top of page
prelegenci

Lisa Hilton "Extended Daydream": Odwaga, by zacząć od nowa i optymizm, który leczy

W świecie jazzu często zachwycamy się „cudownymi dziećmi”, które w wieku 15 lat grają solówki Coltrane’a. Ale historia Lisy Hilton to opowieść o czymś znacznie rzadszym i trudniejszym – o odwadze drugiego aktu. O momencie, w którym masz już wszystko: stabilizację, sukces w innej branży, a mimo to decydujesz się rzucić to wszystko na szalę, by wrócić do pierwszej miłości, jaką był JAZZ.


Wielka ucieczka (i wielki powrót)

Lisa u progu dorosłości zrobiła coś niewyobrażalnego. Jako osiemnastolatka porzuciła muzykę, uznając, że klasyczny dryl zabija jej własny głos. Wybrała inną drogę – sztukę, design, sukces biznesowy. Ale jazz nie dawał o sobie zapomnieć. Powrót po latach oznaczał wielkie wyrzeczenia i tysiące godzin ćwiczeń, by odzyskać sprawność palców i odnaleźć własne brzmienie. Dziś ma swój label, gra z największymi i – co najważniejsze – niczego nie musi udawać. Spójrzcie na okładkę „Extended Daydream”: spogląda z niej na Was kobieta świadoma, spokojna i prawdziwa.


Jasność, która bije z klawiszy

To, co uderza od pierwszych sekund tej płyty, to niesamowita jasność, pogoda ducha i optymizm. Lisa Hilton nie szuka mroku, nie ściga się na skomplikowane łamańce. Jej siłą jest prostota i perfekcyjne wykonanie.

Album otwiera kamień milowy jazzu – „So What” Milesa Davisa. Ale zapomnijcie o dumnym, dusznym nastroju oryginału. W interpretacji Lisy ten temat brzmi delikatnie, skrzy się i połyskuje niczym słońce odbite w falach oceanu.

Prawdziwym popisem jest jednak utwór tytułowy. Zaczyna się subtelnym, aksamitnym saksofonem, po którym wchodzi pasaż Lisy: leciutki, zwiewny, niemal eteryczny. Po chwili wyłania się melodyjny temat, przy którym chce się po prostu bujać. Ta na wskroś amerykańska melodia ucieka od klasycznego swingu w stronę soulowego klimatu, zwłaszcza gdy fortepian, ręka w rękę, spaceruje z klarnetem.


Malowanie pod powiekami

Lisa robi coś bezczelnie pięknego: w jednym gatunkowym tyglu miesza legendarny klasyk Milesa Davisa „So What” (1959) z najświeższym, kruchym „Wildflower” od Billie Eilish (2024).

Jak to brzmi? „So What” zaczyna się od autorskiego, modalnego intro Lisy, które delikatnie, niemal szeptem, wplata się w kultowy motyw dwóch nut, by po chwili eksplodować wirtuozowską energią całego kwintetu. Z kolei „Wildflower” to popis wrażliwości – z wyciszoną trąbką Thomasa, która opowiada historię o żalu tak namacalnie, że niemal czuć go w powietrzu. Hilton ma ten dar: potrafi wziąć standard z dowolnej epoki i sprawić, że brzmi, jakby napisano go dziś rano specjalnie dla niej.


Rudy Royston (perkusja), JD Allen (saksofon tenorowy), Lisa Hilton (fortepian), Luques Curtis (bas), Igmar Thomas (trąbka)
Rudy Royston (perkusja), JD Allen (saksofon tenorowy), Lisa Hilton (fortepian), Luques Curtis (bas), Igmar Thomas (trąbka)

Siłą tej płyty jest zespół. Powrót saksofonisty tenorowego JD Allena (nagrali razem aż osiem albumów!) to strzał w dziesiątkę. Ich kompatybilność czuć w każdej nucie – posłuchajcie, jak splatają swoje linie w tytułowym „Extended Daydream” albo jak wspólnie „pękają” z energii w radosnym „Momentary Mystery”.


Kiedy wchodzi „Tropical Tuesday”, pod powiekami staje plaża i błękit, a wszystko to zasługa zachwycającego latynoskiego rytmu, na którym Luques Curtis trzyma stabilną bazę, a Rudy Royston sypie perkusyjnym blaskiem. Lisa w tym wszystkim płynie – jej solówki w „It’s Just For Now” to czysta, niczym nieskrępowana wolność.


Piękno ocalone z ognia

Ale „Extended Daydream” to nie tylko sielanka. Lisa w swoich notatkach zdradza głębszą, intymną warstwę tej muzyki. Wrażliwe melodie „Seabirds” i „Blues on the Beach” to echo pożarów, które nawiedziły południową Kalifornię. To muzyka, która rodzi się z obserwacji natury – szybowania ptaków nad popiołami, szukania ulgi w pięknie, które przetrwało.



Z kolei „Sunset Tale” i solowe, fortepianowe „Spacious Skies” to wezwanie do odnalezienia spokoju w dzisiejszych, szalonych czasach. To jazzowy powrót do korzeni, do wielkich amerykańskich kompozytorów. Słychać tu ducha Milesa Davisa, elegancję Billa Evansa, melancholię Cheta Bakera, ale też głęboki groove Horace’a Silvera czy twórczy niepokój Theloniousa Monka.

Lisa nie boi się wplatać w jazzowe odzienie pięknych, niewyszukanych melodii. One są proste, ale zagrane tak perfekcyjnie, że trafiają prosto w splot słoneczny.


Okład na życiowe potknięcia

Płyta żegna się z nami nostalgicznym, powolnym „Spacious Skies”. Brzmi to jak ciche „szkoda, że to już koniec”, jak ostatnie spojrzenie na horyzont przed powrotem do domu.


Ale zaprawdę powiadam Wam: posłuchajcie tej płyty wielokrotnie. Zróbcie z niej okład na życiowe potknięcia. Niech będzie pod ręką, gdy przyjdą gorsze chwile, gdy świat wyda się zbyt szary i ciężki. Siła optymizmu płynąca z tej muzyki doda Wam otuchy. Gwarantuję


WESPRZYJ JAZZDĘ

Pisanie o muzyce, która leczy, to dla mnie największa frajda. Jeśli ten tekst sprawił, że Twoja kawa smakuje dziś trochę lepiej, postaw mi wirtualną kawę. Dla ciebie to tylko dycha, dla mnie paliwo do następnych recenzji niezależnych artystów☕

Wspieraj Jazzdę tutaj: https://buycoffee.to/jazzda.net



Komentarze


bottom of page