Wyżymaczka 2025: Hałasizm, decybelizm i soniczny kataklizm na koniec roku
- ROBERT KOZUBAL

- 31 gru 2025
- 10 minut(y) czytania
Zegar tyka, 2025 rok powoli przechodzi do historii, a ja czuję, że mam wobec Was – i wobec samej Muzyki – pewien dług. Przed Wami zestawienie rekomendacji, które z przeróżnych przyczyn nie znalazły się wcześniej na wirtualnych łamach Jazzdy, a powinny tam być od pierwszego dnia premiery.
Dlaczego pojawiają się dopiero teraz? Bo mimo upływu miesięcy, te dźwięki wciąż bezlitośnie dudnią w moich głośnikach i nie chcą opuścić moich słuchawek. To pozycje, obok których nie da się przejść obojętnie, i które po prostu musiały w końcu doczekać się swojego miejsca w tym cyfrowym notesie.
Długo zastanawiałem się nad ich wspólnym mianownikiem. Co łączy te wszystkie, tak skrajnie różne od siebie światy? Odpowiedź jest tylko jedna: totalne muzyczne szaleństwo. To dźwiękowa wyżymaczka, która nie zostawia na słuchaczu suchej nitki. To kataklizm, w którym decybelizm miesza się z wyrachowanym, artystycznym hałasizmem.
Dla jednych to będzie tylko ściana dźwięku. Dla nas? To czysta energia, prowokacja i dowód na to, że jazz w 2025 roku jest bardziej żywy, dziki i nieobliczalny niż kiedykolwiek wcześniej. Zapnijcie pasy i podkręćcie potencjometry – te albumy wywrócą Wasze postrzeganie gatunku do góry nogami.
أحمد [Ahmed] – Sama’a

Jeśli myśleliście, że w jazzie słyszeliście już wszystko, to wyprowadzam Was z błędu. Przed Wami kwartet [Ahmed] i ich najnowszy album Sama’a: Audition. To muzyczny trans, który łączy Londyn z Saharą i rok 2025 z dusznym latem 1958.
[Ahmed] ma jedną misję: przywrócić światu postać Ahmeda Abdula-Malika. To był wizjoner, który już w latach 50. – jako jeden z pierwszych – połączył jazz z tradycyjną muzyką arabską i afrykańską. Na nowej płycie muzycy biorą na warsztat jego kultowy album Jazz Sahara.
Ale uwaga – to nie jest grzeczne kopiowanie klasyki! Lider zespołu, pianista Pat Thomas, zamienia fortepian w instrument perkusyjny. Tu nie ma miejsca na nudne solówki. Jest za to potężny, hipnotyczny rytm, który wbija w fotel od pierwszej sekundy. Sama'a oznacza medytacyjne słuchanie muzyki i poezji - i do licha tak właśnie jest na tym albumie! Ten album pokazuje, że jazz to energia w czystej postaci. Te utwory trwają po 15-20 minut, ale gwarantuję Wam – czas przy nich płynie inaczej. To idealna propozycja dla tych, którzy szukają w muzyce autentycznego 'uderzenia' i duchowego przeżycia. Jeśli lubicie 'dawać jazzu' bez trzymanki, to jest pozycja dla Was.
Potęga i chwała na wieki.
Muriel Grossmann "Plays the music of McCoy Tyner and Grateful Dead"

Czy McCoy Tyner grał w Grateful Dead? Muriel Grossmann odkrywa karty!
Na pierwszy rzut oka to zestawienie brzmi jak muzyczne science-fiction. Z jednej strony McCoy Tyner – filar kwartetu Coltrane’a, człowiek, który zrewolucjonizował jazzową harmonię. Z drugiej – Grateful Dead, ikona psychodelicznego rocka i kalifornijskiej kontrkultury. Co ich łączy? Okazuje się, że znacznie więcej, niż moglibyście przypuszczać.
W 2025 roku, kiedy Grateful Dead świętują swoje 60-lecie, a my powoli szykujemy się do stulecia urodzin Coltrane’a, Muriel Grossmann wypuściła projekt, który rzuca nowe światło na tę relację. Tytuł? The Faster We Go, the Rounder We Get.
Kluczem do tej zagadki jest Bob Weir, gitarzysta Grateful Dead. W swoich wspomnieniach przyznał wprost: jako 17-latek obsesyjnie słuchał kwartetu Coltrane’a, ale zamiast na saksofonie, skupił się na... lewej ręce Tynera. To właśnie z potężnych, modalnych akordów fortepianu Tynera Weir wywiódł swój unikalny styl gry na gitarze rytmicznej. Ten charakterystyczny, „pływający” trans, który stał się fundamentem jam-bandowej legendy, ma swój początek w najgłębszym nurcie duchowego jazzu.
Grossmann, wspierana przez swój stały skład (Radomir Milojkovic, Abel Boquera, Uros Stamenkovic), nie bawi się w muzeum. Jak sama mówi:
„Graliśmy tę muzykę przez nasz własny filtr. To utwory innych ludzi, ale brzmią jak nasza własna muzyka”.
Na płycie dostajemy cztery potężne punkty styku:
„Walk Spirit, Talk Spirit” (Tyner): 25-minutowa mantra, która w wersji Grossmann staje się jeszcze bardziej hipnotyczna.
„Contemplation” (Tyner): Dowód na to, że cisza i przestrzeń są tak samo ważne jak gęste akordy.
„The Music Never Stopped” (Weir): Funkowy puls, który w jazzowym ujęciu nabiera zupełnie nowych barw.
„The Other One” (Grateful Dead): Eksplozja energii, gdzie „bomby basowe” spotykają się z modalną wspinaczką ku ekstazie.
To nie jest „album koncepcyjny”, a raczej żywy dowód na to, że wielka muzyka nie zna granic gatunkowych. Grossmann udowadnia, że duchowa powaga Tynera i kosmiczny luz Grateful Dead to dwie strony tego samego medalu.
Jeśli szukacie jazzu, który „płynie”, nie boi się brudu, a jednocześnie ma w sobie nieskończone pokłady duchowości – ten materiał to pozycja obowiązkowa. Jak mówi stare hasło: im szybciej pędzimy, tym bardziej wszystko staje się jednością (The Faster We Go, the Rounder We Get).
Michał Barański No Return, No Karma

Myślałem, że Michał Barański na dobre utknął w mazowieckich polach z „Masovian Mantrą”, tytuł jego nowej płyty – No Return, No Karma – jest jasną deklaracją: „nie wracam”. To nie jest sequel. To całkowity reset i ucieczka w rejony, gdzie polska ludowość jest jedynie ulotnym echem, a pierwsze skrzypce (a właściwie wiolonczelę!) grają zupełnie inne emocje.
Największym zaskoczeniem albumu jest personalna wolta lidera. Barański odłożył na chwilę kontrabas, by sięgnąć po wiolonczelę. Wybór był instynktowny – to właśnie od wiolonczeli zaczęła się jego muzyczna droga. Ten powrót do korzeni czuć w każdym klasycznym muśnięciu strun, które nadaje płycie niemal kameralny, filharmoniczny sznyt.
Indie wciąż są tu obecne, ale w zupełnie innej skali. O ile na poprzedniej płycie Konnakol (indyjska rytmika wokalna) był efektowną przyprawą, o tyle na No Return, No Karma staje się on szkieletem konstrukcyjnym. Słyszymy tu skomplikowane, kilkunastotaktowe frazy rytmiczne, które zostały bezpośrednio przełożone na kompozycje instrumentalne. To już nie jest „jazz z elementami Indii” – to matematyczna precyzja tabli i wokalnych rytmów, która dyktuje warunki całej sekcji.
Mazowsze? Pojawia się tylko w formie subtelnych cytatów, krótkich mrugnięć okiem do słuchacza. Barański świadomie rezygnuje z eksploatacji polskiego folkloru jako głównej osi płyty. Zamiast tego dostajemy potężną dawkę Jazz World Music. Kompozycje są tak gęste i wielowarstwowe, że każdy ich fragment mógłby stać się bazą dla zupełnie oddzielnego kawałka. To muzyka-matka, z której można czerpać garściami.
Na koniec technologia, która zmienia zasady gry: Dolby Atmos. Album został zarejestrowany w sposób wielowymiarowy, dzięki czemu dźwiękowa przestrzeń, otacza słuchacza z każdej strony. W połączeniu z tak złożoną architekturą utworów, Atmos pozwala „wejść” do środka zespołu i usłyszeć każde uderzenie w tablę czy drżenie strun wiolonczeli.
Michał Barański nie boi się spalić mostów. No Return, No Karma to album odważny, technicznie doskonały i – co najważniejsze – szalenie inspirujący.
Ingebrigt Håker Flaten – Drops

Skandynawski wulkan energii uderza z potrójną siłą! „Drops” to jazzowy zastrzyk adrenaliny. Płyta dla tych, którzy kochają, gdy muzyka jest dzika, nie bierze jeńców i wywraca jazzowy stolik do góry nogami. Norweski tytan kontrabasu, Ingebrigt Håker Flaten, dostarczył w 2025 ładunek wybuchowy: album Drops, czyli 45 minut czystej, nieskrępowanej wolności, która pulsuje rytmem współczesnego Oslo i Austin. Krótko i węzłowato:
O co w tym chodzi? To hołd dla pionierów free-jazzu (tytułowy utwór to kompozycja legendarnego Dona Cherry’ego), ale podany w sposób absolutnie nowoczesny. Flaten, znany z takich składów jak The Thing, udowadnia, że kontrabas w jego rękach to nie tylko instrument, to silnik odrzutowy całej maszyny.
Muzyczne szaleństwo: Płyta jest „gęsta” od pomysłów. Mamy tu wybuchowe partie saksofonów (Mette Rasmussen i Jose Lencastre), które tną powietrze niczym laser, oraz sekcję rytmiczną, która brzmi jak połączenie jazzowego combo z punk-rockową furią. To jazz, który ma „brudne” brzmienie, niesamowitą fizyczność i euforyczną energię.
Brzmienie: Drops to nie są grzeczne kompozycje do kawy. To muzyczny „gang”, który improwizuje z precyzją i pasją, porywa słuchacza w sam środek cyklonu. Jest tam wszystko co kocham. Od hipnotycznych, ciężkich groove’ów, po totalną, soniczną abstrakcję.
A tak bardziej merytorycznie? Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaahhhhhhhhhhhhh!!!
Genialne.
SML - Small Medium Large

Nie będę ukrywał – uwielbiam elektronikę w jazzie. Choć z ogromnym szacunkiem spoglądam na akustycznych purystów i ich nabożne podejście do brzmienia drewna czy czystego oddechu, uważam, że przed technologią nie ma ucieczki. Jazz od zawsze był muzyką poszukującą, a dziś te poszukiwania prowadzą prosto w objęcia procesorów, pętli i cyfrowej manipulacji.
Najlepszym dowodem na to jest album grupy SML (Small Medium Large), który – mówiąc wprost – wywraca jazzowe flaki na drugą stronę.
To, co zrobili muzycy z Los Angeles (ekipa współpracująca z Jeffem Parkerem czy Makayą McCravenem), to dla wielu tradycjonalistów świętokradztwo. SML wzięli żywą, organiczną improwizację i poddali ją brutalnej, cyfrowej obróbce. Ta płyta cyfryzuje gatunek w sposób totalny. Nawet jeśli intencją artystów nie była czysta prowokacja, to sam proces twórczy – cięcie, wklejanie, zapętlanie i filtrowanie żywych instrumentów – staje się manifestem. To jazz, który nie boi się bycia „sztucznym”, bo w tej sztuczności odnajduje nową, miejską autentyczność.
Jak powstał ten patchwork? Metoda pracy SML przypomina pracę chirurga lub montażysty filmowego:
Krok 1: Godziny dzikich, wspólnych improwizacji w studio.
Krok 2: Bezlitosna selekcja i cięcie materiału na cyfrowe „sample”.
Krok 3: Budowanie z tych kawałków zupełnie nowej architektury dźwięku.
Efektem jest dubowy, funkujący trans, który pulsuje neonowym światłem L.A. To nie jest muzyka do filharmonii, to ścieżka dźwiękowa do świata, w którym analogowa dusza utknęła w cyfrowym procesorze. Ta płyta brzmi jak żywy organizm. Nie ma tu miejsca na popisowe solówki pod publiczkę – liczy się klimat, puls i tekstura dźwięku. To ścieżka dźwiękowa do nocnego spaceru po neonowym mieście, które nigdy nie kładzie się spać. SML to kwintet z L.A., który udowadnia, że studio nagraniowe może być tak samo ważnym instrumentem jak saksofon czy kontrabas. I Efekt? Płyta, która wciąga jak bagno i nie chce puścić. Dla fanów Makaya McCravena czy Tortoise – absolutny mus!
Ned Rothenberg – Looms & Legends

Na ten moment czekaliśmy 13 lat. Ned Rothenberg – człowiek, którego warsztat i artystyczna konsekwencja są dla mnie wzorem – powraca z albumem solowym, staje sam na sam z drewnem, metalem i oddechem. W świecie, gdzie wszystko musi być „szybciej” i „głośniej”, Rothenberg wybiera drogę pod prąd, udowadniając, że to twórczość wybiera artystę, a nie odwrotnie.
Każda solowa płyta to rodzaj spowiedzi. Tutaj Rothenberg rozmawia ze swoimi instrumentami (saksofon altowy, klarnet basowy, flet shakuhachi) z taką czułością i brutalną szczerością, że słuchacz czuje się jak podglądacz. To zapis czystej, fizycznej relacji muzyka z materią.
Warsztatowa wyżymaczka: Choć album bywa wymagający, Ned posiada rzadką umiejętność: potrafi trzymać uwagę słuchacza w ryzach. Wykorzystuje oddech cyrkulacyjny i multiphonics nie po to, by się popisać, ale by „tkać” dźwiękowe legendy (tytułowe Looms & Legends).
Paradoks tła: To fascynujący materiał. Z jednej strony możecie go puścić jako hipnotyzujące tło, które wypełnia przestrzeń spokojem, ale z drugiej – gdy tylko się wsłuchacie, płyta wciąga Was w głąb sonicznej króliczej nory, z której nie chce się wychodzić.
Podziwiam Rothenberga za to, że mimo trudnego rynkowo kierunku, nigdy nie odpuścił. Looms & Legends to płyta, do której się wraca, by za każdym razem odkryć inny odcień tego samego, głębokiego oddechu. To hałasizm, ale ten wewnętrzny – cichy kataklizm emocji.
Loom TM – In a Convex Mirror

To mój niespodziewany wrocławski sonoryzm pod choinkę: dadaizm, stalowe wiolonczele i zniekształcona rzeczywistość. Panowie z duetu Loom TM po prostu się ze mną skontaktowali, podrzucili materiał, a ja... utonąłem. Dosłownie. Uwielbiam takie momenty, kiedy debiut (choć w tym przypadku to debiut tylko z nazwy, bo stoją za nim doświadczone wygi) bierze cię z zaskoczenia i przemiela percepcję dźwięku. To wspaniały, odważny eksperyment - a ja takie uwielbiam i bardzo im kibicuję. Trochę o albumie pogadałem na filmie, ale w pisaniu czuję się pewniej, a poza tym płyta może w ten sposób zapaść w pamięć, a jest tego warta.
Dwaj mistrzowie, jedna wizja: Skład Loom TM to gwarancja najwyższej jakości. Marek Otwinowski (maot) to postać-instytucja: filar legendarnego kolektywu KARBIDO (pamiętacie słynny projekt „The Table”?), kompozytor teatralny i basista, który występował od Nowego Jorku po Hongkong. Partneruje mu Tadeusz Szmigiel (tadd) – saksofonista i dyrygent Wrocławskiej Orkiestry Improwizującej, mistrz elektroakustyki doceniany przez NFM.
Lustro, które zniekształca: Tytułowe In a Convex Mirror (nawiązujące do wiersza Johna Ashbery’ego) to idealny opis tej muzyki. To trwająca prawie godzinę, w pełni improwizowana rozmowa, która wykręca instrumenty na drugą stronę. Tu nie ma oczywistości. Jest za to duch dadaizmu, abstrakcja elektroakustyczna i sonoryzm, który prowokuje do własnej interpretacji.
Magia Wrocławia i technologia: Nagranie powstało w wyjątkowym miejscu – wrocławskiej Toy Piano Gallery. Panowie wykorzystali tam niezwykłe narzędzie: stalowe wiolonczele wykonane przez Pawła Romańczuka, które służyły jako akustyczny generator pogłosu. Za nagranie i miks odpowiada niezawodny Artur Majewski, co samo w sobie jest znakiem jakości.
Osobiście i subiektywnie, dla mnie To muzyczna gwiazdka w najczystszej postaci. Loom TM stworzyli album gęsty od nieoczywistych artykulacji i fascynujących barw. To dowód na to, że improwizacja może być spójną, piękną i głęboką opowieścią. Czapki z głów!
Tymon Tymański Yasstet – C’Monk
Tera będzie z tytułem, bo tak:
Stryj Teloniusz na yassowym grillu, czyli Jak polubiłem Monka (choć go nie znoszę)
Muszę się Wam do czegoś przyznać: ja nie znoszę Monka. Tak, wiem – geniusz, nowator, fundament. Podziwiam, szanuję, ale... nie kupuję tej estetyki. A przynajmniej nie kupowałem do momentu, gdy w moje uszy wjechał C’Monk. Tekst na jego temat leżał w moich roboczych wersjach na Wixie przez miesiące. Zapomniałem o nim, kurna, zapomniałem! A to jest przecież petarda, która rozsadza system. Poczytałem co lider mówił (w swoim stylu) na temat albumu i słuchajcie, bo to ciekawe
Walka z manekinami z Shaolin: Historia tej płyty to gotowy scenariusz na film. Pierwsze sesje ruszyły w 2011 roku. Jak mówi sam Tymon: granie numerów Monka to walka ze 108 legendarnymi manekinami z klasztoru Shaolin. Nawet jak pokonasz setkę, ostatnia ósemka spuści ci manto. Materiał przeleżał lata na półce, aż w końcu Tymański objął stery jako lider-pragmatyk i doprowadził ten kosmiczny projekt do brzegu.
Luminarze postjazzu: Skład to absolutna elita, ludzie z kompletnie różnych bajek, którzy pod batutą Tymona tworzą jedność: Irek Wojtczak, Tomek Ziętek, Marcin Ślusarczyk i Kuba Staruszkiewicz. A żeby było jeszcze gęściej, w nowych dogrywkach pojawili się Szymon Burnos i Jacek Prościński.
Analogowy brud i kosmiczny szum: To nie jest sterylny jazzowy album. To materiał przepuszczony przez przedwzmacniacze Great River, lampowe korektory Amtec i... studyjny magnetofon Fostexa z lat 90. Ten „szumek”, o którym pisze Tymon, to życie. To taśmowa kompresja, która dodaje muzyce ciepła, ale i brudu. Są tu elektroniczne hałasy, szumy i transgresje, które sugerują, że stryj Teloniusz właśnie nadaje do nas z innej galaktyki.
Tymon w pigułce: Czytam właśnie autobiografię Tymona Ryszarda Tymańskiego i ta płyta to idealny podkład do tej lektury. Jest tu cały on: sowizdrzalski, nieprzewidywalny, bawiący się konwencją, a przede wszystkim – czerpiący gigantyczną radochę z grania.
Czy to jeszcze Monk?
Czy już Niemonk?
Oceńcie sami.
Dla mnie to Monk przemielony przez yassową maszynkę, radosny, swobodny i totalnie odświeżający. Jeśli tak jak ja, nie po drodze Wam było z Teloniuszem – dajcie szansę C’Monkowi. To jest jazzowa wolność w najczystszej postaci.
☕ Wspieraj Jazzdę i muzykę niezależną
Jeśli cenisz moją pracę i chcesz pomóc w utrzymaniu niezależności Jazzdy, zapraszam Cię do wsparcia bloga. Każda „wirtualna kawa” to dla mnie sygnał, że warto dalej pisać o tym szalonym jazzie: 👉 https://buycoffee.to/jazzda
Do siego roku! Widzimy się i słyszymy w 2026! 🎆
ROBERT KOZUBAL





Komentarze