Błysk na oceanie, punk w sercu, Torpedy w Paluchach. Czy Ravi Ramsahye będzie słynniejszy Od Ptaka Dodo?
- ROBERT KOZUBAL

- 20 godzin temu
- 4 minut(y) czytania
Ej młody człowieku! tak ty!
jeśli nie masz 18 lat to idź stąd. Na tej stronie się przeklina.

Dodo, rzadkie znaczki, legendarne Waqwaq, żółwie giganty, podwodne wodospady i taniec sega, przy którym nasze disco-polo brzmi jak stypa. Co to wszystko łączy? No jasne, że Mauritius. Ale jeśli myśleliście, że będę Wam tu wciskał foldery biura podróży, to grubo się mylicie. Chodzi o człowieka nazwiskiem Ravi Ramsahye. Jeśli nie słuchaliście jego nowej płyty z lutego pt "Sunglint", to ja nie wiem, pod jakim kamieniem żyliście. No, ale objaśniam, bo ten materiał zasługuje na to, żeby o nim chwile popleść androny.
Od punkowego łojenia po magisterkę w Lozannie

Ravi to nie jest wymuskany jazzman, nie spędził życia w filharmonii, wachlując się partyturami i poprawiając muszkę. Gość urodził się w Genewie, ale w domu, po rodzicach miał Mauritius na pełnej petardzie – dwie kultury, dwa światy i totalny rozgardiasz w głowie. Zaczął niby grzecznie, bo jako ośmiolatek przy fortepianie, ale prawdziwe pierdolnięcie przyszło pięć lat później. Wyobraźcie sobie trzynastolatka, który ma głęboko w nosie klasyczne etiudy, bierze do ręki wiosło i jako samouk zaczyna napierdalać pop-punka w sypialni. To jest klucz, ta jego pierwotna zajawka, bez której nie zrozumiecie tego, co w lutym nagrał z PROTOTYPE.
Jasne, że potem poszła „profeska”: jazzowe sesje w genewskim AMR, rok w Anglii, parę miesięcy w Kolumbii i w końcu magisterka z pedagogiki jazzowej w Lozannie, którą klepnął parę lat temu - czyli takie muzyczne kokoko, "ąę wsadż se to w dupę". Uczył się u takich wyjadaczy jak Sylvain Luc czy Nelson Veras, więc technicznie gość to jest absolutny kosmos. Ale słuchajcie – mimo tych wszystkich dyplomów i bycia „panem magistrem”, w tym kolesiu wciąż siedzi ten punkowy dzieciak. I kurwa bardzo dobrze. Od sześciu lat ciągnie swój projekt i to właśnie tam czuć, że jazz to dla niego nie tylko skomplikowane skale, ale przede wszystkim szczera, surowa energia.
„Sunglint” – słońce, które zdążyło już nas oślepić

Ich album „Sunglint” wjechał na rynek 13 lutego 2026 roku pod szyldem niemieckiego Neuklangu i od tego czasu zdążył już narobić trochę szumu. Materiał powstał na Mauritiusie – Ravi wrócił tam po latach, żeby się zresetować, i to słychać w każdym dźwięku. Nazwa albumu to ten oślepiający błysk słońca na wodzie – wiecie, taki moment, że mrużycie oczy i nagle wszystko staje się jasne. Ale nie bójcie się, to nie jest żadne pitu-pitu do medytacji pod palmą.
PROTOTYPE to jazzowy kwartet z Genewy, który ma w dupie ortodoksyjne podejście do gatunku. Oni mieszają energię pop-punka, nostalgię Midwest emo i matematyczne łamańce math-rocka w taki sposób, że mózg staje w poprzek, a noga sama chodzi. To muzyka kinowa, pełna emocji, napisana przez ludzi, którzy wychowali się na anime i grach wideo, a nie tylko na zakurzonych winylach.
Jak to żre ?

Warsztatowo majstersztyk, ale jednak z duszą. Ravi buduje kawałki na asymetrycznych metrach – niby matematyka, niby rygor, ale płynie to niesamowicie. Sekcja rytmiczna, czyli Benoit Gautier na kontrabasie i Nathan Triquet na bębnach, tyra tutaj jak para wołów. Trzymają ten cały bałagan w ryzach, żeby się nie rozleciał, kiedy gitara Raviego i saksofon Theo Hansera zaczynają odlatywać w rejony agresywnej, rockowej alternatywy.
I muszę być szczery – płyta urywa dupę najbardziej wtedy, gdy Théo Hanser // saksofon tenorowy, syntezator Microkorg// Hanser przejmuje stery na saksofonie. Robi się wtedy gęsto, ciężko i konkretnie. Gitara Raviego? Technicznie – szacun, palce mu śmigają jak głupie. Ale momentami, nie powiem, skręca to trochę za bardzo w stronę „soundtrackową”. Brzmi to wtedy jak muzyka do jakiegoś ambitnego serialu na streamingu – ładne, przestrzenne, sterylne. Na szczęście ten punkowy brud, o którym pisałem, zawsze w porę się przebija i kopie nas w tyłek, przypominając, że to jednak jazzowa jazda bez trzymanki, a nie tło do jedzenia hummusu w modnej knajpie.
Werdykt
Słuchajcie, mamy końcówkę kwietnia, więc jeśli jeszcze nie macie „Sunglint” przemielonego na słuchawkach, to marsz do odrabiania lekcji. To nie jest tam żadna rewolucja, która zmieni historię muzyki, ale to cholernie solidna ewolucja zespołu, który wie, czego chce. Ravi nie udaje chłodnego Skandynawa ani rozkrzyczanego Amerykanina. Serwuje europejski jazz dla pokolenia, które dorastało na przełomie wieków – ludzi, którzy kochają improwizację, ale wciąż mają w szafie stare, zjechane trampki.
Dla mnie to pozycja obowiązkowa tej wiosny. Jeśli jaracie się Tortoise, brytyjskim Get The Blessing albo instrumentalnym math-rockiem w klimacie American Football, to „Sunglint” wejdzie Wam jak złoto. To muzyczna flaga Mauritiusa zatknięta na środku genewskiej sceny. Jest kolorowo, jest dziwnie, jest momentami wściekle, a momentami lirycznie. Czyli dokładnie tak, jak powinno być.
Lećcie słuchać, jeśli jakimś cudem to przegapiliście. To nowoczesne „Waqwaq” naprawdę warto poczuć na własnych bębenkach. Bez odbioru!
Dobra, jeśli to moje pisanie o maurytyjskim jazzie i punkowym brudzie siadło Ci tak samo jak mi ta płyta, to wiesz, co robić. Jazzzda nie jedzie na samej pasji i dobrym słowie – paliwo w trasie kosztuje, a dodo też musi coś jeść. Jeśli chcesz, żebym dalej wygrzebywał dla Ciebie takie perełki jak Ravi i pisał o nich bez lukru, wrzuć mi parę groszy na kawę tutaj: buycoffee.to/jazzda.net. Każda filiżanka to kolejny tekst bez marketingowej ściemy. Dzięki za wsparcie!





Komentarze