
Znaleziono 154 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Wyżymaczka 2025: Hałasizm, decybelizm i soniczny kataklizm na koniec roku
Zegar tyka, 2025 rok powoli przechodzi do historii, a ja czuję, że mam wobec Was – i wobec samej Muzyki – pewien dług. Przed Wami zestawienie rekomendacji, które z przeróżnych przyczyn nie znalazły się wcześniej na wirtualnych łamach Jazzdy, a powinny tam być od pierwszego dnia premiery. Dlaczego pojawiają się dopiero teraz? Bo mimo upływu miesięcy, te dźwięki wciąż bezlitośnie dudnią w moich głośnikach i nie chcą opuścić moich słuchawek. To pozycje, obok których nie da się przejść obojętnie, i które po prostu musiały w końcu doczekać się swojego miejsca w tym cyfrowym notesie. Długo zastanawiałem się nad ich wspólnym mianownikiem. Co łączy te wszystkie, tak skrajnie różne od siebie światy? Odpowiedź jest tylko jedna: totalne muzyczne szaleństwo . To dźwiękowa wyżymaczka , która nie zostawia na słuchaczu suchej nitki. To kataklizm , w którym decybelizm miesza się z wyrachowanym, artystycznym hałasizmem . Dla jednych to będzie tylko ściana dźwięku. Dla nas? To czysta energia, prowokacja i dowód na to, że jazz w 2025 roku jest bardziej żywy, dziki i nieobliczalny niż kiedykolwiek wcześniej. Zapnijcie pasy i podkręćcie potencjometry – te albumy wywrócą Wasze postrzeganie gatunku do góry nogami. أحمد [Ahmed] – Sama’a Jeśli myśleliście, że w jazzie słyszeliście już wszystko, to wyprowadzam Was z błędu. Przed Wami kwartet [Ahmed] i ich najnowszy album Sama’a: Audition. To muzyczny trans, który łączy Londyn z Saharą i rok 2025 z dusznym latem 1958. [Ahmed] ma jedną misję: przywrócić światu postać Ahmeda Abdula-Malika. To był wizjoner, który już w latach 50. – jako jeden z pierwszych – połączył jazz z tradycyjną muzyką arabską i afrykańską. Na nowej płycie muzycy biorą na warsztat jego kultowy album Jazz Sahara . Ale uwaga – to nie jest grzeczne kopiowanie klasyki! Lider zespołu, pianista Pat Thomas, zamienia fortepian w instrument perkusyjny. Tu nie ma miejsca na nudne solówki. Jest za to potężny, hipnotyczny rytm, który wbija w fotel od pierwszej sekundy. Sama'a oznacza medytacyjne słuchanie muzyki i poezji - i do licha tak właśnie jest na tym albumie! Ten album pokazuje, że jazz to energia w czystej postaci. Te utwory trwają po 15-20 minut, ale gwarantuję Wam – czas przy nich płynie inaczej. To idealna propozycja dla tych, którzy szukają w muzyce autentycznego 'uderzenia' i duchowego przeżycia. Jeśli lubicie 'dawać jazzu' bez trzymanki, to jest pozycja dla Was. Potęga i chwała na wieki. Muriel Grossmann "Plays the music of McCoy Tyner and Grateful Dead" Czy McCoy Tyner grał w Grateful Dead? Muriel Grossmann odkrywa karty! Na pierwszy rzut oka to zestawienie brzmi jak muzyczne science-fiction. Z jednej strony McCoy Tyner – filar kwartetu Coltrane’a, człowiek, który zrewolucjonizował jazzową harmonię. Z drugiej – Grateful Dead , ikona psychodelicznego rocka i kalifornijskiej kontrkultury. Co ich łączy? Okazuje się, że znacznie więcej, niż moglibyście przypuszczać. W 2025 roku, kiedy Grateful Dead świętują swoje 60-lecie, a my powoli szykujemy się do stulecia urodzin Coltrane’a, Muriel Grossmann wypuściła projekt, który rzuca nowe światło na tę relację. Tytuł? The Faster We Go, the Rounder We Get . Kluczem do tej zagadki jest Bob Weir , gitarzysta Grateful Dead. W swoich wspomnieniach przyznał wprost: jako 17-latek obsesyjnie słuchał kwartetu Coltrane’a, ale zamiast na saksofonie, skupił się na... lewej ręce Tynera. To właśnie z potężnych, modalnych akordów fortepianu Tynera Weir wywiódł swój unikalny styl gry na gitarze rytmicznej. Ten charakterystyczny, „pływający” trans, który stał się fundamentem jam-bandowej legendy, ma swój początek w najgłębszym nurcie duchowego jazzu. Grossmann, wspierana przez swój stały skład (Radomir Milojkovic, Abel Boquera, Uros Stamenkovic), nie bawi się w muzeum. Jak sama mówi: „Graliśmy tę muzykę przez nasz własny filtr. To utwory innych ludzi, ale brzmią jak nasza własna muzyka”. Na płycie dostajemy cztery potężne punkty styku: „Walk Spirit, Talk Spirit” (Tyner): 25-minutowa mantra, która w wersji Grossmann staje się jeszcze bardziej hipnotyczna. „Contemplation” (Tyner): Dowód na to, że cisza i przestrzeń są tak samo ważne jak gęste akordy. „The Music Never Stopped” (Weir): Funkowy puls, który w jazzowym ujęciu nabiera zupełnie nowych barw. „The Other One” (Grateful Dead): Eksplozja energii, gdzie „bomby basowe” spotykają się z modalną wspinaczką ku ekstazie. To nie jest „album koncepcyjny”, a raczej żywy dowód na to, że wielka muzyka nie zna granic gatunkowych. Grossmann udowadnia, że duchowa powaga Tynera i kosmiczny luz Grateful Dead to dwie strony tego samego medalu. Jeśli szukacie jazzu, który „płynie”, nie boi się brudu, a jednocześnie ma w sobie nieskończone pokłady duchowości – ten materiał to pozycja obowiązkowa. Jak mówi stare hasło: im szybciej pędzimy, tym bardziej wszystko staje się jednością ( The Faster We Go, the Rounder We Get). Michał Barański No Return, No Karma Myślałem, że Michał Barański na dobre utknął w mazowieckich polach z „Masovian Mantrą”, tytuł jego nowej płyty – No Return, No Karma – jest jasną deklaracją: „nie wracam”. To nie jest sequel. To całkowity reset i ucieczka w rejony, gdzie polska ludowość jest jedynie ulotnym echem, a pierwsze skrzypce (a właściwie wiolonczelę!) grają zupełnie inne emocje. Największym zaskoczeniem albumu jest personalna wolta lidera. Barański odłożył na chwilę kontrabas, by sięgnąć po wiolonczelę . Wybór był instynktowny – to właśnie od wiolonczeli zaczęła się jego muzyczna droga. Ten powrót do korzeni czuć w każdym klasycznym muśnięciu strun, które nadaje płycie niemal kameralny, filharmoniczny sznyt. Indie wciąż są tu obecne, ale w zupełnie innej skali. O ile na poprzedniej płycie Konnakol (indyjska rytmika wokalna) był efektowną przyprawą, o tyle na No Return, No Karma staje się on szkieletem konstrukcyjnym . Słyszymy tu skomplikowane, kilkunastotaktowe frazy rytmiczne, które zostały bezpośrednio przełożone na kompozycje instrumentalne. To już nie jest „jazz z elementami Indii” – to matematyczna precyzja tabli i wokalnych rytmów, która dyktuje warunki całej sekcji. Mazowsze? Pojawia się tylko w formie subtelnych cytatów, krótkich mrugnięć okiem do słuchacza. Barański świadomie rezygnuje z eksploatacji polskiego folkloru jako głównej osi płyty. Zamiast tego dostajemy potężną dawkę Jazz World Music . Kompozycje są tak gęste i wielowarstwowe, że każdy ich fragment mógłby stać się bazą dla zupełnie oddzielnego kawałka. To muzyka-matka, z której można czerpać garściami. Na koniec technologia, która zmienia zasady gry: Dolby Atmos . Album został zarejestrowany w sposób wielowymiarowy, dzięki czemu dźwiękowa przestrzeń, otacza słuchacza z każdej strony. W połączeniu z tak złożoną architekturą utworów, Atmos pozwala „wejść” do środka zespołu i usłyszeć każde uderzenie w tablę czy drżenie strun wiolonczeli. Michał Barański nie boi się spalić mostów. No Return, No Karma to album odważny, technicznie doskonały i – co najważniejsze – szalenie inspirujący. Ingebrigt Håker Flaten – Drops Skandynawski wulkan energii uderza z potrójną siłą! „Drops” to jazzowy zastrzyk adrenaliny. Płyta dla tych, którzy kochają, gdy muzyka jest dzika, nie bierze jeńców i wywraca jazzowy stolik do góry nogami. Norweski tytan kontrabasu, Ingebrigt Håker Flaten , dostarczył w 2025 ładunek wybuchowy: album Drops , czyli 45 minut czystej, nieskrępowanej wolności, która pulsuje rytmem współczesnego Oslo i Austin. Krótko i węzłowato: O co w tym chodzi? To hołd dla pionierów free-jazzu (tytułowy utwór to kompozycja legendarnego Dona Cherry’ego), ale podany w sposób absolutnie nowoczesny. Flaten, znany z takich składów jak The Thing , udowadnia, że kontrabas w jego rękach to nie tylko instrument, to silnik odrzutowy całej maszyny. Muzyczne szaleństwo: Płyta jest „gęsta” od pomysłów. Mamy tu wybuchowe partie saksofonów (Mette Rasmussen i Jose Lencastre), które tną powietrze niczym laser, oraz sekcję rytmiczną, która brzmi jak połączenie jazzowego combo z punk-rockową furią. To jazz, który ma „brudne” brzmienie, niesamowitą fizyczność i euforyczną energię. Brzmienie: Drops to nie są grzeczne kompozycje do kawy. To muzyczny „gang”, który improwizuje z precyzją i pasją, porywa słuchacza w sam środek cyklonu. Jest tam wszystko co kocham. Od hipnotycznych, ciężkich groove’ów, po totalną, soniczną abstrakcję. A tak bardziej merytorycznie? Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaahhhhhhhhhhhhh!!! Genialne. SML - Small Medium Large Nie będę ukrywał – uwielbiam elektronikę w jazzie . Choć z ogromnym szacunkiem spoglądam na akustycznych purystów i ich nabożne podejście do brzmienia drewna czy czystego oddechu, uważam, że przed technologią nie ma ucieczki. Jazz od zawsze był muzyką poszukującą, a dziś te poszukiwania prowadzą prosto w objęcia procesorów, pętli i cyfrowej manipulacji. Najlepszym dowodem na to jest album grupy SML (Small Medium Large) , który – mówiąc wprost – wywraca jazzowe flaki na drugą stronę. To, co zrobili muzycy z Los Angeles (ekipa współpracująca z Jeffem Parkerem czy Makayą McCravenem), to dla wielu tradycjonalistów świętokradztwo. SML wzięli żywą, organiczną improwizację i poddali ją brutalnej, cyfrowej obróbce. Ta płyta cyfryzuje gatunek w sposób totalny. Nawet jeśli intencją artystów nie była czysta prowokacja, to sam proces twórczy – cięcie, wklejanie, zapętlanie i filtrowanie żywych instrumentów – staje się manifestem. To jazz, który nie boi się bycia „sztucznym”, bo w tej sztuczności odnajduje nową, miejską autentyczność. Jak powstał ten patchwork? Metoda pracy SML przypomina pracę chirurga lub montażysty filmowego: Krok 1: Godziny dzikich, wspólnych improwizacji w studio. Krok 2: Bezlitosna selekcja i cięcie materiału na cyfrowe „sample”. Krok 3: Budowanie z tych kawałków zupełnie nowej architektury dźwięku. Efektem jest dubowy, funkujący trans, który pulsuje neonowym światłem L.A. To nie jest muzyka do filharmonii, to ścieżka dźwiękowa do świata, w którym analogowa dusza utknęła w cyfrowym procesorze. Ta płyta brzmi jak żywy organizm. Nie ma tu miejsca na popisowe solówki pod publiczkę – liczy się klimat, puls i tekstura dźwięku. To ścieżka dźwiękowa do nocnego spaceru po neonowym mieście, które nigdy nie kładzie się spać. SML to kwintet z L.A., który udowadnia, że studio nagraniowe może być tak samo ważnym instrumentem jak saksofon czy kontrabas. I Efekt? Płyta, która wciąga jak bagno i nie chce puścić. Dla fanów Makaya McCravena czy Tortoise – absolutny mus! Ned Rothenberg – Looms & Legends Na ten moment czekaliśmy 13 lat. Ned Rothenberg – człowiek, którego warsztat i artystyczna konsekwencja są dla mnie wzorem – powraca z albumem solowym, staje sam na sam z drewnem, metalem i oddechem. W świecie, gdzie wszystko musi być „szybciej” i „głośniej”, Rothenberg wybiera drogę pod prąd, udowadniając, że to twórczość wybiera artystę, a nie odwrotnie. Każda solowa płyta to rodzaj spowiedzi. Tutaj Rothenberg rozmawia ze swoimi instrumentami (saksofon altowy, klarnet basowy, flet shakuhachi) z taką czułością i brutalną szczerością, że słuchacz czuje się jak podglądacz. To zapis czystej, fizycznej relacji muzyka z materią. Warsztatowa wyżymaczka: Choć album bywa wymagający, Ned posiada rzadką umiejętność: potrafi trzymać uwagę słuchacza w ryzach. Wykorzystuje oddech cyrkulacyjny i multiphonics nie po to, by się popisać, ale by „tkać” dźwiękowe legendy (tytułowe Looms & Legends ). Paradoks tła: To fascynujący materiał. Z jednej strony możecie go puścić jako hipnotyzujące tło, które wypełnia przestrzeń spokojem, ale z drugiej – gdy tylko się wsłuchacie, płyta wciąga Was w głąb sonicznej króliczej nory, z której nie chce się wychodzić. Podziwiam Rothenberga za to, że mimo trudnego rynkowo kierunku, nigdy nie odpuścił. Looms & Legends to płyta, do której się wraca, by za każdym razem odkryć inny odcień tego samego, głębokiego oddechu. To hałasizm, ale ten wewnętrzny – cichy kataklizm emocji. Loom TM – In a Convex Mirror To mój niespodziewany wrocławski sonoryzm pod choinkę: dadaizm, stalowe wiolonczele i zniekształcona rzeczywistość . Panowie z duetu Loom TM po prostu się ze mną skontaktowali, podrzucili materiał, a ja... utonąłem. Dosłownie. Uwielbiam takie momenty, kiedy debiut (choć w tym przypadku to debiut tylko z nazwy, bo stoją za nim doświadczone wygi) bierze cię z zaskoczenia i przemiela percepcję dźwięku. To wspaniały, odważny eksperyment - a ja takie uwielbiam i bardzo im kibicuję. Trochę o albumie pogadałem na filmie, ale w pisaniu czuję się pewniej, a poza tym płyta może w ten sposób zapaść w pamięć, a jest tego warta. Dwaj mistrzowie, jedna wizja: Skład Loom TM to gwarancja najwyższej jakości. Marek Otwinowski (maot) to postać-instytucja: filar legendarnego kolektywu KARBIDO (pamiętacie słynny projekt „The Table”?), kompozytor teatralny i basista, który występował od Nowego Jorku po Hongkong. Partneruje mu Tadeusz Szmigiel (tadd) – saksofonista i dyrygent Wrocławskiej Orkiestry Improwizującej, mistrz elektroakustyki doceniany przez NFM. Lustro, które zniekształca: Tytułowe In a Convex Mirror (nawiązujące do wiersza Johna Ashbery’ego) to idealny opis tej muzyki. To trwająca prawie godzinę, w pełni improwizowana rozmowa, która wykręca instrumenty na drugą stronę. Tu nie ma oczywistości. Jest za to duch dadaizmu, abstrakcja elektroakustyczna i sonoryzm, który prowokuje do własnej interpretacji. Magia Wrocławia i technologia: Nagranie powstało w wyjątkowym miejscu – wrocławskiej Toy Piano Gallery . Panowie wykorzystali tam niezwykłe narzędzie: stalowe wiolonczele wykonane przez Pawła Romańczuka, które służyły jako akustyczny generator pogłosu. Za nagranie i miks odpowiada niezawodny Artur Majewski, co samo w sobie jest znakiem jakości. Osobiście i subiektywnie, dla mnie To muzyczna gwiazdka w najczystszej postaci. Loom TM stworzyli album gęsty od nieoczywistych artykulacji i fascynujących barw. To dowód na to, że improwizacja może być spójną, piękną i głęboką opowieścią. Czapki z głów! Tymon Tymański Yasstet – C’Monk Tera będzie z tytułem, bo tak: Stryj Teloniusz na yassowym grillu, czyli Jak polubiłem Monka (choć go nie znoszę) Muszę się Wam do czegoś przyznać: ja nie znoszę Monka. Tak, wiem – geniusz, nowator, fundament. Podziwiam, szanuję, ale... nie kupuję tej estetyki. A przynajmniej nie kupowałem do momentu, gdy w moje uszy wjechał C’Monk . Tekst na jego temat leżał w moich roboczych wersjach na Wixie przez miesiące. Zapomniałem o nim, kurna, zapomniałem! A to jest przecież petarda, która rozsadza system. Poczytałem co lider mówił (w swoim stylu) na temat albumu i słuchajcie, bo to ciekawe Walka z manekinami z Shaolin: Historia tej płyty to gotowy scenariusz na film. Pierwsze sesje ruszyły w 2011 roku. Jak mówi sam Tymon: granie numerów Monka to walka ze 108 legendarnymi manekinami z klasztoru Shaolin. Nawet jak pokonasz setkę, ostatnia ósemka spuści ci manto. Materiał przeleżał lata na półce, aż w końcu Tymański objął stery jako lider-pragmatyk i doprowadził ten kosmiczny projekt do brzegu. Luminarze postjazzu: Skład to absolutna elita, ludzie z kompletnie różnych bajek, którzy pod batutą Tymona tworzą jedność: Irek Wojtczak, Tomek Ziętek, Marcin Ślusarczyk i Kuba Staruszkiewicz. A żeby było jeszcze gęściej, w nowych dogrywkach pojawili się Szymon Burnos i Jacek Prościński. Analogowy brud i kosmiczny szum: To nie jest sterylny jazzowy album. To materiał przepuszczony przez przedwzmacniacze Great River, lampowe korektory Amtec i... studyjny magnetofon Fostexa z lat 90. Ten „szumek”, o którym pisze Tymon, to życie. To taśmowa kompresja, która dodaje muzyce ciepła, ale i brudu. Są tu elektroniczne hałasy, szumy i transgresje, które sugerują, że stryj Teloniusz właśnie nadaje do nas z innej galaktyki. Tymon w pigułce: Czytam właśnie autobiografię Tymona Ryszarda Tymańskiego i ta płyta to idealny podkład do tej lektury. Jest tu cały on: sowizdrzalski, nieprzewidywalny, bawiący się konwencją, a przede wszystkim – czerpiący gigantyczną radochę z grania. Czy to jeszcze Monk? Czy już Niemonk? Oceńcie sami. Dla mnie to Monk przemielony przez yassową maszynkę, radosny, swobodny i totalnie odświeżający. Jeśli tak jak ja, nie po drodze Wam było z Teloniuszem – dajcie szansę C’Monkowi. To jest jazzowa wolność w najczystszej postaci. ☕ Wspieraj Jazzdę i muzykę niezależną Jeśli cenisz moją pracę i chcesz pomóc w utrzymaniu niezależności Jazzdy, zapraszam Cię do wsparcia bloga. Każda „wirtualna kawa” to dla mnie sygnał, że warto dalej pisać o tym szalonym jazzie: 👉 https://buycoffee.to/jazzda Do siego roku! Widzimy się i słyszymy w 2026! 🎆 ROBERT KOZUBAL
- Echo grało: Manifest wody i ewolucja dźwięku Rafała Kołackiego
Muzyka, której nie słychać, dopóki nie zanurzysz się w niej po czubek głowy. Dźwięk, który może nie pieści, ale reanimuje martwe fabryki i przypomina o wysychających rzekach świata. Rafał Kołacki – punkowy perkusista, poszukiwacz rytmu w grupie Hati, członek grupy BUK – powraca z dziełem, które wykracza poza ramy albumu muzycznego, bo jest pełnym działaniem artystycznym. To 60-minutowa, immersyjna podróż przez kraje, kultury i stany skupienia. W głowie Rafała Kołackiego muzyka gra zawsze, brzmi nieustannie. Jest to jednak inna muzyka niż ta, do której przyzwyczaiły nas rynkowe schematy czy filharmoniczne konwenanse. Kołacki to postać na polskiej scenie wyjątkowa, artysta, którego droga jest świadectwem nieustannego nienasycenia dźwiękiem. Od lat kojarzony z radykalną energią punkowych składów, przez lata budował fundamenty polskiej sceny improwizowanej i rytualnej. Jako perkusista współpracował z legendarnym Jerzym Mazzollem , współtworzył grupę Hati , która w unikalny sposób wykorzystywała archaiczne instrumenty, gongi i obiekty z odzysku, by budować transowe, niemal plemienne struktury. Jest częścią świetnego eksperymentalnego tria BUK z Wojciechem Jachną i Krzysztofem Topolskim. Jednak w pewnym momencie ta fizyczna, perkusyjna ekspresja przestała mu wystarczać. HATI LIVE IN MUZEUM NARODOWE W WARSZAWIE Przebudzenie: Od „łuny” gongu do szumu klimatyzacji Kiedy nastąpił ten moment, w którym Rafał postanowił przesiąść się z instrumentów na „granie światem”? Sam artysta wspomina, że granica między sceną a otoczeniem zaczęła znikać właśnie podczas pracy z Hati. To wtedy uświadomił sobie, że świat wokół nas jest jedną wielką kompozycją, a instrumenty są jedynie protezami naturalnych brzmień. „Wtedy, kiedy grając tą inną muzykę, powiedzmy, zaczynając z tym zespołem Hati, stwierdziłem, że te brzmienia, które wydobywa się na instrumentach, są podobne do tych brzmień, które my możemy usłyszeć na co dzień” – wyjaśnia Kołacki. „Zauważyłem, że klimatyzacja jest podobna do tego, jak grasz na gongu tak zwaną łunę – czyli grasz gęsto i to się przeradza w łunę dźwiękową. To jest uderzająco bliskie szumowi klimatyzacji. Zacząłem zauważać, że te dźwięki po prostu nas otaczają”. To odkrycie sprawiło, że Kołacki przestał traktować muzykę jako czynność wykonywaną na instrumencie, a zaczął postrzegać ją jako proces uważności. Skoro szum klimatyzacji może być łuną gongu, to cały świat staje się gigantycznym instrumentarium, na którym można grać, o ile tylko potrafi się słuchać. Kołacki z czasem zaczął szukać rytmu tam, gdzie inni słyszą tylko ciszę lub chaos – w samym sercu materii, w żywiole wody. Reanimacja fabryki: Gdzie wszystko się zaczęło Rafał Kołacki fot. Monika Sieklucka Nic dziwnego, że gdy przed kilkoma laty Rafał wszedł do opuszczonej i zrujnowanej dawnej Fabryki Wodomierzy i Zegarów Metron w Toruniu, to oprócz tego, że ujrzał postindustrialne wnętrza, to w tej zapomnianej przez Boga i ludzi fabryce Kołacki przede wszystkim usłyszał jej drugie życie. Tak narodził się pierwszy jego obraz muzyczny z wodą w roli głównej. „Tam wszystko grało” – wspomina Kołacki. „Do tej opuszczonej fabryki trafiłem na przełomie grudnia i stycznia w momencie, w którym śnieg padał i jednocześnie topniał. To dało niesamowity krajobraz dźwiękowy. Wszędzie padały krople. Całe wnętrze dosłownie unosiło się w nieprzerwanym dźwiękowym korowodzie kropel spadających na blachy, plastiki, teczki, zgniłe papiery i beton podłogi. Wyobraziłem sobie, że to brzmi jak gigantyczna kroplówka, która powoli reaktywuje tę fabrykę. To była moja pierwsza instalacja z wykorzystaniem wody”. Ta wizja „muzycznej kroplówki” stała się punktem zwrotnym. Kołacki zrozumiał, że woda jest instrumentem totalnym, posiadającym własną dynamikę, barwę i nieobliczalność. Architekci podwodnych światów Fascynacja ta nie wzięła się z próżni. Rafał od dawna śledził poczynania artystów, którzy w swojej twórczości wykorzystują nagrania hydrofonów – specjalistycznych mikrofonów rejestrujących dźwięki pod powierzchnią wody. Wśród jego największych inspiracji znaleźli się tacy giganci field recordingu jak Chris Watson, Jana Winderen czy Annea Lockwood. Kluczowym momentem było jednak spotkanie z Tomoko Sauvage , którą miał przyjemność poznać ponad dekadę temu. Wspólne warsztaty na Mazurach, które przeprowadzili razem z Tomoko, zasiały ziarno, które musiało wykiełkować. Pragnienie pracy z hydrofonami stało się obsesją, która ostatecznie zmaterializowała się w unikalnym systemie modularnym i autorskich technikach nagraniowych. Droga do projektu „Echo grało” wiodła również przez mroźne pejzaże Islandii. Podczas rezydencji w Egilsstaðir Kołacki realizował nagrania wodospadów, używając zarówno mikrofonów dookólnych, jak i badając zjawisko „Lagus” – runy nawiązującej do fenomenu wody i jej fundamentalnego znaczenia dla społeczności skandynawskich . Każdy z tych etapów – od toruńskiego Metronu, przez mazurskie jeziora, aż po islandzkie kaskady – był przygotowaniem do stworzenia dzieła ostatecznego. Artysta na barykadach: Od Calais po polską granicę Rafał Kołacki nie odwraca się od polityki – ona stoi w samym centrum jego twórczości. W czasach, gdy wielu artystów wybiera bezpieczny „entertainment” i chłodny dystans, Kołacki kładzie na stół sprawy, które ludzie koncertowo spieprzyli. Jak sam mówi bez ogródek w rozmowie z Jazzdą: „Na świecie jest dużo kurestwa i wciąż trwa wojna” . To nie są puste słowa. Rafał był na granicy z Białorusią , by rejestrować to, co nielegalni migranci słyszą jako pierwsze dźwięki po wejściu do Polski – soniczny zapis strachu, niepewności i brutalnej rzeczywistości. Trafił do tzw. Dżungli Calais, nielegalnego miasteczka migrantów na północy Francji. Nie był tam tylko obserwatorem; pomagał rozdzielać odzież darowaną przez Anglików i Francuzów, a zebrany tam materiał dźwiękowy pomógł BBC stworzyć specjalne, wstrząsające słuchowisko na ten temat. Jego twórczość rezonuje na innych, odmienia ich punkt widzenia, bo Rafał nie chce bawić – on chce pokazać: „zobaczcie, coście narobili”. W tym projekcie zwraca uwagę na to, że wody - tego podstawowego czynnika, zaczyna brakować. I to głównie przez działalność ludzi. Laboratorium echa Projekt „Echo grało” to płyta, instalacja i interaktywny koncert w jednym. Jej sercem są cztery szklane kule wypełnione wodą, ustawione w rogach sali. To swoiste „akwaria dźwiękowe”, w których zanurzone są hydrofony oraz wężyki pompujące powietrze. Projekt Echo Grało w łódzkiej Fabryce Sztuki Pęcherzyki tlenu, obijając się o membrany mikrofonów, generują pierwotny, surowy sygnał. Kołacki, operując mikserem, przepuszcza ten dźwięk przez system efektów – głównie delayów i feedbacków. To właśnie te powtórzenia są tytułowym „echem”, które sprawia, że naturalny odgłos wody zamienia się w gęstą, hipnotyczną strukturę. Całości dopełnia specyficzne podświetlenie kul, tworzące atmosferę na granicy naukowej stacji badawczej i futurystycznego schronu. Artysta zaczyna od naturalnych, czystych brzmień, by z czasem, poprzez manipulację filtrami i efektami, zamienić je w interaktywny koncert, w którym woda staje się żywym organizmem reagującym na technologiczną ingerencję. Powrót do bezpiecznego źródła Dlaczego właśnie woda stała się dla Kołackiego najważniejszym instrumentem? Odpowiedź jest głęboko biologiczna. Dźwięk cieczy to pierwszy sygnał, jaki dociera do nas w fazie płodowej. Przez dziewięć miesięcy zanurzenia kształtuje się nasze poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej strony, praca z hydrofonami to wyprawa w świat, nad którym nie mamy kontroli – tajemniczy, nieznany, wymykający się werbalnym opisom. „Echo grało” to zaproszenie do nienormatywnego słuchania; do zanurzenia się w sonicznej głębi, która przypomina o naszej pierwotnej więzi z naturą, a jednocześnie wykorzystuje nowoczesną technologię, by tę więź uczynić słyszalną dla wszystkich. Jak pisał Owidiusz: „Echo, która czeka na jakieś dźwięki, by jako swoje słowa je powtórzyć” . W projekcie Kołackiego to technologia czeka na głos wody, by nadać mu nową, artystyczną formę. Płyta podwodna fot. Monika Sieklucka Przewodni label polskiej niezależnej sceny muzycznej, Antenna Non Grata wydał płytę pt. Echo grało . Nie lubię pisać , że artysta zabiera na płycie nas w podróż, bo to wyświechtany frazes, ale Kołacki naprawdę to robi. Na płycie nie znajdziecie ani jednego tradycyjnego instrumentu, jednak to nie jest po prostu zbiór wodnych bulgotów w różnych częstotliwościach zebranych z różnych stron świata. Zapomnijcie też o „duchowym ambiencie” czy uduchowionym spiritual-spa. Oczywiście, że nie! Kołacki stworzył bestię – system modularny, w którym przetwarza odgłosy wody i nagrania terenowe. To 60-minutowy soniczny pejzaż, który przenosi immersyjny charakter instalacji bezpośrednio do sfery słuchowej. Kompozycja jest bogatą fuzją nagrań terenowych z odległych zakątków świata, takich jak Indie, Iran, Maroko i Turcja . Te brzmienia, wplecione w główny nurt utworu, tworzą unikalny dialog między naturą a technologią. Szumy, pluski, drgania i rezonanse wody, uzupełnione o echa różnych kultur, prowadzą słuchacza przez podróż, która jest zarówno intymnym doświadczeniem, jak i uniwersalnym poszukiwaniem. Materiał jest gęsty, elektroniczny i dość mroczny. To genialna, nowatorska nie-muzyka i muzyka jednocześnie. Przez godzinę przebywamy w zupełnie innym dźwiękowym wymiarze, to takie pełne zanurzenie w przenośni. Słyszymy tam sporo niskiego dudnienia, dronowych, niepokojąco wibrujących dźwięków i powtarzalnych, elektronicznych fraz, które przeplatają się z odgłosami sączącej się wody, spadających kropel i tajemniczego podwodnego świata. To jest podróż totalna – pod jednym warunkiem: posłuchajcie tego w absolutnym skupieniu. Moc. Jednak „Echo grało” wykracza poza czysto artystyczny wymiar, stając się głosem w sprawie najważniejszej dla naszej cywilizacji. Jak podkreśla sam Rafał Kołacki: „Dźwięki wody, które stanowią oś płyty, nie są jedynie abstrakcyjnym tłem. W kontekście współczesnych problemów nabierają nowego, dramatycznego znaczenia. Album, wykorzystując swoją immersyjną formę, prowokuje słuchacza do refleksji nad zanikaniem tego cennego zasobu w wielu regionach świata”. fot. Monika Sieklucka To dzieło, które wciąga i nie puszcza. To podróż od toruńskiej ruiny, przez globalne bezdroża, aż po najgłębsze warstwy ludzkiej świadomości. To dowód na to, że Rafał Kołacki, rezygnując z tradycyjnego bębnienia, odnalazł puls znacznie potężniejszy – puls samej ziemi, który odbija się echem w szklanych kulach jego laboratorium. Spotkanie i rozmowa z artystą odbyły się przy okazji instalacji ECHO GRAŁO w Fabryce Sztuki w Łodzi. Wsparcie dla Jazzdy Analizowanie dzieł takich jak „Echo grało” i śledzenie drogi artystów, którzy zamiast taniej rozrywki wybierają bolesną konfrontację z rzeczywistością, to misja Jazzdy. Nie boimy się pisać o „kurestwie świata” i szukać prawdy tam, gdzie inni słyszą tylko szum. Jeśli uważasz, że taka niezależna, zaangażowana publicystyka muzyczna jest dziś potrzebna – postaw nam wirtualną kawę. Twoje wsparcie to dla nas paliwo, by dalej być tam, gdzie muzyka spotyka się z sumieniem i nie pozwala o sobie zapomnieć. ☕ Wspieraj Jazzdę tutaj: https://buycoffee.to/jazzda.net OBEJRZYJ DOKUMENTy O RAFALE KOŁACKIM I JEGO TWÓRCZOŚCI:
- Beyond The Pulse: Bezkompromisowy Manifest Antymuzyki.
Są płyty, które pieszczą ucho oraz takie jak TA. "Beyond The Pulse" to awangardowe dzieło absolutne, które wywraca stolik z napisem „jazz” i buduje na jego miejscu postapokaliptyczne laboratorium dźwięku. To antymuzyka w najczystszej postaci – coś, co powstaje w absolutnej kontrze do naszych oczekiwań, wbrew wygodzie słuchacza i wbrew wszelkim rynkowym schematom. To ścieżka dźwiękowa do filmu science-fiction, którego nikt jeszcze nie odważył się nakręcić. Dźwiękowa ilustracja post-świata Już otwierający album utwór „Bardo” osacza nas jednostajnym, hipnotycznym pomrukiem. Na tym surowym tle zespół snuje elektryczną opowieść – gdzieś głęboko czai się upiorny dźwięk kalimby, pojawiają się zgrzyty, „pijane” skrecze i szumy, które teleportują nas prosto do ruin cywilizacji. W „Invocation” czujemy się, jakby ktoś pompował tlen w klaustrofobicznym schronie lub miarowo uderzał wielką, hydrauliczną prasą. To jest puls tego kawałka – mechaniczny, nieludzki. A wokół niego? Szaleństwo. Wieje wiatr, perkusja kroczy własną, nieodgadnioną ścieżką, słychać nerwowe szarpnięcia strun i dłuuuugie frazy trąbki, która próbuje wzbić się ku niebosłonom. Całość zlewa się w zwichrowane, abstrakcyjne dzieło, które wieńczą głosy pijanych robotów mówiących w zapomnianym języku druidów. Rytm w „The Seed” nie uspokaja, wręcz przeciwnie – przypomina odgłosy z wnętrza gigantycznego, zepsutego zegara z kukułką. Ta repetycja jest narzędziem tortury i ekstazy jednocześnie; dosłownie rozsadza czoło. Zespół wije się w konwulsjach: basista unika jakiejkolwiek powtarzalnej frazy, trąbka wyje niczym syrena strażacka z początku ubiegłego wieku, a gitara improwizuje świat, w którym ostatni ludzie dawno przestali zadawać pytania sztucznej inteligencji. Ostatni utwór, „Dragon” , jest najbardziej zwartą konstrukcją muzyczną, ale architekci zadbali o to, by ani jedna jego ściana nie stała prosto. Ten gmach pełen jest załamań, kątów ostrych, ostrych krawędzi, niebezpiecznych uskoków, wystających zewsząd drutów i zwisających lin szarpanych boskim wiatrem. Jak dla mnie absolutnie, krańcowo cudowne. Beyond The Pulse to album wspaniały, trwające zaledwie 35 minut arcydzieło antydźwięku i elektronicznej kombinatoryki. Prawie żaden dźwięk nie jest tu czysty; modulacje wywracają wszystko na drugą stronę – widzimy podszewkę muzyki, jej negatyw, jej królewską mość odwrotność. Beyond The Pulse stawia nas przed ścianą sprzeczności: puszcza kawałki utworów od tyłu, staje tam, gdzie należy ruszyć, i rusza tam, gdzie stać należy. Muzycy tworzą antymuzykę, która – o dziwo – przypomina muzykę. Ma ona brzmienie elektronowe, jak gdyby R2D2 z „Gwiezdnych Wojen” postanowił zostać kompozytorem, ale z wielkich mistrzów poznał jedynie Henriego Pousseura i Gilberta Amy’ego. Architekci Chaosu: Kto stoi za tym wybuchem? To doświadczenie graniczne nie powstałoby bez czterech wybitnych osobowości, które posiadają odwagę, by porzucić bezpieczne porty: Isabella Forciniti Mózg i serce operacji. Ta rezydująca w Wiedniu wizjonerka to mistrzyni badań psychoakustycznych. Dla niej muzyka to nie zestaw nut, a pole bitwy o percepcję słuchacza. Jej wykształcenie w dziedzinie muzyki komputerowej czuć w każdym manipulowaniu przestrzenią – Isabella nie gra dźwięków, ona projektuje zjawiska, które drażnią i fascynują jednocześnie. Występowała wielokrotnie w Polsce m.in . na edycji 2022 świetnego festiwalu Fabin w fabryce Sztuki w Łodzi. Daniele Camarda Włoski basista o absolutnie nieortodoksyjnym podejściu do instrumentu. Camarda to absolwent Berklee z wyróżnieniem, ale jego największą siłą jest odwaga w niszczeniu schematów. Łączy smyczkowe tradycje z całego świata z elektroniką na żywo. Jego bas nie tylko mruczy – on krzyczy, zgrzyta i snuje opowieści, które mogłyby być ścieżką dźwiękową do mrocznego teatru czy sztuki wideo. Współpracował z takimi gigantami jak Lionel Loueke, ale tutaj pokazuje swój najbardziej radykalny, osobisty głos. Franz Hautzinger Trębacz, który przechytrzył przeznaczenie. Po sześcioletniej przerwie spowodowanej paraliżem wargi, wrócił do grania, wynajdując trąbkę na nowo. Na swojej ćwierćtonowej trąbce operuje „mikroskopią dźwiękową” – od niesłyszanych wcześniej szumów po potężne, nieludzkie wycie. Hautzinger to globtroter awangardy, którego muzyczny podpis znany jest od Wiednia po Tokio. Pokazał światu, że instrument można wynaleźć od zera nawet wtedy, gdy postmodernizm dawno należy do przeszłości. Wziął m.in . udział w nagraniu bardzo ciekawej płyty Jacka Kochana " one eyed horse". Był także gościem FabIn w Łodzi w 2024 Michael Prowaznik Biologiczny napęd tego sonicznego monolitu. Ten wiedeński perkusista gra na tej płycie najbardziej „naturalnie”, ale jest przy tym równie szalony jak jego koledzy. Prowaznik nie tylko „bije w bębny” – on rzeźbi w czasie. Potrafi trzymać puls tak stabilnie, jakby był częścią mechanicznej prasy, by za chwilę rozbić go na tysiąc niekontrolowanych odłamków. Jego gra to mikstura organicznych tekstur i industrialnej precyzji. Wszystkich łączy muzyka - ja wiem? - awangardowa, nowatorska, rozwalanie jakichkolwiek ścian ograniczających twórczą ekspresję. po co tego słuchać? "Beyond The Pulse" to dowód na to, że prawdziwa sztuka zaczyna się tam, gdzie kończy się strefa komfortu. To nie jest album do słuchania „w tle”. To fizyczne doświadczenie, w którym elektronika Forciniti, bas Camardy, trąbka Hautzingera i bębny Prowaznika tworzą pokręconą, poskręcaną, powykrzywianą dźwiękową bryłę, ciężki kawał... czegoś. To antymuzyka, która jednak – paradoksalnie – daje słuchaczowi więcej prawdy niż setki przesłodzonych, radiowych numerów. WESPRZYJ JAZZDĘ Analizowanie tak ekstremalnych dzieł i opisywanie historii artystów, którzy nie boją się iść pod prąd, to dla mnie czysta adrenalina. Jeśli doceniasz, że „Jazzda” wyławia takie perły z oceanu komercyjnej papki i nie boi się pisać o „pijanych robotach”, postaw mi wirtualną kawę . To właśnie dzięki Waszemu wsparciu mam czas i energię, by szukać dla Was muzyki, która naprawdę coś znaczy. ☕ Wspieraj Jazzdę tutaj: https://buycoffee.to/jazzda.net Dzięki, że jedziecie ze mną!
- Lisa Hilton "Extended Daydream": Odwaga, by zacząć od nowa i optymizm, który leczy
W świecie jazzu często zachwycamy się „cudownymi dziećmi”, które w wieku 15 lat grają solówki Coltrane’a. Ale historia Lisy Hilton to opowieść o czymś znacznie rzadszym i trudniejszym – o odwadze drugiego aktu . O momencie, w którym masz już wszystko: stabilizację, sukces w innej branży, a mimo to decydujesz się rzucić to wszystko na szalę, by wrócić do pierwszej miłości, jaką był JAZZ. Wielka ucieczka (i wielki powrót) Lisa u progu dorosłości zrobiła coś niewyobrażalnego. Jako osiemnastolatka porzuciła muzykę, uznając, że klasyczny dryl zabija jej własny głos. Wybrała inną drogę – sztukę, design, sukces biznesowy. Ale jazz nie dawał o sobie zapomnieć. Powrót po latach oznaczał wielkie wyrzeczenia i tysiące godzin ćwiczeń, by odzyskać sprawność palców i odnaleźć własne brzmienie. Dziś ma swój label, gra z największymi i – co najważniejsze – niczego nie musi udawać. Spójrzcie na okładkę „Extended Daydream” : spogląda z niej na Was kobieta świadoma, spokojna i prawdziwa. Jasność, która bije z klawiszy To, co uderza od pierwszych sekund tej płyty, to niesamowita jasność, pogoda ducha i optymizm . Lisa Hilton nie szuka mroku, nie ściga się na skomplikowane łamańce. Jej siłą jest prostota i perfekcyjne wykonanie. Album otwiera kamień milowy jazzu – „So What” Milesa Davisa. Ale zapomnijcie o dumnym, dusznym nastroju oryginału. W interpretacji Lisy ten temat brzmi delikatnie, skrzy się i połyskuje niczym słońce odbite w falach oceanu. Prawdziwym popisem jest jednak utwór tytułowy. Zaczyna się subtelnym, aksamitnym saksofonem, po którym wchodzi pasaż Lisy: leciutki, zwiewny, niemal eteryczny. Po chwili wyłania się melodyjny temat, przy którym chce się po prostu bujać. Ta na wskroś amerykańska melodia ucieka od klasycznego swingu w stronę soulowego klimatu, zwłaszcza gdy fortepian, ręka w rękę, spaceruje z klarnetem. Malowanie pod powiekami Lisa robi coś bezczelnie pięknego: w jednym gatunkowym tyglu miesza legendarny klasyk Milesa Davisa „So What” (1959) z najświeższym, kruchym „Wildflower” od Billie Eilish (2024). Jak to brzmi? „So What” zaczyna się od autorskiego, modalnego intro Lisy, które delikatnie, niemal szeptem, wplata się w kultowy motyw dwóch nut, by po chwili eksplodować wirtuozowską energią całego kwintetu. Z kolei „Wildflower” to popis wrażliwości – z wyciszoną trąbką Thomasa, która opowiada historię o żalu tak namacalnie, że niemal czuć go w powietrzu. Hilton ma ten dar: potrafi wziąć standard z dowolnej epoki i sprawić, że brzmi, jakby napisano go dziś rano specjalnie dla niej. Rudy Royston (perkusja), JD Allen (saksofon tenorowy), Lisa Hilton (fortepian), Luques Curtis (bas), Igmar Thomas (trąbka) Siłą tej płyty jest zespół. Powrót saksofonisty tenorowego JD Allena (nagrali razem aż osiem albumów!) to strzał w dziesiątkę. Ich kompatybilność czuć w każdej nucie – posłuchajcie, jak splatają swoje linie w tytułowym „Extended Daydream” albo jak wspólnie „pękają” z energii w radosnym „Momentary Mystery” . Kiedy wchodzi „Tropical Tuesday” , pod powiekami staje plaża i błękit, a wszystko to zasługa zachwycającego latynoskiego rytmu, na którym Luques Curtis trzyma stabilną bazę, a Rudy Royston sypie perkusyjnym blaskiem. Lisa w tym wszystkim płynie – jej solówki w „It’s Just For Now” to czysta, niczym nieskrępowana wolność. Piękno ocalone z ognia Ale „Extended Daydream” to nie tylko sielanka. Lisa w swoich notatkach zdradza głębszą, intymną warstwę tej muzyki. Wrażliwe melodie „Seabirds” i „Blues on the Beach” to echo pożarów, które nawiedziły południową Kalifornię. To muzyka, która rodzi się z obserwacji natury – szybowania ptaków nad popiołami, szukania ulgi w pięknie, które przetrwało. Z kolei „Sunset Tale” i solowe, fortepianowe „Spacious Skies” to wezwanie do odnalezienia spokoju w dzisiejszych, szalonych czasach. To jazzowy powrót do korzeni, do wielkich amerykańskich kompozytorów. Słychać tu ducha Milesa Davisa , elegancję Billa Evansa , melancholię Cheta Bakera , ale też głęboki groove Horace’a Silvera czy twórczy niepokój Theloniousa Monka . Lisa nie boi się wplatać w jazzowe odzienie pięknych, niewyszukanych melodii. One są proste, ale zagrane tak perfekcyjnie, że trafiają prosto w splot słoneczny. Okład na życiowe potknięcia Płyta żegna się z nami nostalgicznym, powolnym „Spacious Skies” . Brzmi to jak ciche „szkoda, że to już koniec”, jak ostatnie spojrzenie na horyzont przed powrotem do domu. Ale zaprawdę powiadam Wam: posłuchajcie tej płyty wielokrotnie. Zróbcie z niej okład na życiowe potknięcia . Niech będzie pod ręką, gdy przyjdą gorsze chwile, gdy świat wyda się zbyt szary i ciężki. Siła optymizmu płynąca z tej muzyki doda Wam otuchy. Gwarantuję WESPRZYJ JAZZDĘ Pisanie o muzyce, która leczy, to dla mnie największa frajda. Jeśli ten tekst sprawił, że Twoja kawa smakuje dziś trochę lepiej, postaw mi wirtualną kawę . Dla ciebie to tylko dycha, dla mnie paliwo do następnych recenzji niezależnych artystów☕ Wspieraj Jazzdę tutaj: https://buycoffee.to/jazzda.net
- Fergus McCreadie: Z Fortepianem na wyspę Uist! Jak nagrywa się jazz na końcu świata.
Moja zeszłoroczna konstatacja, że „Randkowanie z folkiem przypomina przygotowywanie na proszony obiad schabowego – ciężko zaskoczyć gości repetą”, wydaje się po wysłuchaniu tego albumu zdezaktualizowana. Szkot Fergus McCreadie stworzył płytę "The Shieling", która w magiczny sposób łączy dzikość szkockich pejzaży z intymnością jazzowej improwizacji. Nic dziwnego, wszak imię Fergus oznacza dosłownie „Męża Pełnego Wigoru” lub krócej: „Walecznego”. Kim jest ten „Mąż Pełny Wigoru”? Zanim wylądował na North Uist z fortepianem, Fergus McCreadie przeszedł drogę, która czyni go jednym z najbardziej interesujących artystów młodego pokolenia. Urodzony w 1997 roku w Jamestown w Easter Ross, wychowywał się w otoczeniu szkockich tradycji. Co ciekawe, jego pierwsze muzyczne kroki wcale nie należały do pianina – zaczynał od dud (bagpipes) , choć sam przyznaje z rozbrajającą szczerością, że „nie był w tym zbyt dobry” . Przełom nastąpił, gdy jako 12-latek zobaczył warsztaty jazzowe Richarda Michaela. To wtedy narodził się pianista, a jego pierwszym wielkim idolem stał się Oscar Peterson . Swoje rzemiosło szlifował w prestiżowym Royal Conservatoire of Scotland pod okiem Tommy’ego Smitha. To właśnie tam poznał Davida Bowdena (bas) i Stephena Hendersona (perkusja), tworząc trio, które dziś rozumie się bez słów. Jego kariera to pasmo sukcesów, o jakich jazzmani rzadko marzą. Album Forest Floor (2022) nie tylko podbił listy przebojów jazzowych, ale też – jako pierwsza jazzowa płyta w historii – zdobył prestiżową nagrodę Scottish Album of the Year (SAY) i znalazł się na krótkiej liście nominowanych do Mercury Prize . Fergus udowodnił, że jazz może być „folkem samym w sobie”, a jego muzyka – inspirowana stylem Keitha Jarretta czy Esbjörn Svensson Trio – ma w sobie coś z radosnej, pierwotnej energii. Ogółem nagrał pięć albumów: Turas (2018) – Debiut wydany niezależnie. Tytuł w języku gaelickim oznacza „podróż”. To tutaj świat po raz pierwszy usłyszał unikalne połączenie jazzowego tria z tradycyjną muzyką szkocką. Płyta zdobyła nagrodę Albumu Roku na Parliamentary Jazz Awards. Cairn (2021) – Pierwszy album w prestiżowej wytwórni Edition Records. McCreadie pogłębił tu inspiracje szkockim krajobrazem (tytułowy „cairn” to kopczyk z kamieni usypywany na szczytach gór). Album spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem krytyków na całym świecie. W październiku 2020 roku Fergus otrzymał nagrodę dla najlepszego instrumentalisty podczas Scottish Jazz Awards. Forest Floor (2022) – Największy komercyjny i artystyczny sukces Fergusa. Album zdobył nagrodę Scottish Album of the Year (SAY) i przyniósł artyście historyczną nominację do Mercury Prize . To płyta pełna wigoru, inspirowana cyklami natury. Utwór „Glade”, niesamowicie piękna kompozycja wyniosła Fergusa McCreadiego do stratosfery kreatywnych, improwizujących artystów jazzowych, przynosząc mu zasłużone uznanie i uwagę. Stream (2024) - wspaniała, dynamiczna płyta, o której pisałem tutaj: LINK Highlandy: Serce Szkocji, którego nie da się zapomnieć Aby zrozumieć muzykę Fergusa, musimy zrozumieć, czym są Highlandy (Góry Skandynawskie) . Dla nas, Polaków, nazwa ta często brzmi egzotycznie, ale to nie są góry w stylu Tatr. Highlandy to rozległa kraina na północno-zachodnich krańcach Wielkiej Brytanii – jeden z najsłabiej zaludnionych rejonów Europy i jedna z ostatnich prawdziwych „dziczy” na naszym kontynencie. To miejsce, gdzie góry nie są tylko szczytami, ale potężnymi masywami pokrytymi wrzosem i torfem, pociętymi przez głębokie doliny ( glens ) i mroczne jeziora ( lochs ). W Highlandach rzadko spotkasz lasy – dominuje surowa, otwarta przestrzeń, która przy każdej pogodzie wygląda inaczej: od świetlistej zieleni po mroczny, stalowy fiolet. To kraina mgieł, klanów i ciszy tak gęstej, że aż dzwoni w uszach. To właśnie tamtejsze krajobrazy mamy przed oczami, gdy myślimy o „prawdziwej Szkocji”. North Uist: Tam, gdzie ląd poddaje się oceanowi By Stuart Wilding, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=13543634 Jak w powieści szkatułkowej dajemy nura głębiej, bo aby w pełni zrozumieć najnowszy album, trzeba poczuć North Uist ( gael.: Uibhist a Tuath ) – wyspę w archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. To jeden z najbardziej odizolowanych zakątków Europy, gdzie na rozległych terenach żyje zaledwie... 1271 osób. By Tom Richardson, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=14275979 To kraina kalwinistów-prezbiterian, w której dla większości mieszkańców gaelicki wciąż jest językiem codzienności. Wyspa jest niemal całkowicie nizinna, a jej charakter tak niepokorny, że ponad połowa jej powierzchni jest regularnie zalewana przez przypływy Atlantyku. Granica między ziemią a wodą jest tu płynna i nieprzewidywalna. Właśnie tam, w małym domku na tej pustyni wodno-lądowej, Fergus i jego ekipa wnieśli fortepian, zostawiając zaledwie 5 cm luzu od ściany. Sam ten akt logistycznego szaleństwa definiuje projekt. Muzyka zrodzona z „Munro Bagging” Ta płyta to także zapis emocji towarzyszących człowiekowi obcującemu z naturą Highlandów. Fergus McCreadie to bowiem zapalony „munro bagger” . Munros to najwyższe szkockie szczyty (powyżej 914 metrów). W całej Szkocji jest ich 282. Tak jak Szkoci od XIX wieku „kolekcjonują” te szczyty, tak Fergus zbiera w swojej muzyce powidoki górskich wypraw – od łagodnych wzniesień Loch Lomond, przez surową dolinę Glen Coe, aż po „morze gór” w Cairngorms. Uist zadziałał jak katalizator dla tych wszystkich nagromadzonych w górach emocji. Plan, którego nie było (i wstrząs przez Zoom) Fergus McCreadie: "Nie było żadnego planu dotyczącego muzyki – miałem kilka nagrań głosowych, które wypróbowaliśmy, ale poza tym nie miałem pojęcia, jak ostatecznie wyjdzie album (ani czy w ogóle go wydamy!). Było to zupełnie inne podejście niż podczas poprzednich nagrań – myślę, że po czterech starannie zaplanowanych albumach byłem gotowy spróbować czegoś bardziej ryzykownego. Przez pierwsze dni planem był brak planu: spacery po plaży i rzutki w lokalnym pubie. Wszystko zmieniło się trzeciego dnia, kiedy do produkcji dołączyła Laura Jurd . Zła pogoda uziemiła ją na stałym lądzie, więc produkcja odbywała się na żywo przez Zoom! Ta zdalna współpraca z wybitną trębaczką wyzwoliła w zespole energię, której – jak sam Fergus przyznaje – „nie udało się uchwycić na żadnej poprzedniej płycie”. Zaskakująca głębia etnicznego żywiołu Utwory takie jak „Ptarmigan” czy „Wayfinder” wciąż nawiązują do etnicznego żywiołu, ale trio wędruje też w rejony pozbawione szkockich harmonii. W „Ptarmigan” obie ręce pianisty pracują na najwyższych obrotach, tworząc dźwiękowe tornado. Z kolei rockowy „Eagle Hunt” to esencja waleczności Fergusa, a „The Path Forks” ze swoim potężnym ostinato przypomina wyczyny gigantów post-jazzu jak GoGo Penguin. Album wieńczy nostalgiczny „The Orange Skyline” – nostalgiczny epilog idealnie podsumowujący ten wyspiarski eksperyment. Płyta McCreadiego to prawdziwy manifest siły miejsca. Słuchając jej, czujemy chłód atlantyckiej bryzy i majestat Highlandów – krainy, która dla Fergusa jest domem, a dla nas staje się fascynującym odkryciem. Z kim gra Fergus? (Skład Trio) Fergus McCreadie jest liderem swojego tria. Na jego płytach regularnie grają: David Bowden (Kontrabas) Stephen Henderson (Perkusja) W nagraniu na North Uist kluczową rolę odegrali także: Gus Macleod – inżynier dźwięku. John – pianista, który dostarczył fortepian i pomógł go nastroić (co było logistycznym cudem!). Laura Jurd – producentka (zdalnie). Recorded by Gus Stirrat Mixed by James McMillan Mastered by Michael Scherchen Pisanie takich tekstów – gęstych od faktów, opowieści z końca świata i analizy muzycznej – to moja pasja, ale też konkretny czas i praca. Jeśli czujesz, że „Jazzda” wnosi coś wartościowego do Twojej playlisty i poszerza Twoje muzyczne horyzonty, postaw mi wirtualną kawę . To właśnie dzięki Waszemu wsparciu mogę rezygnować z nudnych newsów na rzecz takich głębokich nurkowań w świat jazzu. Każda wpłata to paliwo do mojego blogowego Chevroleta i sygnał, że to, co robię, ma sens. ☕ Wspieraj Jazzdę tutaj: https://buycoffee.to/jazzda.net Dzięki, że jedziecie ze mną!
- Najdłuższa noc saksofonu: Paul Winter i pogański jazz na przesilenie
Kiedy większość świata chowa się przed grudniowym mrokiem pod grubą warstwą lukru i dźwięków „Jingle Bells”, w świecie jazzu dzieje się coś, co wykracza poza ramy koncertu. To nowożytny rytuał, jazzowe nabożeństwo, w którym główną rolę grają nie tylko dźwięki i nuty, ale i astronomia. To chwila, w którym muzyka przestaje być tylko rozrywką, a staje się łącznikiem z kosmosem – poznajcie Paula Wintera i jego Winter Solstice Celebrations . Kapłan Sopranu: Szaman z siedmioma Grammy Paul Winter to postać wymykająca się definicjom. Siedmiokrotny zdobywca nagrody Grammy i artysta, który jako pierwszy jazzman wystąpił w Białym Domu na zaproszenie Kennedy’ego, mógłby odcinać kupony od sławy w prestiżowych salach koncertowych. On jednak wybrał kaniony i oceany. Jego saksofon sopranowy, o czystym, niemal ludzkim głosie, nie służy mu do popisów, ale do dialogu z naturą. Winter przypomina nam, że największym kompozytorem jest sama Ziemia, a on jest jedynie jej pokornym tłumaczem. Wielka Orkiestra Istnienia: Jazz ponadgatunkowy Paul Winter mówi: „Wszystko zaczęło się od wizji dziekana katedry św. Jana Bożego w Nowym Jorku, który pragnął stworzyć pomost między duchowością a ekologią. Myślę, że to właśnie ten ekologiczny wymiar naszego repertuaru ostatecznie przekonał go, że nasza muzyka może stać się organiczną częścią tej monumentalnej przestrzeni. Zaproszenie miało charakter całkowicie świecki; nie musieliśmy grać muzyki liturgicznej, dostaliśmy wolną rękę, pod warunkiem, że sami udźwigniemy ciężar organizacyjny tych wydarzeń. Tak zrodziła się tradycja, która przez dekady stała się ukochanym rytuałem nowojorczyków i milionów słuchaczy w całym kraju. W tym roku, po raz trzeci, nasze Obchody Przesilenia Zimowego opuściły progi katedry. I choć nie dysponujemy już tak ogromnym rozmachem teatralnym czy zastępami tancerzy, prezentujemy słuchaczom samą esencję naszej muzyki, uświetnioną niezastąpionym głosem Theresy Thomason, która jest gwiazdą naszych koncertów od ponad dwudziestu pięciu lat. Nasze obchody to współczesna interpretacja starożytnych rytuałów, kiedy to ludzie czuli wewnętrzne powołanie, by spotkać się w najdłuższą noc w roku i wspólnie celebrować narodziny nowego słońca. Kluczem do tej tradycji jest odnowa ducha. Przesilenie zimowe to dla mnie czas uzdrowienia i nadziei; moment celebrowania więzi oraz honorowania jedności w wielkiej różnorodności życia na Ziemi. Pamiętając o przesileniu, ponownie zaczynamy rezonować z rytmem kosmosu. Pozwalamy naszym sercom objąć ten starożytny optymizm i głęboką wiedzę, że światło ostatecznie zawsze pokona ciemność”. To, co w jego twórczości najbardziej porusza, to fakt, że nie traktuje on natury jako tła. W jego świecie wilk nie jest „odgłosem”, a humbak nie jest „samplem”. To pełnoprawni członkowie zespołu. Winter dokonał czegoś rewolucyjnego: zdemokratyzował scenę , stawiając dzikie zwierzęta obok najwybitniejszych wirtuozów. Kiedy w ogromnej nawie katedry rozbrzmiewa pieśń wieloryba, Winter nie próbuje jej zagłuszyć. On z nią improwizuje. To akt pokory człowieka wobec potęgi natury – w tę najdłuższą noc roku nie świętujemy tylko ludzkiej kultury, ale przetrwanie życia na Ziemi w ogóle. Katedra jako instrument: 0,22 sekundy do sacrum Przez ponad 40 lat domem tych celebracji była ogromna nowojorska Katedra św. Jana Bożego. Tutaj dźwięk staje się materią, albowiem nawa świątyni jest bardzo długa, ma około 100 metrów i zmieści się w niej aż 5000 wiernych. Dzięki temu jest jednym z największych kościołów na świecie. Kiedy Winter wydobywa ton, potrzeba 0,22 sekundy , by dźwięk uderzył o sklepienie i wrócił do słuchacza. JAK TO OBLICZYŁEM? ZOBACZ SAM LINK Jednak w tej 100-metrowej nawie fala nie ginie – tworzy legendarny, kilkunastosekundowy pogłos. Kulminacją jest uderzenie w gigantyczny, dwumetrowy Sun Gong (Gong Słońca) . To nie jest pojedyncze uderzenie; to potężna masa dźwięku, która fizycznie wypełnia przestrzeń niczym złota mgła rozlewająca się w mroku najdłuższej nocy roku. Tu i teraz: Przesilenie 2025 Tradycja Paula Wintera trwa nieprzerwanie. Właśnie dzisiaj, w niedzielę 21 grudnia 2025 , dokładnie w momencie, gdy Ziemia wychyla się ku słońcu, Paul Winter Consort gra finałowe koncerty swojej trasy. To surowość, lód i nadzieja, że światło jednak wróci. Wesprzyj moją podróż przez dźwięki Jeśli ta opowieść o najdłuższej nocy saksofonu i pogańskim jazzie Paula Wintera rozjaśniła Twój grudniowy wieczór, możesz wesprzeć moje dalsze poszukiwania muzycznych sacrum. Pisanie o jazzie, który łączy nas z rytmem kosmosu, wymaga nie tylko pasji, ale i dobrej „energii”. Będzie mi niezwykle miło, jeśli zechcesz postawić mi wirtualną kawę w serwisie buycoffee . Każda filiżanka (czyli każda dycha) to dla mnie sygnał, że te historie rezonują z Waszymi sercami i impuls, by dalej odkrywać przed Wami dźwięki, które pokonują ciemność https://buycoffee.to/jazzda.net Dziękuję, że jesteś częścią tej muzycznej wspólnoty w tę wyjątkową noc przesilenia! To zadanie to czysta fizyka i akustyka, która idealnie dopełnia metafizyczny klimat koncertów Paula Wintera. Policzmy to dokładnie, opierając się na faktach dotyczących Katedry św. Jana Bożego w Nowym Jorku. Dane wejściowe Prędkość dźwięku: W temperaturze 20 st. Celsjusza dźwięk w suchym powietrzu porusza się z prędkością ok. 343 m/s . (Warto pamiętać, że w grudniu w katedrze może być nieco chłodniej, co minimalnie powalnia falę – przy 0 st. Celsjusza byłoby to ok. 331 m/s . Wymiary katedry: Wysokość nawy głównej (do sklepienia) to ok. 37,8 metra Najwyższy punkt (pod kopułą/skrzyżowaniem naw) sięga nawet 70,7 metra 180 metrów to w długość całej katedry co czyni ją jedną z najdłuższych na świecie. Obliczenia: Droga pod sufit i z powrotem Aby usłyszeć echo odbite od sufitu, fala dźwiękowa musi pokonać dystans dwukrotnie (w górę i w dół). Dlaczego w tekście mowa o "kilkunastu sekundach"? Choć pojedyncze odbicie od sufitu zajmuje ułamek sekundy, w katedrach mamy do czynienia z pogłosem (rewerberacją) . Dźwięk nie wraca do nas raz, lecz odbija się tysiące razy od kamiennych ścian, podłóg i witraży. W Katedrze św. Jana Bożego, ze względu na jej ogromną kubaturę i twarde powierzchnie, czas pogłosu może faktycznie wynosić od 5 do nawet 8 sekund (w ekstremalnych przypadkach, jak w katedrze św. Pawła w Londynie, nawet 13 sekund). Dźwięk saksofonu Paula Wintera pokonuje drogę wzdłuż całej, 180-metrowej katedry , co oznacza, że zanim całkowicie wygaśnie, fala może przebyć dystans kilku kilometrów wewnątrz budynku! To właśnie ta „masa dźwięku” sprawia, że Sun Gong brzmi tak potężnie – nie jest to pojedyncze uderzenie, ale narastająca fala, która wypełnia każdy z 11 200 metrów kwadratowych wnętrza.
- Rafał Jackiewicz Quartet – Sea Poetry: neptun, wino, gorączka i sól
Wszystko zaczęło się od gorączki. Tej nocy, gdy temperatura ciała postanowiła rzucić wyzwanie rozsądkowi, a rzeczywistość zaczęła pękać na krawędziach, przyszedł sen. Nagły, wyraźny, niemal namacalny. Znalazłem się na pięknej plaży, prawdopodobnie na jednej z tych małych, zapomnianych wysepek Morza Egejskiego. Było lato, słońce stało wysoko, a powietrze drżało od gorąca i zapachu soli. Na piasku stał okrągły stolik, przykryty białą, zwiewną tkaniną i przezroczystym obrusem, na którym spoczywała kamienna karafka – pachnąca ciężkim, greckim winem. Przy stole siedział on: brodaty gość, którego powierzchowność budziła respekt, wręcz grozę, jednocześnie jednak jego lekki uśmiech i zapraszający gest dłoni uspokajały. Obok stołu, wbity w piasek, lśnił trójząb. Nie było wątpliwości – piłem wino z Neptunem. Władca mórz, posługując się nienaganną, nowoczesną polszczyzną, wyznał, że musiał włamać się do mojego snu, bo nie może już patrzeć na to, co kultura masowa zrobiła z jego kolegą po fachu – Mikołajem. Ruchem dłoni, niczym na gigantycznym ekranie kinowym, wywołał przed moimi oczami rozedrgane widma zatłoczonych galerii handlowych, które na chwilę przesłoniły błękit nieba. Mówił o nadaktywnym krasnalu napędzającym zakupoholizm, podczas gdy prawdziwy Mikołaj był niezłym łobuzem. Bóstwo sięgnęło pod stół po „Słownik mitów i tradycji kultury” Kopalińskiego i z ironicznym uśmiechem przeczytało legendę o spoliczkowaniu Ariusza na Soborze Nicejskim w 325 roku. Neptun przyznał, że dopóki dawny obyczaj obdarowywania rodził w dzieciach dobre nawyki i budował więź z niewidzialnym, siedział cicho w swoich głębinach. Jednak teraz, gdy wszystko przerodziło się w szaleńczy pęd ku pustce duchowej i logistykę niedosytu, świat potrzebuje przeciwwagi. Potrzebuje zatrzymania. I wtedy podał mi płytę: Rafał Jackiewicz Kwartet – Sea Poetry . Kiedy ocknąłem się z gorączki, muzyka z mojego snu wciąż brzmiała mi w uszach. To nie był tylko omam, ale spotkanie z artystą, w którego grze słychać unikalne zetknięcie dwóch światów. Rafał Jackiewicz pochodzi z Niemenczyna na Litwie – urokliwego miasteczka nad Wilią, zaledwie 20 km od Wilna, będącego jednym z najważniejszych bastionów polskiej kultury w tym regionie. Można przypuszczać, że kształtując swoją wrażliwość, nieuchronnie nasiąkał estetyką litewskiej szkoły saksofonowej, której filarem jest choćby Petras Vyšniauskas. Szczególne znaczenie może mieć tu postać Jana Maksimowicza – najwybitniejszego polskiego saksofonisty na Litwie, który dla młodego muzyka z Niemenczyna mógł stanowić naturalny punkt odniesienia w łączeniu duchowości z jazzową formą. Prawdopodobnie to z tego środowiska Jackiewicz wyniósł charakterystyczną dla wileńskiej sceny wolność emocjonalną i odwagę w operowaniu liryczną plamą dźwięku. RAFAŁ JACKIEWICZ FOTO KATARZYNA LIBRONT Z tym bagażem intucji trafił później do klasy dr. hab. Macieja Sikały w bydgoskiej Akademii Muzycznej. To właśnie tam duch Wileńszczyzny spotkał polski perfekcjonizm. Sikała, wzór skromności i jeden z najwybitniejszych saksofonistów świata, zaszczepił w uczniu szacunek do każdego dźwięku i unikanie zbędnego efekciarstwa. W Sea Poetry wyraźnie słychać tę rękę mistrza – saksofon altowy Jackiewicza nie krzyczy, lecz śpiewa. Technika, za którą artysta zbierał laury od Moskwy po Padwę, staje się tu tylko narzędziem do budowania morskiej przestrzeni. Sam autor definiuje ten projekt jako próbę uchwycenia chwili i oddania przestrzeni emocjonalnej. Według Jackiewicza muzyka na tej płycie ma stać się jak oddech morza – powolny, głęboki i pełen spokoju. I rzeczywiście, w dobie przedświątecznego zgiełku ta płyta działa jak kojący kompres. Słychać tu specyficzny rodzaj perfekcjonizmu, który nie boi się ciszy, oraz międzynarodowe zgranie całego kwartetu, w którym fortepian i sekcja rytmiczna współoddychają z saksofonem altowym lidera. Co ciekawe, odnoszę wrażenie, że lider skomponował materiał jeszcze bardziej analogowy, akustyczny i surowy, sięgając po skromniejsze instrumentarium niż na debiucie „Sometimes” z 2021 roku. Tam, obok klimatycznych kompozycji, znalazła się prawdziwa petarda pod postacią utworu „Odmęt” (który gorąco polecam tym, którzy go jeszcze nie znają). Na najnowszej płycie króluje natomiast europejski jazz szerokiego nurtu. Prościej mówiąc, na tym albumie Jackiewicz świadomie podnosi sobie poprzeczkę: skromniejszymi środkami buduje szersze harmonie, a jednocześnie jeszcze bardziej przykuwa uwagę środkami, dla których w tym hałaśliwym świecie zazwyczaj nie ma miejsca. I w tym jest właśnie pies pogrzebany, albowiem nie sądziłem, aby mainstreamowy jazz mógł mnie jeszcze czymś zaskoczyć – aż do odsłuchu tej właśnie płyty. Dowodzi to trzech rzeczy: po pierwsze, album kwartetu Jackiewicza subiektywnie trafił w mój gust; po drugie, mainstreamowy jazz nigdy nie przestanie nas zaskakiwać; i po trzecie – Jackiewicz doskonale wie, jak poruszyć struny wrażliwości w słuchaczu. Jego harmonie płyną pełne dumnego spokoju, niczym okręt „Victoria”, który wrócił do Hiszpanii 6 września 1522 roku dowodzony przez Juana Sebastiána Elcano. To spokój ocalałych, którzy po trzech latach zmagań z nieznanym, zostawiwszy za rufą sztormy dwóch oceanów i śmierć towarzyszy, wchodzą do portu nie z okrzykiem triumfu, lecz w uroczystym, niemal nabożnym milczeniu. Taka właśnie jest ta płyta – niesie w sobie ciężar doświadczenia, który nie musi już niczego udowadniać, a jedynie pozwala wybrzmieć prawdzie o przebytej drodze. To dzieło jest antytezą współczesnego hałasu i komercyjnego łobuzerstwa. Jeśli czujecie się przytłoczeni grudniowym szałem i pędzicie w stronę duchowej próżni, o której wspomniał mój senny rozmówca, ta muzyka staje się wezwaniem do opamiętania. Sea Poetry po prostu jest – piękna i autentyczna, podparta autorytetem mistrza Sikały i talentem zrodzonym nad brzegami Wilii. Neptun wiedział, co robi, kładąc przede mną tę płytę. To najlepsze lekarstwo na przedświąteczną gorączkę i jedyny sposób, by nie dać się spoliczkować wszechobecnej pustce. Brawo. Jeśli ta podróż w głąb morskiej poezji Rafała Jackiewicza stała się dla Was chwilą oddechu w codziennym zgiełku, zapraszam do wsparcia Jazzdy. Każda „kawa” postawiona na buycoffee.to/jazzda to dla nas jak łyk dobrego wina na egejskiej plaży – pozwala nam dalej płynąć pod prąd komercyjnej pustki i dzielić się z Wami muzyką, która ma znaczenie.
- Listopad 2025 nowości jazzowe sZALEŃSTWO, EKSPERYMENT I COŚ o MIKROTONACH
Listopad – ten szary, melancholijny miesiąc – w świecie jazzu wcale nie jest czasem zadumy. Przeciwnie! Zamiast przygotowań do świąt, dostaliśmy zastrzyk czystego szaleństwa i awangardy. Oto najlepsze nowości jazzowe listopada 2025. Ponad 20 godzin muzyki na playliście. Z jednej strony mamy głęboko osobiste podróże: od kontrabasisty Makara Novikova , który muzycznie mierzy się z traumą emigracji, po trębacza Wojciecha Jachnę , który łamie nam wielkomiejskie uprzedzenia wobec ludowości. Z drugiej – wkraczamy w czysty eksperyment , zmuszeni do ponownego zdefiniowania harmonii przez awangardową kooperatywę Horse Lords & Arnold Dreyblatt , których mikrotonowy zgiełk doprowadza do transu. Do tego dochodzi rewolucja w mainstreamie: mistrz perkusji Billy Hart , który udowadnia, że 85. urodziny to idealny moment, by dać po nosie wszystkim miłośnikom nudnego swingu. A wisienka na torcie to OMAHA DINER , którzy na warsztat biorą Top 40, by udowodnić, że największe popowe hity da się zamienić w inteligentną improwizację. Zapnijcie pasy, bo ten jazzowy listopad to multidirectionalny rollercoaster UWAGA!PLAYLISTA NOWOŚCI LISTOPADA PONAD 20 GODZIN MUZYKI ZNAJDUJE SIĘNA KOŃCU TEKSTU, ZA PROŚBĄ O WSPARCIE BLOGA NA BUYCOFEE OMAHA DINER – Top 40, jakiego nie słyszeliście W 1954 roku, siedząc w restauracji w Omaha w stanie Nebraska, Todd Storz zauważył, że nastoletnia kelnerka wybierała w szafie grającej w kółko tę samą piosenkę. W tym momencie narodziło się radio Top 40, dołączając do listy słynnych i niesławnych wynalazków miasta, które znajduje się na szczycie Strategic Air Command – dotąd. Obok kolacji przed telewizorem, kanapki Reuben, spinki do włosów, wyciągu narciarskiego i (jak twierdzą niektórzy) puszystych kostek do gry, teraz pojawia się najnowszy wynalazek: OMAHA DINER . OMAHA DINER to czterech znanych muzyków, którzy postanowili na nowo zdefiniować format, który na zawsze zmienił sposób, w jaki odbieramy muzykę. Możesz kochać Top 40 (wątpliwe), możesz go nienawidzić (prawdopodobne), możesz w ogóle się nim nie przejmować (kłamca), ale nie możesz od niego uciec. Muzycy to Steven Bernstein - trabka Charlie Hunter - siedmiostrunowa gitara elektryczna, Bobby Previte - perkusja, Skerik - saksofon. Album OMAHA DINER to projekt koncepcyjny o tyle niezwykły, że zawiera wyłącznie covery utworów, które znalazły się choćby na krótko na pierwszym miejscu listy przebojów Top 40 . Zapomnijcie jednak o popowych aranżacjach. Ten skład to światowy wirtuoz gitary siedmiostrunowej, pionier saksofonu, laureat stypendium Guggenheim Fellowship oraz nominowany do nagrody Grammy . W rękach tych jazzowych kameleonów popularne hity stają się intrygującym, dekonstruowanym materiałem do zabawy i improwizacji. Skład OMAHA DINER czuje się swobodnie w każdym świecie – nie tylko skomponował muzykę do jednego z filmów legendarnego reżysera Roberta Altmana, ale także w innym wystąpił. Artyści ci, w ciągu sumarycznych 125 lat swojej kariery, współpracowali z tak niesamowitą gamą postaci, jak Aretha Franklin, Sting, Elton John, Tom Waits, a nawet Michael Tilson-Thomas. Grali na wszystkich kontynentach z wyjątkiem (być może) Antarktydy, na rockowych arenach i w kultowych klubach jazzowych. OMAHA DINER: dekonstruuje muzykę popularną od 2012 roku. Ich płyta to inteligentna zabawa z historią popu, która w rękach tych jazzowych kameleonów staje się czymś zupełnie nowym. To obowiązkowa pozycja dla każdego, kto uważa, że Top 40 to muzyczna przeszłość. Top 40, jakiego jeszcze nie słyszałeś – OMAHA DINER. Wojciech Jachna Łamie Kark Uprzedzeniom Rok na polskiej scenie jazzowej zaczynał się i kończył płytami Wojciecha Jachny . Styczeń przyniósł świetną, przestrzenno-improwizacyjną Ad Astra (Wojciech Jachna Squad), a listopad – dwupłytowy projekt Kujawski Ansambl: Rzecz o Annie Jachninie , stanowiący hołd dla babci trębacza, dokumentalistki kultury ludowej z Radia Pomorza i Kujaw. I to jest płyta, która złamała moje wielkomiejskie ego , które – jak się okazało – w skrytości ducha uważało muzykę ludową za coś gorszego gatunkowo. Kiedy jej słuchałem, towarzyszyła mi subiektywna ambiwalencja: słyszałem fajne, jazzowe kawałki, ale jednak... "na ludowo". Ze smutnym zdziwieniem skonstatowałem, że moja niechęć do tego "na ludowo" nie jest ani odrobinę obiektywna, nie dotyczy materii muzycznej, a wynika z – nazwijmy to – oceny całokształtu ludowości. Dzięki płycie Wojciecha Jachny musiałem wziąć się za bary z własnymi uprzedzeniami, awersją wobec nie tylko muzyki, ale ludowości w ogóle. A że moje korzenie wrośnięte są w środkowopolską wieś, to w zasadzie musiałem wziąć się za baru z samym sobą. Bardzo podobały mi się wszystkie pieśni z płyty pierwszej (cały projekt jest dwupłytowy, z drugą częścią mocno osadzoną w historycznym kontekście Anny Jachniny), które szybowały w stronę niejednoznacznego jazzu i wykręcały pieśni ludowe w stronę nowoczesności, a jednak czułem się z tą muzyką nieswojo. Dopiero po którymś razie one mnie otworzyły, przestałem się boczyć na proste rytmy, znane przyśpiewki, gwarę - to wszystko wpleciony jest z nieoczywiste harmonie, uciekające rytmy, a między nimi płyną te wspaniałe wzlatujące pod niebo zagrywki pana Wojciecha na trąbce, których - wedle mojego osądu - nie można nie lubić. Warto nad tą muzyką się pochyli, warto z nią przystanąć. Wtedy bowiem ta płyta wchodzi w człowieka jak dobrze zmrożona, zimna wódka, letniego, gorącego dnia, w wiejskiej oberży na rozstajach, na końcu wsi . W mojej rodzinnej wsi nie ma już takiej oberży; stoi jedynie po niej budynek – teraz jest w nim coś bez sensu i znaczenia. Zawsze kiedy tamtędy przechodzę (a zdarza się to coraz rzadziej: raz, dwa razy w roku) wyobrażam sobie niedzielny gwar płynący z jej okien, smak zimnej gorzałki, tłum chłopów. Dla mnie to była nie tylko muzyczna podróż, ale także konfrontacja z wypartym rodowodem, słuchałem jej na ruinach domu mojego dziadka stojącego na lichej ziemi sieradzkiej, dziadka, którego nie pamiętam, bo ciężka, samotna harówka w polu zabrała go przedwcześnie (babcia zmarła, gdy mama miała kilka lat). Łaziłem po tych już dzierżawionych lub sprzedanych sieradzkich polach w jesiennej szarudze, rozganiając mgły własnej historii i szukając odpowiedzi na pytanie: czy jest jeszcze we mnie choć ślad ludowego pochodzenia? No i oczywiście, że jest. Oczywiście. Bardzo więc dziękuję panie Wojciechu Jachno za świetną muzykę, ale przede wszystkim za złamanie karku moim ludowym uprzedzeniom . Sebastian Studnitzky – "KY!" Sebastian Studnitzky, znany również jako KY, to postać, która od lat wymyka się prostym klasyfikacjom. Trębacz, pianista i dyrektor artystyczny berlińskiego XJAZZ! Festivalu, w swoim najnowszym projekcie "KY!" prezentuje muzykę, która swobodnie przekracza gatunkowe podziały. Album "KY!" to monumentalne, epickie przedsięwzięcie. Po sukcesie orkiestrowego projektu Memento (nagrodzonego ECHO Jazz Award) i bardziej kameralnego, elektronicznego KY Organic , Studnitzky powraca z materiałem, który łączy w sobie surową emocjonalną głębię z potęgą brzmienia. Tym razem artysta połączył siły z Odesa Philharmonic Chamber Orchestra , a współpraca ta ma niezwykłą i poruszającą genezę. W lipcu 2023 roku Studnitzky wraz z zespołem wyruszył do Odessy, aby w zabytkowej sali filharmonicznej nagrać projekt obejmujący muzykę i wideo, oddający emocje i pilność sytuacji w Ukrainie. „To było fascynujące, piękne i przerażające zarazem” – wspomina Studnitzky. Artysta opisuje surrealistyczny kontrast: z jednej strony wojna widoczna w postaci kontroli wojskowych i barykad, z drugiej – cudowne miasto, w którym sklepy i restauracje wciąż działały. Tę polaryzację „życia jak zwykle” pośród chaosu i okropności wojny – doświadczenie intensywne i dziwaczne zarazem – starał się uchwycić w filmie Memento Odesa . To właśnie te doświadczenia stały się podwaliną pod album "KY!". Efekt? Płyta wypełniona jest śpiewnymi melodiami. Studnitzky tym razem gra delikatnie, spokojnie, jakby chciał gasić, a nie rozpalać emocje; jest w tej grze mnóstwo nordyckiej delikatności i lekkości. Artysta uwielbia, gdy rytm nie jest „pognieciony”, a harmonie spływają kaskadami, powtarzane niczym kolorowe mantry. Hipnotyzujące groove'y spotykają się tu z brzmieniem o czystej, niemal klasycznej urodzie – minimalistycznym, a zarazem pełnym warstw. Co istotne, materiał został zarejestrowany na żywo w legendarnej berlińskiej sali Meistersaal – miejscu, które gościło takie legendy jak David Bowie czy U2. Decyzja o nagrywaniu bez dogrywek (overdubs), z udziałem kameralnej publiczności, pozwoliła uchwycić autentyczną, surową energię tego spotkania. Jak mówi sam artysta: "To ryzykowne ustawienie zadziałało, uchwyciliśmy surową energię prawdziwego live setu" . A sam utwór "I Thought It's Too Late" jest kwintesencją tego albumu. Rozwija się wspaniale, a jego finał, wieńczący całe godzinne wydawnictwo, jest porównywalny do najlepszych, epickich nagrań Davida Bowiego czy U2. Warto pamiętać o korzeniach Studnitzky'ego – jego rodzice pochodzą z Czech, mieszkali niedaleko polskiej granicy, co być może tłumaczy jego naturalną ciągotę do łączenia kultur i otwartość na wschodnią wrażliwość, słyszalną we współpracy z muzykami z Odessy czy Polski (jak choćby z Bodkiem Janke). "KY!" to album, który jest zarazem intymny i filmowy. To muzyczne powstanie i radykalne oddanie prawdzie oraz pięknu. Dla fanów brzmień z pogranicza jazzu, elektroniki i neoklasyki – pozycja obowiązkowa. Rafael Enciso Quartet – "Crossfade" "Crossfade" to debiutancki album nowojorskiego basisty i kompozytora Rafaela Enciso , wyprodukowany przez legendę jazzu, Daynę Stephensa . To dzieło o głębokim, filozoficznym zacięciu, które koncentruje się na fenomenie czasu i nieustannej cykliczności zmian – zarówno w naturze (inspirowanej okolicami Ithaca, NY), jak i w szerszych trendach społecznych. Tytuł "Crossfade" (zanikanie jednego i jednoczesne pojawianie się drugiego) jest kluczowy dla muzycznej estetyki albumu. Jak mówi Enciso: "Album żyje w tej przestrzeni pomiędzy, gdzie przeszłość i teraźniejszość współistnieją i wpływają na siebie nawzajem" . Muzycznie przekłada się to na zbiór oryginalnych kompozycji, które charakteryzują się nieoczekiwanymi zmianami, warstwowymi teksturami i rytmami utrzymującymi uwagę słuchacza, a także płynnością, dzięki której utwory nakładają się na siebie, balansując między mocnymi rytmami a szerokimi, odkrywczymi melodiami. Koncept albumu najlepiej oddają wybrane kompozycje: "Waterfall", utwór inspirowany wodospadami, maluje muzyczny obraz transformacji i ciągłego przepływu. Kontrastuje z nim liryczna i tajemnicza oda do Wayne'a Shortera, czyli "The High Priestess", pełna ducha nieustraszonej eksploracji. Z kolei "Austin Otto" to humorystyczny i figlarny utwór, w którym Dayna Stephens dołącza na saksofonie, wnosząc odrobinę lekkości. Mimo kompozytorskiej złożoności, "Crossfade" brzmi jako dzieło stworzone w pełnej jedności. Czteroosobowy trzon (Enciso na basie, Gabriel Chakarji na fortepianie, Miguel Russell na perkusji i Nicola Caminiti na saksofonie altowym) łączy nie tylko wspólny język muzyczny (część zespołu grała wcześniej u Stephensa), ale i głęboka, trzyletnia przyjaźń. Taka więź jest wyraźnie słyszalna w nagraniu i zapewnia niemal niezrównany poziom spójności. Gościnny udział Jahari Stampley'a na organach tylko wzmacnia ten efekt. Rafael Enciso stworzył wybitny debiut, który dzięki kunsztowi i wzajemnemu zaufaniu zespołu sprawia wrażenie nieustannej, intymnej, ale i wysoce kreatywnej konwersacji. Rebecca Trescher – "Changing Perspectives" Kurde, jaka to jest ciekawa płyta. Bo: niby nic się tam nie dzieje, żadne rewolucje, głowy nie spadają, system kopernikański nie staje w poprzek, a jednak jest w tej muzyce coś, co każe mi do niej wracać i słuchać bez końca. Rebecca Trescher , klarnecistka i kompozytorka z Norymbergi, od lat koncentruje się na idei "zmiany perspektywy" . To dążenie jest widoczne w jej najnowszym albumie, który ukazuje artystkę dojrzałą, potrafiącą odpuścić nadmierną kontrolę i otwartą na słuchanie świata zewnętrznego. Płyta ukazuje Trescher i jej zespół w porywających pejzażach dźwiękowych, które międzynarodowi krytycy wielokrotnie określali mianem "niemal filmowej jakości" . Muzyka opowiada fabuły z zaskakującymi zwrotami akcji i sceny, które na długo pozostają w pamięci. Urodzona w 1986 roku w Tybindze, Rebecca Trescher działa jako kompozytorka, klarnecistka i liderka zespołu w Norymberdze i Berlinie. Dzięki nieograniczonej ciekawości i radości z eksperymentowania z jazzem i współczesną muzyką symfoniczną, zyskała uznanie na niemieckiej i międzynarodowej scenie. Jej pomysły kompozytorskie są głęboko zakorzenione w naturze, co sprawia, że jej muzyka jest jednocześnie ugruntowana i eteryczna. Wśród jej autorytetów znajdziemy tak różnorodne nazwiska jak Björk, Bob Brookmeyer, Gil Evans, Radiohead, Maurice Ravel, Wayne Shorter i Igor Stravinsky. Trescher tworzy unikalny świat dźwięku, który jest bardziej asocjacyjny i organiczny niż prowokacyjny. Inspiracje do kompozycji są często malarskie i bardzo konkretne. Weźmy choćby utwór "Farn" (paproć) , który rozpoczyna się tajemniczymi dźwiękami, a następnie przechodzi w dramatyczną sekwencję. Trescher była ożywiona świadomością, że natura powoli, ale nieubłaganie, odbiera to, co cywilizacja jej odebrała. Ta powolna siła roślin oplatających budynki stanowi mocny, muzyczny motyw. Inne kompozycje z albumu, takie jak dwuczęściowy utwór "Zaubergarten" (Zaczarowany Ogród) , przenoszą słuchaczy do magicznych przestrzeni, czerpiąc inspirację z muzyki i osobowości brazylijskiego czarodzieja, Hermeto Pascoala. Znajdziemy tu także intymny "Song For The Night – dedykowane Carli Bley" . Rebecca Trescher stworzyła na "Changing Perspectives" dzieło, które wymaga od słuchacza otwartości, oferując w zamian muzykę pełną wyobraźni, która nie boi się pytać: "Czy to naprawdę działa tak, jak sobie wyobrażałam?" . Makar Novikov Quintet – "Long Journey" "Long Journey" to długo wyczekiwany debiutancki album kontrabasisty Makara Novikova , artysty o ugruntowanej pozycji (współpracował m.in. z Jimmym Cobem, Clarkiem Terrym i Jimmym Heathem), który w lutym 2022 roku zdecydował się na emigrację do Europy z powodów czysto politycznych. Choć Makar nie precyzuje, że chodziło bezpośrednio o inwazję Rosji na Ukrainę (która rozpoczęła się w lutym 2022 roku), kontekst czasowy oraz użycie określenia "osobiste i polityczne zawirowania" na początku 2022 roku silnie sugerują, że agresja na Ukrainę była bezpośrednią przyczyną lub jednym z katalizatorów tej decyzji . Album jest muzyczną refleksją na temat jej następstw i początku nowego życia w sercu kontynentu. Trzeba uczciwie przyznać, ze Novikov, absolwent The New School w Nowym Jorku i Akademii Muzycznej Gnessin w Moskwie, dość szybko po schowaniu dyplomu w kieszeń, stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych basistów. Jego kariera międzynarodowa była dynamiczna (występy na Montreux Jazz Festival, w Ronnie Scott’s, czy Smalls Jazz Club w Nowym Jorku), jednak osobiste i polityczne zawirowania zmieniły jego drogę. Album, którego tytuły kompozycji – takie jak „Emergency Exit” , „Free Fall” czy „Desert Island” – opowiadają najwyraźniej jego historię, to - jak stwierdził krytyk „Jazz thing”: "To wszechstronnie udany debiut, który łączy inteligencję z intuicją, a precyzję z kreatywnością" . Mimo ciężaru tematyki, w muzyce Makara Novikova słychać optymizm i nadzieję – szczere, poruszające pragnienie piękna . Jest to otwarty, taneczny modern jazz, którego celem jest łączenie ludzi. Makar Novikov, obecnie rezydujący w Berlinie i będący aktywnym pedagogiem w Siena Jazz University, zebrał międzynarodowy kwintet, by stworzyć album - świadectwo powążnej, życiowej zmiany. "Long Journey" to więc podróż pełna emocji, która potwierdza, że nawet w obliczu największych wyzwań, jazz pozostaje siłą napędową i źródłem nadziei. Billy Hart Quartet – "Multidirectional" N agranie ze Smoke Jazz Club, Nowy Jork, zespoł w składzie : Mark Turner (saksofon tenorowy), Ethan Iverson (fortepian), Ben Street (kontrabas), Billy Hart (perkusja). Spojrzenie na okładkę, oddech i... westchnienie. Patrzy na mnie uśmiechnięty, starszy Afroamerykanin i pierwsze, co przychodzi do głowy to myśl: "będzie nudne, standardowe swingowanie". Uprzedzenia bywają mylące, a w tym przypadku – wręcz bolesne. Zespół Billego Harta daje po nosie, jak mało kto. Ten skład to istne łyse konie jazzu , wyjadacze sceny, którzy grają ze sobą od dwudziestu lat – dłużej, niż trwa wiele małżeństw. I tę dojrzałą, niezwykle silną chemię słychać w każdym takcie. Album Multidirectional to hołd złożony zarówno dyscyplinie, jak i całkowitej wolności, nagrany na żywo z okazji zbliżających się 85. urodzin mistrza perkusji, Billy’ego Harta. Muzyka jest niegłośna, eksperymentalna i bardzo odważna , daleka od konwencjonalnego swingu. To improwizacja o najwyższej, niezwykle dojrzałej technicznej precyzji. Sam Hart doskonale opisuje swoich kolegów: Mark Turner „błyszczy jak klejnot”, Ben Street „wie lepiej, co zagram i jak zagram”, a Ethan Iverson „wie, jaką muzykę najbardziej lubię”. Multidirectional to reinterpretacja starszych utworów zespołu oraz coverów, które w tym wykonaniu zyskują fascynujące nowe barwy. Całość została zagrana w stu procentach na żywo . Zespół zabiera słuchaczy w wiele nieoczekiwanych miejsc. Najlepszym przykładem jest świeża interpretacja klasycznego „Giant Steps” Johna Coltrane’a, do którego Iverson wprowadza intrygujące, nowe struktury motywiczne, a sekcja rytmiczna tworzy taneczny groove, który nie boi się porzucić tonów pedałowych na rzecz śmiałego swingu. W balladzie „Song For Balkis” (dedykowanej córce Harta) perkusista rozpoczyna pokazowym popisem na tom-tomach, by przejść do lirycznego poematu tonalnego. Mark Turner rozwija logiczną narrację, a Ethan Iverson wywołuje spokojny, senny nastrój. Kontrastem jest utwór „Amethyst” (dedykowany żonie), który z balladowego rubato przechodzi w abstrakcyjny jazz modalny, z Turnerem na czele. Dzięki muzykalności płynącej w ich żyłach, Billy Hart Quartet emanuje elegancją i mądrością. Energia, niekonwencjonalna technika i wyrafinowany gust Billego Harta budzą nieustający podziw – i udowadniają, że to, co ma być nudne , bywa najbardziej rewolucyjne. Horse Lords & Arnold Dreyblatt – "Extended Field" (FRKWYS Vol. 18) "Extended Field" to spotkanie dwóch pokoleń, których obsesją jest świat stroju naturalnego (Just Intonation) – starożytnego systemu strojenia opartego na harmonicznie czystych interwałach, osiąganych przez matematyczne proporcje. STOP! wyobraźmy sobie teraz statystycznego Kowalskiego, który ni cholery nie wie o czym kurde mowa. Tłumaczymy. No a dokładniej próbujemy tłumaczyć Harmonicznie Czyste Interwały (Just Intonation) dla Kowalskiego Żyjemy w świecie muzycznym zdominowanym przez system zwany strojem równomiernie temperowanym (Equal Temperament). Jest to system, którego używa niemal każdy współczesny instrument klawiszowy (pianino, syntezator) i który uważa się za standardowy . Czym jest Strój Równomiernie Temperowany (Nasz Standard)? Wyobraź sobie, że masz tort i musisz go podzielić na 12 idealnie równych kawałków (to jest 12 półtonów w oktawie). Zaleta: Każdy kawałek jest identyczny. Dzięki temu możesz zagrać dowolną melodię w dowolnej tonacji i zawsze będzie brzmiała poprawnie i spójnie . Wada: Aby utrzymać tę idealną równość, interwały takie jak tercje, kwarty czy kwinty są delikatnie, wręcz minimalnie fałszywe (rozstrojone) w stosunku do naturalnych praw fizyki dźwięku. Nasze ucho przyzwyczaiło się do tego kompromisu, bo dzięki niemu muzyka jest uniwersalna. Czym są Harmonicznie Czyste Interwały (Just Intonation)? To jest powrót do fizyki i matematyki dźwięku . Harmonicznie czyste interwały opierają się na stosunkach liczb całkowitych . Przykład: Kiedy dwie struny wibrują idealnie czysto, ich stosunek częstotliwości to np. 3:2 (czysta kwinta) lub 4:3 (czysta kwarta). Zaleta: Kiedy instrumenty są nastrojone w ten sposób, akordy brzmią niesamowicie czysto, rezonująco i błyskotliwie (Dreyblatt nazywa to sonicznie promieniującym światem ). Ucho nie słyszy żadnych "błędów", a dźwięk wydaje się gęstszy i bardziej wciągający – stąd efekt transowy. Wada: Ten system jest nieelastyczny . Działa idealnie tylko w tej jednej konkretnej tonacji, na którą instrumenty zostały nastrojone. Zmiana tonacji o pół tonu powoduje, że cała reszta akordów brzmi dziwnie lub fatalnie (jak w przypadku źle nastrojonych, zmodyfikowanych instrumentów Horse Lords i Dreyblatta). Mamy zatem tu do czynienia z fascynującą, intergeneracyjną kolaboracją, będącą 18. częścią serii FRKWYS. Arnold Dreyblatt – pionier amerykańskiej awangardy, który eksplorował Just Intonation już w latach 70. w Nowym Jorku – spotyka się z zespołem Horse Lords , który zaczął aplikować ten radykalny system cztery dekady później. Horse Lords to kwartet z Baltimore, który od 2010 roku łączy renesansową kontrapunktową tradycję z muzyką eksperymentalną, inspiracjami folkowymi i polirytmicznymi matrycami. Ich filozofia jest głęboko polityczna: „Jak możemy nasycić bezsłowną muzykę radykalnym przesłaniem politycznym?” – pytają. Zespół ten, znany z angażowania się w społeczne i polityczne normy (widać to po tytułach utworów, np. „Wildcat Strike” czy „Truthers”), świadomie gra na instrumentach przystosowanych do mikrotonalności. Efekt współpracy to potężne, wibrujące środowisko harmoniczne, podsycane przez wspólne zamiłowanie do rytmu. Muzyka jest intensywna i gęsta; to nie jest łatwe słuchanie, ale nagroda za cierpliwość to przeniesienie w stan niemal transowy . Album jest dowodem na to, jak skutecznie można połączyć dyskretne, ale pokrewne estetyki – Dreyblatta, który skupia się na fizyce dźwięku, z post-rockową energią Horse Lords. Extended Field to nie tylko płyta, ale manifest przeciwko kompromisom narzucanym przez standardowy strój równomiernie temperowany. To radykalne, sonicznie promieniujące spotkanie, które osiąga małżeństwo estetyczne na wieki. Dla fanów minimalizmu, eksperymentu i poszukiwania nowych harmonii, Extended Field to obowiązkowa, a zarazem wymagająca pozycja, która dosłownie redefiniuje, jak rozumiemy czystość dźwięku. DYCHA NA JAZZDĘ, CZYLI WESPRZYJ NAS Jeśli cenisz sobie recenzje, które potrafią zajrzeć pod powierzchnię i połączyć jazz z awangardą, polityką czy osobistymi historiami – to znaczy, że jazzda.net jest dla Ciebie. Wspieramy ambitne projekty, które łamią stereotypy, a takich w tym listopadzie było wyjątkowo dużo. Chcesz pomóc nam pisać i publikować więcej takich materiałów? Postaw nam kawę! Dla Ciebie to tylko dycha, a dla nas to jak akord otwierający nową wspaniałą płytę, która burzy wszelkie granice . Tu https://buycoffee.to/jazzda.net
- Jazz i Św. Roch, czyli rozmowy na przecince lasu, Cz. II: Piątkowy senny Obłok
Piątkowa Noc: Jazz na Sennie Obłapanie (Wersja Alternatywna III) Miły, po ciężkim dniu z nową siekierą Hultafors (której nadal żałował używać, gdyż za bardzo galanta była, żeby tą siekiera drzewo rąbać), zasnął szybko, twardo, wyczekując. Leżał na boku, wciągając powietrze w równym tempie, ale jego umysł pędził już przez eteryczną knieję. GDYBY INTERESOWAŁA CIĘ PIERWSZA CZĘŚĆ TEKSTU DAJ NURA W TEN LINK Nie czekał długo. Wkrótce najpierw znów pofrunął we śnie nad polanką na przecince, z piaszczystą ziemią i wystawionym na słońce korzeniem, krążył nad nią jak wrona szukająca orzecha, gdy polanka zamieniła się w miękki obłok, a z mgły wyłoniła się majestatyczna postać. Był to Roch. Święty Roch. Wyglądał dokładnie tak, jak ten z boku w kościele, z psem u stóp, ale bez tego kościelnego, srogiego osądu w oku. Raczej był to kumpel, z którym bez wahania pójdziesz na piwo. – No i co, kawalerze – odezwał się Roch tubalnie, a jego głos brzmiał jak dobrze nastrojony kontrabas . – Mówiłem, że wrócić w piątek? Jąką dzisiaj noc mamy? Taż wtorkową! W czym dieło? Miły nie był w nastroju do uprzejmości. Podniósł się na łokciu na swym obłoku i machnął ręką z irytacją. – Mówiłeś, Święty, mówiłeś. Ale ja mam do ciebie pretensję. Ty mnie w maliny wpuszczasz z tym Udałowem! W maliny kurna. Roch uniósł brew, a pies u jego stóp, ten sam co to przyniósł mu chleb spod Piacenzy, warknął cicho, jakby wyczuł fałszywą nutę. – W jakie maliny, Miły? O dżez chodzi? – No a o co! – wybuchnął Miły. – Ty mi tu opowiadasz banialuki, że on dżez lubi, że to jego muzyka. Święty, on nie ma zielonego pojęcia, co to jest dżez! Dla niego muzyka kończy się na tym, co leci w radiu w traktorze u sołtysa. Puściłem mu ostatnio kawałek, to zapytał, czy mi się łożysko w mózgu zatarło. On tego nie czuje, on tym gardzi! To jest człowiek prosty jak trzonek od siekiery, a nie żaden meloman. Roch westchnął głęboko, a dźwięk ten przypominał powietrze schodzące z wielkiego miecha organowego więc na moment wszystkie ptaki zastygły. Przefrunął ze swojego oboku, Usiadł obok Miłego i popatrzył na niego z politowaniem, jak mistrz patrzy na ucznia, który trzyma dłuto odwrotną stroną. – Oj, Miły, Miły... Małej wiary jesteś. Patrzysz oczami, a nie uszami duszy. – Uszami duszy to ja słyszę, jak on chrapie – odparł Miły. – Dajmy spokój, poszukajmy kogoś innego. Może leśniczy? On ma chociaż maturę. – Nie! – zagrzmiał Roch, aż obłokiem zatrzęsło. – Żaden leśniczy. To musi być Udałow. – Ale dlaczego?! – jęknął Miły. Roch pochylił się i szepnął konspiracyjnie: – Bo on jest Wybrańcem, Miły. Miłemu aż zatrzęsło śledzioną. – Kim?! Udałow? Wybrańcem? Chyba do noszenia kłód. – Nie bluźnij rytmicznie – skarcił go kategorycznie Święty. – Sprawdzałem w kartotekach na Górze. Udałow to jest, w terminologii niebiańskiej, "Utajony Polirytmiczny Monolit". On nie wie, co to dżez, bo mu nikt prawdziwego dżezu nie pokazał. On myśli, że to pitu-pitu. Ale w środku? W środku, Miły, w tym chłopie siedzi beat, swing i groove, jakiego świat nie widział. Przypatrz mu się przy robocie Miły. Jak on macha siekierą, to nigdy nie uderza na "raz". On uderza z opóźnieniem, albowiem on synkopuje instynktownie! – Macha jak macha, byle wióry leciały – mruknął nieprzekonany Miły. – Mylisz się. Jego serce bije w 5/4, tylko on to bicie zagłusza kiełbasą, trójglicerydami z wódy i narzekaniem. Musisz się przebić przez tę skorupę. On jest stworzony do dżezu, tylko dżez musi być taki jak on. Twardy. Mocny. Niegrzeczny. Roch sięgnął do kieszeni habitu i wyjął to swoje dziwne, niebiańskie radio. – Skoro twierdzisz, że on nie wie, co to dżez, to musimy mu zresetować system. Musimy mu puścić coś, co brzmi jak rock and roll, ale jest czystym dżezem. Coś, co ma energię jak spadająca sosna. Święty podkręcił gałkę. Z głośnika buchnęło coś, co brzmiało jak fortepianowa nawałnica wsparta połamaną perkusją. – Słuchaj tego, Miły. To jest The Bad Plus. To jest dżez dla tych, co myślą, że dżez jest nudny. To jest ich płyta "These are the Vistas". Konkretnie, utwór "Keep the Bugs Off Your Glass and the Bears Off Your Ass". – Nazwa do dupy, ale rąbią zdrowo – przyznał Miły, czując, jak noga sama zaczyna mu chodzić bez jego wiedzy i woli. A święty jeszcze kręcił w radyjku. - Albo posłuchaj jeszcze tego co ostatnio nagrali w listopadzie, Jure Pukl z kumplami. Genialne… Jure Pukl, Cztery Żywioły i Maszyna: Album "Analog AI" Jure Pukl to słoweński saksofonista, którego bałkańska dusza kipi nieposkromioną energią, a międzynarodowe doświadczenie wyostrzyło jego jazzowy zmysł. Najnowszy album, "Analog AI" (28 Listopad 2025), nagrany z międzynarodowym kwartetem w składzie: John Escreet (fortepian), Joe Sanders (kontrabas) i Christian Lillinger (perkusja), to muzyczna deklaracja w erze algorytmów: bo ludzka improwizacja jest wciąż najdziksza. Złamany Rytm i Wojna z Nudą "Analog AI" to album, który atakuje słuchacza bez ostrzeżenia. Jest szybki, prowokujący i technicznie wyrafinowany, stawiając muzykę jako kontrapunkt dla chłodnej, przewidywalnej sztucznej inteligencji. To - jak mówią autorzy - muzyczna imitacja analogowej sztucznej inteligencji, która przypomina o tym, że muzyka jest najbardziej liryczna, gdy powstaje w danej chwili, przed żywą publicznością. Jure Pukl foto Aljoša Videtič Pukl, lider, szasta solidnym brzmieniem saksofonu, które jest kręgosłupem tej szalonej struktury. Gra czasem nerwowo, szybko, a za chwilę cichutko, lekko. Liryczne, nowoczesne linie basowe Joe Sandersa stanowią kotwicę, ale to, co dzieje się w sekcji rytmicznej, zasługuje na osobną analizę. Niebiańska Intelektualna Fabryka Lillinger'a To, co Christian Lillinger wyprawia za perkusją, to fenomen. Jego gra jest niebiańsko intelektualna , ale jednocześnie osadzona w szalonym, realnym pędzie. Pomyślcie o tym: gra z prędkością pracownika fabryki pędzącego na poranny tramwaj do zakładu , a jednak zachowuje absolutną delikatność. Lillinger gra szybko, ale nie roztacza wokół zespołu pola siłowego, nie zagłusza – on jest wszędzie , ale nigdy nie jest natarczywy. Dostarcza złamane, technicznie wyrafinowane rytmy, które są tak inteligentne, że mogłyby same napisać kod. To ten rodzaj perkusji, który prowokuje, a nie tylko akompaniuje, zmuszając słuchacza do ciągłej uwagi i weryfikacji. To nie tylko efekt kręcenia gałkami przez realizatora dźwięku. Usłyszeć jednocześnie Johna Escreeta i Christiana Lillinger'a w jednym kwartecie to jedno z moich największych marzeń John Escreet na fortepianie to czysta siła. Jego improwizacje są nieprzewidywalne, idące często pod prąd logice, idealnie oddając chaos i twórczy bunt. Kontrast między jego wolnością a precyzją Lillinger’a buduje niesamowite napięcie. Cały kwartet – z Joe Sandersem dostarczającym nowoczesne, liryczne linie basowe – operuje językiem, który jest wymagający, ale wciągający. To kwartet starych przyjaciół, który doskonale się rozumie, nawet w środku sonicznego kataklizmu. – Widzisz, słyszysz? – uśmiechnął się Roch. – To jest klucz do Udałowa. On jest Wybrańcem, Miły, pamiętaj. Jak on to usłyszy, to się w nim ten wewnętrzny metronom obudzi. Tylko musisz być cierpliwy. W dżezie, jak w lesie, nic nie rośnie od razu. Miły, słuchając tej szalonej, saksofonowo-perkusyjno-fortepianowo-kontrabasowej pląsawicy, czuł, jak jego wątpliwości powoli topnieją. Może jednak Roch miał rację? W końcu świety, to święty, wie lepiej… Może w tym Udałowie faktycznie siedzi słynny jazzfan wybraniec, ten jeden jedyny, poszukiwany jak Święty Graal, tylko póki co drzemie przywalony stertą gałęzi? – Dobra, Święty. Spróbuję jeszcze raz – westchnął Miły. – Ale jak on mnie siekierą pogoni za te "kocie muzykie", to będziesz mnie musiał w tym niebie szybciej zameldować. – Spokojna twoja rozczochrana – mrugnął doń Roch po przyjacielsku, jak prezes korporacji do pracownika. – A teraz wracaj. Budzik dzwoni na szychtę. I pamiętaj: Udałow to Wybraniec. Nie zmarnuj tego. Sam skorzystaj. Miły obudził się z głową pełną dźwięków i dziwnego poczucia misji. Udałow... Wybraniec... Kto by pomyślał. A mlaszcze jak żre śląską nie gorzej od świni. Dycha na jazzdę, czyli wesprzyj nas Jeśli cenisz sobie recenzje, które potrafią zajrzeć pod powierzchnię i połączyć muzykę z innymi dziedzinami sztuki, to znaczy, że jazzda.net jest dla Ciebie. Wspieramy ambitne, niekomercyjne projekty, takie jak ten. Chcesz pomóc nam pisać i publikować więcej takich materiałów? Postaw nam kawę! Dla ciebie to tylko dycha, a dla nas jak akord otwierający nową wspaniałą płytę, taką jak właśnie to "Analog AI" Jure Pukl'a .
- Notatka prosto z pościeli: Öström POKAZ Wakeiko Island – Lekarstwo na jesienną Infekcję
Kochani Leżę rozłożony. Jakieś licho mnie wzięło – grypa, przeziębienie, diabli wiedzą co. Sił na pełną recenzję, która sprawiedliwie odda ten album, nie mam absolutnie. Ale muszę Wam powiedzieć o "Wakeiko Island" – wspólnym projekcie pianisty Andriia Pokaza i perkusisty Magnusa Öströma . Muszę bo jest zbyt dobra, aby ją kompletnie przemilczeć. To jest płyta-pocieszenie. Płyta-inhalacja. To jest tak cudownie nordyckie w duchu, a jednocześnie tak ciepłe i osobiste. Dla mnie, słuchanie Andriia Pokaza to ciągła, słodko-gorzka tęsknota za moim ukochanym Esbjörnem Svenssonem . Słyszę w tych dźwiękach echa E.S.T., tę charakterystyczną przestrzeń, melancholię i melodyjność, która leczy duszę. A przecież Pokaz gra wspólnie z Magnusem Öströmem – bębniarzem, który współtworzył legendarny Esbjörn Svensson Trio! To musi działać i działa w maksimum. Jest tu maximum ducha skandynawskiej północy i minimum nudy. Jeśli szukacie muzyki, która pogładzi, otuli i przypomni o pięknie, nawet gdy za oknem szaro, a w kościach łamie – to jest to. Cudowna płyta. Wracam do herbaty z miodem, ale Wy posłuchajcie! Czytelnik Jazzdy, Tomasz S. podpowiedział na Fejsbuku, że ponowie nagrali fajny klip, i dzięki jego poleceniu, podrzucam, obejrzyjcie: Ocena: 5/5, bo leczy. Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa. Przypomniałem sobie. Ja nie oceniam płyt. Ale jestem chory, to sobie wybaczam. To gorączka. Andrii Pokaz (Ukraina) – młody, ale już uznany pianista jazzowy, charakteryzujący się lirycznym i wciągającym stylem. Magnus Öström (Szwecja) – legendarny perkusista, jeden z filarów kultowego Esbjörn Svensson Trio (E.S.T.). POMOCY! (MAGLINIA TRWA!) Jeśli cenisz tę niezależną, cudną muzykę, rozważ wrzucenie "dychy" na BuyCoffee. Walczę z chorobą w odmetach koca i bez wsparcia mogę nie odzyskać sił na kolejną recenzję. Nie dajcie zginąć antykrytykowi! https://buycoffee.to/jazzda.net
- List Otwarty do Ministry Zdrowia: Czas na refundację "Return to Revisited" Krystyny Stańko
Szanowna Pani Ministro, Szanowni Państwo w resorcie, Półtora roku temu, na łamach portalu Jazzda.net , wystosowałem gorący apel do Pani poprzedniczki. Prosiłem, błagałem, a wręcz domagałem się wpisania ówczesnej płyty Krystyny Stańko "Eurodyka" na listę leków refundowanych. Argumentowałem to w sposób – wydawałoby się – nie do podważenia: muzyka ta powinna rozbrzmiewać w szpitalach, przychodniach i wszędzie tam, gdzie skołatane nerwy suwerena wymagają ukojenia, spokoju i piękna. Niestety, mój apel pozostał bez echa . Resort milczał, a naród nadal musiał radzić sobie ze stresem bez wsparcia systemowego w postaci najwyższej próby jazzu. Dziś jednak przychodzę do Państwa z propozycją "nie do odrzucenia". To szansa na rehabilitację i zrewanżowanie się za tamten brak odzewu. To moment, by nie doprowadzić do kompletnej kompromitacji resortu, który ignoruje najskuteczniejsze metody terapeutyczne. Oto bowiem mamy do czynienia z nową pigułką szczęścia – albumem "Return to Revisited" . Spójrzcie wokoło, moi drodzy; Jeśli zerkniecie, ujrzycie, jak kochać ; Życie jest rajem, gdy jesteśmy razem; W jaką grę zagramy dziś? Tym razem Krystyna Stańko, wokalistka o charakterystycznym, welwetowym kontralcie, zabiera nas w podróż do źródeł swojej muzycznej drogi. Sięga po twórczość nie tylko jazzowej legendy – Chicka Corei i jego kultowej formacji z lat 70., Return to Forever . To właśnie ten amerykański zespół jazz fusion, wymieniany jednym tchem obok Weather Report czy Mahavishnu Orchestra, zdefiniował brzmienie tamtej dekady. Dla Stańko, która u progu swojej artystycznej drogi zetknęła się z albumem nagranym z brazylijską wokalistką Florą Purim, było to doświadczenie formujące. Wyjątkowe linie melodyczne, wirtuozeria, bogactwo rytmów i wyrafinowane harmonie stały się impulsem do jej własnego rozwoju. "Return to Revisited" to hołd dla tego wielkiego innowatora, ale hołd przewrotny i intrygujący. Dlaczego? Ponieważ na płycie poświęconej jednemu z najwybitniejszych pianistów w historii jazzu... nie ma instrumentów klawiszowych . To odważny zabieg, który przenosi te kompozycje na zupełnie nowy, współczesny grunt. Utwory takie jak Crystal Silence , 500 Miles High czy Children’s Song zyskały nowe, często zaskakujące aranżacje. Człowiek chce po prostu być szczęśliwy. Odrzućcie rzeczy, które nie powinny być, uwolnijcie go! Życie jest rajem, wszyscy razem. W co dzisiaj pogramy? Siłą tego "leku" jest jego skład chemiczny – czyli zespół. Krystyna Stańko postawiła na rozbudowane, sześcioosobowe remedium: Krystyna Stańko – śpiew (głos, który sam w sobie obniża ciśnienie krwi lepiej niż farmakologia), Dominik Bukowski – wibrafon, kalimba, xylosynth. Obecność tego wirtuoza wibrafonu to gwarancja brzmieniowej przestrzeni i magii, która jest absolutnie kluczowa dla terapeutycznego efektu płyty. Marcin Wądołowski – gitary, Szymon Łukowski – saksofon, flet, Paul Rutschka – gitara basowa. I wreszcie, sekcja rytmiczna, o której trzeba wspomnieć osobno. Mikołaj Stańko na perkusji. Obserwuję rozwój tego muzyka z nieskrywanym podziwem, patrząc na to, co wyprawia w innych składach, zwłaszcza w znakomitym kwartecie Filipa Żółtowskiego. Na "Return to Revisited" Mikołaj udowadnia, że jest perkusistą kompletnym – potrafi napędzać zespół mocnym rytmem, by za chwilę przejść w subtelne, malarskie wręcz granie, jak tu na tej płycie. Jest sposób, aby to znaleźć. To jest w tobie, nie widzisz? Znajdź prawdę. To jest możliwe, gdy jesteśmy razem. W co dzisiaj pogramy? To właśnie dzięki tej sekcji rytmicznej album oferuje nie tylko ukojenie, ale i niezbędną stymulację. W protokole leczenia szczególną uwagę proszę zwrócić na energetyczną wersję utworu Sometime Ago . Osobom, które potrzebują natychmiastowego zastrzyku witalności, można, a nawet należy prezentować tę kompozycję bez ograniczeń – działa ona skuteczniej i szybciej niż podwójne espresso. Całość materiału cechuje bogactwo kontrapunktów, faktur i zróżnicowanie nastrojów. Mamy tu energię fusion zderzoną z liryzmem, precyzję wykonawczą z luzem improwizacji. Teraz jesteśmy tu wszyscy razem Wolni, aby mieć, robić i być tym, co widzimy Po raz pierwszy, wszyscy razem W co dzisiaj pogramy? Pani Ministro! Jeśli ten list znów trafi do niszczarki, a "Return to Revisited" nie znajdzie się w apteczkach pierwszej pomocy psychicznej Polaków, będziemy zmuszeni podjąć radykalne kroki. Redakcja Jazzda.net jest gotowa rozpocząć ogólnopolską akcję zbierania podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o "Wprowadzeniu poprawy ogólnego samopoczucia społecznego metodą Krystyny Stańko" . Proszę nie kazać nam wychodzić na ulice (z głośnikami). Proszę po prostu posłuchać. Z muzycznym pozdrowieniem, Redakcja Od autora: W teście wykorzystałem tłumaczenie AI tekstu " What game shall we play today?" z płyty "Return to Forever" Chicka Corei, których autorem jest Neville Potter Wesprzyj Jazzdę! Jeśli cenisz sobie recenzje, które potrafią zajrzeć pod powierzchnię i połączyć muzykę z innymi dziedzinami sztuki, to znaczy, że jazzda.net jest dla Ciebie. Wspieramy ambitne, niekomercyjne projekty, takie jak ten. Chcesz pomóc nam pisać i publikować więcej takich materiałów? Postaw nam kawę! Dla ciebie to tylko dycha, a dla nas jak akord otwierający nową wspaniała płytę, taką jak właśnie to "Return to Revisited" Krystyny Stańko. https://buycoffee.to/jazzda.net Załączniki Autorstwa Artur Andrzej - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=46916887 Krystyna Stańko Wokalistka jazzowa, autorka tekstów, kompozytorka i gitarzystka. Swoją karierę rozpoczęła w 1988 roku w super grupie Young Power i w bluesowym zespole Dekiel, z którym wystąpiła na wielu festiwalach i koncertach w kraju i za granicą. Podczas studiów na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach za- łożyła żeński kwartet For Dee. Razem z zespołem zdobyła główną nagrodę na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie, natomiast na koncercie „Debiuty” w 1991 roku w Opolu zdobyła nagrodę im. Anny Jantar za wykonanie własnej piosenki „To idzie nowe” (Oni) Współtworzyła także świetną grupę 0-58. Uznawana jest za jedną z najważniejszych postaci polskiej sceny wokalistyki jazzowej. Jej twórczość charakteryzuje się połączeniem liryzmu, jazzowej elegancji i elementów latynoskich (szczególnie bossa novy). Jest również cenionym pedagogiem akademickim i autorką audycji radiowych (niedziela godzina 14 Radio Gdańsk, zawsze słucham w internecie). Ma na swoim koncie 14 albumów studyjnych, zyskując tym samym status doświadczonej i nieustannie poszukującej artystki. Chick Corea By Ice Boy Tell - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=99933537 Armando Anthony „Chick” Corea (1941–2021) był jednym z najważniejszych pianistów i kompozytorów w historii jazzu. Obok Herbiego Hancocka i Keitha Jarretta, jest uznawany za kluczowego innowatora w muzyce jazzowej po erze post-bopu. Był pionierem gatunku jazz fusion, zakładając na początku lat 70. słynny zespół Return to Forever . Jego twórczość charakteryzuje się eklektyzmem – od awangardowego jazzu, przez latynoskie rytmy, po muzykę klasyczną i ścisłe kompozycje. Album Return to Forever (1972) stał się inspiracją dla Krystyny Stańko i całej jej kariery. Flora Purim Autorstwa Brianmcmillen - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=11091828 Flora Purim (ur. 1942) to brazylijska wokalistka jazzowa, która odegrała kluczową rolę w ukształtowaniu brzmienia latynoskiego jazz fusion. Była jedną z pierwszych wokalistek w pierwotnym składzie Return to Forever Chicka Corei. Jej współpraca z Coreą, zwłaszcza na przełomowym albumie Return to Forever , wprowadziła do jazzu elementy brazylijskiej bossa novy i samby, co nadało formacji unikalny, eteryczny i rytmiczny charakter. Głos Purim jest często opisywany jako instrument sam w sobie, pełen improwizacji i zwinności. Jej twórczość miała bezpośredni wpływ na wokalistki takie, jak Krystyna Stańko.
- Wywiad z Anną Gadt o płycie Zbieżność przeciwieństw
Anna Gadt opowiada o swoim nowym albumie Coincidentia Oppositorum, czyli Zbieżność Przeciwieństw Robert Kozubal, Jazzda.net Materiał do Coincidentia Oppositorum nagrany był na żywo. Na ile Pani, wchodząc do studia "wiedziała" co i jak chce opowiedzieć głosem? Anna Gadt fot. Małgorzata Frączek Anna Gadt: Tak, album został nagrany na tzw. setkę, co jest częstą praktyką w przypadku albumów jazzowych i improwizowanych. Każdy z utworów ma rodzaj rusztowania, którego częścią są partytury. Poza jednym utworem partie wiolonczel były dość dokładnie zapisane, więc wiedzieliśmy, co wydarzy się w warstwie instrumentalnej. Tematy, które śpiewam czasem są zapisane, jak w utworach "Hope", "Little Snake", a niekiedy improwizowane, jak w „Song of the open Road” i w otwierającym płytę „Collapse”. Każdemu utworowi towarzyszy jakaś historia, cytat lub motto i w tym sensie wiedziałam, co chcę opowiedzieć. Jazzda.net : Otwarcie płyty to jednocześnie cytat z powieści "Wyznaję" Jaume Cabre połączony z "...We śnie" Leśmiana, które też otwiera "Mysterium Lunae". Ciekawi mnie przyczyna, zamysł – o ile taki był – sięgnięcia po takie cytaty? Anna Gadt: Poprosiłam, by Milan Rabij, który jest autorem tej kompozycji i aranżerem wszystkich utworów na płycie, napisał coś bez moich sugestii i wytycznych. Wprawdzie wiedziałam, jaki jest pomysł kompozycyjny, ale cały utwór usłyszałam dopiero w studiu. Zanotowałam skojarzenia, pojedyncze słowa lub cytaty i w ten sposób przygotowałam materiał wyjściowy, którym podczas sesji nagraniowej swobodnie żonglowałam. Wybrałam fragmenty nie tylko z obecnego, ale i poprzednich albumów. Jest tutaj Leśmian, Miron Białoszewski i tytuł albumu "Breathing" oraz książka „Wyznaję” - na tyle ważna dla mnie powieść, że regularnie do niej wracam. Początek wspomnianego fragmentu brzmi jak początek baśni – „Dawno, dawno temu…” i dlatego go zanotowałam. Niesie ze sobą skojarzenie z dzieciństwem i słuchanymi na dobranoc bajkami, ma w sobie również cień ekscytacji towarzyszącej nieznanemu. Trochę jak z książek Juliusza Verne. Ostatecznie utwór podzielił się na dwie części: w pierwszej śpiewam o przeszłości, a w drugiej korzystam z fragmentów wierszy Whitmana i Dickinson, które w dalszej części płyty stanowią oddzielne utwory. Jazzda.net : Czego dotyczy tytułowa zbieżność przeciwieństw – czy tego, że brzmicie Państwo z Warsaw Cello Quartet idealnie? Anna Gadt: Widzę ten tytuł na trzech różnych poziomach. Po pierwsze, człowiek i przeciwieństwa, które łączy w sobie. Po drugie, chcę pokazać poczucie dysonansu, które towarzyszy człowiekowi rozdartemu między własnym intymnym światem osadzonym w – nazwijmy go – starym systemie, a kosmosem i nowoczesnością, lecz nowoczesnością nie tylko ze zmianami społecznymi czy układami politycznymi, ale przede wszystkim technologią, która jak nigdy wcześniej wkroczyła w nasze życie i ingeruje w nie, czasem bez naszego udziału, a nawet woli. Wreszcie w kontekście płyty to połączenie aparatu wykonawczego wywodzącego się z muzyki klasycznej (kwartet, wiolonczele, partytury) z głosem, muzyką improwizowaną, intuicją i impulsem. Chciałam, by cały album był rodzajem dialogu między kompozycją i improwizacją, był trochę jak waga, której szale raz przechylają się w stronę kompozycji, innym razem improwizacji, ale obie są ze sobą w ciągłej i ścisłej relacji. Jazzda.net : Czy w podobnym składzie zdarzało się Pani występować, śpiewać wcześniej? Pamiętam współpracę z wiolonczelistką Annemie Osborne Extemporizing Ensemble i udział w bardzo udanej płycie pani Aleksandry Kutrzepy. Anna Gadt: Wielokrotnie współpracowałam z dużymi zespołami lub orkiestrami kameralnymi, w których obecne były wiolonczele. Wiolonczela pojawia się rownież na płycie "Misterium Lunae", ale nie śpiewałam wcześniej z kwartetem wiolonczelowym, dlatego tym bardziej cieszę się, że muzycy z Warsaw Cello Quartet wyrazili chęć współpracy. Jazzda.net : Bardzo dziękuję za rozmowę. PEŁNY TEKST NA TEMAT PŁYTY : LINK Wesprzyj Jazzdę! Jeśli cenisz sobie recenzje, które potrafią zajrzeć pod powierzchnię i połączyć muzykę z innymi dziedzinami sztuki, to znaczy, że jazzda.net jest dla Ciebie. Wspieramy ambitne, niekomercyjne projekty, takie jak ten. Chcesz pomóc nam pisać i publikować więcej takich materiałów? Postaw nam kawę! Dla ciebie to tylko dycha, a dla nas jak akord otwierający nową medytację. https://buycoffee.to/jazzda.net











