Warren Wolf – „SMOOVE VIBES”. Wirtuozeria w służbie rozrywki
- ROBERT KOZUBAL

- 24 kwi
- 3 minut(y) czytania

Na swoim najnowszym albumie serwuje fenomenalną wirtuozerię oddaną w pełni na usługi rozrywki, a nie intelektualnego wyścigu zbrojeń. W „SMOOVE VIBES” słychać bezpretensjonalną radość grania, która – być może niechcący – staje się delikatnym prztyczkiem w nos dla europejskiej sceny. Stary Kontynent tworzy jazz piękny, poszukujący i głęboki, lecz w tym artystycznym uniesieniu czasem zapomina o jednym: o czystej przyjemności płynącej z rytmu. Wolf przypomina nam, że jazz narodził się tam, gdzie ludzie chcieli się bawić.
Dziś, 25 kwietnia, swoją premierę ma „SMOOVE VIBES” – najnowszy album urodzonego w Baltimore wibrafonisty i multiinstrumentalisty Warrena Wolfa. Artysta, którego twórczość w ciągu ostatnich dwóch dekad umieściła wibrafon w centrum jego szerokiej kariery jako lidera zespołu, kompozytora, muzyka towarzyszącego i pedagoga, tym razem stawia na materiał, w którym ten instrument staje się przysłowiowym „szóstym biegiem”, nadającym całości nowoczesnej dynamiki i tempa.
Domowe studio i technologiczny silnik
Kiedy się słucha tego materiału naprawdę trudno uwierzyć, ze album został nagrany głównie w piwnicy Wolfa przy użyciu Logic Pro X. Program ten jest w rzeczywistości kompletnym studiem nagrań zamkniętym w zaawansowanym programie komputerowym, po które regularnie sięgają czołowi producenci muzyczni, inżynierowie dźwięku oraz kompozytorzy filmowi na całym świecie. Ta wszechstronna stacja robocza pozwala na przejście całej drogi twórczej w ramach jednej aplikacji: od komponowania opartego na gigantycznej bibliotece ponad 70 GB dźwięków i wirtualnych instrumentów, przez krystalicznie czyste nagrywanie całych zespołów, aż po precyzyjną edycję wokali i rytmiki dzięki inteligentnym funkcjom Flex Pitch oraz Flex Time. Całość procesu wieńczy profesjonalny miks i mastering z wykorzystaniem nowoczesnych narzędzi korekcji oraz wsparcia dla dźwięku obiektowego Dolby Atmos, co czyni z tego oprogramowania potężny silnik napędowy dla każdej współczesnej produkcji muzycznej.

W tym cyfrowym środowisku Wolf zarejestrował autorskie partie na wibrafonie, marimbie, perkusji, fortepianie, organach B3 i instrumentach Fender Rhodes. Do skompletowania zespołu zaprosił stałych współpracowników: Brandona Lane’a (bas elektryczny), Brenta Birckheada (saksofon altowy, flet), Terence’a Cunninghama (organy), Elana Troutmana (saksofon sopranowy) oraz Imani-Grace Cooper (wokal).
Szkoła dyscypliny: Od Baltimore po Europę
U podstaw dzisiejszej swobody Wolfa leżał rygorystyczny reżim treningowy. Od trzeciego do siedemnastego roku życia artysta ćwiczył pięć dni w tygodniu po 90 minut dziennie. Każda sesja była precyzyjnie podzielona: 30 minut na perkusji, 30 na wibrafonie i 30 na pianinie. „Mój ojciec chciał dać mi intensywny kurs muzyki” – wspomina Wolf. Artysta często podkreśla kluczową rolę swojego ojca w tej drodze – widzi w nim nie tylko wymagającego nauczyciela, ale przede wszystkim architekta swojej muzycznej tożsamości, który potrafił umiejętnie połączyć rygor klasyki z otwartością na każdy gatunek.
Kluczowym etapem edukacji było osiem lat w programie przygotowawczym Peabody Institute (Peabody Prep). „Pobyt w Peabody Prep był niesamowity. Byłem naprawdę dobrym muzykiem klasycznym. Szczerze mówiąc, myślałem, że zrobię karierę w muzyce klasycznej. Pamiętam, że byłem głównym kotlistą w zespole Peabody Sinfonia. Granie z tym zespołem przez kilka lat dało mi szansę na dwukrotne tournée po Europie. Pamiętam, że byłem w Londynie i Amsterdamie. Nauczyłem się tam grać z kontrolą, harmonią klasyczną i podstawami kompozycji” – podkreśla artysta. Te fundamenty, połączone z dorastaniem w domu pełnym soulu i hip-hopu (od New Edition po LL Cool J), stworzyły muzyka o rzadko spotykanym spektrum możliwości
.
Analiza repertuaru: Wirtuozeria i barwy

Album otwiera brazylijska „Fábrica” (Cesar Camargo Mariano), jednak to dalsza część tracklisty ujawnia pełnię wizji Wolfa. Autor zaproponował przepiękną, leciutką wersję „Take 5” Dave'a Brubecka, a Beatlesowskie „Yesterday” podał w sposób do szpiku amerykański.
Dla zrozumienia „szóstego biegu” Wolfa kluczowe są jednak dwa inne utwory. „Contigo” (autorstwa Grega Howe’a) to ekspozycja ulubionych barw muzycznych lidera i dowód na jego wrażliwość brzmieniową. Z kolei „Some Skunk Funk” (Randy Brecker) to czysty pokaz wirtuozerii, gdzie technika służy budowaniu niesamowitego, motorycznego groovu. Nie zabrakło też miejsca na humor w „Will the Real Kenny Gee Please Stand Up?” z gościnnym udziałem Elana Troutmana.
zabawa głupcze
W ostatecznym rozrachunku „SMOOVE VIBES” to płyta, która domyka klamrą myśl zawartą w jej otwarciu: to jazz dający oddech i autentyczną radość. Wolf udowadnia, że nawet niebanalne i momentami skomplikowane struktury nie muszą być dla słuchacza ciężarem. Warren rezygnuje z niepotrzebnego intelektualizowania na rzecz bezpośredniej przyjemności płynącej z muzyki. Daje ludziom to, co w jazzie najcenniejsze – radość słuchania.
„Zdecydowałem się nagrać tę płytę, ponieważ chcę dotrzeć do ludzi na całym świecie” – mówi Wolf. „Chcę, żeby posłuchali jazzu, ale z nutą nowoczesności – bez elementów zaskoczenia, bez konieczności zbytniego zastanawiania się podczas słuchania. Album ma być dla ludzi, którzy mogą się odprężyć i dobrze bawić”.





Komentarze