Piotr Krzemiński: „Boję się pełnego komfortu grania u siebie”, czyli w Łodzi. Wywiad przed Międzynarodowym Dniem Jazzu
- ROBERT KOZUBAL

- 28 kwi
- 11 minut(y) czytania
Wielkimi krokami zbliża się jedno z najważniejszych świąt dla wszystkich miłośników improwizacji – Międzynarodowy Dzień Jazzu. Z tej okazji, tuż przed wyjątkowym koncertem w studiu Radia Łódź, mieliśmy ogromną przyjemność usiąść do rozmowy z głównym bohaterem tego wieczoru, Piotrem Krzemińskim. Zanim to jednak nastąpi zapraszamy na wyjątkowy koncert: 30.04 godz. 18:30 Radio Łódź Studio im. Debicha

Piotr to wybitny trębacz, kompozytor i prawdziwy ambasador łódzkiej sceny muzycznej, a zarazem artysta o statusie obywatela świata. Przez dekadę szlifował swój warsztat na kilku kontynentach – od Australii i Namibii, aż po tętniącą życiem Brazylię. Trzykrotny laureat „Jazzowego Oskara” przyznawanego przez Stowarzyszenie Jazzowe „Melomani” oraz posiadacz prestiżowego medalu „Gloria Artis”, który nie osiada na laurach. Obecnie święci triumfy jako lider The Special Trio oraz formacji Krzemiński Reunion Project, z którą już za chwilę wejdzie na scenę.
O sile muzycznych doświadczeń, ponownym odkrywaniu starych przyjaźni i motywującej tremie przed własną publicznością rozmawia Robert Kozbal. Zapraszamy do lektury!
Robert Kozubal (Jazzda.net): To nie jest Pana pierwszy „duży” Międzynarodowy Dzień Jazzu w Łodzi – pamiętam świetny koncert sprzed czterech lat zdaje się w Monopolis (i moje straszne rozczarowanie gdy gorączkowo szukałem w internecie panów płyty). Jak to jest po raz kolejny celebrować to święto jako główny bohater wieczoru i co zmieniło się w Pana postrzeganiu tego dnia od tamtego występu? Jesteście częścią ogromnego projektu - koncertów na całym świecie jest kilkaset!
Piotr Krzemiński: Tak, to prawda. Nie jest to pierwszy koncert z tej okazji zorganizowany przeze mnie i moją ekipę w Łodzi. Rzeczywiście kilka lat temu było Monopolis, ale i wcześniej organizowaliśmy koncerty z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu w Łodzi w partnerstwie z Herbie Hancock Institute of Jazz oraz Unesco.
Szczerze mówiąc organizując te koncerty cały czas czuję to samo. Tak naprawdę nic się nie zmieniło w moim postrzeganiu tego od dnia od pierwszego koncertu, który zorganizowałem z tej okazji, przez wszystkie następne - do teraz. Dla mnie zawsze najważniejsza była i jest muzyka. W związku z tym, jeśli mamy dzień, który jest świętem muzyki, to ja to postrzegam jako coś pięknego, jako możliwość i szczególną okazję żeby spotkać się, grać i cieszyć się muzyką osobiście, jak i w gronie kolegów z zespołu, jak i z publicznością. Dla mnie każdy koncert to pewnego rodzaju interakcja, dialog między muzykami na scenie a publicznością, w związku z czym ja nas wszystkich zebranych na koncercie (muzyków i publiczność) traktuje jako jedną całość, jedną grupę ludzi zebranych dla muzyki. My ze sceny dajemy pewną energię. Jeśli pojawia się feedback, reakcja na naszą energię, interakcja i swoisty dialog, wtedy możemy się tą chwilą cieszyć wspólnie. I na tym właśnie zawsze mi bardzo zależy, więc zawsze staram się tak prowadzić swoje koncerty, żeby taki dialog zaistniał. Podsumowując – za każdym razem grając koncert z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu, które to koncerty odbywają się nie tylko 30 kwietnia, ale również kilka dni przed i kilka dni po – jestem po prostu bardzo szczęśliwy.
Z drugiej strony podobne szczęście towarzyszy mi za każdym razem kiedy gram koncert, tym bardziej jeśli gram swoją autorska muzyką z zespołami, których jestem leaderem. Każdy taki koncert to dla mnie swego rodzaju święto muzyki, święto jazzu.
Faktycznie, jeśli chodzi o oficjalne koncerty z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu jesteśmy częścią bardzo dużego międzynarodowego projektu. Koncerty odbywają się w 190 krajach oraz wszystkich stanach USA. Udział w takim projekcie daje bardzo dużo satysfakcji, zadowolenia, pewnego rodzaju dumy. Wchodząc na stronę jazzday.com, gdzie podane są wszystkie koncerty z tej okazji na całym świecie, widząc swoje nazwisko lub logo swojego zespołu czy plakat swojego koncertu wśród tych kilkuset koncertów - za każdym razem czuję ten miły dreszczyk, który czuje każdy z nas, kiedy bierze udział w dużym, liczącym się projekcie lub przedsięwzięciu. Bardzo ciekawym akcentem w związku z organizacją tych koncertów, który za każdym razem powoduje uśmiech na twarzy, jest osobista korespondencja z Herbie’m Hancock’iem, będącym twarzą oficjalnych obchodów Dnia Jazzu.

Robert Kozubal (Jazzda.net): Jak właściwie doszło do sformowania tego konkretnego składu? Czy to był nagły impuls, czy może przez lata „nosił się” Pan z myślą o ponownym zebraniu kolegów, z którymi zaczynał Pan drogę muzyczną w Łodzi?
Piotr Krzemiński: Historia jest taka, że niemalże od razu po skończeniu studiów w Łodzi zacząłem muzyczną pracę za granicą. Trwało w zasadzie 10 lat podczas których wyjeżdżałem w różne rejony świata z różnymi orkiestrami musicalowymi, teatralnymi, później z innymi zespołami i formacjami. Było to o tyle ciekawe, że oprócz tego, że była to praca, to były to bardzo ciekawe doświadczenia. Doświadczenia związane ze zwiedzaniem świata i jednocześnie bardzo ciekawe doświadczenia muzyczne. Miałem okazję być w bardzo wielu miejscach na świecie, każde z tych miejsc, każda kultura w tych miejscach ma swoją własną muzykę. Oprócz tego w wielu miejscach, o których byśmy nawet nie pomyśleli, istnieje również muzyka jazzowa - o tyle ciekawa, że przesiąknięta regionalnymi naleciałościami. Więc jeżdżenie po całym świecie i słuchanie muzyki czy spotkania z muzykami zebrały się w jeden wielki worek z inspiracjami. Owocem tych inspiracji było pomysły na moje własne kompozycje, które zaczęły mi przychodzić do głowy. Zainspirowany tym, co widziałem i słyszałem, zacząłem komponować. Potem przyszedł moment kiedy pomyślałem, że fajnie byłoby wrócić do Polski, założyć zespół, który mógłby grać moją muzykę i pokazać tę muzykę szerzej, ludziom, którzy będą mieli ochotę tej muzyki słuchać, publiczności. Kiedy sam sobie odpowiedziałem na pytanie jaki to miałby być skład instrumentalny, zacząłem myśleć kogo personalnie do tego zespołu zaprosić. A ponieważ nie brałem aktywnie udziału w polskim rynku muzycznym przez te 10 lat, więc nie do końca byłem na bieżąco. Stwierdziłem, że nie trzeba się długo zastanawiać, tylko wykonać rzecz chyba najprostszą - zadzwonić do kolegów ze szkoły. Wszyscy muzycy Reunion Project to koledzy ze szkolnej ławki Szkoły Muzycznej w Kutnie, pochodzący z jednego regionu, czy jednego miasta (Gostynin, Kutno, Płock). Razem w szkole średniej stawialiśmy pierwsze kroki z muzyką rozrywkową, muzyką jazzową. Potem na kilka lat nasze drogi się rozeszły, rozjechaliśmy się na studia, itd… Każdy z nas robiąc w międzyczasie dużo różnych muzycznych rzeczy nabrał doświadczenia, rozwinął się, stał się profesjonalnym muzykiem. Dlatego mimo, że wybrałem opcję najłatwiejszą dzwoniąc do kolegów ze szkoły, do dzisiaj bardzo się z tej decyzji cieszę. Od pierwszego muzycznego spotkania „po latach” i pierwszego koncertu do dzisiaj mamy dużą radość grając razem. Stąd też w nazwie zespołu słowo „Reunion”.
Podsumowując – powstanie Krzemiński Reunion Project to nie był nagły impuls. Był to proces, który zaczął się od inspiracji z całego świata, dzięki którym powstały moje utwory. Kontynuacją była chęć założenia zespołu o brzmieniu, które lubię, a potem telefony do starych kolegów. Do dzisiaj się z tego bardzo cieszę.
Robert Kozubal (Jazzda.net): Australia, Namibia, Polinezja Francuska, a z drugiej strony intensywna trasa po Brazylii... Jak te wszystkie krajobrazy i spotkania – w tym współpraca w ramach The Special Trio (z Danielem Latorre i Arkiem Skolikiem), której owocem jest album „You Know?” (dostępny także na winylu) – ukształtowały Pana jako dzisiejszego lidera?
Piotr Krzemiński: Tak jak wspomniałem wcześniej - podróże po świecie są bardzo inspirujące. Nie tylko muzyka z różnych stron i zakątków świata, ale również to, co można w tych zakątkach obserwować. Życie ludzi, kulturę, przyzwyczajenia, zachowania, ruch uliczny, przyroda, itd… Miałem tę okazję, żeby być zarówno w Australii, Namibii, Polinezji Francuskiej i Brazylii, jak również w wielu innych bardzo ciekawych miejscach. Jestem pewien, że możliwość zobaczenia tych miejsc, poznania i obserwowania ludzi, w tych miejscach oraz słuchanie tamtejszej muzyki bardzo na mnie wpłynęły i ukształtowały przede wszystkim jako muzyka. Oczywiście na pewno też jako człowieka i lidera zespołów. Możliwość obserwowania wielu miejsc na świecie bardzo otwiera głowę i umysł, poszerza światopogląd, więc nie pozostaje bez echa na całe życie. Natomiast spotkania z tamtejszymi muzykami i zespołami muzycznymi, rozmowy, podpatrywanie co grają, jak grają, o czym grają spowodowały, że od strony muzycznej był to bardzo ciekawy czas, bardzo inspirujący, bardzo rozwijający, który pozostawił we mnie swój wyraźny ślad. Z jednej strony miałem możliwość poznać gatunki i style muzyczne, których wcześniej nie znałem - na przykład w Afryce lub w Azji. Z drugiej strony zgłębić wiedzę i świadomość na przykład o tym jak dużym pojęciem jest muzyka latynoamerykańska i w jaki sposób jest ona różna w Argentynie, Brazylii i w krajach Ameryki Środkowej. Z trzeciej strony miałem możliwość słuchać jazzu i obserwować muzyków jazzowych w kolebce jazzu czyli w USA. Jednym z piękniejszych wydarzeń, które wspominam był moment, kiedy słuchałem i obserwowałem w Bostonie grający na ulicy zespół jazzu tradycyjnego. W pewnym momencie zaczęli gromadzić się wokół niego ludzie i po prostu tańczyć, ktoś dołączył do zespołu i zaczął śpiewać, ktoś inny zaczął stepować… Poczułem się jak w starym filmie o Nowym Orleanie. Piękne przeżycie. Do tego dodać trzeba niejednokrotne spotkania w pracy z trębaczami, (np. Bill Prince, trębacz który grał w zespołach takich mistrzów jak Buddy Rich czy Harry James) na pewno też ukształtowały mnie jako trębacza. Oczywiście na pewno obserwacja różnych zespołów muzycznych, ale i praca w różnych zespołach wpłynęły na mnie i poukładały w głowie jak pełnić funkcję lidera zespołu nie tylko od strony muzycznej ale i organizacyjnej.
Zawsze lubiłem grać z zagranicznymi muzykami. Nie dlatego, że są lepsi lub gorsi od polskich muzyków, ale dlatego, że są bardzo wyraźnie inni, tzn. zawsze podobało mi się jak ludzie, którzy dorastali w innej od naszej i od amerykańskiej kulturze muzycznej postrzegają muzykę jazzową i muzykę w ogóle. Grając choćby ten sam jazzowy standard z muzykiem z Polski, a z muzykiem ze Stanów czy z Ameryki Południowej, za każdym razem będzie to zupełnie inna muzyka. Okazuje się, że nawet grając swinga każdy mniej lub bardziej świadomie dodaje do niego jakiś mniejszy lub większy ułamek swojej muzycznej kultury muzycznej, w której wyrósł. To mnie zawsze fascynowało i nadal fascynuje w pracy z muzykami z różnych stron świata. Trio, które założyłem i do którego zaprosiłem Daniela Latorre jest kolejnym owocem tej fascynacji. W graniu Daniela, w jego sposobie swingowania, mimo że to jazzowy organista, jest tyle przemyconych muzycznych akcentów z muzyki brazylijskiej, że cały czas mnie to chwilami zaskakuje, jest dla mnie ciekawe, powoduje duży uśmiech i uwielbiam to.
Wynikiem tej naszej współpracy jest album „You Know”, na którym gra również Arek Skolik. Arek, który ujął mnie wiele lat temu swoim swingowaniem na perkusji i tym jak dobrze czuje organy Hammonda jako instrument. Natomiast album „You Know” rzeczywiście zaprowadził nas i mnie po latach do Brazylii w czerwcu 2025, gdzie zagraliśmy piękną trasę koncertową i gdzie wydana została limitowana winylowa wersja tego albumu. Natomiast była to na tyle duża przygoda, że myślę, że zasługuje i wręcz wymaga osobnej dłuższeej rozmowy ;) Zdradzę tylko, że w maju tego roku oprócz koncertów w Polsce, wybieramy się z trio ponownie do Brazylii na zaproszenie największego w Brazylii festiwalu kulturalnego i muzycznego Virada Cultural w Sao Paulo.
Robert Kozubal (Jazzda.net): Gra Pan w obecnym składzie z muzykami, z którymi dzielił Pan pierwsze fascynacje jazzem. Czy po latach spędzonych osobno musieliście „uczyć się siebie” na nowo, czy ta jazzowa więź okazała się całkowicie odporna na czas?

Piotr Krzemiński: Tak, muzycy z Reunion Project to moi koledzy ze szkoły, z którymi stawialiśmy pierwsze kroki w muzyce jazzowej i dzieliliśmy pierwsze fascynacje jazzem. Gdy spotkaliśmy się po latach nie grania razem, na pewno w pewien sposób musieliśmy uczyć się siebie na nowo, natomiast pod bardzo pozytywnym względem. Przez te lata każdy z nas zarówno dzięki studiom jak i doświadczeniu w muzycznej pracy bardzo się rozwinął i bardzo dużo nauczył. Więc spotkaliśmy się już nie jako stawiający pierwsze kroki, ale jako świadomi, doświadczeni, ukształtowani muzycy. Dojrzali w muzyce jazzowej na tyle, że każdy z nas ma coś konkretnego „do powiedzenia” w tej muzyce i może dużo od siebie wnieść do tej muzyki. Co dla mnie jest piękne, ponieważ komponując bardzo często daję muzykom z zespołu przestrzeń do twórczych muzycznych wypowiedzi w moich utworach, dzięki którym nabierają one ostatecznego kształtu. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz po tylu latach, na pewno w jakiś sposób byliśmy sobą nawzajem zaskoczeni i musieliśmy się siebie na nowo nauczyć, natomiast ta nauka była czystą przyjemnością.
Robert Kozubal (Jazzda.net): Wiem, że formacja Reunion Project ma zamiar przypieczętować współpracę wydaniem płyty. Czy materiał, który usłyszymy podczas koncertu, to już zamknięta opowieść, którą znajdziemy na krążku?
Piotr Krzemiński: Rzeczywiście, mój plan jest taki, żeby jeszcze w tym roku nagrać z Reunion Project płytę, na której znajdzie się tylko moja autorska muzyka. Ponieważ nagranie płyty to przedsięwzięcie nie tylko muzyczna, ale i logistyczne - mam nadzieję, że ten plan się powiedzie. Natomiast odpowiem w ten sposób - nie, materiał, który zagramy na koncercie w Radio Łódź to nie będzie zamknięta opowieść, która znajdzie się na płycie. Jest ku temu kilka powodów. Po pierwsze nie można pokazać przedpremierowo całego siebie. Poza tym szczerze mówiąc płyta, która ma powstać jest jeszcze nie do końca zamkniętą opowieścią. Otwartość tej opowieści polega na tym, że decyzje, które utwory mają znaleźć się na płycie, a które nie, podjąłem w większości, ale jeszcze nie w stu procentach. Choćby dlatego, że w przypływie weny cały czas powstają nowe utwory, które wydają się być ciekawe, więc decyzje te nie są proste. Więc koncert 30 kwietnia będzie na pewno opowieścią o muzyce, ale nie będzie to ta sama opowieść, która znajdzie się na płycie.
Robert Kozbal (Jazzda.net): Czego konkretnie możemy spodziewać się na koncercie z okazji #JazzDay2026? Czy postawi Pan na czysto autorski program, czy może szykujecie Państwo jakieś muzyczne niespodzianki dedykowane tylko tej łódzkiej nocy?

Piotr Krzemiński: Myślę, że nie mogę powiedzieć czego konkretnie mogą się Państwo spodziewać na koncercie z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu 2026, ponieważ trzeba zostawić trochę niepewności i niespodzianek. Natomiast na pewno mogę powiedzieć, że w programie koncertu znajdą się moje kompozycje, ale nie tylko. Planuję żebyśmy zagrali również utwory innych kompozytorów, tak wplecione w ten koncert, żeby stworzyć jedną, spójną opowieść na ten wieczór. Opowieść o muzyce, o moich przeżyciach i inspiracjach. Szeptem mogę też powiedzieć, że szykujemy na ten specjalny jednak wieczór muzyczne premiery, utwory mojego autorstwa, których ani łódzka, ani żadna inna publiczność jeszcze nie słyszała. Na pewno będzie to bardzo fajny wieczór, pełen muzyki, swinga i dobrej energii.
Robert Kozubal (Jazzda.net): Trzykrotny „Jazzowy Oskar”, Gloria Artis i status dumy łódzkiej sceny. Czy po tylu sukcesach czuje Pan jeszcze tremę przed łódzką publicznością, czy to raczej pełen komfort grania „u siebie”?
Piotr Krzemiński: Rzeczywiście mam tę przyjemność być trzykrotnym laureatem Nagrody dla Najlepszego Łódzkiego Jazzmana przyznawanej przez Stowarzyszenie Jazzowe „Melomani” oraz zostać odznaczony medalem „Gloria Artis” przyznawanym przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Te nagrody to, nie ma co ukrywać, bardzo przyjemne akcenty i bardzo przyjemne chwile. Kilka lat temu odbierając pierwszą nagrodę Stowarzyszenia Melomani powiedziałem, że kiedy podjąłem decyzję, żeby przestać jeździć po świecie i wrócić na stałe do Polski i do tworzenia, grania i działalności tutaj, miałem w sobie oprócz dużego zapału i chęci, odrobinę niepewności. Takiej ludzkiej niepewności czy to się uda, czy moja muzyka się tutaj spodoba, czy będzie miała swoich odbiorców, czy to ma sens. Takie miłe akcenty jak te nagrody powodują, że w głowie pojawia się myśl - tak, było warto. I do dzisiaj tę myśl podtrzymuję i bardzo się cieszę, że to zrobiłem. Natomiast nagrody mają swoje podwójne oblicze. Z jednej strony są bardzo dużą przyjemnością i pokazują mi, że moja działalność, muzyka się podoba i że moja praca, to co robię i jak robię jest doceniane. Jest to na pewno rewelacyjne. Natomiast z drugiej strony za tymi nagrodami idzie pewnego rodzaju odpowiedzialność, którą ja czuję. Jest to jednak ten rodzaj odpowiedzialności, który jest bardzo motywujący, popycha nieustannie do tego, żeby nie ustawać w działaniu, cały czas robić, działać, tworzyć nowe rzeczy, nową muzykę, organizować nowe przedsięwzięcia.
Oczywiście, że czuję tremę przed łódzką publicznością. Na każdym koncercie czuję tę tremę będąc na scenie. Natomiast nie jest to ten związany ze strachem paraliżujący rodzaj tremy. To rodzaj tremy wynikającej z tego, że chciałbym zawsze dać publiczności jak najlepszy koncert, jak najlepszą muzykę i jak najlepszy czas spędzony z moim zespołem. To jest trema motywująca, taki mały zastrzyk adrenaliny powodujący jeszcze większe emocje, które w muzyce jak wiemy, są bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze. Tym samym mogę powiedzieć, że nie czuję pełnego, stuprocentowego komfortu grania „u siebie”. I myślę, że to bardzo dobrze, że tego nie czuję ponieważ boję się, że gdybym poczuł ten pełen komfort grania „u siebie” to mogłoby to spowodować podobne skutki jak popadnięcie w rutynę w jakimkolwiek działaniu. Kiedy działamy rutynowo, zdarza się nie zwracać uwagi na szczegóły, na ich dopracowanie, itp… A tego na pewno nie chcę.
Więc tak, czuję tremę i bardzo się cieszę, że ją czuję i chcę ją czuć. Ona mnie motywuje do działania, do pracy nad muzyką, nad sobą, nad tym, żeby dawać publiczności dobre koncerty, do tego żeby ucieszyć publiczność od czasu do czasu nowymi kompozycjami, a przy okazji w trakcie samych koncertów daje zastrzyk adrenaliny i emocji, bez których nie byłoby nie tylko muzyki, ale i żadnej innej sztuki.
Robert Kozubal: Dziękuję za rozmowę.





Komentarze