk) płynie najbliżej nurtu jazzowego i jest swoistym wstępem do mocno przearanżowanego jazz - folkowego "Oberka". Ach! Jak wiele ciekawego dzieje się w tym pięknym utworze, który na ludycznym fundamencie buduje prawdziwy połamaniec rytmiczny, a nie hamujące się w niczym gitarowe fusion solo dopełnia całości intrygi. Autorem "Oberka" jest Grzech Piotrowski, co w zasadzie tłumaczy jego zawikłany, a jednocześnie paradoksalnie melodyjny pląs. Grzech Piotrowski jest mistrzem ludowego kamuflażu, on potrafi cudnie puścić oko do szerokich mas, a jednocześnie stworzyć utwór - ćwiczenie dla adeptów sztuki muzycznej. Pani Behler prowadzi zaś oberka pewnie - słychać pewność wielokrotnych wykonań. W następnym utworze "Homeland" najpiękniej tym razem iskrzy się solo na saksofonie, a może to po prostu moja miłość do takich strzelistych jak gotyckie katedry zagrywek. Z kolei w "Hemoonity" wiolonczela wspaniale prowadzi nas ku uroczej rozmowie saksofonu z fortepianem. "Forgiveness" jest dla mnie niezapomniany, bo ty znów mamy szeroką, horyzontalną rozmowę instrumentów skończoną wyjątkowo mocnym głosem perkusji. Na koniec liderka obiecuje słuchaczowi "Jeszcze wrócę do ciebie" i wciąga uroczą partią wiolonczeli. Prawdziwie boski jest to koniec płyty, przystemplowany głosem saksofonu Grzecha Piotrowskiego. Płyta "Belair" nie jest ani przez sekundę taka, taka jaka miała w moim pierwszym odczuciu być. To album z magicznego miejsca spotkania granic wielu gatunków. Dominuje tu spokój, choć czasem urocza przejażdżka zamienia się w szalony kulig (pisałem to, gdy za oknem mróz i śnieg, więc wybaczcie dziwaczne porównanie). Nic tu nie jest oczywiste, plany muzyczne bardzo szerokie, horyzontalne jak wyżyna wołyńska. Jazzu jest to dużo, ale nie zaryzykowałbym twierdzenia, że stanowi dominantę. Stylistycznie więc niesforny to album co jest jego zaletą. Nie jedyną zresztą, ale to już zostawię Państwu do odkrycia. Cóż. Herbatę wypiłem zimną, ale warto było. Jeśli chcą Państwo, abyśmy w Jazzda.net nadal mogli wyłapywać takie muzyczne perły, obejmować patronatem wyjątkowe wydarzenia w NOSPR i dzielić się z Wami pasją do dźwięków, które wymykają się schematom – zapraszam do wsparcia naszej działalności. Każda wirtualna kawa to dla nas paliwo do dalszego działania, pisania i odkrywania artystów tak fascynujących jak Tamara Behler. Będę wdzięczny za każde wsparcie na: https://buycoffee.to/jazzda.net Do usłyszenia przy kolejnym dobrym krążku!
- 🎄 Mikołajowy Polecajownik -Jazzowy Najlepsze płyty jazzowe 2025 🎶
😈🎅 Instrukcja Obsługi Jazzowego Polecajownika , w którym znajdziesz subiektywnie Najlepsze Płyty Jazzowe 2025🎷🎄 Uwaga, drogi Czytelniku! Ten Polecajownik nie jest zwykłym katalogiem płyt. To urządzenie wielofunkcyjne , które działa tylko w święta i tylko wtedy, gdy masz na sobie sweter w renifery. Oto jak korzystać: Wybierz album zgodnie z nastrojem przy stole : Jeśli barszcz jest za słony → włącz Ad Astra Wojciecha Jachny, bo oniryczny jazz neutralizuje sól. Jeśli ktoś zaczyna politykę przy karpiu → PAX Tingvall Trio, bo to jedyny album, który potrafi uciszyć wujka. Jeśli makowiec wybuchł w piekarniku → Unicorn and Flexability Sylvaina Darrifourcqa, bo brutal jazz pasuje do katastrof kulinarnych. Dobierz płytę do prezentu : Skarpety → Better Place Macieja Sikały, bo klasyka nigdy nie zawodzi. Zestaw kosmetyków → Second Time Around Agi Zaryan, bo subtelność i elegancja pasują do kremu pod oczy. Blender → Nostalgia Blitz Benjamina Hermana, bo punk jazz mieli wszystko. Zasada równowagi : Jedna płyta medytacyjna ( From sound to silence ) na każde trzy energetyczne ( Groovosophers , Great Intentions , Sheva ). Jeśli przesadzisz z energią, renifery zaczną tańczyć pogo. Tryb awaryjny : Gdy choinka się przewróci → Coincidentia Oppositorum Anny Gadt, bo głos i cztery wiolonczele uratują każdą katastrofę. Gdy prezenty okażą się nietrafione → honey from a winter stone Ambrose’a Akinmusire’a, bo to album tak głęboki, że przykryje wszystkie rozczarowania. 🎅 Podsumowanie : Nie wybieraj płyt jak karpia w markecie. Kieruj się absurdem, nastrojem i tym, co akurat dzieje się przy stole. Jazzowy Mikołaj gwarantuje: każda z tych płyt ma moc przemiany Wigilii w jam session, a barszczu w free jazz. Piotr Komosiński & Jerzy Mazzoll – Pory... Album powstający przez 13 miesięcy – przewodnik do zwolnienia tempa. 🎁 Dla tych, którzy chcą wsłuchać się w rytm natury. Szukasz prezentu, który jest przewodnikiem, nauczycielem i kumplem w jednym? Album "Pory..." to stuprocentowa wizja artystyczna, która zdobywa szczyty rankingu muzycznej niezależności. To debiut Piotra Komosińskiego i Jerzego Mazzolla, który zmusza do zwolnienia tempa. Unikalna Metoda Pracy (Złoto na Wagę Czasu): Płyta powstawała przez 13 miesięcy – każdy utwór to jeden miesiąc. Artyści chcieli w ten sposób uczciwie skondensować emocje i zilustrować dźwiękiem kolejne pory roku , wzywając odbiorców do wsłuchania się w naturalne, niespieszne tętno czasu. To jest rdzeń i sedno płyty. Zgodność Przeciwieństw: Geniusz albumu tkwi w zderzeniu temperamentów: Piotr Komosiński (basista, dawniej Potty Umbrella) – spokojny, nieporuszony jak opoka, tworzy twardy, basowy fundament. Jerzy Mazzoll (ikona niezależnego grania, klarnet, improwizator) – porywczy i barwny, wypełnia tę przestrzeń improwizacją, wędrując pod dźwiękowe nieboskłony. Efekt jest powalający: muzyka jest liryczna, spacerowa, a klarnetowe zagrywki przypominają momentami niguny chasydzkie. To album nie jest produktem – to przewodnik do zwolnienia . Dodatkowy Atut: Fizyczne wydanie płyty to prawdziwy skarb, ponieważ zawiera przepiękne fotografie natury autorstwa Piotra Komosińskiego – artysty i zawodowego fotografika. Tego nie da żaden streaming! Jeremy Pelt – WOVEN Elegancja nowojorskiego jazzu spotyka subtelną elektronikę. Pelt wraz z vibrafonistą Jelenem Bakerem i perkusistą Jaredem Spearsem tworzy muzykę pełną energii i brawury. 🎁 Idealny dla miłośników jazzu z charakterem i niespodziankami. Szukasz prezentu, który jest jednocześnie elegancki, awangardowy i głęboko zakorzeniony w jazzowej tradycji? Najnowszy album trębacza Jeremy’ego Pelta, "WOVEN" , to idealna propozycja pod choinkę. Pelt, człowiek osadzony w jazzowej linii Monka i tradycji bebopu, łączy mistrzowskie improwizacje z nowoczesną, subtelną elektroniką. Płyta rozpoczyna się intrygująco – od spokojnej trąbki i pędzącego ostinato wibrafonu (Jelen Baker), by po chwili eksplodować zamaszystym, ostrym rytmem . To muzyka pełna szpanu, nowojorskiej elegancji i brawurowego rzemiosła. Gdy Pelt wchodzi w utwór, robi to z impetem, niczym Lemoniadowy Joe przez wahadłowe drzwi. Wraz z genialnym wibrafonistą Jelenem Bakerem i perkusistą Jaredem Spearsem, który gra z progrockowym rozmachem, Pelt stworzył dzieło, które jest nowocześnie intrygujące, ale brzmi jak ścieżka dźwiękowa do dokumentu o złotych czasach jazzu. Jeśli obdarowany kocha jazz z charakterem i niespodziankami (w tym ambientowe, wkręcające się w mózg pasaże, jak w "Invention #2"), "WOVEN" to obowiązkowa pozycja! Sebastian Studnitzky – KY! Połączenie jazzu, elektroniki i neoklasyki, nagrane z Odessa Philharmonic Chamber Orchestra. Album jest zapisem emocji związanych z Ukrainą, pełen nordyckiej delikatności i filmowych brzmień. 🎁 Dla fanów szerokich, epickich narracji muzycznych. Najnowszy album trębacza i pianisty Sebastiana Studnitzky'ego (KY) to epickie połączenie jazzu, elektroniki i neoklasyki, nagrane z Odessa Philharmonic Chamber Orchestra . "KY!" to płyta o niezwykłej genezie – Studnitzky wyruszył do Odessy, aby nagrać projekt, który jest poruszającym zapisem emocji w Ukrainie. W efekcie otrzymujemy muzykę pełną nordyckiej delikatności, śpiewnych melodii i hipnotyzujących, powtarzalnych harmonii. Studnitzky gra spokojnie, z wielką lekkością, pozwalając, by czyste, klasyczne brzmienie przeplatało się z minimalistycznym groovem. Album, zarejestrowany na żywo w legendarnej berlińskiej Meistersaal, to surowa energia i brak dogrywek . To radykalne oddanie prawdzie i pięknu. Utwór "I Thought It's Too Late" , porównywany do najlepszych, epickich nagrań Davida Bowiego, wieńczy całość w sposób absolutnie mistrzowski. Idealna pozycja dla fanów jazzu, którzy kochają szerokie, filmowe brzmienia. Donovan Haffner – Alleviate Debiut młodego londyńskiego saksofonisty – pełen groove’u, melodii i emocjonalnej głębi. To muzyka optymistyczna, świeża i taneczna. 🎁 Dla tych, którzy lubią jazz z pulsującą energią. Szukasz prezentu, który jest synonimem talentu, świeżości i pozytywnej energii płynącej z dynamicznej londyńskiej sceny? Młody saksofonista Donovan Haffner serwuje nam swój debiutancki album – "Alleviate" (Ukojenie), który jest idealną propozycją dla miłośników jazzu z melodią i groovem. "Alleviate" to nie tylko zbiór kompozycji, ale przede wszystkim zapis procesu katartycznego młodego artysty – muzyka stała się dla niego ukojeniem w zmaganiach z negatywnymi myślami. Ten emocjonalny fundament nadaje płycie niezwykłą głębię, która rezonuje ze słuchaczem. W towarzystwie znakomitego i zgranego składu (występują razem od 2019 r.), Haffner mistrzowsko balansuje złożoność aranżacji z przystępną melodyjnością i nieodpartym, tanecznym groove’em . Jak sam artysta opisuje, to połączenie wielu jazzowych wpływów, które go pasjonują. Jeśli chcesz podarować płytę, która łączy talent kompozytorski, znakomitą chemię zespołu i optymistyczne, wibrujące brzmienie prosto z Londynu – "Alleviate" jest pozycją obowiązkową. Aleksandra Kryńska – Something Holy Architektura dźwięku, liryzm i awangarda w jednym. Kryńska prowadzi słuchacza przez muzyczne krajobrazy pełne przestrzeni i subtelności. 🎁 Dla wymagających słuchaczy szukających jakości i liryzmu. Debiutancki album Aleksandry Kryńskiej, "Something Holy" , to mocne wejście na scenę – choć sama skrzypaczka i kompozytorka debiutantką nie jest (wystarczy wspomnieć kwartet KRVNSKA czy współpracę z Piotrem Damasiewiczem, który wszystko, czego się dotknie, zamienia w szczere złoto). "Something Holy" to album, w którym piękno tkwi w architekturze dźwięku . Już otwierający utwór, "Tenderness Experiment", pokazuje, jak idealnie jest ustawiona scena: każdy instrumentalista jest wyraźnie słyszalny, a role są genialnie podzielone. Kryńska, mistrzowsko operująca skrzypcami , prowadzi słuchacza przez łagodne muzyczne krajobrazy, w których jest mnóstwo powietrza i przestrzeni. Łączy mocne tematy osadzone w nurcie europejskiego jazzu (czuć tu skandynawską nostalgię ) z pomysłami awangardowymi (jak genialny utwór "dissolving portraits"). Towarzyszy jej Quintent Marzeń : Piotr Damasiewicz na trąbce – głos dopowiadający z boku, lekko zamglony. Szymon Mika na gitarach – którego subtelne partie słychać nawet w najcichszych momentach. Michał Aftyka na kontrabasie – czarodziej basu. Bartosz Szabłowski na perkusji – arcymistrz rytmu, który gra oszczędnie, ale trzyma całość w ryzach. Ten "Współgłos" to kwintesencja albumu: nieprzegadane, zwarte kompozycje, które zapierają dech w piersiach dbałością o plan dźwiękowy. Płyta ta jest idealna dla wymagających słuchaczy, którzy w jazzie szukają zarówno liryzmu, jak i bezkompromisowej jakości wykonania. Arve Henriksen – Arcanum Norweski trębacz w ECM-owskim klimacie – muzyka pełna tajemnicy, inspirowana naturą i folklorem Północy. 🎁 Dla tych, którzy chcą zanurzyć się w poetyckiej głębi. Szukasz prezentu dla kogoś, kto ceni tajemnicę, kontemplację i muzykę, która jest zarazem hołdem dla przeszłości, jak i komentarzem do teraźniejszości? "Arcanum" – najnowszy album norweskiego trębacza Arve Henriksena , wydany przez kultową wytwórnię ECM, to pozycja absolutnie wyjątkowa. Sam tytuł ( łac. tajemnica, substancja o ukrytej mocy ) idealnie oddaje estetykę nagrania. Henriksen, mistrz antygry (jak sam wyznał, trąbka jest jego piórem), wraz ze skandynawską supergrupą (Trygve Seim, Anders Jormin, Markku Ounaskari) powraca do ducha ECM z lat 70., oddając czytelny hołd Janowi Garbarkowi w utworze "Nokitpyrt" (Triptykon czytany wspak). Album to balans między swobodną improwizacją a kompozycją, pełen łagodnej siły i poetyckiej głębi, inspirowany naturą i folklorem Północy. Jednak Henriksen nie ucieka od świata: utwór "Elegy" został napisany w dniu wybuchu wojny w Ukrainie, a wykorzystanie starodawnego, fińskiego hymnu w "Armon Lapset" jest gestem wspierającym kultury mniejszościowe. To muzyka dla wtajemniczonych, pełna warstw, w której ambientowe brzmienia i organiczna elektronika tworzą tło dla narracji prowadzonej z niezwykłą delikatnością. Idealny podarunek dla tych, którzy chcą zanurzyć się w dźwięku. Aga Derlak Trio – Neurodivergent Jazz jako język neuroatypowości. Album pełen chaosu kontrolowanego, transowych improwizacji i polskich odniesień. 🎁 Dla fanów polskiego jazzu na światowym poziomie. Szukasz płyty, która jest nie tylko wybitna artystycznie (trzy Fryderyki na koncie liderki!), ale niesie też ważne przesłanie o indywidualności? Album Agi Derlak Trio, "Neurodivergent" , to jedna z najlepszych polskich płyt 2025 roku, która przekłada złożoność ludzkiego umysłu na język jazzu. Album jest opowieścią o spotkaniu z neuroatypowością (jak sama artystka, posiadająca orzeczenie o ADHD), która staje się tu fundamentem kreatywności. Jazz, z natury atypowy i będący DNA improwizacji, jest idealnym nośnikiem dla tej wizji. Aga Derlak namawia do wyjścia poza własne granice – tak, jak uczył nas Herodot i Kapuściński. Kluczowe atuty albumu: Muzyczny Chaos Kontrolowany: Derlak odrzuca poprawność i liniową narrację. Zawiłe improwizacje z transową powtarzalnością odzwierciedlają pozorny chaos życia, ale pozostają spójne i czytelne. Genialna Chemia: Liderce towarzyszą kontrabasista Maciej Szczyciński (Fryderyki, John Scofield) i perkusista Miłosz Berdzik (hip-hop, Tymoteusz Bies), a kwartet uzupełnia finalista Seifert Competition, Kacper Malisz (skrzypce). To wypadkowa hip-hopu, awangardy, polskiej tradycji i jazzu! Motywy, które uzależniają: Posłuchajcie singla "Mazur v2" – to basowa mantra nawiązująca do Wayne’a Shortera i cytat z mazurka Szymanowskiego, rozciągnięte w krzywym zwierciadle. Najbardziej przemawia jednak "numer 4" z szaloną, powtarzalną partią fortepianu. Ten album koncepcyjny to muzyczne powstanie i zaproszenie do przyjęcia alternatywnego sposobu postrzegania rzeczywistości. Doskonały prezent dla tych, którzy cenią polski jazz na światowym poziomie. Artur Dutkiewicz Trio – From sound to silence. Nowosielski Live Medytacyjny jazz inspirowany sakralnym malarstwem Jerzego Nowosielskiego. Monumentalne, transowe opowieści prowadzą do ciszy. 🎁 Dla osób szukających duchowego wymiaru muzyki. W świecie zdominowanym przez komiksowe rozkojarzenie, pośpiech i kakofonię, podaruj bliskiej osobie wezwanie do wewnętrznej ciszy. Album Artur Dutkiewicz Trio, "From sound to silence. Nowosielski Live" , to artystyczna odpowiedź na współczesny chaos i zaproszenie do medytacji. Płyta jest zapisem głębokiego, muzycznego dialogu z sakralnym malarstwem Jerzego Nowosielskiego , którego ikony i polichromie stanowią "teologię światła" – okno na nieskończoność. Dla Dutkiewicza muzyka staje się właśnie takim oknem: formą aktywnej medytacji , w której dźwięk i pauza mają równorzędne znaczenie, a improwizacja na długich płaszczyznach czasowych prowadzi do tytułowej ciszy. Trio – w składzie wirtuozów Andrzej Święs (kontrabas) i Sebastian Kuchczyński (perkusja) – buduje monumentalne, transowe opowieści (od 8 do blisko 17 minut), celowo umykając radiowym formatom. Od onirycznego „Medytacja 1 – Przebudzenie”, po majestatyczną „Medytacja 5 – Pełnia” , płyta ta jest dowodem na to, że celem muzyki jest transcendencja. Sekcja rytmiczna zasługuje na najwyższe uznanie za mistrzowskie prowadzenie napięcia. To idealny prezent dla kogoś, kto potrzebuje oddechu, szuka duchowego wymiaru w sztuce i docenia modalny, kontemplacyjny jazz na poziomie godnym E.S.T. Warto również zwrócić uwagę na pięknie wydany fizyczny egzemplarz, który zawiera rozmowę z Arturem Dutkiewiczem i wspaniałe fotosy, dodatkowo wprowadzając w nastrój skupienia. Damon Locks – List of Demands Manifest artystyczny i muzyczny protest. Spoken word, sample i organiczne instrumenty tworzą potężną hybrydę. 🎁 Dla tych, którzy cenią muzykę z przesłaniem i mocą aktywizmu. Szukasz prezentu dla osoby, która ceni bezkompromisowe przesłanie i muzykę, która jest jednocześnie potężnym protestem i wizją lepszej przyszłości? Album Damon Locks "List of Demands" to jeden z najważniejszych i najbardziej aktualnych manifestów artystycznych ostatnich lat. Locks to artysta, który nie unika spojrzenia w oczy problemom społecznym. Wiele z jego nagrań, w tym "List of Demands", czerpie inspirację wprost z warunków, które zatruwają życie ludziom. W tym sensie, to album, którego potrzebujemy właśnie teraz. Muzyka Locks’a to dźwięk zarazem przeszły, jak i teraźniejszy, a przede wszystkim – potężny . Spoken word, inteligentne sample, organiczne instrumenty (kornet, skrzypce) i elektroniczna produkcja tworzą unikalną hybrydę. To protest muzyczny, który zawsze dzwoni z absolutną jasnością , spotykając się z problemem i mówiąc prawdę wprost. W sesji Locksowi towarzyszy wybitny skład, w tym wokalistka Krista Franklin , perkusista Ralph Darden , kornecista Ben Lamar Gay i skrzypaczka Macie Stewart . Jeśli chcesz podarować płytę, która przekracza gatunki, łamie stereotypy i ma w sobie moc aktywizmu — to jest to pozycja obowiązkowa, która stanie się "tajną substancją" o ukrytej mocy w każdej kolekcji. Laura Jurd – Rites & Revelations Jazz, folk i Strawiński w jednym. Album pełen katharsis i emocjonalnego uwolnienia. 🎁 Dla słuchaczy poszukujących instynktownej, pierwotnej energii. Album "Rites & Revelations" trębaczki Laury Jurd to manifest artystki, która celowo wymyka się klasyfikacjom. Laura Jurd (znana z nominowanego do Mercury Prize kwartetu Dinosaur) powraca z najbardziej skondensowanym i intymnym dziełem. Płyta jest jej "Rytuałem Powrotu" po przerwie, gdzie ofiarowuje słuchaczowi swoją twórczą esencję. Jak ujął to "Guardian", Jurd podąża za swoją muzą, czerpiąc z jazzu, tradycji ludowych Europy, a nawet języka harmonicznego Strawińskiego. Album jest dynamiczny, rytmiczny i głęboko melodyjny , oparty na rodowym dziedzictwie: melodiach angielskiego i szkockiego folku. Słuchając utworu "You Again" (gdzie ceilidh-owa melodia łączy się ze złożonymi rytmami) lub wężowej melodii "Step Up To The Altar" , czuć, jak Jurd rezygnuje z wirtuozerii na rzecz faktury , przesuwając brzmienie trąbki w kierunku ziemistych, dronowych rejestrów. To muzyka nagrana niemal w całości na żywo, z naciskiem na "katharsis i uwolnienie", które porusza dogłębnie, emocjonalnie i fizycznie. Jeśli obdarowany docenia dzieła, które nie dbają o mody, a o pierwotną, instynktowną moc – to jest to pozycja obowiązkowa. Gard Nilssen Acoustic Unity – Great Intentions Skandynawski żywioł w kwintetowej formule. Dynamiczny, swingujący jazz pełen ognia. 🎁 Dla fanów energii i scenicznego szaleństwa. Jeśli szukasz prezentu dla miłośnika jazzowego żywiołu, który łączy bezkompromisowe granie Skandynawii z dziką, dynamiczną energią, "Great Intentions" od Gard Nilssen Acoustic Unity to strzał w dziesiątkę. Perkusista Gard Nilssen – jeden z najgorętszych twórców w Europie i regularny członek kwartetu Macieja Obary (ECM) – świętuje 10-lecie swojego Acoustic Unity. Zamiast spocząć na laurach, trio postanowiło... rozsadzić swoją formułę , przekształcając się w pięcioosobowy kwintet. Do Nilssena, André Rolighetena (saksofony) i Pettera Eldha (bas) dołączyły dwa potężne "żywioły natury": Signe Emmeluth (saksofon altowy, flet) oraz Kjetil Møster (saksofon tenorowy). Ten nowy skład wystrzelił na pełnych obrotach w Ocean Sound Studio, a muzyka szybuje jak zorza polarna. Album jest opowieścią o komunikacji , a jego tytuł (Wielkie Zamiary) ironicznie nawiązuje do wyboistych dróg, którymi są wybrukowane. W rezultacie otrzymujemy fantastyczną muzykę, która ma w sobie i hołd dla tradycji (cover "Waterfalls" Paula McCartneya) i nieokiełznany ogień Signe Emmeluth. To album idealny dla kogoś, kto uwielbia dynamiczny, mocno szalejący jazz i nie boi się, gdy energia sceniczna wylewa się z głośników. Benjamin Herman – Nostalgia Blitz Punk jazz w czystej postaci – szybki, głośny i garażowy. 🎁 Dla tych, którzy chcą rozsadzić głośniki. Szukasz prezentu dla kogoś, kto uważa, że jazz jest zbyt poważny, a punk zbyt chaotyczny? Album Benjamin Herman "Nostalgia Blitz" to walec, który gniecie te stereotypy! To wydanie DeLuxe albumu sprzed dwóch lat, które wciąż ma moc szalonego groove’u . Benjamin Herman, najbardziej znany jako lider tanecznego New Cool Collective, tym razem pokazuje swoje bezkompromisowe alter ego. Ten elegancki Holender (dwukrotnie uznany za najlepiej ubranego przez "Esquire") to na tej płycie czysty punk jazz . I to dosłownie! To nie jest filozofowanie, to jest szybkie, głośne, garażowe i rozbestwione granie na jazzowych instrumentach. Zapomnijcie o subtelnych balladach – to walec, który pędzi z szaleńczą energią. Płyta ta jest niczym muzyczna odpowiedź na kryzys wieku średniego: gnająca, nieokiełznana i w pytę do kroścet. Czy Public Image Ltd zagraliby "Bambaruushan Boogie"? Na tej płycie to możliwe! Jeśli obdarowany potrzebuje albumu, który rozsadzi głośniki i ma w sobie tyleż energii co sekcja rytmiczna Siekiery – ta płyta jest idealna. Anna Gadt – Coincidentia Oppositorum Dialog głosu i czterech wiolonczel. Minimalizm, napięcie i filozoficzna głębia. 🎁 Dla osób szukających muzyki na krawędzi i improwizacji najwyższej próby. Jeśli prezent ma być podróżą na krawędź – zarówno filozoficzną, jak i muzyczną – wybierz album "Coincidentia Oppositorum" (Zgodność Przeciwieństw). To jeden z najbardziej bezkompromisowych i hipnotyzujących projektów ostatnich lat. Wokalistka Anna Gadt , konsekwentnie uznawana za jedną z najlepszych improwizatorek na świecie, łączy siły z Warsaw Cello Quartet (cztery wiolonczele) oraz kompozytorem Milanem Rabijem . W ten sposób rodzi się muzyka, która natychmiast spycha słuchacza na krawędź cytowaną na wstępie: "spadali między ciemne skały w przepaść." Co ją wyróżnia? Instrumentarium: To czysty dialog głosu i czterech wiolonczel, które zastępują cały aparat harmoniczny i rytmiczny (brak fortepianu i perkusji). Wiolonczela, o niemal barytonowym, ludzkim brzmieniu, rezonuje z wokalem Gadt, tworząc potężną i kruchą jednocześnie symetrię. Minimalizm z Napięciem: Anna Gadt wybiera ścieżkę artystycznej dyscypliny, zmuszając do skupienia na detalu. Muzyka jest skomponowana tak, by rodziła się in statu nascendi – w akcie tworzenia – co sprawia, że jest jednocześnie liryczna i pełna baśniowego, surowego napięcia . Dla kogo? Dla tych, którzy w muzyce szukają głębokiego zanurzenia w filozofię, a jednocześnie oczekują improwizacji na najwyższym, światowym poziomie. To wybitna, intymna opowieść o współczesnej kondycji człowieka. Patricia Brennan – Of the Near and Far Jazz inspirowany astronomią i geometrią kosmiczną. Intensywne improwizacje i wizualne struktury. 🎁 Dla intelektualistów i miłośników awangardy. Szukasz prezentu dla kogoś, kto kocha jazz nowej generacji, inspirowany matematyką, astronomią i muzyczną transcendencją? Album "Of the Near and Far" od Patricii Brennan to pozycja absolutnie wyjątkowa – to muzyka, która, jak pisał "The New York Times", wydaje się istnieć poza ciałem. Patricia Brennan, meksykańska wibrafonistka i kompozytorka, została ogłoszona "Wibrafonistką Roku" w prestiżowym plebiscycie krytyków DownBeat (2025), co czyni ją obecnie najlepszą wibrafonistką na świecie. Inspiracją dla albumu są konstelacje. Brennan przeniosła kształty gwiazd, które obserwowała przez teleskop, na Koło Kwintowe , używając geometrii kosmicznej jako surowego materiału do komponowania. W rezultacie powstała muzyka, która: Jest Filmowa i Wizualna: Utwory, takie jak "Andromeda" , bezpośrednio odzwierciedlają spiralny kształt pobliskiej galaktyki, a "Lyra" ma strukturę operową (inspirowaną Monteverdim). Łamie Oczekiwania: Zespół (kwintet jazzowy, kwartet smyczkowy plus elektronika) celowo kwestionuje tradycyjne role instrumentów. Wprowadza w Ekstazę: Improwizacje są niezwykle intensywne, jak w utworze "Andromeda", który w kulminacyjnym momencie przechodzi w zbiorową orgię dźwięku, niczym w początkach twórczości Pharoaha Sandersa. To jest jazz, który zaprasza do zamknięcia oczu, uwolnienia wyobraźni i poszukiwania symetrii i światła nadziei pośród ciemności otchłani. Idealny prezent dla intelektualisty i miłośnika awangardy. Piotr Schmidt Trio – Ether W pełni improwizowane arcydzieło – cisza i decyzja jako fundament muzyki. 🎁 Dla wymagających słuchaczy, którzy chcą pełnego skupienia. Album Piotr Schmidt Trio, "Ether" , to w pełni wyimprowizowane arcydzieło, które z pewnością zasługuje na miano kamienia milowego. To płyta, na którą fani trębacza Piotra Schmidta (który sam przyznaje, że Stańko był jednym z jego drogowskazów, ucząc szukania piękna w ciszy ) długo czekali. "Ether" powstał spontanicznie, bez nut i aranżacji , jako spotkanie trzech równorzędnych geniuszy: trębacza Schmidta, kontrabasisty Andrzeja Święsa i perkusisty Sebastiana Frankiewicza . Cisza i Decyzja: W tej muzyce każdy detal ma wagę decyzji. Utwory są jak "frazy zakrzywione grawitacją ciszy", która nie jest tu tłem, lecz możliwością . Mimo tej delikatności, płyta potrafi zaskoczyć – po spokojnych, onirycznych dźwiękach trąbki, trio potrafi nagle zrobić uskok i burzyć gładką taflę dźwiękową, jak w "Ether Vol II" . Dlaczego to działa? Trio osiągnęło pełną symbiozę – jest jak jeden, ciągle zmieniający się organizm. Słuchając tego albumu, usłyszysz: Porażającą siłę muśnięć talerza Frankiewicza. Wirtuozerię Andrzeja Święsa (który wspaniale operuje smyczkiem, zwłaszcza w końcowych, żałosnych zawodzeniach). Liryczną, skromną, ale porażającą siłą przekazu artykulację trąbki Schmidta. To nie jest muzyka tła. "Ether" to wymagający przyjaciel, który w pełni zrewanżuje się słuchaczowi, pod warunkiem, że ten odłoży przeklęty smartfon. Idealny prezent, który sprawi, że, tak jak recenzentowi w Mechelinkach, "nagle wszystko znajdzie się na swoim miejscu". Tingvall Trio – PAX Melodyjny, europejski jazz z przesłaniem pokoju. Ballady i dynamiczne hymny w jednym. 🎁 Dla tych, którzy cenią refleksję i spokój. Szukasz prezentu, który niesie ze sobą melodyjną otwartość , skandynawski liryzm i zarazem ma głębokie przesłanie na niespokojne czasy? Dziesiąty album Tingvall Trio, "PAX" (Pokój) , to esencja tego, co najlepsze w nowoczesnym, europejskim jazzie. To międzynarodowe trio (Szwed Martin Tingvall, Kubańczyk Omar Rodriguez Calvo, Niemiec Jürgen Spiegel) jest obok GoGo Penguin najjaśniejszym spadkobiercą geniuszy z E.S.T. (Esbjörn Svensson Trio) . Ich muzyka jest melodyjna, otwarta i łączy jazz z elementami klasyki i muzyki folkowej, idealnie trafiając do szerokiej publiczności. "PAX" odzwierciedla jasne oświadczenie pianisty i kompozytora Martina Tingvalla : jest to wezwanie do spokojnej refleksji i przesłanie pokoju w burzliwych czasach (kontekst Ukrainy i Palestyny). Album, nagrany w renomowanym włoskim studiu ARTE SUONO, zawiera mieszankę: Wzruszających ballad (np. "A Promise"). Dynamicznych hymnów (np. "Cruisin'"). Jeśli obdarowany ceni sobie jazz, który jest łagodny dla ucha, ale jednocześnie inspirujący i ważny – album "PAX" jest doskonałym wyborem, który pobudzi do spokojnej refleksji w świąteczny czas. Sylvain Darrifourcq Trio – Unicorn and Flexability Brutal jazz – głośny, szybki, garażowy i rozbestwiony. 🎁 Dla fanów muzycznej demolki i punkowej energii. Szukasz prezentu, który jest absolutnie zwariowany, przesadzony i łamie wszystkie zasady? "Unicorn and Flexability" to brutal jazz w najczystszej postaci od francuskiego trio: perkusisty Sylvaina Darrifourcqa (który stworzył osobisty język oparty na „poli-prędkości”), saksofonisty Manuela Hermii i wiolonczelisty Valentina Ceccaldiego . Nic na tej płycie nie jest oczywiste – wszystko jest thrash demolką graną na nie-thrashowych instrumentach. Już tytuł pierwszego utworu, "Wąsy i lakier, bez peleryny i rajstop" , rozwiewa wątpliwości: tu musi być głośno, bo cicho znaczy nudno . Co to jest? To jest punk grany na jazzowych instrumentach: głośny, szybki, garażowy, rozbestwiony! Darrifourcq mdleje z szybkości, grając seriami jak z CKM-u (posłuchajcie "Kebabu kognitywnego" ). Ceccaldi traktuje wiolonczelę jako instrument do nachalnego szarpania. Hermia wariuje na saksofonie, wplatając się w powichrowane pętle. To doskonale dziwaczna płyta, w której najmniej ważne elementy (mechaniczne zgrzyty i stuki w tle) stają się najważniejsze. To jazda głową w dół, poszukiwania piłki przez reprezentację, czy też szalona, nie do końca wytrzeźwiała Morphine. Nadav Schneerson – Sheva Orientalna petarda z londyńskim sznytem. Siedem kompozycji inspirowanych Bliskim Wschodem. 🎁 Dla tych, którzy chcą tańczyć i podróżować w rytmie egzotycznego groove’u. Szukasz prezentu, który jest petardą energetyczną , a jednocześnie zabiera słuchacza w intensywną, orientalną podróż? Album "Sheva" od perkusisty, kompozytora i producenta Nadava Schneersona to dowód na to, że serce jazzu bije dziś w Londynie – ale z bliskowschodnim ogniem! Schneerson, który płytę nagrał z zespołem w zaledwie dwa dni, ma już potężne wsparcie w świecie krytyki. Jamie Cullum w BBC Radio 3 opisał jego utwory jako "przepięknie intensywne, wysyłające w podróż do tak wielu różnych miejsc". China Moses w Jazz FM wieszczy mu długą karierę, określając jego drogę jako "absolutnie piękną". Tytuł płyty, "Sheva" (hebrajskie "siedem"), skrywa siedem kompozycji, które łączą współczesny, londyński styl z potężnymi wpływami Bliskiego Wschodu – czerpiąc z muzyki diaspory żydowskiej i świata arabskiego. Wśród inspiracji Schneerson wymienia takich gigantów jak Omer Avital i Avishai Cohen, a także legendy hip-hopu (Madlib, Wu-Tang Clan). Efekt? Znakomita, dynamiczna, orientalna petarda o otwartym podejściu do rytmu i aranżacji. Jeśli chcesz, by prezent pod choinką był dynamicznym zaproszeniem do tańca i egzotycznego groove’u – to jest właściwy wybór. Piotr Wojtasik – Inscape Master class jazzu modalnego, nagrany w legendarnym Van Gelder Studio. 🎁 Dla miłośników akustycznego jazzu i kontynuacji tradycji Stańki. Jeśli szukasz prezentu, który symbolizuje doświadczenie, dojrzałość i wyrafinowanie na światowym poziomie, wybierz najnowszy album arcymistrza trąbki, Piotra Wojtasika, "Inscape" . To dzieło trębacza konsekwentnego w budowaniu własnego stylu, którego nazwisko jest naturalnym spadkobiercą polskiego jazzowego panteonu. "Inscape" to absolutny master class. Album został zarejestrowany w legendarnym Van Gelder Studio w New Jersey , miejscu, które samo w sobie stanowi kanon jazzu. Muzykowi towarzyszy międzynarodowa elita: Mark Shim (saksofon tenorowy), Greg Murphy (fortepian), Joris Teepe (kontrabas) i Alvester Garnett (perkusja). Kluczowe Atuty Albumu: Modalny Jazz Nowej Ery: Sześć autorskich kompozycji oscyluje wokół jazzu modalnego, ale nie stroni od współczesnych niuansów rytmicznych. Moc Dojrzałości: Muzyka emanuje spokojną siłą, dając dowód na lata poszukiwań i perfekcji technicznej. Wielkość i Skromność: To dzieło, które obroni się samo przed potrzebą recenzowania – czysta, natchniona improwizacja. Jeśli obdarowany ceni jazz akustyczny o głębokim, przemyślanym fundamencie, dla którego Tomasz Stańko był drogowskazem, a Piotr Wojtasik jest naturalną kontynuacją, to "Inscape" jest obowiązkową pozycją w kolekcji. Yazz Ahmed – A paradise in the hold Orientalna magia i brytyjski sznyt. Najbardziej osobiste dzieło artystki. 🎁 Dla tych, którzy chcą odkryć baśniowy Orient w jazzie. Szukasz prezentu, który jest niebiańsko intensywny , łączy jazz z orientalnym sekretem i zabiera słuchacza do krainy z dawnych baśni? Album "A paradise in the hold" trębaczki Yazz Ahmed to jej najdojrzalsze i najbardziej osobiste dzieło, w którym śmielej niż kiedykolwiek spogląda w kierunku swoich bahrańskich korzeni. Yazz Ahmed, która jest już uznana przez China Moses i Jamiego Culluma za gwiazdę o długiej karierze, tym razem po raz pierwszy stworzyła muzykę pod śpiew. Efekt? Album wypełniają łagodne, rześkie wokalizy inspirowane tęsknymi pieśniami dawnych poławiaczy pereł i wierszami weselnymi z Bahrajnu. Orientalna Magia i Brytyjski Sznyt: Rozkrok Gatunkowy: Yazz Ahmed zmusza do stanięcia w gatunkowym rozkroku. Arabska ornamentyka melodyczna, nieznane naszym uszom przeszkadzajki i skoczne fragmenty łączą się tu ze szczelnym, ciepłym pledem zadymionej elektroniki w stylu londyńskich klubów. Intensywność: Poczuj gęsią skórkę przy rozbudowanym utworze "Though My Eyes Go To Sleep, My Heart Does Not Forget You" lub daj się porwać intensywnemu "Her Light" . Osobista Podróż: To płyta o odnajdywaniu zagubionej tożsamości. Po latach ukrywania pochodzenia, Ahmed celebruje je, nagrywając nawet wokalizy i klaskanie swojej rodziny (w utworze "Into The Night" ). Jeśli chcesz podarować lśniący oryginał, który jest jednocześnie nowoczesnym jazzem i osobistym, baśniowym manifestem – ten prywatny Orient jest właściwym wyborem. Wojciech Jachna Squad – Ad Astra Oniryczny, medytacyjny jazz pełen skandynawskiej estetyki i łagodnej siły. 🎁 Dla osób szukających muzyki do kontemplacji. Szukasz prezentu, który wprowadzi obdarowanego w stan błogiego, mentalnego zniewolenia dźwiękiem? Album "Ad Astra" od Wojciech Jachna Squad to arcydzieło onirycznego, onieśmielająco pięknego jazzu, który hipnotyzuje powolnymi, łagodnymi tempami. Wojciech Jachna Squad, bez umizgów do chwilowych trendów, konsekwentnie tworzy swoje niepowtarzalne pejzaże muzyczne . Na tej płycie znajdziecie serię improwizowanych kompozycji, które są tajemnicze, niespieszne, ale jednocześnie barwne. Klimat i Ukojenie: Oniryczna Hipnoza: Słuchając "Ad Astra", natychmiast wpadasz w mentalne zniewolenie. Muzyka utrzymana jest w onirycznym klimacie, gdzie barwne i nieoczywiste takty płyną powoli, ale tak, że nie sposób się oderwać. Skandynawska Estetyka: Choć to polski skład, w brzmieniu słychać mroźne, skandynawskie klimaty – surowość, przestrzeń i piękno ukryte w ciszy i niedopowiedzeniu. Łagodna Siła: Płyta udowadnia, że prawdziwa siła nie tkwi w agresji, lecz w łagodności. To album, który można ćwiczyć, odpoczywać i błogo oczekiwać kolejnych, niespiesznych dźwięków. "Ad Astra" to zapewne jedna z najlepszych płyt tego roku. To idealny podarunek dla kogoś, kto ceni jazz medytacyjny, szuka muzyki do kontemplacji i pragnie odetchnąć od tempa współczesnego świata. Maciej Sikała Trio – Better Place Klasyczna formuła saksofonowego trio – naturalna, organiczna i pełna ducha. 🎁 Dla miłośników tradycji i piękna jazzu. Szukasz prezentu dla kogoś, kto ceni jazz, który jest spokojny, pogodny, ale bezkompromisowy i głęboko zakorzeniony w tradycji? Album "Better Place" od Macieja Sikały Trio to arcydzieło, które udowadnia, że klasyczna formuła (saksofon, kontrabas, perkusja) jest wciąż jedynym, naturalnym wyborem. Maciej Sikała , profesor i legenda polskiego jazzu (weteran Miłości ), nie potrzebuje loopów ani syntetycznych pejzaży. W trio rezygnuje z siatki asekuracyjnej, stawiając czoła jednemu z najbardziej bezlitosnych sprawdzianów dla saksofonisty. Duch i Piękno: Pamięć i Idiom: Muzyka nie krzyczy, lecz przypomina: jazz to nie tylko forma, to duch. Trio Sikały (z Wojciechem Pulcynem i Sławomirem Frankiewiczem ) gra tak swobodnie, naturalnie i organicznie, że formuła jawi się jako wyzwolenie, a nie ograniczenie. Melodia i Meandry: Choć słychać tu szacunek do klasycznej odsłony jazzu, to mowy nie ma o banalnym swingowaniu. Muzyka meandruje, roztaczając przed słuchaczem gawędę, a linia saksofonu Sikały buduje całą harmonię i napięcie. Osobista Dedykacja: Tytułowy utwór jest dedykowany pamięci córki artysty, co nadaje płycie niezwykłą, wzruszającą głębię i siłę. "Better Place" to jazz na światowym poziomie , który donikąd nie goni. To idealny prezent dla kogoś, kto potrafi docenić chirurgiczną precyzję, naturalny rozwój formy i piękno płynące z opanowania rzemiosła. To po prostu JAZZ! Groovosophers – Groovosophers Fusion z tłustym groove’em i radością grania. 🎁 Dla fanów energii, jazzu z funkiem i dobrego nastroju. Szukasz prezentu, który daje kopa , ma tłuste, soczyste brzmienie i natychmiastowo wprowadza w dobry nastrój? Album Groovosophers – debiut grupy, która zeszła się po 20 latach przerwy, by grać z nową energią – to pozycja obowiązkowa dla fanów fusion i jazzu z groove’em. To jest muzyka, która, choć stworzona w Polsce, brzmi jak grupa z Wschodniego Wybrzeża USA! Dlaczego? Bo emanuje z niej krystaliczna radość grania, profesjonalna pewność i świetna realizacja. Groovosophers (w składzie wzmocnionym przez organy Hammonda) to dęciaki i gitara w pierwszym planie, bas z genialnym groove’em i profesorska perkusja. Po co ten album? Na Daleką Drogę: To muzyka, która działa jak dopalacz i płynny tempomat . Słuchając "Groovosophers" zapomnisz o smętnych zimowych krajobrazach i nużącej rutynie. Jak w utworze "Fury" , masz ochotę porzucić wszelkie służbowe zadania i cieszyć się tylko muzyką. Tłusto i Soczyście: Posłuchajcie "Starlight Trooper" – to tłuste i soczyste brzmienie Hammonda, które w połączeniu z dęciakami sprawia, że auto (i Ty!) aż skacze. Orientalny Akcent: Wpadający w ucho singiel "BAA, BAA" ma w sobie śliczną, orientalną zagrywkę, która, choć nie do zanucenia, jest niezapomniana. Jeśli chcesz podarować płytę, która łączy akademicką dokładność z szaleńczą energią i ma moc burzenia ponurych, zimowych nastrojów – to jest to. To album, dzięki któremu dotrzesz do celu szczęśliwy i z bananem uśmiechu na twarzy! Aga Zaryan – Second Time Around 🎁 Idealny dla miłośników akustycznych brzmień, subtelnych aranżacji i głębokiej interpretacji. Szukasz prezentu, który jest synonimem dojrzałego, ciepłego jazzu , kameralnej subtelności i emocjonalnej komunikacji? Album "Second Time Around" od Agi Zaryan to długo oczekiwany powrót do korzeni artystki, nagrany w Los Angeles z legendarnymi współpracownikami. Tytuł odnosi się do ponownego spotkania: Zaryan wraca do składu, z którym stworzyła jedne z najbardziej cenionych nagrań w karierze. Towarzyszą jej: Darek Oleszkiewicz (kontrabas), Larry Koonse (gitara) i Munyungo Jackson (instrumenty perkusyjne). Dojrzałość i Subtelność: Kameralny Dialog: Płyta jest manifestem wyważonego dialogu między artystami. Liczy się przede wszystkim emocja, przestrzeń i naturalność dźwięku. Nie ma tu wirtuozerii dla samej formy – jest dojrzałość przekazu. Nowe Interpretacje: Obok premierowych kompozycji, usłyszycie współczesne interpretacje jazzowych standardów i piosenek spoza gatunku – w tym brawurowo zaaranżowany przebój Tiny Turner, "What’s Love Got to Do with It" . Autentyczność: "Second Time Around" to symboliczny powrót do miejsc i ludzi, z którymi Zaryan budowała swoją tożsamość, stanowiący syntezę jej dotychczasowej drogi – ciepły, elegancki i autentyczny . To idealna propozycja nie tylko dla zagorzałych fanów jazzu, ale dla każdego, kto ceni akustyczne brzmienia, subtelne aranżacje i głębię interpretacji. Zaryan udowadnia, że potrafi zaskakiwać – głębią, a nie efektownymi gestami . Ambrose Akinmusire – honey from a winter stone . 🎁 Idealny dla konesera szukającego głębi, syntezy gatunków i bezkompromisowej wizji. Jeśli szukasz prezentu dla konesera, który doceni arcymistrzostwo, gdzie jazz spotyka się z hip-hopem i muzyką klasyczną – wybierz album "honey from a winter stone" od Ambrose Akinmusire . To dzieło trębacza uznawanego za jednego z najbardziej innowacyjnych muzyków swojego pokolenia. Jak opisał to "The New York Times": muzyka Akinmusire'a "wydaje się istnieć poza ciałem". To nagranie o grawitacji , z przesłaniem intymnym i uniwersalnym jednocześnie, które wciąga jak kokaina. Wymagająca Medytacja: Synteza Gatunków: Album kontynuuje formułę, która uczyniła "Origami Harvest" tak oszałamiającym. W sesji bierze udział Mivos Quartet (sekcja smyczkowa), wokalista Kokayi , pianista Sam Harris oraz instrumenty elektroniczne i bity, tworząc nowatorskie brzmienie. Emocjonalny Ciężar: Już pierwszy utwór, "stłumiony krzyk" , jest napiętym jak struna wrzaskiem, płynącym z wyrzutem w niebiosa. To muzyka kapryśna i wymagająca – zmuszająca do zwolnienia rytmu życia i refleksji . Niełatwa Piguła: Płyta jest długa i przemyślana. Ostatni utwór, "s-/Kinfolks" , trwa niemal pół godziny – jest to oniryczny, dryfujący lot w nieznane, który wymaga pełnego zaangażowania. Ambroży gra, jak chce, bez względu na wszystkich i wszystko , a jednocześnie jest diamentowo i perliście czysty. Nie rzuca wyzwań, lecz zaprasza: posłuchaj uważnie, skup się, a wciągnie Cię w stu procentach. To idealny prezent dla kogoś, kto szuka w muzyce głębi i geniuszu! Słowo na koniec: Niech jazz niesie nas dalej I oto dotarliśmy do końca naszej tegorocznej podróży przez dwadzieścia niezwykłych światów. Od onirycznych pejzaży Wojciecha Jachny, przez orientalne misteria Yazz Ahmed, aż po diamentową precyzję Ambrose’a Akinmusire. Każda z tych płyt to inna historia, inny ładunek emocjonalny i – mam nadzieję – idealna odpowiedź na pytanie: „Co podarować komuś, kto szuka w muzyce czegoś więcej?”. Prowadzenie Jazzdy to dla mnie misja odnajdywania tych pereł w oceanie nowości. To godziny spędzone ze słuchawkami na uszach, setki kilometrów przejechanych z jazzem w głośnikach i nieustanna chęć dzielenia się z Wami tym, co w tej muzyce najszczersze. Robię to, bo wierzę, że jazz to nie tylko dźwięki, to sposób patrzenia na świat – pełen uważności i improwizacji. Postaw kawę Jazzdzie! ☕ Jeśli moje zestawienie pomogło Ci podjąć decyzję, zainspirowało do przesłuchania nowego albumu lub po prostu umiliło wieczór, możesz wesprzeć dalszy rozwój bloga. Dobra kawa to dla mnie paliwo do pisania kolejnych tekstów i wyszukiwania kolejnych muzycznych skarbów, o których warto opowiedzieć światu. Każda „postawiona kawa” to dla mnie sygnał, że to, co robię, ma dla Was znaczenie i pomaga mi utrzymać pozycję numer 1 na polskiej mapie blogów jazzowych. Postaw mi wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda Dziękuję, że jesteście częścią tej podróży. Niech tegoroczne święta brzmią u Was dokładnie tak, jak sobie wymarzyliście – najlepiej w rytmie dobrego jazzu! Robert Kozubal Jazzda.net
- Polski jazz w sercu Londynu. Tomasz Zyrmont wydaje album „London Manifest”
Londyn to dla wielu „nowy Nowy Jork”, a dla Tomasza Zyrmonta – dom i nieskończone źródło inspiracji. Ten ceniony pianista i kompozytor, absolwent katowickiej Akademii Muzycznej oraz londyńskiej Guildhall School of Music and Drama, to postać, która na stałe wpisała się w krajobraz brytyjskiej sceny. W listopadzie 2025 Tomasz Zyrmont wystąpił na największym festiwalu jazzowym na świecie – prestiżowym London Jazz Festival , potwierdzając swoją pozycję wśród czołowych artystów gatunku. Jego muzyczna droga prowadziła przez tak wyjątkowe miejsca jak Brytyjski Parlament czy legendarny klub Ronnie Scott’s . Uhonorowany w 2025 roku odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, Zyrmont stanowi dziś ważny pomost między polską wrażliwością a brytyjską nowoczesnością. Już w styczniu 2026 roku światło dzienne ujrzy „London Manifest” – najnowszy album Tomasz Zyrmont Quartet. To intymny, muzyczny portret życia w metropolii, zamknięty w ośmiu autorskich kompozycjach i dwóch standardach. Płyta jest osobistym zapisem podróży, szkicownikiem wspomnień i dowodem na to, że współczesny jazz wciąż potrafi być jednocześnie głęboko osadzony w tradycji i odważnie poszukujący. O tym, jak buzująca energia Londynu wpływa na proces twórczy, o różnicach w edukacji muzycznej i o tym, dlaczego polski jazz jest za granicą marką samą w sobie, rozmawiamy z liderem kwartetu. Robert Kozubal, jazzda.net : Mieszka i tworzy Pan w Londynie, który od lat wskazywany jest jako jeden z najprężniej rozwijających się ośrodków jazzu na świecie, będąc często nazywanym „nowym Nowym Jorkiem”. Jak Pan widzi to zjawisko z perspektywy artysty? Czy czuje Pan, że stolica światowego jazzu faktycznie przeniosła się do Europy? Tomasz Zyrmont: Mija już 17 lat, odkąd wybrałem Londyn na moje stałe miejsce zamieszkania i przestrzeń dla mojej muzyki. Wielokulturowość, otwartość, fuzja dźwięków, infrastruktura klubowa, różnorodność scen oraz muzyków z wielu zakątków świata od samego początku mnie zachwyciły. Nowy Jork miałem okazję odwiedzić dwukrotnie parę lat wcześniej. Bez wątpienia był także zachwycający, nie tylko muzycznie. Te dwie stolice cechuje podobna kreatywna energia i tempo życia, co daje artystom mnóstwo inspiracji. Londyn charakteryzuje bardziej bliskość Europy i moich korzeni. Od razu poczułem się tutaj jak u siebie. Dostępność festiwali, wybitnych muzyków i producentów, którzy tworzą ekosystem sprzyjający innowacji i współpracy, sprawia, że miasto można nazwać stolicą europejskiej muzyki, ale także jednym z najbardziej tętniących centrów światowego jazzu. Nowy Jork natomiast jest tą oficjalną kolebką jazzu i z ogromną przyjemnością się tam jeszcze wybiorę, by odkryć następne muzyczne zakamarki. Robert Kozubal, jazzda.net : Co Pana zdaniem sprawia, że scena jazzowa w Londynie jest obecnie tak „gorąca”? Jakie mechanizmy – kluby, szkoły, media, a może po prostu postawy samych muzyków – stoją za tym „buzującym” klimatem? Tomasz Zyrmont: Londyńską scenę jazzową tworzą muzycy z całego świata. Buzujący klimat wynika ze świeżości, rotacji muzyków i dostępnej dla nich pracy. Spora liczba orkiestr, musicali, studiów nagraniowych i uczelni muzycznych pozwala na rozwój, jak również stabilność. Bardzo wysoki poziom i chęć do współpracy nakręcają kreatywność, powstawanie nowych projektów muzycznych i eksperymentowanie na scenie oraz w studio. Jazzowy Londyn łączy tradycyjne elementy z rytmami afrodiasporycznymi, kulturą klubową Wielkiej Brytanii oraz wpływami gatunków takich jak hip-hop, acid jazz, afrobeat czy grime. Silne tradycje gitarowe, ciekawe i innowacyjne dęciaki oraz wpływy elektroniki są flagowym znakiem tutejszej sceny, a liczba kolektywów i wirujący miks gatunków nadaje temu miejscu wyjątkową kreatywność i eksperymentalny ton. Robert Kozubal, jazzda.net : W listopadzie Tomasz Zyrmont Quartet wystąpił na London Jazz Festival. Jak grało się Panu na tak prestiżowej imprezie? Jak odbiera Pan tamtejszą publiczność jazzową – czy jest ona inna, bardziej wymagająca, czy może bardziej otwarta na nowe brzmienia? Czy planuje Pan, aby kwartet częściej występował w Polsce, czy to przede wszystkim projekt skoncentrowany na rynkach międzynarodowych? Tomasz Zyrmont: W London Jazz Festival wziąłem udział już drugi raz. Impreza obejmuje wiele klubów i jest największym festiwalem jazzowym na świecie. W ubiegłym roku miałem okazję wielokrotnie prezentować się w różnych składach w klubie Bulls Head w zachodnim Londynie. W pewnym sensie klub wyróżnił mnie, proponując udział w ramach tych kilku prezentacji w czasie festiwalu na jego scenie. Publiczność naprawdę była wspaniała i czuliśmy z nią mocną interakcję. Klub ma swoją stałą, jazzową, międzynarodową publikę i wyjątkową aurę. Teraz czekamy już na koncert promujący płytę London Manifest w klubie 606 na Chelsea, który odbędzie się 29 stycznia. Miałem przyjemność już kilkakrotnie wystąpić w tym miejscu, a gra się tam wyśmienicie. Na pewno chętnie zabiorę moich muzyków ponownie do Polski, bo byli oni wprost zachwyceni polskim profesjonalizmem i gościnnością. Robert Kozubal, jazzda.net : Na ile polski jazz jest rozpoznawalny w Wielkiej Brytanii? Czy poza pomnikowymi postaciami, jak Tomasz Stańko czy Krzysztof Komeda, do środowiska przebijają się obecnie polskie nazwiska? Tomasz Zyrmont: Nasz polski jazz ma bardzo wysoką renomę. Wśród moich przyjaciół i londyńskich muzyków wielu miało okazję koncertować w Polsce, poznać trochę naszą scenę i nagrania wybitnych polskich jazzmanów. Pamiętam rozmowy o nagraniach Walk Away, Michała Urbaniaka czy trio Marcina Wasilewskiego i zachwyt nad ich oryginalnością. W samym Londynie również można często usłyszeć polskich muzyków w topowych klubach oraz na festiwalach. Zawsze mnie to bardzo cieszy, a zwłaszcza wtedy, gdy grają moi koledzy z Polski. Kilkakrotnie słyszałem tutaj EABS Marka Pędziwiatra, a w Ronnie Scott’s odbywa się co roku seria koncertów Polish Jazz Series. Lubiani są tutaj także Leszek Możdżer i Wojtek Mazolewski. Robert Kozubal, jazzda.net : Jako artysta, który ukończył studia jazzowe zarówno w Polsce (Akademia Muzyczna w Katowicach), jak i w Wielkiej Brytanii (Guildhall School of Music and Drama w Londynie), jak postrzega Pan największe różnice w funkcjonowaniu rynku muzycznego i środowiska artystycznego pomiędzy Polską a Londynem? Tomasz Zyrmont: Londyn jest olbrzymią metropolią, co sprawia, że skupia w swoim rejonie naprawdę wiele. Przyciąga jak magnes nie tylko brytyjskich muzyków z innych miast, ale także artystów z całego świata. W Polsce natomiast istnieje kilka ośrodków, w których jazz rozwija się prężnie. Obie sceny są na wysokim poziomie. Londyńską scenę wyróżnia międzynarodowość, a co za tym idzie – wpływ artystów, instrumentarium i rytmów z całego globu. Scena jest bardzo aktywna i wita tę różnorodność z otwartymi ramionami. Gdy studiowałem fortepian w Guildhall, edukacja była mocno ukierunkowana na performance , a na akademii w Polsce raczej na warsztat. Pewnie wiele się teraz zmieniło, niemniej Londyn wydawał mi się wówczas bardziej nowoczesny. Robert Kozubal, jazzda.net : Współpracuje Pan z czołowymi muzykami londyńskiej sceny, m.in . z Seanem Khanem i Benem Hazletonem. Czy różnice kulturowe lub edukacyjne mają wpływ na styl improwizacji i kreatywność w zespole? Tomasz Zyrmont: Miałem okazję współpracować z wieloma niesamowitymi muzykami. Wspomniani Sean i Ben są mocno ogranymi oraz doświadczonymi instrumentalistami. Na scenie szybko odnajdujemy wspólny muzyczny język, mamy podobne inspiracje i odczuwanie muzyki. Niezwykłe jest widzieć ich zaangażowanie, a także radość ze wspólnego grania. Zawsze mocno cieszy mnie, gdy gramy po raz pierwszy nowe kompozycje, co nadaje im właściwego pulsu i atmosfery. W tym przypadku różnice kulturowe nadają graniu aromatu i ciekawości. Grając na scenie, można już odczuć coś poza wymiarami oraz brak barier. Robert Kozubal, jazzda.net : Pana muzyka łączy nowoczesną ekspresję z szacunkiem do tradycji. Jaki jest Pana proces kompozytorski? Czy tworząc, świadomie łączy Pan wpływy europejskie, polskie korzenie, a może brytyjską nowoczesność? Tomasz Zyrmont: Gdy komponuję, najczęściej mało się nad tym procesem zastanawiam. Jest to raczej forma przełożenia emocji i odczuć na dźwięki, muzyczny pomysł pod wpływem chwili czy impulsu. Gdy już kompozycja nabiera kształtu i formy, wtedy świadomie wiem, z jakich pokładów wynika lub w jakim kierunku się rozwinie. Niezwykła w tym wszystkim jest nieprzewidywalność. Na pewno polskie muzyczne korzenie, jak i nowe brytyjskie spojrzenie mają swoje odbicie w mojej twórczości. Inspirują mnie chwile, bliskie osoby i życie w dynamicznym Londynie. Robert Kozubal, jazzda.net : Ciekawi mnie „Jagoda” z Pańskiej płyty. Poświęcone są jej dwa przepiękne utwory, w tym jeden solo na fortepianie, z kapitalną artykulacją. Zdradzi Pan, kto kryje się za tym imieniem i co zainspirowało Pana do dedykowania jej tak osobistych kompozycji? Tomasz Zyrmont: Utwór i osobne interlude zadedykowane są mojej żonie. Poznaliśmy się na jednym z moich koncertów w naszym rodzinnym Gorzowie. Kompozycja opowiada o pierwszych chwilach naszej znajomości i odzwierciedla jej charakter. Zawsze przypominam o tym, grając ten utwór na żywo. Jagoda daje mi przestrzeń dla muzyki i mocno mnie wspiera. Razem słuchamy dużo muzyki i mamy podobne spojrzenie na wiele spraw. Unikamy rutyny, nadal odkrywamy Wielką Brytanię i nowe inspirujące miejsca. Wspaniałym kompanem jest nasz czteroletni synek, któremu zadedykowałem utwór „Hidden Toys”. Robert Kozubal, jazzda.net : Patrząc na Pana najnowszy projekt z kwartetem, wydaje się, że świadomie obrał Pan drogę tzw. mainstreamowego jazzu w najlepszym tego słowa znaczeniu – bazującego na tradycji, ale osadzonego w nowoczesności. Czy to była rzeczywiście świadoma i zamierzona decyzja estetyczna w kontrze do bardziej eksperymentalnych projektów? Tomasz Zyrmont: Wiele z moich kompozycji idealnie wpasowuje się w akustyczny kwartet. Aranżuję je aktualnie wszystkie w kontekście tego składu i muzyków, z którymi współpracuję i nagrałem najnowszy album London Manifest . Czuję mocny szacunek do jazzowych korzeni i tam mam dobry grunt do eksploatacji pomysłów. Inspiracje płyną z otoczenia i energetycznego miasta. Najnowszy repertuar jest tego manifestacją oraz odbiciem miejsca, w którym aktualnie się znajduję jako muzyk. Mój poprzedni autorski projekt Groove Razors, z którym nagrałem dwa albumy, był osadzony w stylistyce fusion jazz. Prowadziłem kwintet elektryczny, gdzie dominował groove. W bandzie grałem przede wszystkim na klawiszach, był saksofon, gitary, perkusja, a pojawiały się też instrumenty EWI, elektryczne skrzypce oraz różnorodne efekty. W trakcie trwania tamtego projektu łącznie zagrało w nim ponad 30 muzyków. W akustycznym kwartecie pochyliłem się natomiast w stronę fortepianu, na którym w pełni wyrażam siebie, a on sam mocno kierunkuje naszą interakcję i brzmienie, kreując energię oraz głębię projektu. Nowy kwartet jest także bardziej organiczny i plastyczny. Robert Kozubal, jazzda.net : W 2025 roku został Pan uhonorowany odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Jak ważny jest ten polski element Pana tożsamości w Pana karierze międzynarodowej? Czy bycie polskim jazzmanem w Londynie to atut? Tomasz Zyrmont: Czułem się niezwykle wyróżniony, przyjmując odznaczenie w gorzowskiej filharmonii. Zawsze jestem bardzo dumny z polskości i mojego pochodzenia. W Londynie mieszka wielu polskich muzyków jazzowych, z którymi również bardzo chętnie współpracuję. Odbywają się też koncerty poświęcone polskiemu jazzowi, m.in . coroczne zaduszki jazzowe, co pozwala nam się spotykać i grać razem. Myślę, że międzynarodowa publiczność z zaciekawieniem śledzi i wybiera wydarzenia z udziałem polskich muzyków. Mamy naprawdę wiele wspaniałych cech jako Polacy, a kreatywność i twórczość jest w naszej krwi. Polski jazz jest bez wątpienia świetną marką za granicami kraju. Tak jak oddaję swój liryczny polski akcent w jazzie, tak mam nadzieję prezentować brytyjską różnorodność na scenach w Polsce. CZYTAJ DALEJ POD FILMEM Robert Kozubal, jazzda.net : Co jest Pana największym wyzwaniem i jednocześnie największą motywacją w obecnej fazie kariery? Jakie cele stawia Pan sobie na najbliższe lata, poza promocją kwartetu? Tomasz Zyrmont: Najnowsza płyta wychodzi na rynek już za parę tygodni, więc będzie to dla mnie ekscytujący czas. Jestem wręcz otoczony codziennie tymi kompozycjami, przygotowaniami wydawniczymi i do kolejnych koncertów. Jest to bardzo motywujące. Czuję, że moja muzyka, wydanie oraz promocja wstępują już na następny poziom, więc wszystkiemu przyglądam się z ogromną ciekawością i cieszę się tym procesem. Płyta zostanie wydana pod szyldem wydawnictwa Soliton przy promocyjnym wsparciu agencji NTG All Stars. W międzyczasie zacząłem już pracować nad nowymi kompozycjami. Chciałbym móc kiedyś napisać muzykę do filmu. Słucham często soundtracków i czuję, że na tej płaszczyźnie mógłbym twórczo popracować. W niedalekiej przyszłości chciałbym móc w jeszcze większym stopniu koncertować w Polsce z brytyjskimi muzykami, a do Londynu zapraszać częściej jazzmanów z Polski. Niełatwo jest wszystko dokładnie zaplanować. Ważna jest spontaniczność, dobry balans, gotowość i otwartość na nowe wyzwania. I z takim nastawieniem wchodzę w ten wyjątkowy rok. Robert Kozubal, jazzda.net : Tego Panu życzę w Nowy Rok. Bardzo dziękuję za rozmowę. Trzymamy kciuki za styczniową premierę albumu „London Manifest” i mamy nadzieję, że rok 2026 przyniesie wiele okazji, by usłyszeć kwartet na żywo na polskich scenach. JAZZDA JEST PATRONEM MEDIALNYM ALBUMU "LONDON MANIFEST" Podobał Ci się ten wywiad? Wesprzyj Jazzda.net ! Niezależne dziennikarstwo muzyczne żyje dzięki pasji, ale rozwija się dzięki wsparciu Czytelników. Jeśli cenisz treści, które publikuję na Jazzdzie – wywiady, recenzje i promowanie artystów, którzy są „ostatnią ostoją rynkowej niezależności” – możesz stać się mecenasem tego miejsca. Twoja wirtualna kawa to dla was dycha, a dla mnie realne paliwo do dalszego działania, i docierania do takich artystów jak Tomasz Zyrmont. Postaw kawę Jazzdzie tutaj: 👉 https://buycoffee.to/jazzda.net










