top of page

Znaleziono 154 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Trąbka jest moim piórem

    …wyznał przed laty. Udowodnił to po raz kolejny, tym razem na dwóch albumach, które pojawiły się w niewielkim odstępie od siebie: w maju jako część skandynawskiej supergrupy jazzowej pt. „Arcanum”, oraz w marcu w solowym projekcie "War Index". Znów zachwyca tam swoją grą, a ściślej - antygrą. O kim mowa? O fenomenalnym norweskim trębaczu Arve Henriksenie. Album "Arcanum" Słowo arcanum pochodzi z łaciny i oznacza: tajemnicę, sekret, coś ukrytego, ezoterycznego, dostępnego tylko dla wtajemniczonych. W alchemii zaś arcanum to „substancja o ukrytej mocy” lub „mistyczna esencja”. Tytuł więc ma wielorakie znaczenie — zarówno symboliczne, jak i estetyczne. W kontekście muzyki — a szczególnie estetyki ECM, który wydał te płytę i od lat publikuje nagrania Arve — tytuł ten znamionuje muzykę jako przestrzeń kontemplacji i odkrywania, wskazuje na duchowy wymiar improwizacji, który nie daje się łatwo zdefiniować, na wielość znaczeń i warstw, które odsłaniają się dopiero przy uważnym słuchaniu. „Arcanum” nagrał zespół nie byle jaki, bo grupa złożona z Arve Henriksena, Trygve Seima, Andersa Jormina i Markku Ounaskariego. Album wydaje się bardzo świadomym powrotem do ducha ECM z lat 70., z bezpośrednimi odniesieniami do takich dzieł, jak Triptykon  Jana Garbarka. Utwór „Nokitpyrt” doskonale ten zamiar oddaje. Jest to swobodna improwizacja z równoległymi liniami trąbki i saksofonu, zaś tytuł czytany wspak oznacza „Triptykon” – zatem jest to nader czytelny hołd dla Garbarka, Vesali i Andersena, którzy nagrali tamtą płytę. Wykonawcy udanie balansują między kompozycją a improwizacją, dzięki czemu na płycie dominuje muzyka delikatna, chwilami tylko ekspresyjna z silnym wpływem skandynawskiego folkloru duchowości oraz free jazzu z lat 60. Zawiera utwory o głębokim znaczeniu symbolicznym, np. „Elegy” (napisany w dniu wybuchu wojny w Ukrainie) czy „Armon Lapset” (reinterpretacja tradycyjnego, fińskiego hymnu religijnego). - Ten stary hymn Læstadian był w przeszłości powszechnie używany w regionie Troms w Norwegii  – tłumaczy Arve Henriksen. - Pomógł zachować przy życiu język Kven, jako część dialektu Tornedal i fińskiego języka kościelnego od lat 60. XIX wieku. Wykorzystaliśmy ten psalm jako punkt wyjścia do bardzo swobodnej interpretacji, dość odległej od oryginalnego środowiska. Arve reaguje żywo na to co się wydarza na świecie. Powiada: Nie możemy udawać, że wszystko jest w porządku. Dla mnie ważne było poruszenie tematu wojny – tego, co dzieje się wokół nas. Nie obchodzi mnie, czy ECM będzie miało z tym problem – wspieram Ukrainę i Palestynę. W następującym potem utworze „Folkesong”, czyli „Pieśni lasu”, to głównie saksofon Seima prowadzi narrację, Henriksen zaś tworzy tło – również elektroniczne, używając elektroniki w sposób smakowity i niemal organiczny, który ma wzmacniać atmosferę utworu. Folklor i natura są dla Henriksena bardzo ważną inspiracją: - Dorastałem w małej wiosce między Bergen a Ålesund. Folklor był obecny – na weselach, w szkole. Grał skrzypek, ludzie tańczyli w kręgu. Potem grałem z Christianem Wallumrødem, Nilsem Øklandem, Trio Mediæval (śpiewa tam moja żona). Próbowałem wpleść trąbkę w ich muzykę. To długa lista muzyków, którzy wpłynęli na norweską scenę i na mnie. To może banał, ale natura ma ogromny wpływ na moją muzykę i życie. Góry, lodowce, fiordy – dorastałem wśród nich. Spacerowałem, inspirowałem się nastrojami przyrody. To pomaga mi trzymać kurs. Kolejny utwór, „Trofast” jest liryczną balladą w metrum 3/4, z delikatnym dialogiem trąbki i saksofonu. „Koto” zaś kompozycją Jormina inspirowana muzyką japońską. „What Reason Could I Give” to z kolei krótki hołd dla Ornette’a Colemana – „mój ulubiony z jego utworów” – jak podkreśla Jormin. "Arcanum" jak widać to muzyka pełna łagodnej siły i poetyckiej głębi, głęboko zakorzeniona w historii i tożsamości kulturowej — ale jednocześnie swobodnie przekształcona w jazzowym duchu. Zespół powstał z inicjatywy Seima, Jormina i Ounaskariego, którzy grali razem z fińską wokalistką Sinikką Langeland. Pomysł dołączenia Arve Henriksena wyszedł od Seima, który znał go z wcześniejszych nagrań. - Często graliśmy jako trio podczas prób dźwięku, co zawsze było bardzo przyjemne, więc zaproponowałem rezerwację kilku koncertów w Finlandii  – wspomina Markku Ounaskari. Członków zespołu Arcanum Trygve Seim (ur. 1971, Oslo) Norweski saksofonista i kompozytor, związany z ECM od 2000 roku. Studiował w Trondheim i inspirował się Janem Garbarkiem oraz Edwardem Vesalą. Znany z poetyckiego, lirycznego stylu i nietypowych składów instrumentalnych. Laureat niemieckiej nagrody krytyków fonograficznych za debiut Different Rivers . Anders Jormin (ur. 1957, Jönköping) Szwedzki kontrabasista i kompozytor. Współpracował z Charlesem Lloydem, Tomaszem Stańką, Bobo Stensonem i wieloma innymi. Łączy jazz z muzyką klasyczną i ludową. Profesor Akademii Muzycznej w Göteborgu, doktor honoris causa Sibelius Academy w Helsinkach. Markku Ounaskari (ur. 1967, Finlandia) Fiński perkusista, znany z pracy z Sinikką Langeland, Tomaszem Stańką, Nielsem Petterem Molværem i wieloma innymi. Laureat nagrody Emma (fiński odpowiednik Grammy) i prestiżowej nagrody Yrjö. Jego styl łączy jazz z muzyką ludową i sakralną. Nagrał sześć albumów dla ECM. Album War Index  To solowy projekt Arve Henrkisena, który ukazał się 22 marca 2025 roku – w dniu jego urodzin. To dzieło o wyraźnie mroczniejszym tonie niż jego wcześniejsze prace, będące reakcją na współczesne konflikty i napięcia społeczne. Henriksen porusza w nim temat wojny, stresu i granic ludzkiej wytrzymałości, łącząc intymność z politycznym zaangażowaniem. Muzyka na płycie jest pełna kontrastów – z jednej strony delikatna i medytacyjna, z drugiej – pełna niepokoju i gniewu. War Index  to manifest artystycznej szczerości i potrzeby wypowiedzi w obliczu chaosu świata. Henriksen i brzmienie ECM Rozpoczęcie współpracy Arve Henriksena z wytwórnią ECM miało ogromny wpływ na jego artystyczny rozwój i międzynarodowe uznanie. Jej początek datuje się na 1998 roku kiedy to pojawił się jako członek tria Christiana Wallumrøda na albumie No Birch , Jednak jako lider zadebiutował w ECM w 2010 roku albumem Cartography , który był przełomowym momentem w jego karierze. Cała płyta to s eria dźwiękowych pejzaży, ambientowo-eksperymentalna mapa nastrojów. Niektóre utwory zostały nagrane na żywo podczas koncertów, inne to dzieła studyjne. W dwóch utworach Wokalista David Sylvian czyta własną poezję. Henriksen, znany z eterycznego, niemal wokalnego brzmienia trąbki, zyskał reputację jednego z najbardziej rozpoznawalnych stylistycznie trębaczy ostatnich dekad. Jego muzyka łączy ambient, jazz i muzykę eksperymentalną, co doskonale wpisuje się w estetykę ECM. Współpraca z producentem Manfredem Eicherem i charakterystyczna produkcja ECM (cisza, przestrzeń, klarowność) pozwoliły Henriksenowi w pełni rozwinąć jego subtelne, kontemplacyjne podejście do muzyki. Trzy płyty Henriksena z ECM, które wziąłbym ze sobą na Księżyc - „Cartography” (2010) – jego pierwszy album jako lidera dla ECM, nagrany z udziałem m.in . Jana Banga, Eivinda Aarseta i Trio Mediaeval. Magazyn Down Beat opisał go jako „eteryczną muzykę ambientową stworzoną z malarską precyzją i wyczuciem melodii”. - „Atmosphères” (2016)* współpraca z pianistą Tigranem Hamasyanem, która przyniosła bardziej śpiewne i improwizowane brzmienie. - „Touch of Time” (2024) – duet z pianistą Harmenem Fraanje, ukazujący ich niezwykłą muzyczną wrażliwość i introspektywny dialog. Album został opisany jako „muzyczna medytacja” . Cztery płyty Henriksena wydane niezależnie, które wziąłbym ze sobą na Marsa „Sakuteiki” (2001)  – inspirowany japońską estetyką i brzmieniem shakuhachi, minimalistyczny i medytacyjny. „Places of Worship” (2013)  – duchowa podróż przez dźwięki sakralne i przestrzenne. „Chron” (2014)  i „The Nature of Connections” (2014)  – bardziej akustyczne, z udziałem norweskich muzyków folkowych. „The Timeless Nowhere” (2020)  – czteropłytowy zestaw ukazujący różne aspekty jego twórczości: od ambientu po free jazz. W jednym z wywiadów Henriksen wyjaśnia, że jego styl gry wywodzi się z fascynacji japońską estetyką, muzyką shakuhachi (tradycyjnego bambusowego fletu) oraz chęci wyrażenia emocji w sposób subtelny i introspektywny. Jego celem nie jest wirtuozeria, lecz tworzenie przestrzeni dźwiękowej, która przypomina malarstwo lub poezję dźwiękiem. Moim zdaniem Henriksen doskonale odnajduje balans między projektami komercyjnymi, a niezależnymi, w których nie musi godzin się na żadne kompromisy Tegoroczne płyty są tego doskonałym tego dowodem. Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Jazzda na rogach

    Hildegunn Øiseth „Garden of the roof” Do rogatego diabła! Ależ wspaniała płyta! Ale o tym za moment, ponieważ wpierw rzućmy okiem na liderkę zespołu, Hildegunn Øiseth  i jej z przeproszeniem instrument. Wiecie co to bukkehorn? To wam powiem: najpierw trzeba mieć kozę, aby zdobyć jej róg! Po pięciu lub siedmiu latach, róg można zamienić w niepowtarzalny instrument zwany bukkehorn, czyli wykonać w nim otwory (np. pięć), którymi moduluje się dźwięk. Jak się gra? Normalnie, jak na rogu, z użyciem stroika lub bez niego. Jak brzmi? Ano właśnie! To wam pokaże Hildegunn Øiseth na omawianej płycie i to od razu, w pierwszym utworze. Bukkenhorn jest jednym z  najstarszych znanych na świecie instrumentów, są dowody archeologiczne mówiące, że rogiem, w celu wydobywania z niego dźwięków, posługiwano się w Norwegii już w epoce kamiennej. Rzecz jasna, nie miało to wówczas nic wspólnego z jazzem, nasi praprzodkowie, których duchy tu wywołujemy jeszcze nie jamowali. Zgodnie z norweską tradycją w setrze, letniej górskiej farmie, trzody doglądała budeia, dojarka, która doiła zwierzęta, wyrabiała masło i ser. Do pomocy w pracy używała dwóch instrumentów drewnianej, długiej lury i bukkenhornu. Do czego? Jedne służyły do straszenia drapieżników, drugie do wabienia trzody – zatem ich cele były czysto użytkowe. Dopiero z czasem, z rozwojem kultury ludzie zaczęli wykorzystywać kozi róg do grania. Prześmiewcy niechaj drżą, gdyż wpływ kóz i kozłów na kulturę jest olbrzymi.  Wszak to podczas Dionizji, czyli świąt ku czci boga płodności i wina, wystawiano tragedię co oznaczało dokładnie: pieśń kozła ( łac.   tragoedia , z  gr.  τραγῳδία  tragōdía , od wyrazów τράγος  tragos  „kozioł” i ᾠδή  ōdḗ  „pieśń).' Jeszcze słowo o niezwykłej artystce, ponieważ, by w pełni zrozumieć i poczuć przekaz płyty dobrze jest wiedzieć, co ją napędza. Urodzona w 1966 roku w Kongsvinger w Norwegii od lat prowadzi własne muzyczne badania. Po ukończeniu studiów muzycznych w latach dziewięćdziesiątych Hildegunn Øiseth dołączyła do szwedzkiego zespołu Bohuslän Big Band, gdzie grała na trąbce. Następnie wyjechała na dwa lata do Republiki Południowej Afryki, a pobyt w Kapsztadzie pozwolił jej dogłębnie poznać lokalną scenę jazzową i muzykę tradycyjną. Co ciekawe, w tym samym czasie zaczęła również interesować się muzyką rdzennych mieszkańców Laponii, położonej w północnej Skandynawii. Ku swojemu zaskoczeniu odkryła uderzające podobieństwa między muzyką lapońską, a tradycyjną muzyką z RPA. Podczas kilku podróży do Pakistanu Øiseth poszukiwała analogii między tamtejszymi ragami (tradycyjne formy melodyczne w muzyce indyjskiej) a skalami melodycznymi charakterystycznymi dla norweskiego folkloru. Podczas uczestnictwa w ceremonii sufickiej w Pakistanie dokonała jeszcze jednego fascynującego odkrycia, łączącego ten kraj z jej ojczyzną. Okazało się, że ten sam kozi róg, jest używany w ceremoniach sufickich, jak również tradycyjnym instrumentem norweskim, niegdyś wykorzystywanym przez pasterzy jako instrument sygnalizacyjny, czyli bukkenhorn. Øiseth z jednej strony, niejako „oswoiła” surowy, archaiczny dźwięk rogu, wprowadzając go do nowoczesnego jazzu. Z drugiej strony, wykorzystuje trąbkę jako współczesny odpowiednik koziego rogu, dążąc do tego, by dźwięk trąbki oddawał głębię emocjonalną koziego rogu. W tym celu, czasami używa efektów dźwiękowych, zazwyczaj stosowanych w gitarze elektrycznej, aby nadać trąbce bardziej ekspresyjne brzmienie. Inspiracją do założenia kwartetu przez Øiseth stała się sugestia norweskiego inżyniera dźwięku, Jana Erika Kongshauga. To on, zadając retoryczne pytanie o brak studyjnych nagrań artystki z kwartetem, otworzył jej oczy na potencjał tej formacji. Wówczas Øiseth nie do końca rozumiała, jak organicznie może współbrzmieć jej instrument z ciepłym, drzewnym brzmieniem fortepianu, kontrabasu i perkusji, ani jak bogaty dialog muzyczny można osiągnąć w tym składzie. Debiutancki album „Stillness” z 2011 roku okazał się przełomowy , a kwartet stał się dla Øiseth głównym medium artystycznym. W tym gronie trębaczka zrealizowała swoje estetyczne i stylistyczne wizje, swobodnie łącząc nowoczesny jazz z elementami muzyki świata oraz skandynawskim i norweskim folklorem. Współpraca z rodakiem, pianistą Espenem Bergiem, okazała się strzałem w dziesiątkę. Berg idealnie akcentuje mocne tematy Øiseth grane na trąbce i bukkehornie, a zarazem stanowi solidne harmoniczne tło dla jej dynamicznych i pełnych niuansów improwizacji. Przejdźmy do piątego albumu kwartetu Hildegunn Øiseth pt. "Garden on the Roof”. Już w otwierającym utworze "Prelude to Waking", w otwartym dialogu z pianistą Esperem Bergiem i perkusistą Perem Oddvarem Johansenem liderka udowadnia, że bukkenhorn jest integralnym instrumentem jej muzyki. Jeszcze mocniej to słychać w "Luringen", w którym najpierw intonuje pozbawioną tekstu wokalizę oscylującą pięknie harmonią przy figlarnym rytmie sekcji, po czym rozwija prostą i śpiewną melodię, najpierw na kozim rogu, a następnie na trąbce. Generalnie jest to płyta z melodiami i nic w tym dziwnego – wprawdzie Øiseth potrafi wydobywać bardzo szybkie frazy z rogu (pierwszy utwór to dla mnie mistrzowski popis grania na bukkenhornie), jednak prawdziwą jego moc słychać przy długich dźwiękach – wszak do nich został stworzony. We wprawdzie dość czytelnym, ale za to cudnym, pięknym, melodyjnym utworze zamykającym płytę, smutnym jak los emigranta „Reffugee Anthem” rzewne melodie zmuszają do przyjrzenia się tragicznym wyborom ludzi w strefach wojny. „About Peace” zachwyca wschodnimi zagrywkami na modulowanej trąbce, zaś kawałek tytułowy jest jednym z najpiękniejszych, jakie słyszałem w życiu, ale przyznać musze, że w jazzie lubię dziwactwa, więc mnie najbardziej wciągnął pomysłowy, pokręcony, zwariowany i awangardowy „Pubs and cubs” Øiseth chętnie wypowiada się w kwestiach politycznych, co w jazzie jest niecodzienne – w opisie płyty wskazuje "About Peace" jako wezwanie do zniuansowanego spojrzenia na każdy z wielu konfliktów zbrojnych na świecie i uznania wszystkich objętych konfliktami za ofiary, zaś w "Refugee Anthem" deklaruje oddanie głosu bezimiennym uchodźcom, którzy poświęcili swoje życie w drodze do lepszej przyszłości. Z pewnością jedna z najlepszych płyt 2024. Hildegunn Øiseth: Trumpet, Bukkehorn, Vocals Espen Berg: Piano  Magne Thormodsæter: Bass Per Oddvar Johansen: Drums  + Special Guest Nils-Olav Johansen: Guitar, Vocal Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, będę wdzięczny za wsparcie. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Wpadajcie jak najczęściej

  • Jazzowe Letnie Nowości 2025 - playlisty jazzda

    Przerwy w rutynach nie powinny trwać za długo, najwyżej tyle, by zorientować się jakim błogosławieństwem są nawyki - wbrew bredniom kolorowych czasopism. Wracam zatem po wakacjach do tworzenia i prezentowania Wam tłustych playlist ociekających jazzowymi nowościami. Strasznie to lubię. Mam nadzieję, że Wy też. Mam dla was blisko 400 premier z lipca i sierpnia. Ale na początek poczytajcie, o tych, które mnie przy sobie zatrzymały na nieco dłużej. Gwiżdżę na malkontentów narzekających, że tak strasznie dużo jest bylejakiej muzyki. No chyba nie jazzowej! Owszem, produkuje się ją w olbrzymich ilościach (to już chyba nieprzeliczalne, więc rzeczownik ilość jak najbardziej uzasadniony), ale jak dla mnie duża część z niej jest bardzo ciekawa. Mam poniżej dla Was kilka moich płyt-faworytów wydanych latem, ale na końcu tekstu lub w zakładce PLAYLISTY JAZZDA znajdziecie pełne playlisty. Cieszcie się bracia i siostry ta muzą, sięgajcie po płyty, ale kupujcie je, wspierajcie artystów, bo to dzięki nim uświadamiamy sobie, że życie jest cudowne i warte czegoś więcej aniżeli cząstka jakiegoś PKB. chcesz wykonać szybki skok do playlist bez czytania? Trudno, ale po prostu kliknij na ten napis Poliphonic Exophilia Norweska jazda bez trzymanki, z silnie zarysowanym rytmem i zapętlonymi partami saksofonu. Grupa składająca się z trzech anonimowych członków, którzy tworzenia muzyki opierają w dużej mierze na improwizacji. Jak sami piszą: nasza nazwa wskazuje na seksualne upodobanie do pozaziemskich, polifonicznych pejzaży dźwiękowych, co jest wyrazem zamiłowania członków zespołu do tego, co nowe, niezbadane i nieznane. MIŁOŚĆ! WOLNOŚĆ! OPÓR! - to moim zdaniem doskonała płyta, bez zbędnej nutki. Ciekawi zespołu? LINK DO ICH STRONY Ill Considered Zespół Ill Considered powstał w 2017 roku z inicjatywy Emrego Ramazanoglu i Idrisa Rahmana i od początku przypadł moi do gustu. Po wspólnych sesjach nagraniowych postanowili stworzyć nowy, w pełni improwizowany projekt, w którego skład wchodziły perkusja, bas, saksofon i okazjonalnie perkusjonalia. Pierwsze nagranie zostało zmiksowane i zmasterowane w ciągu 24 godzin przez Emrego, stając się debiutanckim albumem grupy. Zespół od samego początku przyjął filozofię DIY  (zrób to sam) – wszystko, co nagrali, wydawali na winylach i dystrybuowali pod własną etykietą. Takie podejście pozwoliło im wydać aż dziewięć albumów w ciągu trzech lat, nagranych zarówno na żywo, jak i w studiu. Zdobyli silną bazę fanów oraz uznanie kluczowych postaci brytyjskiej sceny jazzowej i nie tylko. W 2020 roku nawiązali współpracę z wytwórnią New Soil , aby udostępnić cały swój katalog na platformach streamingowych. W 2021 roku wydali album „Liminal Space” , w którym dołączył basista Liran Donin , a ich improwizacyjne podejście rozszerzyło się o gościnne występy, zachowując przy tym swój unikalny styl. Rok 2024 to premiera kolejnego albumu – „Precipice” . Zespół powrócił do minimalistycznego formatu trio. Wszystkie utwory zostały nagrane na żywo, w jednym podejściu. Zespół nieustannie przesuwa granice gatunkowe, pozostając wiernym swoim improwizacyjnym korzeniom i tworząc „telepatyczny groove”. Rok 2025 to wydanie niezwykłego albumu "Balm". Niezwykłego muzycznie i nie tylko. Każdy winylowy album "Balm" ma unikalną, ręcznie malowaną okładkę autorstwa Vincenta De Boera . Każda z nich stanowi część większego, 300-częściowego płótna - zbiorowego dzieła sztuki złożonego ze wszystkich pojedynczych okładek. Na stronie internetowej https://www.illconsideredmusic.com/ j est pełna cyfrowa wersja płótna, na którym każdy może dopasować swoją konkretną grafikę, zająć swoje miejsce w siatce i zostawić wiadomość dla społeczności Ill Considered. Jak? Po dostarczeniu płyty, na naklejce dostaniecie instrukcje. Te okładki to jednorazowe dzieła sztuki, malowane w atelier jako duży obraz ścienny. W związku z tym mogą mieć niewielkie ślady drabin i taśmy. To niepowtarzalny produkt. A muzyka? Mroczny, duszny jazz. Tenors in Chaos 8 tysięcy obserwujących zespół jazzowy na Spotify? To musi być zespół japoński! I tak w istocie jest. Akihiro Nishiguchi , Yu Kuga i mój faworyt Tomoaki Baba  (recenzja jego doskonałej ostatniej płyty solowej POD LINKIEM ) grają na saksofonach - razem. Jak to brzmi? Ano o dziwo nie jak kakofoniczna trąba jerychońska. Tworzą wspólnie fajny, subtelny, trochę zwariowany, japoński jazz z czytelnymi, nawet dla nieprawionego ucha, tęsknotami za Johnem Coltranem. Zwrócili moją uwagę wydając debiut "Chaos" w labelu aTak Records Takuya Kurody, trębacza, którego miejski, nowoczesny triphopowy styl bardzo mi odpowiada. Teraz wypuścili album "More Chaos" i każdy fan jazzu powinien posłuchać kawałka otwierającego pt. Blue Train (tak, tak to TEN utwór mistrza). Trzej japońscy tenorzy grają w towarzystwie sekcji rytmicznej. Wszystko tam gra i buczy jak w japońskim silniku. To jazzda obowiązkowa tego lata. ferenc Nemeth Zebrał bajeczny skład. Jak tylko przeczytałem, że gra na najnowszej płycie "UnStandard Too" z Markusem Stricklandem i Dayną Sthephensem (pomimo przereklamowanej płyty tego ostatniego), a przede wszystkim z Massimo Biolcatim na kontrabasie, chciałem jej posłuchać. To świetna muzyka na pograniczu jazzu, world music i fusion, z dużą przestrzenią dla improwizacji, ale też z wyraźnymi melodiami i rytmiczną energią. Najwspanialej prezentuje się tam Biolcati genialnie kierując doskonałymi, ale uciekającymi w swoje światy muzykami. Zna się na rzeczy, bo jest absolwentem prestiżowego Thelonious Monk Institute of Jazz oraz Berklee College of Music, gdzie poznał pianistę Ferenca Nemetha i gitarzystę Lionela Loueke. Właśnie z nimi stworzył trio Gilfema, z którym koncertuje i nagrywa od 2004 roku. No ale obecność Stricklanda i Stephensa da wam tyleż samo radości. Nie znacie Ferenca? Przyjął go do składu Herbie Hancock, Wayne Shorter, Christian McBride, John Patitucci, Terence Blanchard, Joshua Redman, Mark Turner, Lionel Loueke, Kenny Werner, Dhafer Youssef. Nieźle, prawda?! No to go posłuchajcie jak gra z kumplami! Alexa Tarantino ALEXA TARANTINO Pięć lat temu prze-mądrzały magazyn DownBeat  umieścił ją w gronie pięciu najlepszych saksofonistów/saksofonistek altowych na ziemskim padole, a sam brat starszy Marsalis pilnuje bacznie jej miejsca w bodaj najsłynniejszej orkiestrze jazzowej świata Jazz at Lincoln Center Orchestra. Najnowszy album, "The Roar and the Whisper" , wydany przez Blue Engine Records, to piąte studyjne wydawnictwo pod własnym szyldem. Płyta jest poetyckim badaniem dialektyki w jazzie, gdzie Tarantino fajnie łączy ekspresyjne, głośne pasaże (symbolizujące tytułowy "ryk", czyli "roar") z delikatnymi, intymnymi frazami   (symbolizującymi "szept", czyli "whisper"). Album to jej najbardziej dojrzała praca, z intuicyjną i wręcz telepatyczną współgrą kwartetu, w skład którego wchodzą: Steven Feifke na fortepianie, Philip Norris na kontrabasie oraz Mark Whitfield Jr. na perkusji. Co tam się dzieje, moi drodzy! Z góry na dół, z dołu w bok, szybko, wolno! Zresztą zagrajcie to sobie. A potem jeszcze raz i jeszcze raz i... tingvalL Trio Najnowsze dzieło z sierpnia nazywa się "Pax" i TU o nim raz napisałem. Piękna płyta. Dan RoseNboom Kolejny świetny album mojego ulubionego mistrza trąbki filmowej. Tym razem jest głośno, w tle dość mocne fusionowe jęki gitary, klimat początku lat osiemdziesiątych, widać, że Dan chciał nagrać zupełnie inną płytę od poprzedniej - tu o niej napisałem. Oddajmy mu głos, bo co ja tam będę plótł: „ Dla mnie niemożliwe jest dokładnie określić, skąd bierze się iskra twórcza – w zależności od projektu może to być zupełnie coś innego. Wiem jednak na pewno, że zaczyna się od uczucia, czegoś, co rozbudza moją ciekawość lub pobudza we mnie chęć zabawy.” (...)W przypadku mojego nowego albumu Coordinates iskra twórcza przybrała formę gry. Od dawna fascynują mnie wzory liczbowe i to, jak mogą kierować pewnymi aspektami mojego pisania. W tym wypadku postawiłem sobie wyzwanie: wykorzystać zestaw „znalezionych” współrzędnych do stworzenia kompozycji, które przesuną granice mojego podejścia do rytmu i groove’u (...) Efekt końcowy wymagał szerokiego połączenia różnych instrumentów, osobowości i estetycznych inspiracji, dlatego uznałem, że warto sięgnąć po kolegów z różnych stylistycznych światów. Relacje z muzykami zaproszonymi na płytę tchnęły nowe życie we wszystkie moje pomysły i podsuwały kolejne twórcze decyzje.” A jak to wyglądało w praktyce? Oto wymyślanie płyty "Coordinates" w trzech krokach: Rosenboom wybrał losowe współrzędne geograficzne – potraktował je jak punkty startowe dla kolejnych tematów. Każdy zestaw liczb rządził rytmem, metrum lub charakterem danej kompozycji. Ta zabawa formą stworzyła naturalny bodziec do improwizacji i poszukiwania nieznanych brzmień. Oto efekt: A teraz zebrane dla Was jazzowe nowości z lipca i sierpnia DZIĘKI! ENDŻOJ :) playlisty nowości jazzda.net lato lipiec siepień

  • Too Long; Didn’t Read, ale posłuchaj nie bądź Ghosted

    Choćbyście z całych sił silili się na oryginalność, to jednak jesteście zbudowani z repetycji, czy tego chcecie, czy nie. Mrugacie powiekami 15–20 razy na minutę, a zatem blisko tysiąc razy w ciągu dnia. Dwadzieścia tysięcy razy na dobę wdychacie i wydychacie powietrze. A jednak, o ironio, obecny świat z całych sił wypiera powtarzalność, podczas gdy to właśnie ona, a nie jej uszminkowany i ustrojony rewers, reguluje i wpływa na nasze życie. Są muzycy, którzy z mozolnej powtarzalności zrobili cnotę, oręż, wręcz niepowtarzalność. Ukochali ją The Necks, ale podczas wakacji poznałem dwie kapele, które wspięły się o szczebel wyżej. Uwielbiam gapić się na ludzkie tatuaże. Teraz na przykład stoję w kolejce i czytam, co ma napisane na musculus flexor carpi radialis śliczna młoda dziewczyna ściskająca w dłoni napój energetyczny i madżentowe żelki. Gdzie mogę, kontempluję więc naskórkowe motyle, gwiazdy, wilki i martwe natury. Wczepiam wzrok w łydki, ramiona, plecy, szyje, uda męskie i damskie, sprawiedliwie. Dlaczego? Bo to odezwy XXI wieku! Ponieważ tatuaż za mojego życia diametralnie zmienił znaczenie: ongiś charakteryzował półświatek, teraz stał się ozdobą, jak kolczyk czy ubranie. Nie ma chyba wyraźniejszego symbolu walki z rutyną i powtarzalnością niż wygrawerowanie czegoś na skórze! Co w tym świecie jest tak naprawdę nasze? Wszakże wszystko mogą nam zabrać w jednej chwili wrogowie, pandemie, rząd, zielone ludziki – ale nie skórę, ona jest nami! A że pragniemy jak nigdy w historii być inni niż wszyscy, chcemy się wyróżniać, czujemy, że sens dzisiejszego życia to jedna jedyna, niepowtarzalna niepowtarzalność, tworzymy na skórze wymyślne dzieła sztuki. Okładka albumu GHOSTED III Trójka artystów – Oren Ambarchi, Johan Berthling i Andreas Werliin – postanowiła wbić muzyczny klin w ten zindywidualizowany świat i w ten sposób go wysadzić w powietrze, sztuka przecież ma taką siłę, trzeba w to wierzyć. Oni wierzą, bo wynieśli na piedestał święte powtórzenia i wbrew wszystkiemu nagrali trzecią odsłonę swojego sztandarowego projektu, czyli Ghosted III . W ich materiale powolna, niespieszna repetycja jest cnotą, cechą nadrzędną, oni się nią chwalą. Muzyka tria się toczy jak wóz ciągnięty przez muła środkiem średniowiecznego gościńca – tyle tylko, że w naszym zabieganym świecie ten przejazd urasta do rangi slow manifestacji, slow protestu. Ten kontekst chaosu wokół jest tu ważny. Wprawdzie, jak dla mnie, muzyka broni się sama, ale zdaję sobie sprawę z tego, że znajdą się tacy, którzy przy którymś nawrocie zaczną ziewać i zadawać sobie pytanie: czy tutaj coś się zacznie dziać? Posłuchajcie jednak uważnie – nad rytmem, jak lekkie mgiełki, frunie całun elektroniki. Żeby go jednak dostrzec, a dosadniej: NIE PRZEGAPIĆ , słuchacz powinien się zatrzymać, stanąć, włączyć uważność. I o to właśnie chodzi. Artyści wołają tymi na pozór monotonnymi utworami o uważność w rozwrzeszczanej codzienności. Jest jeszcze drugi kontekst, podsuwany nam przez artystów pod muzyczny nos. Otóż termin „ghosted” oznacza całkowite, nagłe i niewytłumaczalne zerwanie kontaktu z inną osobą, bez żadnego ostrzeżenia, wyjaśnienia czy pożegnania. Osobą, która to robi, jest tzw. „ghoster”. Najczęściej termin ten odnosi się do relacji w świecie mediów społecznościowych. Zamiast otwarcie powiedzieć „nie jestem zainteresowany” lub „to już koniec”, osoba przestaje odpowiadać na wiadomości i telefony, a często nawet blokuje kontakt. Jest to forma unikania konfrontacji, uznawana za bardzo niegrzeczną i raniącą. Słowo „ghosted” pochodzi od angielskiego „ghost”, czyli „duch”, co idealnie oddaje uczucie, jakby osoba nagle rozpłynęła się w powietrzu. Ghosted III  jest najbardziej dynamiczną i swobodną częścią projektu – namawiam do wysłuchania wszystkich trzech, bo to muzyka wyjątkowa i, moim zdaniem, bardziej autentyczna niż dokonania The Necks. Zwłaszcza wtedy usłyszymy, że muzyka z trzeciej odsłony staje się luźniejsza i dzika, co jest zapewne wynikiem większej liczby wspólnych koncertów i spędzonego razem czasu w studiu – nagrywanie płyty trwało trzy dni. Ghosted III  poszerza stylistykę poprzednich albumów, wplatając elementy prog-rocka, a także post-krautrocka i minimalnego funku. Na płycie dominują wciąż jednak hipnotyczne, powolnie rozwijające się kompozycje, oparte na repetycji, przestrzeni i transowych rytmach. Kto za tym stoi? Oto muzycy: Oren Ambarchi  – australijski gitarzysta, kompozytor i multiinstrumentalista, znany z eksperymentalnej, dronowej i improwizowanej muzyki. Johan Berthling  – szwedzki basista, będący częścią skandynawskiej sceny jazzowej i improwizowanej. Andreas Werliin  – szwedzki perkusista, znany z różnorodnych projektów, od eksperymentalnych po bardziej rytmiczne formy. Kiedy byłem pewien, że znalazłem mistrzów świata repetycji, wówczas na Spotify włączyłem debiutancki album cyfrowy zespołu Too Long; Didn’t Read  – w skrócie TL;DR. Było to tak: leżałem sobie w trawie na klifie w Mechelinkach. Moje ciało ogrzewało sierpniowe słońce. Nade mną błękitne tło nieba, po którym posuwały się śnieżnobiałe obłoki – w tym swoim typowym, nienachalnym tempie. Obserwacja chmur daje mi jeszcze więcej radości niż czytanie tatuaży – zdają się żywe, poruszają się jak białe wieloryby po nieboskłonie. Niektóre chce się złapać i schować do kieszeni. Inne szepczą: rzuć to wszystko, chodź z nami. Okładka albumu TL;DR Wtedy w uszach zabrzmiały pierwsze akordy utworu Cumulus  i wszystko, łącznie ze mną w trawie, znalazło się we właściwym miejscu i czasie. Zwinięty w rulon temat przewodni powtarzał się jak zacięty patefon. Obok wił się dźwięk modulowanej elektronicznie trąbki. Poczułem, że nic mi więcej nie trzeba. Że jestem tu i teraz, a moim celem jest po prostu… bycie tu i teraz. Utwory TL;DR noszą łacińskie nazwy chmur. I jak chmury – płyną, suną, fruną. Zamiast standardowych, powtarzalnych sekcji rytmicznych, zespół wykorzystuje pętle dźwiękowe, które budują hipnotyczną, minimalistyczną atmosferę – i ona jest genialna. Żywa perkusja, flażolety, cichutkie wokalizy – tam nie ma melodii, jest tylko rytm i spowolniona, wydłużona improwizacja. Too Long; Didn’t Read (TL;DR) to australijski kwartet, który powstał z inicjatywy trębacza i kompozytora Petera Knighta, byłego dyrektora artystycznego Australian Art Orchestra. Grupa to miks doświadczenia starszego pokolenia z energią i świeżości młodych artystów z Melbourne. Skład zespołu Peter Knight  - trąbka, elektronika, przetwarzanie sygnału na żywo Helen Svoboda  - kontrabas, wokal Theo Carbo  - gitara, elektronika Quinn Knight  - perkusja Skrót TL;DR  pochodzi z języka angielskiego i oznacza „Too Long; Didn’t Read” , co w dosłownym tłumaczeniu znaczy: „Za długie; nie przeczytałem” Byłem wniebowzięty. Zaschło mi w gardle. Przełknąłem ślinę. Przypomniałem sobie, że robię to mimowolnie codziennie po 500–700 razy, oraz że moje serce kurczy się 100 tysięcy razy dziennie, oraz jeszcze że że wypowiadam kilkanaście tysięcy słów na dobę - jestem zbudowany z powtarzalności.  Wy też Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • The Happy Sounds Session – Mino Cinelu & Motion Trio w jesiennej trasie po Polsce

    Jazz, world music, minimalizm i klasyczna precyzja, czyli Mino Cinelu – legendarny perkusista i multiinstrumentalista, oraz Motion Trio – fenomenalny polski zespół akordeonowy - razem, na jednej trasie koncertowej. Ich wspólny wspólny projekt nosi nazwę "The Happy Sounds Session", a muzycy zapraszają na trzy koncerty w Krakowie, Warszawie i Katowicach. Ja skromnie dołączam się do tego zaproszenia. Fuzja mistrzów „ Magia perkusji ” – tak krótko i treściwie opisała jego styl Kate Bush . " Z Mino, każda muzyka swinguje ”  - to już opis wielkiego Milesa Daviesa , który zobaczywszy jego koncert w Mikell's, słynnym klubie jazzowym znajdującym się na rogu 97th Street i Columbus Avenue w Nowym Jorku podbiegł doń, złapał za ramię i powiedział „ Jesteś zajebisty. Daj mi swój numer ". " To geniusz instrumentów perkusyjnych. Przedmioty pod jego palcami żyją swoim życiem " - zachwala artystę Anna Maria Jopek . " Muzyka dosłownie uratowała mi życie. Bez muzyki prawdopodobnie nigdy bym sobie nie poradził " - to już on sam o sobie, czyli Mino Cinelu , multinstumentalista, ale przede wszystkim mistrz instrumentów perkusyjnych. Mino zaczynał muzykować bardzo wcześnie, bo w wieku 10 lat, a jego pierwszym instrumentem była... gitara. Na szczęście niedługo później wybrał inny. Pierwszą płytą, jaka nagrał na bębnach była "Moravagine" zapomnianego już dziś zespołu "Moravagine". Co ciekawe, album otwiera utwór "Funky Seven" rozpoczynający się partią... akordeonu w wykonaniu Jacquesa Ferchit a, francuskiego kompozytora i muzyka, znanego przede wszystkim z twórczości w stylu musette  – lekkiej, tanecznej muzyki akordeonowej, często kojarzonej z paryskimi kawiarenkami i balami. Dalsza kariera Mino Cinelu z dzisiejszej perspektywy przypomina gwieździsty sen, ale w istocie to efekt połączenia miłości do muzyki i twardej, konsekwentnej pracy mimo nie zawsze sprzyjających okoliczności (po latach Milo wyzna: Zostawiłem dla Paryża dom wyjeżdżając z moimi bębnami, bongosami i gitarą. Grałem na ulicach. Kradłem jedzenie. Nie zawsze spałem w łóżku. Wyrażałem całe moje jestestwo przez muzykę ) . Artysta współpracował w karierze z takimi gigantami muzyki jak Miles Davis ( " We Want Miles" , " Star People"  -1983 i " Decoy"  -1984), Sting , Weather Report, Herbie Hancock , Stevie Wonder czy Anna Maria Jopek (posłuchajcie fenomenalnego albumu "Ulotne" z jego oraz Brandforda Marsalisa udziałem). Jego twórczość łączy dziedzictwo dźwięku z nowoczesną wrażliwością, a energetyczne pełne są nieprzewidywalnych zwrotów. Mino postrzega muzykę jako coś znacznie więcej niż tylko nuty. Dąży do tego, by wyjść poza nie, rytm i akordy, szuka głębi i szczerości, która przemówi do serca i duszy słuchacza. Niech przemówi do waszych. Milo Cinelu Playlista „ Muzyka daje duszę wszechświatowi, skrzydła umysłowi, lot wyobraźni i życie wszystkiemu” pisał Platon. Jak ulał zdanie to pasuje do twórczości zespołu, jaki towarzyszyć będzie fancuskiemu arcymistrzowi, czyli wirtuozów z Motion Trio, polskiego eksportowego tria akordeonowego. Grupa bacznie zerka w stronę wielu gatunków muzycznych, bardzo chętnie grając jazz - co przecież nie jest oczywiste dla trójki akordeonistów. Jednak, co podkreśla lider i założyciel zespołu Janusz Wojtarowicz: „ Nie gramy muzyki klasycznej, nie gramy jazzu, nie gramy rocka – gramy muzykę Motion Trio.” Janusz Wojtarowicz współtworzy je obecnie z Pawłem Barankiem i Marcinem Gałażynem budując muzyczną markę o globalnej renomie i mistrzowskiej klasie. Dowód? Motion Trio wystąpiło w czterdziestu dwóch krajach świata na sześciu kontynentach. Ma na koncie czternaście albumów. Zdobyło szerokie uznanie, zbierając pochwały i nagrody zarówno krytyków muzyki jazzowej jak i klasycznej . Grali z jednym z najbardziej rozchwytywanych kompozytorów na świecie: Michaelem Nymanem . Ale to nie wszystko, bo zespół współpracował z m.in . Wojciechem Kilarem, Jerzym Maksymiukie, Janem A.P. Kaczmarkiem, Krzysztofem Pendereckim, Bobby McFerrinem, Joem Zawinulem, Leszkiem Możdżerem i Zoharem Fresco . Posłuchajcie jak czarują: Playlista Motion Trio "The Happy Sounds Session" Projekt "The Happy Sounds Session" to spotkanie improwizacji, rytmu i harmonii. To dynamiczne, niepowtarzalne widowisko, w którym jazz, world music, minimalizm i klasyczna precyzja spotykają się w jednym brzmieniu. Artyści stworzyli coś, co przekracza granice gatunków, oferując publiczności unikalną podróż muzyczną. To manifest wolności w muzyce – także wolności od gatunków, schematów i przewidywalności. Terminy koncertów Niepowtarzalna okazja, aby doświadczyć tej muzyki na żywo nadarzy się podczas trzech koncertów: 15 października, godz. 19:00 – Nowohuckie Centrum Kultury w Krakowie 18 października, godz. 19:00 – Studio S1 Polskiego Radia w Warszawie 19 października, godz. 19:00 – NOSPR w Katowicach Serdecznie zapraszamy na wszystkie trzy koncerty! BILETY

  • Jazzda Duchowa - koncertowa płyta kwintetu Wojciecha Mazolewskiego

    Gdyby Wojciecha Mazolewskiego nie było, należałoby go stworzyć. Ten facet robi dla jazzu stokroć więcej aniżeli armia znawców gatunku. Pokazuje uśmiechnięte oblicze tej muzyki, rozprasza ją kolorowo w internecie i w radio, podsuwając pod nos statystycznego Kowalskiego i przekonując, że wbrew obiegowym opiniom jest to muzyka dla wszystkich, że nie jest - jak mniema wielu - ponura czy przeintelektualizowana, a tym bardziej (fuj!) elitarna. W przerwach między swą dydaktyczną działalnością nagrywa zaś świetne płyty. Właśnie opublikował album koncertowy pt. "Live Spirit 1", który zarejestrowano podczas występu w Studiu Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego. Na koncercie wykonano cztery nowe kompozycje, ale w zdecydowanej większości czas wypełniają utwory doskonale znane z wcześniejszych studyjnych albumów m.in . "Exist", "Beautiful People", "We Love You" czy "Polka." Płytę zaś zapowiadał świetny klip nakręcony na chilijskiej pustyni Atacama na tle majestatycznie wyrastającej z ziemi 11-metrowej rzeźby przedstawiającej ludzką dłoń — Mano del Desierto  (Ręka Pustyni).  To "Air", czyli kawałek z ostatniego studyjnego albumu kwintetu pana Wojciecha pt. "Beautiful People". Co robi Wielka Dłoń z pustyni Atacama w teledysku Mazolewskiego? Na chilijskiej pustyni Atacama, gdzie ziemia jest tak sucha, że nie zna deszczu przez całe dekady, rozciąga się surowy, niemal pozaziemski pejzaż. Nazywana jednym z najbardziej jałowych miejsc na Ziemi, Atacama skrywa pośród żwiru, kamieni i palącego słońca coś niezwykłego — dzieło, które zdaje się poruszać wyobraźnię każdego, kto odważy się zejść z Panamerykańskiej Autostrady i podążyć żwirową drogą w głąb pustkowia. To tutaj, około 75 kilometrów na południe od miasta Antofagasta, majestatycznie wyrasta z ziemi 11-metrowa rzeźba przedstawiająca ludzką dłoń — Mano del Desierto  (Ręka Pustyni). Jej palce sięgają ku niebu, jakby próbowały dosięgnąć chmur, których tu prawie nigdy nie ma. Monumentalna i niepokojąca, dłoń zdaje się mówić coś ważnego: o ludzkiej obecności, samotności, nadziei albo rozpaczy. Może też stanowić doskonałe tło do świetnej muzyki. By Marcos Escalier from Antofagasta, Chile. - Flickr, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=513789 Stworzył ją w 1992 roku chilijski rzeźbiarz Mario Irarrázabal, znany ze swojej fascynacji przestrzenią i symboliką ludzkiej formy. Wykonana z żelaza i cementu, „ręka” została osadzona w pustynnym krajobrazie, ponad 1000 metrów nad poziomem morza. Nie otacza jej żadna infrastruktura turystyczna, nie prowadzą do niej żadne tablice informacyjne — tylko odwaga i ciekawość prowadzą podróżnych do tego mistycznego punktu. Dla turystów to swoisty test wytrwałości: ręka pojawia się i znika wśród pustynnych wzniesień, jak fatamorgana. Ci, którym uda się ją odnaleźć, doświadczają niemal surrealistycznego momentu spotkania ze sztuką w miejscu, które zdaje się być całkowicie obojętne wobec człowieka. Ale nie zawsze wygląd rzeźby zachwyca. Przez większość roku jej powierzchnię pokrywają napisy malowane sprayem i warstwa pyłu. Tylko dwa razy do roku jest oczyszczana i restaurowana przez wolontariuszy z organizacji La Corporación Pro Antofagasta — wtedy odzyskuje swój majestatyczny charakter. Irarrázabal nie po raz pierwszy stworzył dłoń jako symboliczny pomnik. Wcześniej, w Punta del Este w Urugwaju, umieścił rękę wynurzającą się z piasku plaży — tam widać jedynie opuszki palców. Ta nadmorska wersja szybko została ochrzczona przez lokalnych mieszkańców „Pomnikiem utopionych”, jako że zdaje się należeć do kogoś, kto zginął w morskiej otchłani. Chilijska rzeźba ma zgoła inny wydźwięk — jest bardziej dramatyczna, bardziej samotna. Mano del Desierto  to wizualny poemat osadzony w najbardziej bezlitosnym miejscu na Ziemi. Dłoń, która nie daje odpowiedzi, ale skłania do pytań. Kim jesteśmy? Co po sobie zostawiamy? I czy nawet w absolutnym pustkowiu może istnieć ślad ludzkiej obecności, który poruszy serca? Wojciech Mazolewski opisuje koncerty jako żywe laboratorium dźwięku, w którym testuje nowe pomysły i przełamuje granice kompozycji. Scena daje mu przestrzeń do eksperymentów: to tam, w bezpośredniej relacji z instrumentami i muzykami, powstają improwizacje, które najlepiej oddają wolnego ducha, jakim bez wątpienia jest ten legendarny współtwórca yassu i lider nieokiełznanego projektu Pink Freud. Koncerty to dla niego przede wszystkim dialog z publicznością. Energię słuchaczy nazywa „trzecim instrumentem” – ich reakcje, oklaski czy cisza budują napięcie, kształtują dynamikę występu i wpływają na to, jak przeprowadzi dany utwór lub jego część. Tym samym dla Mazolewskiego występ na żywo staje się kolejnym etapem procesu twórczego. Choć kompozycje rodzą się w głowie i dojrzewają w studio, to dopiero na scenie uzyskują pełnię barw i kształtów. To właśnie dzięki koncertom słuchacze poznają ostateczną formę jego muzyki i mogą z nią wejść w najgłębszą interakcję. Jest jeszcze drugi klucz to muzyki Wojciecha Mazolewskiego. Otóż praktykuje on buddyzm, o czym wielokrotnie mówił publicznie . Nic dziwnego, że duchowość buddyjska przenika więc jego twórczość – często mówi o muzyce jako formie medytacji, narzędziu do wyrażania wolności i łączenia przeciwieństw. Tytuł jednego z utworów, " Kalaczakra ", nawiązuje nawet bezposrednio do zaawansowanej, tantrycznej praktyki z kręgu buddyzmu tybetańskiego.   Buddyzm Mazolewskiego nie jest jednak ostentacyjny – raczej subtelnie obecny w jego podejściu do życia, oraz w relacji ze sztuką. Mimo to buddyzm kształtuje jednak światopogląd, staje się nierozerwalna częścią życia, a działa najlepiej, gdy jest każdego dnia sprawdzany w naturalnych sytuacjach. Nic więc dziwnego, że muzyka Wojciecha Mazolewskiego przyoblekła w ostatnich latach spirytualne oblicze. W jednym z wywiadów podkreślał, że jazz to dla niego muzyka wolności , a koncerty traktuje jako duchowe doświadczenie , które ma moc transformacji .   Słychać to wyraźnie w projektach takich jak " Spirit to All"  czy " Music for Peace" , które niosą przesłanie pokoju, harmonii i współczucia. Do tych trzech trzeba teraz dopisać " Live Spirit 1". Koncerty jazzowe to swoisty pleonazm - ale co podkreślają muzycy - spotkanie z życzliwą i wymagającą publicznością jest kompletnie innym doświadczeniem muzycznym, aniżeli granie tego samego materiału w studio. Niby nic nie różni tych wykonań, wszak to te same dźwięki ułożone w wybrany porządek, ale po pierwsze właśnie jazz pozwala na niepohamowane ucieczki improwizacyjne poszczególnych instrumentalistów, po drugie zaś towarzyszy mu ów niewidzialny element; atmosfera koncertu, energia przepływająca między muzykami, a słuchaczami. "Live Spirit 1"kwintetu  Wojciecha Mazolewskiego jest doskonałym tego dowodem. „ Jazz to dla mnie muzyka, która łączy przeciwieństwa – wolnego ducha i formalny rygor, subtelny liryzm i zmysłowe nieokiełznanie.. . ” – tako rzekł Mazolewski, zapowiadając pełną emocji, duchowości i energii muzykę z omawianej płyty. I " Live Spirit I " dokładnie taka jest. Pierwszy z utworów, tytułowy, zaprasza słuchacza w daleką mistyczną podróż dźwiękową - choć jest to raczej zaproszenie do wnętrza własnego "ja" (buddyści mawiają: umysłu) aniżeli podróż w przestrzeni. Koncert więc startuje z wolna, a kalimba wraz z wokalizami, wprowadza automatyczny element dźwiękowej egzotyki. "New Energy", drugi kawałek, to kapitalny - choć wciąż nieśpieszny - utwór koncertowy przypominający wczesnego Pharoaha Saundersa, czy uduchowioną muzykę Piotra Damasiewicza. Atmosferę buduje sekcja dęta, unosząc w przestworza słuchacza hymniastymi fragmentami, aby później otoczyć go szczelnie całunem nieokiełznanej improwizacji sekcji dętej. Następny: "Kalaczakra" rozpędza występ do prędkości autostradowych - to żwawy utwór z nagłą pauzą w połowie, po której ponownie gaz do dechy wciska ta sama sekcja dęta. Dalej jest tylko lepiej. Kiedy zwalnia "Exist" (Wojciech Mazolewski wspaniale "prowadzi" słuchacza przez ten numer popisem solowym), to po chwili przyspiesza niemal przebojowy "Sun" z genialnie melodyjnym motywem. Podczas grania "Polki" muzycy zaś przechodzą sami siebie, tworząc ponad 20 minutowe dzieło muzyki improwizowanej (na płycie 3'59"). Warto zwrócić uwagę na zakręty, przy użyciu których oblicze zmienia tak bardzo charakterystyczny utwór, jak "Beautiful People" czy nowoczesny, miejski puls, jakim bije "The Art Of Joy". Wojciech Mazolewski jest wizytówką grupy i jej odpowiedzialnym liderem. Nie przysłania jednak całości, stanowi raczej element żywej mozaiki, skupiając się w dużej mierze na tworzeniu rusztowania sekcji rytmicznej. Niemniej jego kompozycje mają chwytać słuchaczy w rytmiczne wnyki, więc nic dziwnego, że bas jest tam odpowiednio wyeksponowany. Musi być blisko pulsu. Płyta ani przez sekundę nie udaje studyjnej. Jest koncertowa do szpiku, zrealizowana tak, aby słuchacz miał wrażenie osobistego uczestnictwa w recitalu - jest tak zwłaszcza, gdy publika szaleje po kolejnych wykonaniach. Trwa ponad godzinę i dziesięć minut, a kończy go pogodna, radośnie uśmiechnięta, rytmiczna, pożegnalna i zaklaskana przez publiczność kompozycja "We Love You". My Was też Panie Wojciechu. Wprawdzie żałuję, że mnie nie było na tym koncercie, ale mam "Live Spirit I". I będę doń wracał bardzo często do czego i Państwa namawiam. Wojciech Mazolewski to niezwykle aktywny i wszechstronny muzyk, który występował w wielu formacjach, często o bardzo różnorodnym charakterze. Składy, w których występował Wojciech Mazolewski Pink Freud  – jeden z jego najbardziej znanych projektów, łączący jazz z elektroniką i punkową energią. Wojtek Mazolewski Quintet  – jego autorski zespół jazzowy, obecnie w składzie: Wojtek Mazolewski – kontrabas Marcel Baliński – fortepian Piotr Chęcki – saksofon Oscar Torok – trąbka Tymek Papior – perkusja Mazolewski González Quintet  – międzynarodowy projekt z amerykańskim trębaczem Dennisem Gonzálezem. Bassisters Orchestra  – eksperymentalna formacja łącząca jazz, elektronikę i performance. Tymański Yass Ensemble  – projekt związany z ruchem yassowym, który Mazolewski współtworzył. Baaba  – zespół łączący jazz z muzyką elektroniczną i alternatywną. Paralaksa  – mniej znany, ale ważny projekt w jego karierze. Jazzombie  – wspólny projekt z zespołem Lao Che, łączący jazz z rockiem i elektroniką. Me and That Man  – projekt Adama Nergala Darskiego, w którym Mazolewski grał na basie, łączący country, blues i rock gotycki. Oczi Cziorne  – zespół o bardziej etnicznym i alternatywnym brzmieniu. Kto pamięta ten ostatni, cudowny zespół? Wojciech Mazolewski grał w nim w 2000 roku, po reaktywacji, na gitarze basowej obok założycielek: Jowity Cieślikiewicz (fortepian), Anny Miądowicz (flet, śpiew), Mai Kisielińskiej oraz Marty Handschke (śpiew), grali Joanna Charchan (saksofon), Antoni „Ziut” Gralak (trąbka), Olo Walicki (kontrabas), Wojciech Mazolewski (gitara basowa) i Michał Gos (perkusja) Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • GRZECH + muzyczne gwiazdy: koncert pod patronatem JAZZDA.net

    Jeśli jazz byłby opowieścią, ten wieczór w NOSPR Katowice 27 września 2025 roku będzie jedną z najpiękniej opowiedzianych historii. Grzech Piotrowski zaprasza na wyjątkową muzyczną podróż, której alfabetem będą: piękna muzyka i emocje. Jeden koncert, jedna scena, wspaniali, wybitni artyści: Ewa Bem, Hanna Banaszak, Ruth Wilhelmine Meyer, Piotr Schmidt, Dominik Wania, Atom String Quartet i wielu innych. Jazzda z przyjemnością patronuje temu wydarzeniu. Wystąpią trzy kobiety – nie tylko głosy, lecz osobowości: Ewa Bem , która – jak mówi sam Grzech – „inspiruje mnie do zaprezentowania nowych kompozycji na oktet smyczkowy, które mogą być zapowiedzią kolejnego albumu, tym razem z orkiestrą.” Hanna Banaszak , której artystyczna obecność to „tu i teraz – życie jest zbyt ciekawe, żeby śpiewać w kółko to samo.” Ruth Wilhelmine Meyer , filar norweskiej sceny wokalnej – jej głos ma ponad sześciooktawowy zasięg, a koncert będzie kolejnym rozdziałem jej współpracy z World Orchestra. Towarzyszyć im będą: genialna Tamara Behler – śpiewająca wiolonczelistka, oraz wybitni muzycy: Atom String Quartet, Stanisław Słowiński, Dominik Wania, Piotr Schmidt, Shachar Elnatan, Jan Wierzbicki, Matheus Jardim. To prawdziwe muzyczne uniwersum. Grzech Piotrowski o EWIE BEM „Moja współpraca z Ewą Bem to historia dłuższa, mająca swój początek w produkcji jazzowo -funkowej wersji duetu „Hit The Road Jack” (2008) na album Borysa Szyca. Ewa Bem przyjęła następnie zaproszenie do współpracy z Alchemik Big Band (od 2021). Kolejnym etapem była re-produkcja koncertowa fantastycznego albumu z lat 80-tych „Ewa Bem Loves The Beatles” (2022), z tym projektem koncertujemy obecnie jako Ewa Bem & Grzech Piotrowski Band. Koncert w NOSPR to okazja do stworzenia czegoś nowego, specjalnie dla Ewy. Kameralność sali i jej niezwykle brzmienie inspiruje mnie do zaprezentowania nowych kompozycji na oktet smyczkowy, które mogą być zapowiedzią kolejnego albumu, tym razem z orkiestrą.” Grzech Piotrowski o Hannie Banaszak Poznaliśmy się około 20 lat temu w studio Osieckiej, grałem wówczas jako sideman. W roku 2022 zaprosiłem Hannę na Old Jazz Meeting, gdzie oczarowała publiczność. Rok później jej występ uświetnił mój autorski festiwal „Wschód Piękna.” Od tego czasu rozmawiamy, przypominam o sobie delikatnie, acz konsekwentnie. Ten mój upór zaowocuje gościnnym udziałem Hanny w koncercie na katowickiej scenie. Hanna jest tu i teraz, koncentruje swoją uwagę artystyczną na chwili obecnej, odcina się od repertuaru z przeszłości. Życie jest zbyt ciekawe, żeby śpiewać w kółko to samo mawia. Nowe aranżacje na oktet smyczkowy ubarwią wspólny występ. Grzech Piotrowski o RUTH WILHELMINE MEYER To zjawiskowa wokalistka, jeden z filarów norweskiej sceny wokalnej. Posługuje się wielogłosową ekspresję wokalną.W jej śpiewie wybrzmiewają wpływy dźwęków etnicznych, norweskiej muzyki ludowej, klasycznej tradycji wokalnej
oraz rozszerzone techniki głosowe zaczerpniętych z tradycji awangardowej, Meyer rozwinęła niewerbalną ekspresję wokalną w zakresie ponad 6 oktaw! Poprzez stosowane wieloekspresyjne dźwięki wokalne tworzy pejzaże pomiędzy tym, co realistyczne/nierealne i tym, co oczekiwane/niespodziewane, pozwalając, tym samym by dźwięk się stał autorem opowieści. Od 2009 roku współpracuje z World Orchestrą Grzecha Piotrowskiego jako główna solistka. Eksperymentuje z głosem, naśladuje dźwięki ptaków i przyrody. Łączy tradycję norweskie z joik i mongolskim śpiewem gardłowym A wszystko to pod przewodnictwem Grzecha Piotrowskiego – saksofonisty, kompozytora i producenta, który od ponad 30 lat przełamuje muzyczne granice, balansując między jazzem, muzyką filmową, klasyką, etno i improwizacją. Jest twórcą legendarnego projektu World Orchestra , trzykrotnie nominowanym do Fryderyków, laureatem Grand Prix wielu prestiżowych festiwali. Jego brzmienie saksofonu to nie tylko dźwięk – to emocja, przestrzeń i filozofia tworzenia. GRZECH+ to hołd dla wieloletnich artystycznych współprac, osobistych spotkań i najpiękniejszych „muzycznych pereł”, które ukształtowały jego artystyczne DNA. NOSPR Katowice    📅 27 września 2025 KUP BILETY (LINKI) Grzech Piotrowski: Wizjoner World Orchestry www.grzech.org www.worldorchestra.com Grzech Piotrowski  to wybitny polski saksofonista, kompozytor, producent muzyczny i twórca jedynego w swoim rodzaju projektu World Orchestra , która "wymyka się z ram i standardów". Jego muzyczna podróż to nieustanne poszukiwanie korzeni muzyki , prastarej improwizacji oraz łączenia różnorodnych kultur i brzmień. Początki i Marzenie: Idea powołania World Orchestry narodziła się w głowie Grzecha Piotrowskiego już w czasach licealnych, w 1989 roku . Było to odważne marzenie o zebraniu na jednej scenie "wirtuozów, alchemików dźwięku", reprezentujących różne kultury i grających na rzadkich instrumentach. Wyobrażał sobie ponadreligijną, wielokulturową orkiestrę, improwizującą wspólnie i tworzącą nową muzykę, łączącą ich korzenie z dziedzictwem przekazywanym z pokolenia na pokolenie. W tamtych czasach, w Polsce "praktycznie odciętej artystycznie od świata", było to marzenie wydawałoby się nieosiągalne. Droga do Realizacji (18 lat przygotowań): Urzeczywistnienie tego wizjonerskiego projektu zajęło Grzechowi Piotrowskiemu 18 lat tytanicznej pracy i muzycznych poszukiwań . W tym czasie koncertował na całym świecie, spotykał wybitnych artystów z odległych krajów, wzbogacał swoją wiedzę, zbierał kontakty i rozwijał umiejętności. Przegrzebał "wszystkie style jazzu", zgrywał koncerty i symfonie klasyków, zagłębiał się w światowe etno, elektronikę i nowe brzmienia. Założył również szereg własnych zespołów, takich jak Alchemik, Oxen, Emotronica, Archipelago, Dekonstrukcja Jazzu i Freedom Nation, które pomogły mu znaleźć własną ścieżkę muzyczną. Pracował jako producent muzyczny  (dla TVP2, TVN, CD dla EMI, SONY, UNIVERSAL, Polskiego Radia) i wydawca  (Alchemic Records), a także uczestniczył w ponad stu projektach artystycznych i komercyjnych jako sideman . Ostatecznie, w 2009 roku, rzucił wszystko, aby urzeczywistnić swoje marzenie, a World Orchestra stała się jego "sposobem na życie", wypełniając całą jego artystyczną przestrzeń. Narodziny World Orchestry: Bezpośrednim impulsem do powołania World Orchestry były obchody 600-lecia Bitwy pod Grunwaldem w 2010 roku  oraz koncert zagrany w Katedrze Olsztyńskiej. Wszystkie zebrane przez lata kontakty okazały się bezcenne. Latem 2010 roku, po sześciu miesiącach intensywnych prac nad muzyką, logistyką i koncertami, odbyła się pierwsza trasa koncertowa w Polsce i Rosji . Filozofia i Unikalność World Orchestry: World Orchestra Grzecha Piotrowskiego jest opisywana przez krytyków i słuchaczy jako "język duszy, który podświadomie wszyscy znamy, którego piękno jest w stanie poruszyć każdego, niezależnie od wieku, wyznawanej religii, kontynentu czy majętności". To projekt, który jest "muzyczną podróżą, pełną przestrzeni, subtelnych emocji i magii" , konsekwentną współpracą bogatych osobowości i pulsujących temperamentów, dialogiem między tradycją a nowoczesnością . WO to zderzenie korzeni muzyki świata z orkiestrą symfoniczną, jazzem, folklorem i muzyką filmową. Orkiestra wykorzystuje unikalne, często zapomniane instrumenty , takie jak ormiański duduk, bułgarski kaval, mołdawskie tsymbaly, baszkirski kurai, lira, harfa, fińskie kantele, cytra, tunezyjski oud czy udu. W orkiestrze pojawiają się również dawne techniki wokalne  z Bułgarii (śpiew otwarty), Laponii (joik), Tuwy, Mongolii, Japonii czy Norwegii (gardłowy śpiew), wykonywane przez artystów takich jak Ruth Wilhelmine Meyer, Bulgarian Voices Angelite, Sainkho Namtchylak czy Sinikka Langeland. Dodatkową ciekawostką są instrumenty norweskiego perkusisty Terje Isungseta , znany z gry na instrumentach z lodu, który w World Orchestrze używa ręcznie robionych instrumentów z drewna i kamieni. Nawet saksofon, na którym gra Grzech Piotrowski, jest rzadko spotykanym, "skręconym" sopranem z 1918 roku . Niezaprzeczalnym atutem projektu jest "wirtuozeria artystów i radość z grania muzyki" . Etapy Rozwoju World Orchestry: Pierwszy - Podróż (2009-2011):  Faza rekrutacji artystów, kulturalna wymiana, mniejsze koncerty i nagranie pierwszego albumu WO  w Studio PR w Olsztynie (wydawca Agora 2011). Drugi - Symfonicznie (2011-2015):  Rozbudowa orkiestry do formatu symfonicznego, spektakularne koncerty (np. dla 5000 osób na "Cracow Jazz Night" czy w Lublanie z okazji polskiej prezydencji UE). Nagrano również album CD/DVD "Live in Gdańsk"  podczas Solidarity Of Arts 2011 (Universal 2012), gdzie projekt zgromadził na jednej scenie 80 artystów z różnych krajów. Trzeci - World Orchestra Festivals / Exchange (od 2015):  Powołanie własnych festiwali ( m.in . "Wschód Piękna" na Warmii i Mazurach, WO Festival na Cabo Verde, WO Camp w Toskanii, WO Festival w Baszkirii), co zaowocowało międzykontynentalną wymianą kulturalną. Czwarty - Symfonie (od 2016):  Repertuar większych koncertów wypełniają autorskie Symfonie Grzecha Piotrowskiego . Odbyła się premiera I Symfonii "Lech Czech i Rus"  (9 lipca 2016 w NOSPR Katowice) oraz II Symfonii "Stu"  (3 marca 2018 w Operze Narodowej w Warszawie, z udziałem połączonych orkiestr i solistów z czterech kontynentów). Piąty - Kluby i Ekspedycje (od 2018):  Utworzenie pierwszego World Orchestra House na Cabo Verde (2018) oraz "SIX SEASONS - World Orchestra House"  w Warszawie (2019), łączącego restaurację i klub muzyczny. Grzech Piotrowski, ze swoim unikalnym podejściem do muzyki, kontynuuje podróż, która nieustannie łączy kultury i pokolenia, udowadniając, że muzyka jest "jedynym uniwersalnym językiem na planecie". KUP BILETY NA KONCERT NOSPR Katowice    📅 27 września 2025 linki:

  • PAX - Tingvall Trio

    "PAX", czyli "Pokój" - taki przewrotny jak na dzisiejsze czasy (Ukraina, Palestyna) tytuł nosi świeżutki, dziesiąty album Tingvall Trio, jednej z tych jazzowych grup, które chcą docierać do szerokiej publiczności. To międzynarodowe trio jazzowe założone w 2003 roku w Hamburgu przez szwedzkiego pianistę i kompozytora Martina Tingvalla, kubańskiego basistę Omara Rodrigueza Calvo oraz niemieckiego perkusistę Jürgena Spiegela. Zespół zasłynął melodyjnym, otwartym brzmieniem, które łączy jazz z elementami klasyki i muzyki folkowej. Obok GoGo Penguin jest chyba najjaśniejszym spadkobiercą szwedzkich geniuszy z E.S.T. Polityczna wymowa tytułu jest nieprzypadkowa. PAX odzwierciedla jasne oświadczenie pianisty i kompozytora Martina Tingvalla: wezwanie do pokoju w burzliwych czasach. Jak sam to ujął: "PAX ma pobudzić do spokojnej refleksji i stać się jasnym przesłaniem dla pokoju". Album wydany 1 sierpnia 2025 roku przez SKIP Records został nagrany w renomowanym włoskim studiu ARTE SUONO i jak zawsze niesie mieszankę surowej energii i delikatnych emocji - od wzruszających ballad, takich jak "A Promise", po dynamiczne hymny, takie jak "Cruisin'". Oto klip z tytułowy utworem, zapowiadający płytę. Wsłuchajcie się PAX i Jazz z Wami! Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Sam jesteś Głupi, czyli Jeden wieczór, dwa koncerty, milion wrażeń

    Ach co był za wieczór! Dwa świetne koncerty. Unleashed Cooperation z Anną Gadt oraz moja prywatna rewelacja wiosenna, czyli Głupi Komputer. Dżezzowy Jazz i cosmo-industrial. Wielka muzyczna koniunkcja w centrum Łodzi. Najpierw zanurkowałem w nurt Letniej Akademii Jazzu w łódzkim Klubie Wytwórnia, a zanurkowałem tym bardziej ochoczo, ponieważ po miesiącach oczekiwań do Łodzi zjechał zespół Unleashed Cooperation, zachodniopomorsko-wielkopolska jazzowa petarda, której ubiegłoroczny album "Trust" wraz z płytami kwartetu Filipa Żółtowskiego, łódzkiego Kosmosu, szczecińskich Wszy czy bojsbandu z Bielska, czyli Kosmonautów wpuścił mnóstwo świeżego powietrza do nadwiślańskiej muzyki. UC ujęli mnie tym, że najpierw pokazali swoje ostatnie dzieło w... Albanii. TAK! Premiera "Trust" odbyła się w Tiranie podczas Jazz in Albania Festival. Był to pomysł tak pokręcony, że pokochałem ich zań bezgranicznie. Gdybym wiedział, do swojego reportażu muzyczno - literackiego z tirańskiego uniwersytetu użyłbym właśnie albumu "Trust". Pamiętacie awanturę o sroki i wrony? Tu sobie przypomnicie LINK Osobiście miałem wobec nich ogromny wyrzut sumienia, gdyż nie napisałem na blogu zbyt wiele o tej płycie i w sumie diabli wiedzą czemu. Jest przecież, jak rzadko która, warta promocji i opisu. Aż zobaczyłem w programie tegorocznej Letniej Akademii Jazzu zapowiedź ich koncertu. Teraz albo nigdy. Oddajmy głos samym autorom muzyki: Płyta składa się z sześciu autorskich kompozycji oraz dwóch improwizowanych miniatur. Inspiracji do powstania albumu można poszukiwać wśród polskiej muzyki tradycyjnej - "String Theory" czy twórczości Witolda Lutosławskiego - "Morze", a także w muzyce elektronicznej i współczesnych nurtach muzycznych jak i producenckich- obecnych szczególnie w kompozycjach "Mr. Paul’s Strange Dream" oraz "Mr. Paul’s Beautiful Dream". Strukturę albumu domyka niezwykle ekspresyjna kompozycja "Polistes Dominula". Dla mnie zaś "Trust" jest albumem-perełką, prywatnym dowodem na to, że jazz jako gatunek nigdy się nie skończy, bo choć operuje tymi samymi nutami co pan Zenon Martyniuk czy Napalm Death, to jednak, w odróżnieniu od wymienionych, wciąż umyka nudzie powtarzalności. W dodatku muzycy UC doskonale wiedzą do kogo chcą mówić grą. Już piękne, pierwsze takty "String theory" zwiastują doskonale balansujący między harmonią a dysharmonią materiał. To utwór z jednym z najfajniejszych tematów, jakie w życiu słyszałem, trochę ludowo-polski, trochę w duchu Namysłowskiego. Cały album trzyma bardzo wysoki poziom, meandruje w tempie, raz gna, aby za chwilę zwolnić. Byłem ciekaw, jak to wszystko zabrzmi podczas recitalu. Zespół wyszedł na scenę zdradzając respekt przed wyrobioną publicznością LAJ. Niepotrzebnie. Dwa utwory miały rozgrzać gości i wykonały zadanie, bo naprawdę zrobiło się gorąco, ja zaś już wtedy byłem w pełni ukontentowany. Jednak najlepsze było przed nami. Oto do zespołu dołączyła obdarzona cudownym głosem z nieziemskim spektrum wokalnym Anna Gadt (dla mnie bezdyskusyjny numer jeden w polskiej wokalistyce jazzowej). Koncert zwolnił oraz przemienił się w magiczne misterium. Muzyka rodziła się na naszych oczach, muzycy zatonęli w swoim świecie i stworzyli spektakl, jaki może dać jedynie muzyka improwizowana przez artystów w pełni angażujących się w swoje dzieło. Było to zresztą widać, że i dla muzyków to nie był kolejny koncert, że nie odgrywali nam znanych na pamięć tematów - ich także - pewnie nie po raz pierwszy - porwał poemat jazzowy, jaki tworzyli na żywo. Siedziałem więc urzeczony, podobnie jak większość słuchaczy. Bez wahania musze wyznać, że to był jeden z najlepszych koncertów podczas tegorocznej LAJ, a kto wie, może najlepszy. Nic dziwnego, że UC reprezentowało Polskę na Jazzahead w Bremie, jednej z najważniejszych branżowych imprez jazzowych na świecie i zebrało za ten występ ogromne pochwały. Krzysztof Kuśmierek, lider UC zapytany przeze mnie czy są plany na nową płytę odpowiedział, że na razie woli bardzo ostrożnie zapowiadać ja na przełom 2025/2026. Będzie to wspólny projekt z Filharmonią Opolską. Gdyby ta zapowiedź się ziściła, byłoby znakomicie. UC wprawdzie nie robi wielkiego szumu wokół siebie, ale to grupa z bardzo konkretnym, przemyślanym, a nade wszystko ciekawym pomysłem na swoją twórczość. Skład UC: Krzysztof Kuśmierek - saksofon Patryk Rynkiewicz - trąbka Patryk Matwiejczuk - fortepian Flavio Gullotta - kontrabas Stanisław Aleksandrowicz - perkusja oraz Anna Gadt - wokal Ukontentowany występem UC pobieżyłem jeszcze tego samego wieczora do łódzkiej Fabryki Sztuki, gdzie pod nieboskłonem, w ramach cyklu LDZ Alternatywa, miało zagrać nieziemskie trio z Poznania, czyli Głupi Komputer. Grupa wiosną tego roku wydała świetną płytę: jazoowo - punkową, żywiołową, rytmiczną, mechaniczną, jazzmetalową, trochę londyńską, w sensie aliansu jazzu z noisem czy ravem. Ich debiutancki album to mieszanka dynamicznych rytmów, saksofonowych ostinat i syntetycznych melodii. Chciałbym jednak zwrócić Waszą uwagę na dystans, z którym ci Panowie grają, co jest dla mnie bardzo istotne, zwłaszcza w jazzie. Dlaczego? Wyjaśnię dygresją: kilkakrotnie w życiu, niechcąco, zetknąłem się z ludźmi, którzy absurdalnie poważnie traktują jazz, są dosłownie jego wyznawcami. Płyty traktują jak relikwie, a muzykę jak religię. Każdy w tym gronie ma swojego muzyka-mesjasza, a nad sobą nosiliby najchętniej wielki transparent: jestem mądrym, inteligentnym człowiekiem, gdyż słucham jazzu ty debilu. Dziś wiem, że miałem wielkie (nie)szczęście spotkać tych zafajdanych przemądrzalców na swojej drodze., bo większość jazzzfanów to fantastyczni ludzie. Tamci wpieniali mnie strasznie, ale dzięki nim właśnie w jazzie kocham prześmiewczość, absurd, świadomą ucieczkę przed powagą. Głupi Komputer zaś swoją debiutancką płytę zatytułował "Jazz Not Found". Jak więc mogłem ich nie wielbić za tak gigantyczny dystans do własnej twórczości? "Jazz Not Found" to muzyczny węzeł gordyjski elektroniki, hałasu, thrashowego saksofonu barytonowego i wspaniałej perkusji. Trio tworzą Daniel Karpiński – perkusja, elektroniczne beaty Jakub Królikowski – syntezatory, instrumenty klawiszowe Michał Fetler – saksofon basowy i altowy, syntezator Polivoks. LDZ Alternatywa jest letnim cyklem bezpłatnych dla widzów koncertów "pod chmurką" organizowanych na scenie ustawionej na dziedzińcu łódzkiej Fabryki Sztuki. Gości zespoły z różnych muzycznych konstelacji, których wspólnym mianownikiem jest wierność swojej własnej, alternatywnej wobec mainstreamu, muzycznej wizji. Głupi Komputer  doskonale wpisuje się w ów koncept. Zespół powstał z silnej relacji artystycznej muzyków znanych z projektów takich jak Polmuz , Fanfara Awantura , Koń , Prawdziwie Polskie Techno , czy Jazzband Młynarski Masecki. To istne szaleństwo, które - tak mniemałem - dopiero podczas występu na żywo będzie brzmiało, jak zbłąkana kosmiczna armada. I nie myliłem się. Zacznę od Daniela Karpińskiego. To wprawdzie najspokojniejszy "ludzki" element Głupiego Komputera, ale gość gra jak profesor budując fantastyczny fundament dla szaleństw pozostałych. Gapiłem się jak urzeczony pod sceną w to, co ten człowiek robił na perkusji podczas całego występu. Jego gra to poduszka bezpieczeństwa, baldachim, opoka, skała. Dzięki niemu Michał Felter i Jakub Królikowski mogą szaleć. I szaleli - zwłaszcza pan Jakub Królikowski, który przypominał mi ekspresyjnego, a jednocześnie pełnego powagi Jerry Lee Lewisa. Grał całym sobą, gdyby mógł, pewnie rzuciłby się całym ciałem na syntezator - to zresztą wspaniałe widzieć, ze muzyk bawi się, przeżywa, żyje na scenie tym, co robi. Michał Felter z kolei dmi w saksofon barytonowy i to dmi tak, że klękajcie narody, bo przewraca bebechy! W tym koncepcie genialna jest pozorna prostota: perkusja, wariacje syntezatorowe zespojone powtarzalnym, thrashowym, zapętlonym dźwiękiem barytonu. To trzeba usłyszeć na żywo. Tego się nie da opowiedzieć. Głupi Komputer gra muzykę rytmiczną, bijącą blisko pulsu, pędzącą, gnającą, popędliwą. Nie ma tu klasycznego jazzu. Jeśli już - to jest to jazz sowizdrzalski. Ciało samo chce skakać. Ucieczki w elektronikę są kapitalne. Cały "komputerowy" koncept został bardzo dobrze zrealizowany muzycznie i czytelny międzypokoleniowo. Zabawne wstawki syntezatorowe nie zostawiają złudzeń. I ten dystans! Oto Michał Felter zapowiadał ze sceny: Przed nami utwór Kind of deep blue . Zorientowani wiedzą, że tytuł nawiązuje do "Kind of blue" najważniejszej jazzowej płyty wszechczasów, której prawdę mówiąc nigdy nie słuchałem. Absolutnie i bezapelacyjnie polecam. Mam nadzieję, że na jednym albumie się ta przygoda nie skończy.

  • Laura jurd - Offering

    Laura Jurd to jedna z najbardziej intrygujących postaci współczesnego brytyjskiego jazzu — trębaczka, kompozytorka, improwizatorka, która z gracją łączy tradycję z nowoczesnością. Jej muzyka to nie tylko jazz, ale też folk, elektronika i klasyka, splecione w osobisty, emocjonalny alfabet dźwięków. J ohn Fordham z The Guardian tak celnie ją scharakteryzował: „Jurd zdaje się nie przejmować przemijającymi modami ani angażowaniem się w jakąkolwiek scenę muzyczną. Jej prywatna muza czerpie z jazzu, tradycji ludowych z Europy i Bliskiego Wschodu oraz harmonicznego języka Strawińskiego. Mimo to jej twórczość jest zawsze niezwykle przystępna i często przypomina piosenki bez słów”. Zatem boska i urzekająca melodia - oto czego doświadczycie słuchając tego, nagrywanego na żywo utworu pt. " Offering". Zakochacie się - gwarantuję! A skoro tak, to wielce uraduje Was wiadomość, że "Offering" pochodzi z nadchodzącego albumu "Rites & Revelations", który ukaże się 17 października na winylu, w wersji cyfrowej i streamingowej. Zatem kawa w dłoń i czill piątkowy. Jazz z Wami! chcecie więcej laury?

  • Aga Derlak Neurodivergent

    W zamyśle autorki album ten dotyczy pewnego rodzaju odmienności i tak się składa, że pojawia się w dość szczególnym czasie, kiedy inność nad Wisłą znów wywołuje złe duchy, które – wydawałoby się – dawno wysłaliśmy w zaświaty. Muzyka z najnowszej płyty tria pianistki Agi Derlak „Neurodivergent” przypadkowo, lecz uparcie, przywołuje mi skojarzenia z tymi wydarzeniam i. PREMERA ALBUMU 24 LIPCA 2025. Ryszard Kapuściński, którego twórczość można oceniać różnorako, lecz nie sposób podważyć faktu, że zetknął się w życiu z wieloma odmianami inności, doskonale wiedział, dlaczego spotkanie z Innym wzbudza lęki i rodzi sztywne stereotypy, które finalnie tworzą opinie, nawet jeśli to brednie. Inny – mawiał – to człowiek dwojaki – z jednej strony jednostka z własnymi emocjami i doświadczeniem, z drugiej nośnik tradycji, wierzeń i cech rasowych. Ta splątana dwoistość sprawia, że spotkanie z Innym nigdy nie jest rzeczowe ani pragmatyczne, ale zawsze nacechowane osobistą tajemnicą i odbierane emocjami. Ale to właśnie spotkanie z Innym – jego zdaniem – jest, było i będzie niezbędne, by w pełni zrozumieć samego siebie. Wskazał nam Herodota, który już 2,5 tys. lat temu udowodnił, że jedynie wychodząc poza własne granice i mierząc się z odmiennością, poznajemy wartości i ograniczenia własnej kultury. Album „Neurodivergent” (neurorozbieżność?) jest według mnie właśnie opowieścią o wychodzeniu poza własne granice, a jak podkreśla Aga Derlak mówi o spotkaniu z neuroatypowością i jest zachętą do odważnej eksploracji złożoności ludzkiego umysłu. Artystka odrzuca poprawność, zaprasza odważnie słuchacza do świata „bez zasad”, w którym harmoniczne ramy zastępują surowe struktury, motywy i muzyczna „chemia”.  Aga Derlak zrezygnowała nawet po części z linearnej narracji na płycie: motywy przenikają się wzajemnie. Utwór piąty nosi tytuł „numer 4”, a szósty „after numer 4”. Muzyka jest żywa, energiczna, zadziorna, a jej nurt płynie wartko. Większość utworów zagranych jest w trio, kilka doskonale rozbudowują partie skrzypiec. Sam singiel „mazur v2” zapowiadający nadejście płyty stanowi świetny przykład konceptu – opiera się na basowej mantrze nawiązującej do „Orbits” Wayne’a Shortera i cytacie z mazurka Szymanowskiego, przekształcanych i rozciąganych w przestrzeni dźwięku jak w krzywym zwierciadle. To jedna z dwóch wersji tej samej kompozycji, ukazująca różne oblicza tego samego tematu i otwierająca drzwi do niezmierzoności artystycznego chaosu. Najbardziej jednak przemówił do mnie „numer 4” z szaloną powtarzalną partią fortepianu. Singiel Mazur v2 zapowiadający plytę Moim zdaniem jazz jak żaden inny gatunek ma potencjał opisania złożoności i indywidualności umysłu. To muzyka, której atypowość stanowi fundament, jest jej DNA. Na płycie więc zawiłe improwizacje z rytmiczną dynamiką i transową powtarzalnością odzwierciedlają superważne niuanse oraz pozorny chaos życia w neuroatypowym spektrum. Aga Derlak nie dość, że świeci własnym przykładem (posiada orzeczenie o ADHD) pokazując, że można niebanalnie i z sukcesami twórczo przetworzyć własne bycie „atypowcem”, to idzie o krok dalej i zaprasza słuchacza na spotkanie z jego/swoim muzycznym światem. Ten muzyczny album koncepcyjny nie utknął na intelektualnej, niezrozumiałej dla reszty świata mieliźnie – według mnie jest spójny, czytelny, bardzo ciekawy  i bardzo udany. Artystyczny przekaz wzmacnia design okładki, w którym przód staje się tyłem, a tył przodem — symboliczne odwrócenie porządku, zachęcające do słuchania albumu jak przez lustro i przyjęcia alternatywnego sposobu postrzegania muzyki oraz rzeczywistości. Jest na nim postać stojąca na przeciw morza innych postaci - czytelne odwołanie do samotności Innego. Aga Derlak podkreśla też istotny wpływ pozostałych członków zespołu na ostateczny muzyczny kształt albumu. Jest bowiem wypadkową odmiennych muzycznych doświadczeń artystów, a zatem jest spotkaniem hip-hopu, awangardy, polskiej muzyki  tradycyjnej, jazzu, muzyki klasycznej. Na płycie oprócz liderki grają kontrabasista Maciej Szczyciński i perkusista Miłosz Berdzik, a kwartet uzupełnia gościnnie skrzypek Kacper Malisz. Aga Derlak , trzykrotnie wyróżniona Fryderykiem (Debiut Roku 2016, Artystka Roku i Album Roku 2024), kształciła się na Berklee College of Music, mieszkała w Panamie i współpracowała m.in . ze Zbigniewem Namysłowskim, Jerzym Małkiem, Atom String Quartet. Maciej Szczyciński ukończył warszawską „Bednarską” oraz Akademię Muzyczną w Katowicach, nagrał ponad sto płyt i ścieżek filmowych, zdobył dwa Fryderyki w projektach Nikoli Kołodziejczyka, występował z The Hilliard Ensemble, Arvo Pärtem, Johnem Scofieldem i Johnem Medeskim. Miłosz Berdzik , absolwent i stypendysta Berklee, doskonalił się u takich mistrzów jak Ralph Peterson Jr. i George Garzone, współtworzy kwartet Hoshii, duet DEUX LYNX i trio Suferi, koncertował z Paktofoniką jako członek live bandu Tymoteusza Biesa oraz na festiwalach jazzowych od Nisville po Athens Technopolis. Gościnnie: skrzypek Kacper Malisz , laureat prestiżowego Seifert Competition 2022, od trzynastego roku życia łączy tradycję ludową z nowoczesnością, prowadząc Kapelę Maliszów i Kacper Malisz Quartet, współpracując m.in . z Kapelą ze Wsi Warszawa, Debashishem Bhattacharyą czy Adamem Sztabą oraz występując na WOMAD UK, Rainforest Festival w Malezji, Rudolstadt Festival czy Kaustinen Festival. Trio Agi Derlak namawia na spotkanie z Innym, z atypowym. Cieszę się, że mogłem skorzystać z tego zaproszenia. Was też do tego namawiam. To jedna z najlepszych polskich płyt w 2025. STRONA AGI DERLAK : https://www.agaderlaktrio.com/ Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Art Blakey i Jazz Messengers – „Live in Tivoli 1968”, czyli schyłek legendy

    Art Blakey i Jazz Messengers to związek niemal frazeologiczny, niczym „pójść po rozum do głowy”, „mieć muchy w nosie” czy „rzucać perły przed wieprze”. Są nierozłączni jak Flip i Flap, Pat i Pataszon, USA i Rosja, Jaś i Fasola. Jeśli choć raz wpadłeś w jazzowe sidła, trafiłeś na opisy tego zespołu i przeczytałeś, jak wielkie znaczenie miał on dla gatunku i dla całej muzyki. Jazz Messengers stał się kuźnią talentów – kolejnych wybitnych muzyków, którzy pod skrzydłami Blakeya wydobywali z siebie to, czego sami wcześniej nie słyszeli. Art Blakey słyszał więcej i głębiej niż inni. Zasłużył więc na pomnik – i to nie tylko symboliczny – choćby za płyty-kamienie milowe: Moanin’ (1958) A Night in Tunisia (1960) Ugetsu (1963) Free for All (1964) Indestructible! (1964) Zespół wyprodukował dziesiątki znakomitych, z kilkunastoma absolutnie wybitnymi muzykami. Dla jednych Jazz Messengers był trampoliną, dla innych rakietową wyrzutnią ku sławie. Dzięki Blakeyowi na scenie pojawiły się postacie niemal magiczne – indywidualności, które później zdobywały kariery i duże pieniądze, kupowały wille, wpadały w rozmaite używki i przeżywały swoje wzloty oraz upadki. Schyłek świetności „Live in Tivoli 1968” Popularność, zwłaszcza ta wielka, jest ulotna jak dym porannego carmena – znika, rozpływa się, zmienia w powietrze. Nagranie z Tivoli z 1968 roku pokazuje moment, gdy jazzowi Messengersi zaczynają ustępować pola nowym prądom. Nie pomagały nowe składy ani świetne kompozycje. Mimo wciąż pełnych sal i zachwytów publiczności, to już nie było to samo. Muzycy trzymali formę: grali z wigorem tysiąca słońc, raz pędzili jak rakieta z Canaveral, innym razem byli liryczni i pełni tajemnicy. Jednak to świat się zmienił – pojawili się Coleman, Cherry, Coltrane i inni, redefiniując jazz. Skład „Live in Tivoli 1968” Choć koncert nagrano w trzecim najstarszym parku rozrywki na świecie, skupmy się na muzykach, których dziś pamiętają przede wszystkim zagorzali fani gatunku: Ronie Matthews – fortepian   Grał z Blakeyem w latach 1968–1969. Jeden z najwybitniejszych pianistów hard bopu, energetyzował składy swoim solidnym stylem. Współpracował m.in . z Freddiem Hubbardem, Maxem Roachem i Dexterem Gordonem. Pojawił się na ścieżce dźwiękowej filmu Spike’a Lee „Mo’ Better Blues”. Bill Hardman – trąbka   Trzykrotny członek Jazz Messengers, kojarzony głównie z hard bopem. Blakey cenił jego długie solówki bez akompaniamentu. Grał z najlepszymi muzykami tamtych lat, będąc jednym z wizytówek stylu. Billy Harper – saksofon tenorowy   Najmłodszy w zespole, lecz z wyjątkową gwiazdą już na horyzoncie. „Capra Black” i „Black Saint” z lat 70. to klasyka jazzowego kanonu. Harper był świadkiem i uczestnikiem kluczowych momentów w historii – m.in . ostatniego seta Lee Morgana w Slug’s Saloon. Julian Priester – puzon   Wolny elektron wydziału puzonistów Blakeya. Współpracował z Sun Ra, Maxem Roachem, Dukiem Ellingtonem, Johnem Coltrane’em i Herbiem Hancockiem. Jego CV mówi samo za siebie. Lawrence Evans – kontrabas   Najmniej znany w tym gronie, lecz barwy jego gry można usłyszeć na płytach Freddiego McCoya czy Charlesa McPhersona. W 1968 roku współtworzył Muzę Messengersów. Co usłyszysz na płycie Na „Live in Tivoli 1968” usłyszysz dwa ekspresyjne, szaleńcze utwory i jeden pełen oddechu, liryczny między nimi. Zespół jest w znakomitej formie: Hardman frunie pod sufit, Blakey galopuje, cały skład gra z pasją i precyzją. Oklaski publiczności potwierdzają, że mimo upływu lat ta historia brzmi pięknie i świeżo. Nieczęsto zachowały się nagrania tego akurat składu. Najsłynniejsze pochodzi z 1975 roku – wieczoru w Slug’s Saloon. Czy istnieje więcej? Jeśli nie, warto docenić to, co mamy. Sięgnij po „Live in Tivoli 1968” i przekonaj się, że nawet pod koniec wielkiego panowania Jazz Messengers potrafili oczarować świat jazzem.

bottom of page