top of page
prelegenci

Głos Santany na płycie chłopaka z Bogatyni. Szymon Justyński i jego „Last Romantic Warrior” z udziałem legend. Obszerny Wywiad


SZYMON JUSTYŃSKI
SZYMON JUSTYŃSKI

Robert Kozubal Jazzda.pl: Na Twojej nowej płycie pojawiają się muzycy związani z takimi potęgami jak Santana, Tower of Power, Yellowjackets czy The Doobie Brothers. Jak do tego doszło?


Szymon Justyński: To przede wszystkim wynik poznania ludzi, dobrego zaprezentowania się jako muzyk i człowiek oraz obecności na międzynarodowej scenie. Tutaj kluczową postacią jest Alex Bernath - mój przyjaciel i świetny perkusista. Poznaliśmy się kilka lat temu, gdy pojechałem na pierwszą trasę z zespołem Wojtek Justyna TreeOh!. Od razu mieliśmy magię i złapaliśmy wspólny groove. Tak się polubiliśmy, że Alex, który był jednocześnie perkusistą u Ray’a Greene'a, pod koniec 2023 roku dał mi znać, że szukają z Ray'em basisty na jego europejską trasę. Ray na co dzień jest wokalistą u Carlosa Santany, a wcześniej śpiewał i występował u takich legend jak Tower of Power czy Rick James. Więc czym prędzej nagrałem video demo, jak gram jeden z utworów Ray’a na basie - jako swego rodzaju przesłuchanie. Alex to podesłał Ray’owi i ten dał mi szansę. Tak dostałem się do Ray Greene Band i zagraliśmy już kilkadziesiąt koncertów w całej Europie. To był piękny moment, bo to było jak ogromne wyróżnienie - móc grać muzykę Funk, Soul, R&B jako biały chłopak z małej Bogatyni, nagle z ludźmi z USA, u których ta muzyka powstała. To było ogromne wyróżnienie i dowód na to, że muzyka nie zna granic. Znajomość z Ray’em pozwoliła na dalsze kontakty i dojście do Marca Russo - legendy saksofonu, który grał z Yellowjackets, a obecnie występuje z The Doobie Brothers. To tak działa w muzyce - jeden kontakt prowadzi do drugiego.


Robert Kozubal Jazzda.pl: Jak wspominasz sesję z Rayem Greenem przy „Don’t Give It Up”? Ray to głos Santany i Tower of Power – czy praca z takim wokalistą zmienia Twoje postrzeganie własnych kompozycji?


Szymon Justyński: Pracowaliśmy zdalnie - wysłałem cały gotowy instrumental do Ray’a i wytłumaczyłem tylko, gdzie są jakie części utworu: zwrotka, refren, outro. Zostawiłem totalne pole do popisu. Lubię zostawiać ludziom, z którymi współpracuję, wolną rękę i nie sugerować nic, bo wiem, że wtedy dzieje się największa magia. Nie chcę ich ograniczać swoją wizją - chcę zobaczyć, co oni usłyszą w tym materiale. I po kilku dniach Ray wysłał mi wszystkie ścieżki wokalu gotowe, włącznie z chórkami. To niesamowite, bo wszystko, co wysłał za pierwszym razem, od razu użyłem w finalnej wersji - nic nie trzeba było poprawiać. To tylko potwierdza, jak wielkim wokalistą jest Ray. Klasa światowa. Czapki z głów. Czy praca z nim zmieniła moje postrzeganie własnych kompozycji? Tak, w tym sensie, że uświadomiła mi, jak ważne jest zostawienie przestrzeni dla innych artystów. Kiedy dajesz komuś takiemu jak Ray swobodę, on wnosi do twojej muzyki coś, czego ty sam byś nie wymyślił. I nagle twoja kompozycja staje się czymś więcej niż to, co sobie wyobrażałeś.


Robert Kozubal Jazzda.pl:  Skąd u chłopaka z Bogatyni tak silne bicie serca dla funku? To gatunek, który w Polsce wciąż uchodzi za niszowy, a Ty traktujesz go jako swój główny język muzyczny. Czy to była miłość od pierwszego usłyszenia „tłustego” basu, czy raczej długa droga przez inne gatunki?

Szymon Justyński: Z Bogatyni czy z innego miejsca na świecie – to według mnie nie ma większego znaczenia. Zostałem na takiej muzyce wychowany. George Duke, Jamiroquai, Earth, Wind & Fire, Toto – to tylko nieliczni artyści, których słuchali w domu moi rodzice, a w szczególności mój tato, który zaszczepił mi tę muzykę od dziecka. W takim stopniu, że stała się dla mnie czymś absolutnie naturalnym – to był po prostu soundtrack mojego dzieciństwa. Mam też bardzo osobiste przekonanie, że funk – który w gruncie rzeczy równa się groove’owi – to coś, z czym trzeba się urodzić. Funk’a nie da się nauczyć. Albo go czujesz, albo nie. To nie jest zestaw technik ani przepis na rytm. To styl życia i sposób myślenia o muzyce. Albo masz to w sobie, albo nie. Ja miałem to szczęście dorastać w miejscu, gdzie funk często grał z głośników.

Robert Kozubal Jazzda.pl:  Kto zasiada w Twoim osobistym „funkowym panteonie”? Gdybyś miał wskazać trzech idoli, którzy ukształtowali Twoje myślenie o rytmie i groove’ie, kto by to był?

Szymon Justyński: Jeśli miałbym wskazać trzech, to numer jeden jak dla mnie to jest George Duke – absolutna ikona. Jego sposób myślenia o funkowych klawiszach, ta lekkość w budowaniu groove’u oraz solówek, a jednocześnie niesamowita głębia harmoniczna... To mistrz w najczystszej postaci. Drugie miejsce zajmuje Hiram Bullock. To gitarzysta, który uświadomił mi, że funk to nie tylko technika, ale przede wszystkim sposób uderzenia w strunę i frazowanie. Jego brutalny, szorstki dźwięk połączony z precyzją rytmiczną jest czymś niesamowitym. A do tego jego występy live – potrafił tańczyć, wygłupiać się na scenie i jednocześnie grać zabójcze solówki. Ta energia i radość z grania, która przelewa się na publiczność, od zawsze mnie inspiruje. Trzecim filarem jest Stanley Clarke. Bas w funku to fundament, a Stanley pokazał, że można być fundamentem i jednocześnie prowadzić całą sekcję. Jego groove jest hipnotyzujący – kiedy on gra, nie potrzebujesz niczego więcej, bo wszystko już tam jest.


Robert Kozubal Jazzda.pl: Jako basista, na kim budowałeś swój warsztat? Czy bliżej Ci do wirtuozerskich popisów Victora Wootena, czy raczej do „fundamentu” i surowości Jamesa Jamersona lub Bootsy’ego Collinsa?

Szymon Justyński: Pierwszym basistą, którego linii basowych uczyłem się ze słuchu i z płyt, był John Paul Jones - basista Led Zeppelin, do dziś jak dla mnie największej rockowej kapeli w historii. Jego rockowy groove w połączeniu z mocarnym graniem John’a Bonham’a to był dla mnie pierwszy wzór, fundamentalny punkt wyjścia. Potem, wciąż będąc nastolatkiem, mając około 16 lat, odkryłem Jaco Pastoriusa. I to było jak magia - gdy pierwszy raz usłyszałem „Portrait of Tracy" na basie, totalnie odleciałem. Wtedy poczułem, że można grać na basie jak na instrumencie solowym. To był kluczowy moment w moim myśleniu o tym instrumencie. Oczywiście basistów, których sobie cenię, jest jeszcze sporo - Stanley Clarke, Marcus Miller, Alphonso Johnson, John Patitucci, Victor Bailey, Mark Egan. A z polskich na pewno Krzysztof Ścierański oraz Tomasz ‚‚Kciuk’’ Jaworski. Co do stylu - myślę, że jak w życiu, tak i tutaj potrzebna jest równowaga. Lubię coś pomiędzy - żeby był groove na początku, taki, że noga sama się buja, ale w momentach kluczowych nagle zaskoczyć odbiorców wirtuozerskim smaczkiem. Nie chodzi o to, żeby non-stop pokazywać, co potrafisz, tylko żeby wiedzieć kiedy.


Robert Kozubal Jazzda.pl: W jazzie i funku improwizacja to moment prawdy. Jak to jest u Ciebie – czy Ty po prostu lubisz improwizować, czy to dla Ciebie rodzaj duchowego wyzwania? Twoje partie basu na płytach brzmią bardzo precyzyjnie, wręcz architektonicznie – ile w tym, co słyszymy, jest zaplanowanej konstrukcji, a ile czystego szaleństwa i 'strzału' chwili?"

Szymon Justyński: Kocham improwizować. Improwizacja to dla mnie tak jak historia, opowieść, pewnego rodzaju spowiedź. To jest trochę jak z rozmową - to musi się dziać naturalnie. Nie można tego wymusić, to musi płynąć. Na płytach wygląda to nieco inaczej - tam lubię mieć wszystko zaplanowane, zaaranżowane. Są oczywiście miejsca na improwizacje w solówkach, ale często są to też solówki "przemyślane", tak żeby były to najlepsze wersje danego momentu. W studiu masz czas, żeby wybrać ten jeden, idealny take, więc korzystam z tego. Stąd ta precyzja i architektoniczność, o której mówisz. Ale sytuacja na koncertach na żywo wygląda zupełnie inaczej. To właśnie tam jest większe pole do popisu i do pozwolenia sobie na jeszcze większy "odlot". To właśnie wtedy mam najczęściej ten "strzał" chwili - energia publiczności, interakcja z zespołem, ten moment, kiedy czujesz, że możesz zaryzykować coś szalonego i wszyscy lecą z tobą w tę podróż. To jest ta magia live'ów, której nie da się zamknąć w studiu.


Robert Kozubal Jazzda.pl: Mógłbyś nakreślić różnicę między Twoim pierwszym, imiennym albumem z 2023 roku, a nadchodzącym „Last Romantic Warrior”? Pierwsza płyta była swego rodzaju wizytówką, ale słyszę, że nowa idzie bardziej w stronę konceptualnego fusion i neo- soulu. Co się zmieniło w Tobie jako producencie?


Szymon Justyński: Pierwszy album był bardziej instrumentalny - tak wtedy czułem. Chciałem pokazać swego rodzaju wszechstronność w poruszaniu się między różnymi emocjami i gatunkami. Oraz swobodę w poruszaniu się na wielu instrumentach, ponieważ wszystkie instrumenty nagrywałem sam. To była taka moja wizytówka - "patrzcie, to jestem ja jako muzyk, to potrafię, tak słyszę muzykę". Natomiast "Last Romantic Warrior" jest w większości wokalny - choć tym razem instrumenty wszystkie nagrywałem również sam, ale postawiłem w tym albumie na wokale, ponieważ chciałem, żeby różnił się od tamtego klimatem i otwierał jeszcze inne horyzonty. Poza tym narodził się w głowie plan, żeby zaprosić różnych wokalistów i wokalistki do projektu i zrobić totalną mieszankę - i to udało się z fenomenalnym według mnie skutkiem. Zrobił się taki miks styli i wokalów, ale zarazem wciąż zachowana jest koncepcyjność albumu. W "Last Romantic Warrior" chciałem uzyskać to, że ludzie słuchając będą mogli na ponad 70 minut totalnie odlecieć w klimat muzyki i historii, jaka stoi za tym albumem. Łzy, wzruszenie, radość, taniec, bujanie, machanie głową - chciałem, żeby album jako całość wywoływał totalną paletę emocji. Lubię, jak album działa trochę jak film - że im dłużej słuchasz, tym bardziej chcesz zobaczyć, co dalej będzie. Lubię tak zaskakiwać. Myślę, że dzięki takiej mieszance udało się to uzyskać. Co się zmieniło we mnie jako producencie? Zaufanie. Zaufanie do tego, że mogę oddać część kontroli innym artystom i że ich wkład wzbogaci moją wizję, zamiast ją zniszczyć. Pierwsza płyta to byłem ja sam w studiu - teraz to jest kolektywna energia.


Robert Kozubal Jazzda.pl: Skąd w tytule nowej płyty ten „Ostatni Romantyczny Wojownik”? Czy to Twoje alter ego w świecie zdominowanym przez chłodne, cyfrowe brzmienia?

Szymon Justyński: Tak, to swego rodzaju alter ego - postać, która przez muzykę pozwala przeżyć emocje. "Wojownik", bo walczy z tym wyprutym z emocji modelem produkcji dzisiejszych "hitów". Robi muzykę, która pozwoli znów zapłakać, odlecieć, poczuć - i nie jest tak sterylna i idealna. W tym właśnie sensie romantyczna. "Ostatni", bo czuję, że coraz mniej jest miejsca na takie podejście w mainstreamie. Wszystko musi być wypolerowane, skwantyzowane, idealne technicznie, przekompresowane - ale gdzie w tym człowiek? Gdzie emocja? Gdzie ta niedoskonałość, która sprawia, że coś nas dotyka? Ja chcę robić muzykę, która ma duszę. Która nie brzmi jak algorytm. Która pozwala poczuć coś prawdziwego - nawet jeśli to znaczy, że gdzieś coś lekko "pływa", że wokal ma chropowatość, że bas ma ciężar. To jest walka o przestrzeń dla autentyczności w świecie, który coraz bardziej woli perfekcję nad prawdą. I "romantyczny" w tym starym, dobrym znaczeniu - ktoś, kto wierzy, że emocje są najważniejsze. Że muzyka to nie produkt, tylko most między duszami.


Robert Kozubal Jazzda.pl: Czy na nowej płycie faktycznie usłyszymy wpływy afrykańskie? Twój utwór „Mekambe” ma w sobie niesamowitą, plemienną energię rytmiczną. Czy to kierunek, który zamierzasz eksplorować szerzej?

Szymon Justyński: Rzeczywiście, na debiucie było trochę afrykańsko w "Mekambe" - ten utwór ma w sobie tę plemienną, rytmiczną energię. Wpływy plemienne na pewno pojawiają się u mnie zawsze - lubię takie zaśpiewy w stylu Indian północnoamerykańskich. Na nowej płycie na pewno będzie jeden taki moment, w którym mocno naznaczony będzie wpływ muzyki plemiennych Indian. To mnie od zawsze fascynowało - ta surowa, pierwotna energia rytmu, która jest tak blisko groove'u funkowego. To wszystko bierze się z tego samego źródła - z pulsu, z bębna, z ciała. Również będzie utwór pod wymownym tytułem "Mr. SAMBA" - jest to swego rodzaju mój ukłon w stronę Brazylii i tamtejszej muzyki, ukłon w stronę samby i znów gęstych rytmów i melodii, a także ukłon w stronę mistrza brazylijskiej muzyki Airto Moreiry. Brazylia to dla mnie muzyczna Mekka - to miejsce, gdzie rytm jest religią, gdzie ludzie oddychają groove'em. Nie mogłem przejść obok tego obojętnie. Czy to kierunek, który zamierzam eksplorować szerzej? Zdecydowanie. Myślę, że funk, afrobeat, samba, rytmy plemienne - to wszystko jest częścią tej samej rodziny. Wszystko to wraca do korzeni, do tego, co w muzyce najważniejsze - do pulsu, do tego co sprawia, że ciało samo się porusza.


Robert Kozubal Jazzda.pl: W zapowiedziach płyty wspominasz o „cyfrowym chaosie”. Jak w ten kontekst wpisuje się AI? Czy jako muzyk, który stawia na improwizację i ludzki „feel”, postrzegasz sztuczną inteligencję jako zagrożenie dla duszy jazzu, czy może jako kolejne narzędzie w studio?


Szymon Justyński: Myślę, że to bardziej zagrożenie. Cała ta ludzka niedoskonałość zawsze działa na korzyść muzyki. To tak jak z gitarzystami - każdy z nich, jak dotyka gitarę, od razu wiesz, że to on gra. Pat Metheny, John Scofield, Carlos Santana, George Benson, Jimmy Page - każdy z nich ma taki sound w łapie, że AI nigdy nie będzie w stanie tego podrobić ani stworzyć czegoś tak oryginalnego na miarę tego. Może jedynie kopiować. Ci najwięksi mieli to - ten unikalny "touch", ten niepowtarzalny sposób uderzenia w strunę, w klawisz, w membranę. I to właśnie dlatego człowiek w takim aspekcie jak sztuka - muzyka - zawsze będzie bardziej cenny niż AI. AI może stworzyć coś, co brzmi "poprawnie". Może nawet brzmi "dobrze". Ale czy to poruszy? Czy to sprawi, że poczujesz dreszcze? Czy usłyszysz w tym historię, emocję, duszę? Wątpię. Muzyka to nie tylko nuty i rytmy - to człowiek, jego życie, jego ból, jego radość. To są lata praktyki, pomyłki, przełomy, łzy. AI tego nie ma i nie będzie miało. Dla mnie "cyfrowy chaos" to właśnie to - świat, w którym wszystko jest wypolerowane, perfekcyjne, ale puste. A ja chcę robić muzykę, która ma serce. I tylko człowiek może to dać.

Robert Kozubal Jazzda.pl: Całą płytę przygotowałeś właściwie sam w domowym studio. Czy AI mogłoby kiedyś zastąpić ten intymny proces tworzenia, który u Ciebie trwa blisko dwa lata?

Szymon Justyński: Nie osobiście uważam, że, AI nie mogłoby zastąpić tego procesu. Czyż to nie piękne, że właśnie tyle to trwało? Chyba właśnie o to chodzi w życiu - o dojście do celu. Czy radość byłaby taka sama, jakbyśmy mogli wejść i zejść na Mount Everest w 15 minut bez przygotowań? Myślę, że nie. Bo w życiu chodzi nie o sam cel, a o drogę do celu. Te dwa lata to nie była strata czasu - to była podróż. Każdy dzień w studiu, każda godzina spędzona nad jednym taktem, każda nieudana wersja aranżacji, każdy moment zwątpienia i każde odkrycie - to wszystko składa się na finalny efekt. To jest w tej muzyce. Słychać to. Słychać te dwa lata życia, emocji, przemyśleń. AI mogłoby "zrobić" płytę w tydzień. Ale czy byłaby to moja płyta? Czy byłoby w niej coś ze mnie? Z mojego domu, mojego studia, moich bezsennych nocy, moich chwil euforii? Nie. To byłby produkt, nie sztuka. Ten intymny proces - siedzenie sam na sam z instrumentami, budowanie utworów krok po kroku, odkrywanie co działa a co nie - to jest esencja tworzenia. I żadna maszyna tego nie zastąpi, bo maszyna nie ma drogi do przebycia.


Robert Kozubal Jazzda.pl: Żyjemy w epoce zdominowanej przez streaming, gdzie muzyka często staje się 'tłem' do sprzątania albo jazdy samochodem, a algorytmy promują krótkie, proste formy. Jak Ty, jako twórca ambitnego, wielowarstwowego fusion, odnajdujesz się w tym świecie? Czy tworząc nowy album, masz z tyłu głowy myśl: 'muszę ich zaciekawić w pierwsze 10 sekund, żeby nie przełączyli na Spotify', czy zupełnie się na to nie oglądasz?

Szymon Justyński: Zupełnie się na to nie oglądam. Robię to, co czuję. Jasne, wiem, że żyjemy w epoce, gdzie algorytm decyduje, co ludzie usłyszą, gdzie masz trzy sekundy, żeby kogoś złapać, zanim przewinie dalej. Ale jeśli zacznę tworzyć z myślą o algorytmie, to już nie będę tworzył dla siebie ani dla muzyki - będę tworzył dla maszyny. I wtedy mogę się od razu poddać, bo ta bitwa jest z góry przegrana. Moja muzyka potrzebuje czasu. Potrzebuje, żeby słuchacz dał jej przestrzeń, żeby pozwolił jej się rozwinąć. Jeśli ktoś przewinie po 10 sekundach, bo nie było dość szybkiego „hooka” - trudno. To znaczy, że ta muzyka nie była dla niego. Albo nie w tym momencie jego życia. Ale ci, którzy zostaną, którzy dadzą szansę temu albumowi, którzy będą słuchać całościowo - oni dostaną coś prawdziwego. Coś, co zostało stworzone z serca, nie z kalkulacji. I wolę mieć tysiąc ludzi, którzy naprawdę przeżyją tę muzykę, niż milion, dla których będzie to tylko tło do zmywania naczyń. Streaming i algorytmy nie znikną - ale ja też nie zniknę. Robię swoją muzykę, na swoich zasadach. I wierzę, że ci, którzy jej potrzebują, ją znajdą.


Robert Kozubal Jazzda.pl: W singlu „One More Night” słychać powrót do estetyki lat 80. Czy to świadomy ukłon w stronę tamtej ery jazz-fusion, kiedy elektronika zaczęła na dobre romansować z improwizacją, czy po prostu wynik twoich inspiracji?

Szymon Justyński: To raczej wynik wielu inspiracji muzyką z tamtych lat - te brzmienia naturalnie się przejawiły. Nie było tak, że siadłem i powiedziałem "okej, teraz zrobimy coś w stylu lat 80." - po prostu te wszystkie płyty, których słuchałem przez lata, George Duke, Toto, YellowJackets z tamtej ery, ten sposób, w jaki wtedy łączono elektronikę z żywymi instrumentami - to wszystko jest we mnie. Lata 80. to był złoty czas dla jazz-fusion, kiedy syntezatory przestały być tylko gadżetem, a stały się pełnoprawnym instrumentem. Kiedy producenci nauczyli się, jak zrobić płytę, która brzmi futurystycznie, ale wciąż ma groove i duszę. I ta estetyka po prostu jest częścią mojego DNA muzycznego.


Robert Kozubal Jazzda.pl: Współpracujesz ze swoją siostrą, Igą Justyńską. Jak wygląda proces twórczy w rodzinnym duecie? Czy to ułatwia, czy utrudnia szukanie jazzowej szczerości w utworach?


Szymon Justyński: Iga to przede wszystkim muzyczny naturszczyk - ona nigdy nie ćwiczyła wokalu, po prostu umie śpiewać sama z siebie. I to jest piękne, to swego rodzaju coś takiego, jak mieli kiedyś prawdziwi bluesmani. Taki totalnie naturalny, nieoszlifowany diament. Ona śpiewa przede wszystkim te utwory, które ja sam chciałbym śpiewać, gdybym miał dobry wokal (śmiech). Myślę, że to totalnie ułatwia sprawę, bo akurat jej mogę powiedzieć dokładnie, co chcę uzyskać, i ona działa niczym mój własny głos, ale w wersji żeńskiej - trafia dokładnie tam, gdzie ja sam chciałbym zaśpiewać. Jest to totalnie piękne. I na dodatek, wiedząc, że ona potrafi otworzyć się wokalnie w sumie tylko przede mną - przed innymi wciąż się nieco wstydzi - to sprawia, że te nagrania mają w sobie coś bardzo intymnego. To nie jest wokal "na pokaz", to jest wokal z serca, szczery. I słychać to. Ta rodzinna więź sprawia, że nie ma barier, nie ma masek. Tylko my dwoje i muzyka. I myślę, że właśnie dlatego te utwory brzmią tak autentycznie - bo to naprawdę jesteśmy my, bez filtrów.


Robert Kozubal Jazzda.pl: Kiedy spodziewać się Twojej drugiej płyty i na jakich nośnikach będzie można jej posłuchać?

Szymon Justyński: "Last Romantic Warrior" będzie miał premierę na początku maja 2026 roku. Album pojawi się na CD, na winylu w limitowanej edycji oraz oczywiście na wszystkich serwisach streamingowych - Spotify, Apple Music. Również będzie dostępny na Bandcamp do kupienia w wersji cyfrowej. Zależy mi na tym, żeby każdy mógł go posłuchać w formie, która mu odpowiada. Ci, którzy lubią streaming - proszę bardzo. Ale ci, którzy cenią fizyczne nośniki, którzy chcą trzymać płytę w ręku, poczytać booklet, zobaczyć artwork - dla nich będzie CD i limitowany winyl. A dla tych, którzy chcą wesprzeć artystę bezpośrednio i mieć plik w najwyższej jakości - jest Bandcamp. Bo muzyka to też doznanie fizyczne, nie tylko cyfrowe. To całe doświadczenie.


☕ Nakarm Jazzdę funkowym paliwem

Ta rozmowa to dowód na to, że marzenia nie mają granic – ani terytorialnych, ani gatunkowych. Szymon Justyński udowadnia, że funk to stan umysłu, a ja staram się Wam te stany przybliżać każdego dnia.

Jeśli czujecie ten groove i chcecie, by Jazzda.net dalej pędziła, odkrywając dla Was takie historie i takich ludzi – postawcie mi wirtualną kawę. Dla Was to drobny gest, dla mnie – czysta energia, by dalej szukać, pytać i pisać o muzyce, która ma duszę.

👉 Dorzuć do pieca tutaj: buycoffee.to/jazzda.net

Komentarze


bottom of page