Radykalny manifest. Cisza jako akt oporu. Album „Horizon”: Grzech Piotrowski, Eivind Aarset, Terje Isungset
- ROBERT KOZUBAL

- 3 dni temu
- 6 minut(y) czytania

W naszych przebodźcowanych czasach, gdy wrażliwość – onieśmielona własną kruchością – osiadła gdzieś głęboko skryta w duszach lub schowała się, wstydząc się samej siebie, takie albumy jak „Horizon” są donośnym nonkonformistycznym manifestem. To bunt, ale bunt wyrażony szeptem, który w akcie oporu przeciwko dyktaturze zgiełku i rozproszenia paradoksalnie uderza z ogromna siłą, siłą jakiej brakuje już wpisującym się w te rozwrzeszczane czasy rockowym bandom. Bo gdy wszystko wokół wrzeszczy, to cisza brzmi najgłośniej.
Zapraszam Was na spotkanie z trzema „muzycznymi freakami”, gośćmi, którzy (podobnie jak ja) nadal wierzą, że muzyka ma moc wpływania na ludzkie charaktery, a przez to ich losy. To Grzech Piotrowski, Eivind Aarset, Terje Isungset.
Grzech Piotrowski: Muzyczny marzyciel i jego świat

Grzech Piotrowski to muzyk wszechstronny, marzyciel, jakich już coraz mniej wokół. Powtórzę to, co napisałem przy okazji jego koncertu Grzech Plus: Grzech Piotrowski uwielbia wyzwania. Chciał zagrać na wulkanie – zagrał. Chciał zagrać na tratwie – zagrał (zresztą zagrał na niej m.in. z Terje Isungsetem). Zechciał również zebrać dużą, kompletnie nieoczywistą grupę muzyków jazzowych z ekstraklasy i postawić ich na scenie NOSPR – i zrobił to. Artysta, którego biografię w zasadzie określają odważne projekty, na czele z najważniejszym – World Orchestrą. To spełnione marzenie z lat młodzieńczych, powołane do życia w 2010 roku, które łączy wybitnych solistów z całego świata w jednym, wspólnym „języku duszy”.
Grzech Piotrowski to także wspaniałe projekty:
Festiwal „WSCHÓD PIĘKNA”: Autorskie wydarzenie promujące wysoką jakość i wielokulturowość, którego 10. edycja odbędzie się w tym roku na Warmii.
Projekty symfoniczne: Autor wielkich fresków, takich jak „Lech, Czech i Rus” czy „Symfonia STU”, wystawiona w Teatrze Wielkim.
Twórca formacji: Powołał do życia takie składy jak jazzowy Alchemik, Oxen, Dekonstrukcja Jazzu, Freedom Nation czy Head Up.
Terje Isungset: Najbardziej szalony perkusista świata

Jeśli szukamy definicji artystycznego „freaka”, Terje Isungset jest jego ucieleśnieniem. To prawdopodobnie najdziwniejszy i najbardziej szalony perkusista ever. W swojej karierze używa lodowych instrumentów, które wydają się pochodzić z baśni: lodowej trąby, lodowej harfy, lodowego kontrabasu, a nawet lodowego bębna. Wszystkie te instrumenty tworzone są wyłącznie zimą – z naturalnie wycinanych bloków lodu, które następnie są pieczołowicie rzeźbione, lutnicy instalują na nich struny, by wydobyć z nich unikalne brzmienie. Serio, nie nie jest żart!
W 1999 roku stworzył koncepcję Ice Music, a rok później zagrał koncert wewnątrz zamarzniętego wodospadu w Lillehammer. Od tego czasu wydał 10 albumów (m.in. „Iceman Is”, „Igloo”) i założył jedyny w swoim rodzaju Ice Music Festival w norweskim Geilo. Na „Horizon” Terje nie używa lodu, ale pozostaje wierny swojej filozofii tworzenia z elementów natury: drewna, kamieni, patyków i metali.
Co ważne, film o Terje – zatytułowany „Sound of Ice” – jest już gotowy! Ten realizowany na siedmiu kontynentach dokument pokazuje jego niezwykłą drogę i lodowy kosmos. Miejmy nadzieję, że kiedyś będzie go można obejrzeć również w Polsce.
Eivind Aarset: Naczelny czarownik i mistrz odnalezionych dźwięków

Skład uzupełnia Eivind Aarset – postać frapująca i fascynująca, który zaczynał jako rasowy rockman, by dziś stać się jednym z najbardziej intrygujących i cudownie dziwacznych poszukiwaczy w świecie muzyki improwizowanej. Aarset mówi o swojej grze jak o „zbieraniu” dźwięków i poszerzaniu dźwiękowego słownika - przez co brzmienie jego gitary dawno straciło banalnie chrapliwy ton overdrive. Jeśli odkryje nowy dźwięk – nawet przypadkiem – bawi się nim, wyczuwa go i włącza do swojego instrumentarium. Jest benedyktynem brzmienia. Dziś to są np. dłuuuugie i wyciągnięte jak Norwegia z południa na północ pojedyncze dźwięki, nie przypominające niczym tradycyjnej gitary.
W przeciwieństwie do przereklamowanego Billa Frisella – który często sprawia wrażenie kogoś, kto tylko „szuka” i nieustannie błądzi z dala od tematu ogrywanego utworu – Aarset zawsze go znajduje. On nie błąka się po obrzeżach; jest wewnątrz pieśni, pulsuje wraz z nią. Mam wrażenie, ze na „Horizon” to właśnie on pełni rolę czarownika roztaczającego magiczny klimat tła, budując kruchą, mglistą i oniryczną strukturę dźwiękową, która staje się idealnym tłem dla narracji Piotrowskiego. Grzech Piotrowski jest tu bowiem niekwestionowanym liderem – to jego saksofon nadaje ton, kierunek i tchnienie życia całemu albumowi, malując dźwiękami obrazy, które wciągają bez reszty.
Atmosfera: Muzyka, która oddycha
Przez całą płytę muzyka jest jak malowana – oddycha, pulsuje, drga, iskrzy. Przygważdża słuchacza do miejsca, domagając się bezwzględnego skupienia. To brzmienie, które przebija się przez zwykłe rozproszenie w umyśle i skupia uwagę niczym soczewka na słońcu, wypalając to, co nieistotne.
Pierwszy utwór jest jak mglisty, leniwy poranek. Muzyka wyłania się powoli, rodząc się na naszych oczach z powolnego stukotu, który wyznacza nieśpieszny rytm. Melodia meandruje, a saksofon Grzecha aktywnie maluje obraz na płótnie utkanym przez Aarseta. Nie da się nie zwrócić uwagi na grę Isungseta – to nie ma nic wspólnego z klasyczną sekcją rytmiczną. Terje jedynie „stempluje”, daje znaki: „tak panowie, trzymajcie się tej drogi”. Jest jak snop światła w ciemnościach, grając dziwniej niż najbardziej ekscentryczni perkusjoniści Toma Waitsa.
Drugi utwór, „Dunesong”, to popis Piotrowskiego, który jak mało kto wyczuwa ludowe, śpiewne melodie. Tempo nagle wzrasta, ale tylko na moment, by zaraz powrócić do onirycznego, marzycielskiego tonu. Poszczególne, długie frazy otulają słuchacza. Trudno oprzeć się skojarzeniom z jazzem skandynawskim – w końcu mamy w składzie dwóch Norwegów! Jest niezwykle ambientowo i lirycznie.
Reszta płyty to prawdziwy lodowy labirynt, w którym brzmieniowo dzieją się czary muzyczne rzadko spotykane we współczesnych produkcjach. Każdy dźwięk ma tu swoje znaczenie, każda pauza jest pełna treści. Nie ma pośpiechu, jest oddychanie brzmieniem, kontemplacja, a tempa… po prostu nie ma. Wszystko płynie jak życie.
Ta muzyczna opowieść została precyzyjnie podzielona na dwa tomy i osiem rozdziałów (pierwsze cztery utwory to tom pierwszy, kolejne cztery – tom drugi).
"Horizon" to album, który ujarzmia słuchacza swoim obezwładniającym spokojem, wchodzi do duszy bez pukania i osadza siłą w codziennym biegu, nie dając przy tym żadnej szansy na ucieczkę w bezpieczną, lecz trywialną powierzchowność. Ta muzyka działa niczym hamulec ręczny zaciągnięty gwałtownie w życiowym pędzie, lecz w przeciwieństwie do drogi, tutaj nie grozi nam katastrofa – jedyne, co może nas spotkać, to zbawienne opamiętanie, nagłe zatrzymanie się i prawdziwa, głęboka pobudka. Właśnie w tym geście "Horizon" zaczyna krzyczeć ciszą, stając się najczystszą i najbardziej radykalną formą buntu przeciwko hałaśliwym czasom, w których przyszło nam żyć.
Zaprawdę, piękny jest także koniec tego albumu. „Horizon" to opowieść o życiu, która prowadzi „bohatera" przez najważniejsze momenty ziemskiej wędrówki, aż po ostatni oddech. Jeśli więc ten finał miał symbolizować kres życia, to ja chcę usłyszeć właśnie takie dźwięki na własnym finiszu. Bo choć ta ostatnia nuta brzmi jak koniec, w istocie staje się początkiem nowego istnienia. Kolejnej historii.
Zarejestrowany w systemie Dolby Atmos przez mistrza Tadeusza Mieczkowskiego, album otacza słuchacza organicznym ciepłem saksofonu Grzecha, surowością (diabli wiedzą?) kamieni Isungseta i sonicznymi mgłami Aarseta. Ci trzej - wybaczcie mi panowie zbytnią poufałość - wariaci stworzyli portal do innego stanu świadomości.

Ilustracje i projekt okładki do płyty Horizon stworzyła „Paulen" - towarzyszka życia Grzecha - która za pomocą ołówka, cienkopisu i pasteli uchwyciła na papierze ducha każdego z utworów. W akcie tworzenia towarzyszyła jej cicha medytacja nad istotą ludzkiego istnienia. Ukazała człowieka oczyszczonego - wolnego od traum, nawyków, programów i ciężaru codzienności. Gdybyśmy potrafili usłyszeć szept duszy i bicie serca głośniej niż zgiełk świata, dotarlibyśmy do prawdy, która od zawsze w nas mieszka.
Zaufajcie im.
W drogę!
Skład:
Grzech Piotrowski – saksofon, looping
Eivind Aarset – gitara elektryczna, efekty, looping
Terje Isungset – instrumenty perkusyjne (drewno, kamienie, patyki, metal)
Muzyka, która zmienia życie (bez lipy i dosłownie)
Grzech Piotrowski wierzy, że muzyka ma moc zmieniania charakterów i ludzkich losów. I wiecie co? Ma rację. Jestem tego żywym dowodem.
Jeszcze dwa lata temu byłem – mówiąc wprost i bez owijania w bawełnę – nudnym pierdzielem po pięćdziesiątce. Tkwiłem w bezpiecznych koleinach, a dni zlewały się w jedną masę. Ale postanowiłem to zmienić. Postanowiłem stworzyć ten blog. Wsłuchałem się w muzykę i znalazłem w sobie odwagę, by wywrócić swoje życie do góry nogami. Dziś spotykam twarzą w twarz tych wspaniałych artystów, którzy pomogli mi w tej przemianie, a dźwięki, o których piszę, są moją codziennością. Bez ich muzyki nigdy bym tego nie dokonał.
Dlatego mam do Was apel: zmieniajcie się. Wsłuchujcie się w płyty takie jak „Horizon”, pozwólcie im się „ujarzmić” i miejcie odwagę żyć po swojemu, niezależnie od metryki.
A jeśli podoba Wam się to, co robię, i chcecie towarzyszyć mi w tej drodze – wrzućcie coś na wirtualną kawę. Dla Was to „dycha”, a dla mnie to paliwo, by dalej szukać, pisać i udowadniać, że na pasję nigdy nie jest za późno.
☕ Postaw mi kawę i napędź jazzdę: https://buycoffee.to/jazzda.net




Komentarze