Cassie Watson Francillon i „Bardo”: narodziny nowego brzmienia harfy
- ROBERT KOZUBAL

- 15 kwi
- 4 minut(y) czytania

Przez lata Cassie Watson Francillon prowadziła wewnętrzny spór, którego nikt poza nią nie słyszał. W jej głowie najgłośniej brzmiały surowe breakbeaty, jazzowa awangarda i puls, którego nie sposób było pomylić z klasyczną szkołą harfy. A jednak traktowała te impulsy jak uchybienia, elementy wymagające ukrycia, by dopasować się do wizerunku artystki „poprawnej”, podporządkowanej tradycji instrumentu. Harfa miała być delikatna i przezroczysta. Tymczasem w jej wyobraźni stawała się narzędziem o zupełnie innym ciężarze.
Przełom przyszedł z miejscem, które nie kojarzy się z muzycznymi objawieniami.
Sześć lat wewnętrznych zmagań i pandemiczna izolacja znalazły swój punkt kulminacyjny na Bayou St. John, gdzie w kajaku po raz pierwszy usłyszała własne myśli z pełną wyrazistością. W ciszy przerywanej jedynie uderzeniami wiosła Francillon zaczęła rozumieć, że to, co uważała za „wady”, było w istocie jej najważniejszym źródłem energii twórczej – intrinsic light, którego nie da się stłumić bez utraty tożsamości. Zamiast więc wygładzać brzmienie instrumentu, postanowiła je odsłonić. Podpięła harfę pod efekty, pozwalając jej zabrzmieć z pełną, nieupiększoną intensywnością.
Ta decyzja nie pojawiła się jednak w próżni. Francillon była aktywna od 2006 roku, konsekwentnie budując własny język muzyczny. Wcześniejsze albumy – Luna Nuda (2019) oraz akustyczny this appears to disappear (2020), który przyniósł jej stypendium w Joyful Noise Records – dokumentowały etap poszukiwań, w którym harfa była jeszcze instrumentem introspekcji, nie konfrontacji.
Z kolei praca w futurystycznym trio Shakespeare & The Blues i współtworzenie ich płyty e.g.: Rhapsodic (2021) otworzyły ją na bardziej eksperymentalne formy. W kolejnych latach powstały KāFOU (2025), Suite (2025) i Lanati Vol. 1 (2025) – projekty, w których coraz wyraźniej słychać było jej zainteresowanie sonicznym futuryzmem, diasporą i czarną technologią dźwięku.
Równolegle rozwijała działania performatywne i kuratorskie: tworzyła „Consortium”, projekt badający czarną technologię soniczną; „Lanati”, poświęcone wyzwoleniu akustycznego dźwięku w przestrzeni publicznej; oraz muzyczne sekwencje do wystawy Rona Becheta From the Storms of Our Souls. Prowadziła serię koncertów Sirens in the Twilight, współtworzyła New Orleans Jazz and Pop Harp Weekend, a w 2018 roku wyreżyserowała i wykonała wyprzedany spektakl The Eternal Harp of Björk w Marigny Opera House. Jej harfa brzmiała w przestrzeniach tak różnych, jak Kennedy Center, Met Museum, Guggenheim czy Studio BE.
To wszystko – lata praktyki, eksperymentów, współpracy z artystami takimi jak Norah Jones, Tank and the Bangas, Irreversible Entanglements, Ben LaMar Gay, Isaiah Collier, Val Jeanty czy Angel Bat Dawid – złożyło się na fundament, z którego wyrasta Bardo. Album nie jest więc początkiem, lecz momentem, w którym wszystkie wcześniejsze ścieżki zbiegają się w jedną, wyraźnie zarysowaną linię.
Tytuł „Bardo” odwołuje się do buddyjskiego stanu przejściowego między śmiercią a ponownymi narodzinami. W przypadku Francillon to nie metafora, lecz precyzyjny opis procesu. Jej klasyczna tożsamość musiała ustąpić miejsca nowej – opartej na futurystycznym myśleniu o dźwięku, na odwadze i na świadomym wyborze własnej drogi.
Na tej drodze towarzyszyły jej postaci, które od lat zmieniają sposób myślenia o harfie. Brandee Younger – pierwsza czarnoskóra harfistka nominowana do Grammy – pokazała jej, że instrument może pełnić rolę wiodącą, a nawet dominującą. Dee Dee Bridgewater, legenda jazzu, zaprosiła ją do swojego programu mentoringowego, otwierając przed nią przestrzeń do pełnej artystycznej niezależności.
Kulminacja procesu twórczego nastąpiła w House of 1000HZ, studiu, które stało się dla Cassie Watson Francillon miejscem ostatecznej redefinicji brzmienia. Do współpracy zaprosiła muzyków o wyrazistych, bezkompromisowych estetykach. Trębacz Aquiles Navarro i tubista Charles Lumar II wnieśli do nagrań ciężar ulicznych brass-bandów, ich rytmiczną dyscyplinę i głęboko zakorzenioną historię. Ostateczny kształt albumu nadał Paul „Willie Green” Womack – inżynier dźwięku związany z nowojorską sceną hip-hopową. Jego podejście sprawiło, że harfa na „Bardo” nie unosi się w eterycznej przestrzeni. Jest precyzyjna, rytmiczna i zdecydowana. Brzmi jak instrument, który odzyskał własny głos.
Najpełniej słychać to w „Constellation of Symptoms”, utworze, w którym zespół działa jak jeden organizm – gęsty, wielowarstwowy i precyzyjny, a jednocześnie otwarty na improwizację.
Zupełnie inny charakter ma „Ain’t Nice” – kompozycja o energii nieustannego pędu, jak pościg prowadzony na granicy kontroli. To muzyka zbudowana z połamanej perkusyjności, spiętrzonych napięć tuby i trąbki oraz harfy, która oplata całość jasnym, niemal świetlistym dźwiękiem. Intensywność utworu wynika z celowego zderzenia żywiołów, nie z chaosu.
„Salty Horizon” to propozycja, która może szczególnie przypaść do gustu słuchaczom przywiązanym do bardziej mainstreamowego jazzu. Jest rytmiczna, improwizująca, z doskonałym pulsem i klarowną narracją instrumentalną. Jednocześnie jej powtarzalność potrafi lekko znużyć – jakby kompozycja celowo zatrzymywała się w jednym miejscu, badając je z każdej strony.
Album zamyka „Operative Word”, solowy popis Francillon. To utwór, który najpełniej ukazuje, czym dla niej jest „czarodziejska moc harfy”. Najlepiej słuchać go w słuchawkach, wychodząc w środku nocy na puste miasto – wtedy dźwięk staje się przewodnikiem, a harfa instrumentem nie tylko melodycznym, lecz także narracyjnym, prowadzącym słuchacza przez przestrzeń i własne emocje.
Cassie Watson Francillon musiała odnaleźć swoje „wewnętrzne światło”, by przestać grać pod dyktando tradycji i zacząć brzmieć własnym, potężnym głosem. Na Jazzda.net robimy dokładnie to samo – szukamy artystów, którzy mają odwagę burzyć schematy. Jeśli ten tekst pomógł Ci odkryć nowy wymiar harfy, postaw nam symboliczną kawę na buycoffe.to/jazzda.net. Twoje wsparcie to dla nas sygnał, że warto kopać głębiej i pisać o artystach tak niepokornych, którzy konfrontują się nawet ze sobą.




Komentarze