
Znaleziono 164 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Lisen Rylander Löve – "In Fields Of Time". Epitafium na Saksofon i Elektronikę
Bardzo rzadko zdarza się, aby artysta osiągnął tak wybitny poziom zarówno pod względem intelektualnej głębi, jak i emocjonalnej, niemal bolesnej szczerości. Najnowszy album Lisen Rylander Löve, "In Fields Of Time", drugi solowy w karierze, jest właśnie takim przypadkiem. To przykre, że za tym wyjątkowym dziełem stoi prywatna tragedia artystki – strata ojca, która posłużyła jako katalizator do skomponowania tej poruszającej muzycznej medytacji. Wygląda na to, że wypełniona jest muzyką, która rodzi się z pustki. W dodatku opatrzona genialną wprost okładką. Artystka z Bogatym Dorobkiem: Podwójna Natura Löve Lisen Rylander Löve jest czołową postacią szwedzkiej sceny eksperymentalnej , od lat doskonale poruszającą się u zbiegu jazzu i awangardy. Jej droga to naprzemienny mariaż tych dwóch światów. Z jednej strony mamy więc Löve – Pionierkę Elektroniki – członkinę kultowego Midaircondo , gdzie przez dwanaście lat uczyła się łączyć brzmienia akustyczne z syntezatorami i looperami. Z drugiej, mistrzynię surowej improwizacji – saksofonistkę rewelacyjnego, niedocenionego kwartetu jazzowego Here's To Us , gdzie ugruntowała swoje korzenie w free jazzie i akustycznej narracji. Ta podwójna natura – biegłość w operowaniu charakterystycznym, ziarnistym brzmieniem saksofonu oraz swoboda w manipulowaniu elektroniką na żywo – jest kluczem do jej twórczości. Jak wiecie ja uwielbiam elektronikę w jazzie - Lisen, jak niewielu, umiejętnie zbalansowała jedno i drugie. Dziś jest głosem, który w muzyce eksperymentalnej mówi równie biegle językiem tradycji i innowacji. Koncept Płynnej Chronologii: Czas jako Materia fot. Kerstin Ehrnlund To, co czyni ten album wybitnym, to jego głęboko osobista i szczera koncepcja – traktat o naturze czasu i straty. Muzyka koncentruje się wokół doświadczenia czasu i różnych warstw wydarzeń występujących równolegle . Löve opisuje to zniuansowane zjawisko: "Muzyka na tym albumie w dużej mierze skupia się na doświadczeniu czasu i różnych warstwach wydarzeń zachodzących równolegle. Jak czasami zostaje się rzuconym w przyszłość, a czasami w przeszłość, i jak czasami udaje się odnaleźć poczucie obecności pośród tego wszystkiego. Muzyka porusza również temat tęsknoty za ojcem i pustki pozostałej po jego śmierci oraz tego, jak wpływa to na postrzeganie czasu." Ten chaos emocji – bycie rzuconym w przeszłość wspomnień i pęd ku przyszłości bez bliskiej osoby – został przetłumaczony na język dźwięku. Zamiast suchej i skandynawskiej powściągliwości, odnajdujemy niemal kinetyczne, pulsacyjne piękno. Album rozciąga czas, transformując go w ciągnący się, niemal namacalny materiał. To muzyka, która oddycha: raz staje się gęstym, ambientowym dymem spowijającym słuchacza, by za chwilę rozpłynąć się w improwizacji saksofonu , niczym ulotne wspomnienie oświetlone promieniami słońca. Sama artystka zdaje się gwizdać na etykietki: stylistyka na płycie rozciąga się niczym łuk Larsa Andersena. Wprowadzający w album spokój utworu “Supernova” przechodzi w niemal rockową stylistykę w “Velvet”. “Here” zaś jest ekstatycznym, dwuminutowym free niuansem, który jeszcze piękniej wybrzmiewa we wspaniałym utworze ”Formations”. Końcówka płyty jest dla mnie prawdziwym arcydziełem: doskonały, swobodny “Ongoing” przechodzi w utwór tytułowy, który stanowi doniosłe epitafium całości z użyciem nagrań terenowych wplecionych jako tło. W tym miejscu szczerość, która wszak jest cechą większości płyt z muzyką improwizowaną spotkała się z nieprzegadanym natchnieniem. Przy tym wszystkim Lisen kusi prostotą, nie jednak szafuje harmoniami, ładnymi melodiami, a niektóre utwory pcha samym przydymionym saksofonem, jak w "Formations". PŁYTĘ KUPICIE TU Alchemia Brzmienia i Współpraca Choć dzieło jest osobiste, Löve otoczyła się muzykami, którzy wnieśli do tej pustki własny rezonans. Trio, które tworzy z perkusistą Martinem Öhmanzem i basistą Donovanem von Martensem , osiąga spójność, która trzyma w ryzach całą, często improwizowaną i skomplikowaną nić narracji . Öhmanz i von Martens zyskują tu znacznie więcej miejsca niż na wcześniejszym albumie Oceans (2019), nadając ambientowej tkance delikatny, jazzowy puls . Löve sama uzupełnia orkiestrację, wplatając w saksofon (tenorowy i barytonowy) organy pedałowe , fortepian, syntezatory i nagrania terenowe (In Fields of Time) – to właśnie ta delikatna równowaga między akustyką a elektroniką jest jej znakiem rozpoznawczym. Całość, nagrana w Studio Skogen i dopracowana przez Illnusa (miks) i Hansa Olssona (mastering), brzmi głęboko i intymnie. "In Fields Of Time" to hołd dla miłości "na wszystkich polach czasu" oraz pozycja obowiązkowa dla słuchaczy, którzy w muzyce improwizowanej szukają nie tylko formy, ale wstrząsającej, ludzkiej treści . " This record is dedicated to my dad with love, in all fields of time " napisała artystka anonsując swój album na facebooku. Wspaniały dar. Wsparcie Twórczości Niezależnej Jeśli, podobnie jak ja, cenisz płyty, które w tak poruszający sposób łączą intelektualną głębię z emocjonalną szczerością, i chcesz, by takie recenzje pojawiały się na naszym blogu regularnie, wesprzyj moją pracę! Każda symboliczna wpłata na kawę ☕ pozwala nam docierać do mniej oczywistych, ale wybitnych artystów, takich jak Lisen Rylander Löve, i poświęcać czas na tworzenie tak szczegółowych analiz. 👉 Postaw kawę, by kolejne recenzje ujrzały światło dzienne: buycoffee.to/jazzda.net Dziękuję! Fot na okładce tekstu Kristin Lidell
- Triosence – "Stories of Life" Historia, Która Staje Się Muzyką
Album "Stories of Life", najnowsza (październik 2025) propozycja niemieckiej grupy Triosence, ma w sobie więcej serca i osobistego dramatu niż większość jazzowych płyt wydanych w tym roku. Kluczem do zrozumienia jego głębi jest obraz na okładce i historia człowieka, który za nim stoi. Okładkę albumu zdobi postimpresjonistyczne, sielankowe płótno. "Badendir vid Ingetorpsjön" – tak nazywa się piękny obraz, scena z jeziora w pobliżu Kungälv w Szwecji. Jego autorem jest Rainer Hoffmann , zmarły niedawno wujek i mentor lidera grupy, pianisty Bernharda Schülera . Obrazy Hoffmanna zdobiły zresztą okładki kilku wcześniejszych albumów Triosence, co świadczy o głębokiej, artystycznej więzi. Bernhard Schüler podkreśla, jak ogromną rolę Hoffmann odegrał w jego życiu, określając go mianem "prawdziwego poszukiwaczy przygód" , który "zawsze zachęcał mnie do odkrywania nowych ścieżek w muzyce – i w życiu – już od mojego dzieciństwa." Album jest więc pięknym, choć spóźnionym hołdem dla artysty, którego sztuka „nigdy nie otrzymała publicznego uznania, na które zasługiwała” . Kompozytor celowo w utworze "Dear Rainer" próbował oddać technikę malarską wuja: „Wierzę, że pokochałby dysonujące, wysokie interwały fortepianu, brzmiące jak pociągnięcia pędzlem na płótnie, tworzące kontrast i kontrapunkt w kompozycji – tak jak robił to w swoich obrazach.” "Stories of Life" to jedna z najlepszych, najłagodniejszych i najbardziej melodyjnych płyt w całej dyskografii Triosence. W odróżnieniu od wcześniejszych, bardziej dynamicznych nagrań, ten album cechuje się niezwykłym spokojem i ciepłem. Gdzieś zniknęły gniewne akordy i energetyczne kontrasty. Czas jest dla Trosence łagodny, co doskonale koresponduje z założeniem ich stylu "Songjazz" – skupionego na esencji i melodii, a nie na skomplikowanej improwizacji. To płyta, której brzmienie jest emanacją chemii między trzema wirtuozami, grającymi niemal nieprzerwanie od 1999 roku: Bernhard Schüler (Fortepian i Kompozycje) – siła napędowa grupy. Omar Rodriguez Calvo (Kontrabas/Bas) – Kubańczyk, którego World Music’owe i latynoskie korzenie wnoszą elastyczność i ciepło. Tobias Schulte (Perkusja) – Wszechstronny perkusista, wnoszący precyzję i świeżość. Płyta jest zbiorem "miliona małych rzeczy", które Bernhard Schüler spisywał w najbardziej przełomowym okresie swojego życia, udowadniając, że „Życie to to, co dzieje się, podczas gdy ty jesteś zajęty robieniem innych planów.” Ten intymny charakter widać w każdym utworze: "Little Lost Wonder" (Mały Zaginiony Cud) narodził się z żalu po poronieniu, ale prowadzi do nadziei po przyjściu na świat córki Taminy. "These Simple Things" (Te proste rzeczy) to utwór dedykowany partnerce lidera. "G. Brothers" dedykowany jest Braciom Grimm , którzy symbolizują moc opowiadania historii. "Tomato Party" – to najbardziej radosny akcent na płycie, zainspirowany... nadmiarem pomidorów. Ten kontrast jest celowy. Lider umieścił utwór "Tomato Party" – najbardziej pogodny – zaraz obok "Dear Rainer" – najsmutniejszego. Dlaczego? „Ponieważ takie jest życie: nawet najszczęśliwsze chwile mogą się nagle skończyć i ustąpić miejsca najtrudniejszym czasom.” "Stories of Life" to jazz humanitarny, melodyjny i głęboki, który gloryfikuje codzienność, honoruje zwykłość, podkreśla wyjątkowość każdej chwili. Takiego przesłania potrzebujemy coraz bardziej. Może ono choć na moment zatrzyma nas w owczo-szczurzym pędzie. Ta płyta to podręcznik cichego życia. Uczmy się z niej. Pozycja obowiązkowa na jesienną playlistę. Wsparcie dla Jazzda.net : Ogień musi płonąć! Jeśli dotarłeś do końca tej recenzji i czujesz, że ten ogień, ta pasja do tropienia najbardziej intrygujących historii w jazzie, jest Ci bliska – możesz pomóc, by ta maszyna pracowała dalej. Jazzda.net to dziesiątki godzin słuchania, analizowania i pisania, by dostarczyć Ci gotowy, unikalny kontekst. Każde wsparcie na BuyCoffee.to (równowartość dobrej kawy, a może nawet wina!) trafia w całości na zakup nowych albumów i utrzymanie bloga. Nie pozwól, by tak głęboki jazz jak ostatnia płyta Triosence przeszedł niezauważony. ➡️ Wesprzyj Jazzda.net i bądź częścią tej misji: https://buycoffee.to/jazzda.net
- Wrzesień 2025: Koza, Bowie i Ból. Przegląd Jazzowych Nowości.
Przygotujcie się na najgorętszy przegląd, bo wrzesień 2025 to był istny festiwal kontrastów . Oto rzeźnia na styku jazzu i krautrocka od Kimatiki , a zaraz potem "święta i potężna" orkiestrowa liryka od Øysteina Sevåga ( "Lacrimosa" ). A to dopiero początek! Ten materiał to podróż, która łączy chaos z porządkiem z IKEI : Zobaczycie, jak Gard Nilssen Acoustic Unity z fenomenalną Signe Emmeluth rozwalili tegoroczną Akademię Jazzu i zinterpretowali Paula McCartneya . Jazz Filozofów i Bankierów: Odkryjecie The New York Second – projekt Haralda Walkate’a , który wjechał do jazzu prosto z Wall Street , by pisać muzykę inspirowaną tajemniczą fotografką Vivian Maier . Legendy i Wielka Strata: Przetrwamy katartyczną żałobę u Donny’ego McCaslina (ten od Davida Bowiego ), który znalazł w jazzie mechanizm przetrwania po stracie żony. Hołdy dla Tytanów: Sprawdzimy, jak wychwalana przez samego Herbiego Hancocka Carmen Staaf prowadzi intymną konwersację z dorobkiem Theloniousa Monka i Mary Lou Williams . Chaos i Beka: Uśmiejemy się z duńskim "bębniarza-anarchisty" Krestena Osgooda , który bawi się w Monka, pozostając w muzycznym związku od niemal 30 lat . Echa Północy: Dotrzemy do Karla Seglema i Arve Henriksena , którzy zabiorą nas od medytacyjnego Bukkehornu po eteryczne, post-pożarowe poematy. Wrzesień 2025 udowodnił, że jazz jest potężny, niejednoznaczny i absolutnie wolny. Zaczynamy! COCHEMEA: Duchowe Fuzje i Afro-Funkowy Groove Cochemea Gastelum to amerykański saksofonista, multiinstrumentalista i kompozytor, którego twórczość jest głęboko zakorzeniona w jego rdzennoamerykańskim dziedzictwie (plemię Yaqui) . Jest kluczową postacią w nurcie łączącym funky jazz, afrobeat, soul i spiritual jazz z elementami etnicznymi i transowymi. Ale to nie byle tamtejszy, bo współpracował z Amy Winehouse, Davidem Byrne, duetem hip-hopowym Run The Jewels i dziesiątkami innych. Zasłynął jako saksofonista w legendarnej grupie soulowej Sharon Jones & The Dap-Kings , co nadało jego solowym projektom wyjątkowy, organiczny groove, ale wciąż uwielbia wciąż improwizować. Album "Vol. III: Ancestros Futuros" (Tom III: Przodkowie Przyszłości) jest kontynuacją trylogii, którą rozpoczął krążek "All My Relations" (2019). Tytuł doskonale oddaje jego koncepcję: płynne połączenie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Na tym albumie Cochemea idzie dalej w eksploracji swojej tożsamości, tworząc dźwiękowe światy , w których pamięć i spekulatywna historia splatają się z futurystycznymi wizjami. Płyta ta wprawdzie stanowi hołd dla przodków, ale odważnie wybiegaj w przyszłość, dzieki czemu naturalnie prowadzi do fuzji inspiracji. Cochemea czerpie z duchowego dziedzictwa takich mistrzów jak Yusef Lateef czy Gato Barbieri , przetwarzając ich spuściznę w sposób hipnotyczny i transowy . Muzycznie album manifestuje się jako mieszanka gęstych, medytacyjnych pasaży i dynamicznych, rytmicznych eksplozji . Artysta mistrzowsko wykorzystuje swoje instrumenty – głównie saksofon i flety – budując intymną, a jednocześnie ekspresyjną narrację. Każdy utwór jest wypełniony głęboko zakorzenionym, ekspansywnym dźwiękiem, który rezonuje z survivalem, rytmem i nieskrępowaną wyobraźnią. "Ancestros Futuros" to swoisty rytuał dźwiękowy – muzyka, która prowadzi słuchacza przez kosmiczny czas-przestrzeń. DONNY McCASLIN: Most między Jazzem, a Gwiazdami Donny McCaslin - amerykański saksofonista tenorowy i kompozytor, którego nazwisko stało się rozpoznawalne, kiedy jego zespół został wybrany przez Davida Bowiego. Ostatnia płyta legendy rocka, Blackstar (2016), była nie tylko jego pożegnaniem, ale i trampoliną do sławy dla McCaslina. Bowie celowo sięgnął po jego formację, aby nadać swojej płycie jazzowo-elektroniczny, mroczny charakter . McCaslin jednak swoją pozycję w świecie jazzu, ugruntował znacznie wcześniej budując potężne, wirtuozowskie brzmienie, którego korzenie tkwią w tradycji post-coltrane’owskiej . W jego grze słychać echa Johna Coltrane’a , w niebywałej intensywności, długich, spirytualnych frazach i technicznej sprawności. No cóż - jak to z jazzmanami bywa - zaczął być szeroko, czyli poza światem jazzu, znany dopiero po wspomnianej współpracy z Bowiem. A zasługuje na to o wiele bardziej niż inni, ponieważ McCaslin z biegiem lat z mistrza tradycyjnego jazzu stał się innowatorem. Jego solowe projekty po albumie "Blackstar" – takie jak "Beyond Now" czy "Blow." – stanowią fuzję organicznego saksofonu z syntezatorami, industrialnymi beatami i rockową energią . Jego muzyka jest obecnie synonimem awangardowego jazz-rocka , idealnie balansującego między melancholią a hipnotycznym rytmem. Ta mroczna estetyka osiągnęła kulminację w albumie "Lullaby for the Lost" (Kołysanka dla zagubionych), który stał się jego najbardziej osobistym i katartycznym dziełem. Płyta ta jest muzyczną reakcją na konkretną, głęboką stratę – śmierć jego żony, Carol. McCaslin otwarcie przyznał, że muzyka była jego mechanizmem przetrwania, mającym pomóc w przetworzeniu żałoby. Jak sam mówił: "Chodzi o nadzieję… o to, by to wewnętrzne światło nie zgasło, lecz zostało przetworzone. To jest nauka kierowania bólu w coś znaczącego, nawet pięknego ." Kołysanka w tym kontekście to nie utwór uspokajający, lecz melodia mająca pomóc odnaleźć drogę w mroku. Album celowo balansuje na krawędzi intensywnego lęku, który McCaslin określił jako "piękny lęk" ( "beautiful angst" ). KARL SEGLEM, CZYLI SPOKÓJ PÓłNOCY P rzenosimy się na daleką Północ, gdzie króluje norweski wirtuoz bukkenhornu - Karl Seglem , który wydał właśnie najnowszy album "Nordic Ro I" . Ledwie rok temu zachwycałem się jego albumem "Path.Hope.Myth" bezkompromisowym połączeniem sztuki z aktywizmem – wyszedł z tego potężny, koncepcyjny jazz, którym Seglem rzucał kontrowersyjne pytanie: Dlaczego nigdy nie przestajemy chcieć więcej? POCZYTAJ POD LINKIEM Seglem, saksofonista, kompozytor i poeta, jest jedną z najważniejszych postaci skandynawskiego jazzu, który stworzył zupełnie autorski gatunek określany jako world heritage folk jazz . Jego muzyka, czerpiąca inspirację bezpośrednio z norweskich krajobrazów, jest z reguły ekstrawertyczna, energetyczna i jest esencją eksploracji relacji między surową norweską tradycją a swobodną improwizacją. Tym, co czyni Seglema artystą unikalnym na skalę światową, jest jego maestria w grze na Kozim Rogu (Bukkhorn) . Ten tradycyjny, ludowy instrument dęty, wykonany z naturalnego rogu, wnosi do jego jazzowych kompozycji element pierwotny, przejmujący i głęboko melancholijny , rezonując z surowym pięknem fiordów. Jednak najnowsza płyta "Nordic Ro I" (Spokój Północy) to świadome odejście od dynamicznej, improwizacyjnej esencji jazzowej na rzecz kontemplacyjnego ambientu . Album ten jest projektem głęboko medytacyjnym, który Seglem stworzył, by służyć relaksowi i praktykowaniu uważności ( mindfulness ). Zamiast typowych solówek, Seglem, we współpracy z producentem Alfem Magne Hillestadem, wykorzystuje pierwotne brzmienie starożytnych Kozich Rogów jako główne źródło melodyczne, łącząc je z prawdziwymi dźwiękami norweskiej natury – szumem wody, wiatrem i szeptem drzew. Tym samym "Nordic Ro I" staje się wyjątkowym, sonicznym dziełem, które ma działać kojąco i terapeutycznie. ARVE HENRIKSEN: Wrześniowy Festiwal Duetów Trzeba przyznać: Arve Henriksen to Najdelikatniejszy Trębacz na Ziemi . Używając trąbki, harmonium, elektroniki i eterycznego, falsetowego wokalu, stworzył unikalne, lodowato-ciepłe brzmienie , którego nie da się pomylić z nikim innym. Jego technika to esencja pauzy i oddechu , a trąbka w jego dłoniach zazwyczaj szepcze lub unosi się w górę jak dym. Tę niezwykłą, uduchowioną wrażliwość Henriksen zanurza w mroku na swoim nowym albumie "After The Wildfire" , nagranym z Janem Bangiem , mistrzem live samplingu i architekturą dźwięku. Album ten narodził się z zamówienia dla Skopje Jazz Festival i został rozbudowany ze studyjnego nagrania, które od początku balansowało "między gatunkami, jednocześnie ambientowe, folkowe i symfoniczne" . Sercem dzieła jest dialog Henriksena i Banga, uzupełniony przez Eivinda Aarseta i Ingara Zacha , osadzony w bogatych, orkiestrowych teksturach. To medytacja nad siłą natury i nietrwałością ludzkich działań . Utwory budują sugestywne obrazy, a całość jest dźwiękowym poematem – tym, co pozostaje i migocze po ogniu, w idealnej harmonii ciszy i lęku. Płyta jest głęboką medytacją nad siłą natury i nietrwałością ludzkich działań . Każdy utwór jawi się jako odrębna scena i "fragment przetrwania" po symbolicznym pożarze, budując sugestywne i paradoksalne obrazy. Otwierające "Seeing (Eyes Closed)" kreuje wizję wewnętrzną, gdzie trąbka unosi się nad upiornym pianolem, a napięte "Grassland" symuluje ciche polowanie na rozległym terenie. Album zaskakuje energią w "Pehlivan Fighters" , które pulsuje suficką, ekstatyczną energią , oddając rytuał jako wspólnotowe święto ducha. Całość zamyka "Remnants" (Resztki), które pozostawia słuchaczowi jedynie "matowy blask, migotanie światła na ciemnej wodzie" – to, co ostatecznie przetrwało po ogniu. Album jest spójnym dźwiękowym poematem w cieniu nietrwałości. Koniecznie trzeba wspomniec o liderze: Jan Bang jest jedną z najbardziej innowacyjnych postaci w dziedzinie live samplingu i elektronicznej obróbki dźwięku . Bang nie jest tradycyjnym muzykiem, lecz dźwiękowym architektem . Jego główną techniką jest przechwytywanie i zapętlanie dźwięków granych na żywo (przez Henriksena lub innych), tworząc natychmiastowo złożone, ambientowe, warstwowe pejzaże. Jest to stały partner Henriksena. ALE TO NIE KONIEC. Arve we wrześniu jest zdubeltowany. Efektem niebywałej muzycznej płodności Arve Henriksena jest kolejny wrześniowy duet, tym razem z holenderskim gitarzystą i kompozytorem Bramem Stadhouldersem , zatytułowany "Aemona" . Stadhouders to muzyk, którego twórczość opiera się na złożonych, polifonicznych strukturach – jego domeną jest łączenie ascezy gitary akustycznej z mistrzowskim wykorzystaniem loopów i elektroniki , co tworzy dźwiękowy obraz jednocześnie intymny i bogaty harmonicznie. To wydawnictwo, będące trzecim winylowym albumem Podium JIN, jest skierowane do kolekcjonerów i poszukiwaczy brzmienia wykraczającego poza gatunek – ukazało się w ręcznie numerowanej edycji 300 egzemplarzy. Nagrane przed publicznością w Galloway Studio, "Aemona" uchwyciła surową istotę improwizacji : żadnych dogrywek, tylko czysty, intuicyjny dialog dwóch mistrzów. Najdelikatniejsza trąbka na Ziemi, należąca oczywiście do Henriksena, szepcze i lamentuje , unosząc się nad ambientowymi, krystalicznymi fakturami gitary Stadhoudersa i subtelną elektroniką. Efektem jest płynny, medytacyjny pejzaż dźwiękowy , pełen etericznych, pasaży, które roztapiają się w ciszy . To krucha, krystaliczna kameralistyka – czyste pieśni ambientowe idealne do kontemplacji nordyckiej melancholii. Ôtrium: Od Paryża do Klasyki Trio Kontynuując przegląd jazzowych nowości września, po nordyckich medytacjach Arve Henriksena , przenosimy się do Francji, gdzie trębacz Quentin Ghomari wydał świetny album "Ôtrium - Deuxiéme Mouvement" . Ghomari to jedna z najbardziej obiecujących i wszechstronnych postaci na francuskiej scenie współczesnej, absolwent prestiżowego CNSM w Paryżu. Jego styl to połączenie francuskiej elegancji i niezatrzymywalnej eksploracji, w ten sposób potrafi być kontemplacyjny i dziki , a jego brzmienie swobodnie operuje w szerokim spektrum ekspresji. Album "Ôtrium - Deuxiéme Mouvement" (Ôtrium - Drugi Ruch) to powrót do kameralnego, klasycznego, choć niecodziennego dla trębacza składu trio, z Yoni Zelnikem na kontrabasie i Antoine Paganottim na perkusji. Ten album jest wyrazem oddania dla ekspresywności, spontaniczności i czystej radości z muzycznej wymiany . Płyta łączy kompozycje własne Ghomariego, jak oniryczna "La Part Des Songes", z reinterpretacjami jazzowych klasyków i standardów, co doskonale pokazuje jego silne zakorzenienie w tradycji i jednocześnie odwagę w poszukiwaniu nowych tekstur. W efekcie otrzymujemy witalny i zdeterminowany współczesny jazz. Trąbka Ghomariego najpierw delikatna i oniryczna , za chwilę stacza się w gwałtowną, pełną pasji improwizację. Mimo kameralnego składu, muzyka jest pełna przestrzeni, a sekcja rytmiczna tworzy elastyczne tło, w którym Ghomari może swobodnie rozwinąć skrzydła, zachowując przy tym francuską elegancję i joie de vivre . " KIMATIKA: Baryton w Oparach Shoegaze – Witamy w Rzeźni! Ich muzyka to "wniknięcie we futurystyczny jazz, motorową propulsję, free improv i elastyczne kompozycje" . To rzeźnia, co znaczy, że usłyszymy Prawdę przez hałas. Właśnie nagrali trzeci album pod tytułem "Etceteral" , na którym nie biorą jeńców. A nazywają się Kimatika i pochodzą ze Słowenii – kraju zielonego, spokojnego, ale (jak widać) okazjonalnie bojowego , stanowiąc jeden z najbardziej intrygujących europejskich eksperymentów muzycznych. Zespół celowo zostawia słuchacza pomiędzy dwiema epokami i dwoma gatunkami – to "blend niepokornego free jazzu z krautrockiem", a ich surowość sprawia, że tęsknota za starą płytą Warp ustępuje miejsca pilnej potrzebie tańca. Kimatika to Boštjan Simon (saksofon barytonowy, elektronika), Marek Fakuč (perkusja) oraz Lina Rica (wizualizacje, która jest kluczową, choć nie brzmiącą, członkinią tria). Lider Boštjan Simon mówi wprost, że "główny nacisk tym razem był na kompozycję, a nie na improwizację", dlatego to nie jest spontaniczna podróż, lecz struktura stworzona do rozsadzania . Brzmienie "Etceteral" to czysty, miejski industrialny chaos , który jest "chrzęstem i brzękiem dźwięku ruchu ulicznego, podróży kosmicznych i ostatnią rzeczą, jaką słyszysz w ponury niedzielny poranek w Berlinie" . Saksofon barytonowy Simona ryczy i warczy, ale jest też — co zaskakujące — "mglisty, czasami jak wokal na płytach shoegaze’owych" , celowo cofnięty w miksie, by rozluźnić więzy, które wiążą ten zespół z jazzem. Pod spodem pulsują gęste i jaskiniowe basowe częstotliwości , a perkusja operuje polirytmicznymi zderzeniami i motoricznymi, krautrockowymi groove’ami . Od otwierającego "Ljolo" z electro-squelchem rodem z policyjnego serialu z 2070 roku , aż po zamykającą, taneczną "Kaneda" , album konsekwentnie buduje natychmiastowość z złożoności . To nie jest nostalgia za "pudłem Warp'a" sprzed lat, lecz nowy, pilny soundtrack do skomplikowanej teraźniejszości. To jazz dla "jazz headów", ale też dla tych, którzy od jazzu uciekają prosto w soniczny, bezkompromisowy atak . Słowem: RZEŹNIA! Muzyczna Alchemia Sevåga: Spotkanie z Jazzem po 15 Latach Album Øysteina Sevåga, "Lacrimosa" , wydany przez Siddhartha Records, miał swoją światową premierę 5 września 2025 roku, a ja od pierwszego dnia, gdym go wysłuchał, nie przestaję o nim myśleć. Dlaczego? Tytuł Lacrimosa oznacza "łzę" i odzwierciedla ducha projektu. Okładka albumu, przekazana przez NASA, przedstawia naszą piękną planetę zawieszoną w przestrzeni, niczym perła, kropla lub łza. Sevåg opisuje swoją muzykę jako przeznaczoną dla każdego, kto "potrzebuje ulgi, inspiracji lub odnowionej wiary w przyszłość w czasach, gdy świat zmaga się ze znalezieniem wspólnego gruntu" . Idealny moment. Cała Europa zastygła przed jakimś fatalnym skokiem, a mój stary świat się kompletnie rozpadł, znikł, rozsypał. Zaledwie wczoraj byłem dzieckiem, a dziś mam ponad 50 lat, w dodatku rzeczywistość w której żyłem wówczas i żyję teraz to jakby dwie inne galaktyki czasowe. I u licha, powiecie że bredzę, ale Sevåg to wie i on chce dodać mi otuchy, chce powiedzieć, że mój pierwiastek ludzki jest niezmienny i żebym traktował go jak busolę. Muzyka na nowym albumie Øysteina Sevåga, Lacrimosa , jest zakorzeniona w zachodniej polifonicznej muzyce artystycznej , rozgałęziając się w rytmiczną improwizację z nutą nordyckiego charakteru . Rezultat jest melodyczny i polifoniczny, "święty, lecz potężny" . Lacrimosa to pierwszy album studyjny Sevåga nagrany z zespołem od 15 lat. Tym samym kontynuuje on swój projekt "muzycznej alchemii" : łączy europejską muzykę artystyczną z improwizacją, tworząc potężną, podnoszącą na duchu siłę. Z wykształcenia pianista i kompozytor w wielu gatunkach, w ostatnich latach Sevåg skupiał się na utworach kameralnych, orkiestrowych i chóralnych. Od 1990 roku muzyka Sevåga była wydawana na uznanych przez krytyków, nagradzanych albumach, dystrybuowanych na całym świecie przez Sony Music, Hearts of Space i Siddhartha Records. Na albumie połączył siły "gwiazdorski norwesko-brytyjsko-niemiecki zespół" , skupiający czołowe głosy ze świata jazzu i muzyki klasycznej, muzyków, którzy są równie swobodni zarówno w muzyce artystycznej, jak i w improwizacji. Kluczową rolę w tym niezwykłym składzie odgrywa brytyjsko-szwedzka fagocistka Emily Hultmark , znana jako dawna koncertmistrzyni zarówno w Londyńskiej Philharmonia Orchestra, jak i w Royal Stockholm Philharmonic. Dołączają do niej wieloletni współpracownicy Sevåga z projektu Global House (1995), w tym Bendik Hofseth (saksofon) i Rune Arnesen (perkusja), a także wybitne nazwiska, jak Mats Eilertsen (kontrabas). Pełny, imponujący skład zespołu to: Øystein Sevåg (fortepian) Emily Hultmark (fagot) Bendik Hofseth (saksofon) Mats Eilertsen (kontrabas) Rune Arnesen (perkusja) Sara Övinge (skrzypce) Hanne Moe Skjelbred (altówka) Gregor Riddell i Elisa Herbig (wiolonczela) Fame’s Symphony Orchestra (40 instrumentów smyczkowych, Orkiestra to North Macedonia Symphony Orchestra). KRESTEN OSGOOD: "Evidence" – Bębniarz, Komik i Król Kontrastu Kresten Osgood to jedna z najbardziej charyzmatycznych i eklektycznych postaci na europejskiej scenie jazzowej. W swojej rodzimej Danii jest prawdziwą instytucją. Ten niezwykły perkusista, kompozytor i improwizator jest artystą, który "odrzuca i całkowicie zawłaszcza" kategorie. Ma na koncie około 100 albumów i grał z legendami takimi jak Roscoe Mitchell, Paul Bley czy Sam Rivers, a krytycy podkreślają, że wnosi do muzyki "wielką dawkę dowcipu i energii" . Jego występy często wykraczają poza samą muzykę: potrafi w środku koncertu zorganizować np. "talk show" o starych duńskich postaciach, udowadniając, że jazz to przede wszystkim komunikacja i żywioł . Osgood z najwyższym szacunkiem podchodzi do tradycji, ale w każdej chwili jest gotów ją wywrócić do góry nogami. Choć nie stoi za nim żaden manifest ekologiczny (jak u Seglema) czy orkiestrowe zamówienie (jak u Henriksena), album "Evidence" idealnie wpisuje się w misję Osgooda, którą jest łączenie tradycji z awangardą . Muzycy interpretują szeroki wybór mniej znanych utworów klasyków (Monk, Mingus, Dolphy) oraz autorskie kompozycje lidera. To współczesny jazz , który jest poważny w intencji, ale wolny i pełen humoru w ekspresji . Jak to Osgood ma w zwyczaju, improwizacja i podejmowanie ryzyka jest tu na pierwszym miejscu, co stworzyło kolejne ponadczasowe nagranie, płynnie łączące surową spontaniczność z intymnością studia. A teraz legenda płytowa: Kresten Osgood , ten charyzmatyczny bębniarz-anarchista, wykopał z głębi swoich archiwów prawdziwą perełkę: legendarne nagranie studyjne , które jest spotkaniem tytanów. Z jednej strony mamy zatem jednego z najbardziej legendarnych artystów saksofonowych Szwecji, Kristera Anderssona , a z drugiej ulubionego saksofonistę Danii, Jespera Løvdała . Cały ten szwedzko-duński saksofonowy konglomerat jest podparty sekcją rytmiczną najwyższej klasy , która potrafi grać zarówno z absolutną precyzją, jak i kompletną brawurą. Za fortepianem zasiada Heine Hansen , jeden z najwybitniejszych pianistów swojego pokolenia, a całe to towarzystwo jest betonowane przez rytmicznych partnerów, Thomasa Vanga i samego Krestena Osgooda , którzy są w muzycznym związku od prawie 30 lat! Ta grupa nie bawi się w nowości, lecz bierze na warsztat utwory wszech czasów, jak tytułowy "Evidence" Monka, "Johnny Come Lately" Strayhorna czy piękny "I Get Along Without You Very Well" Carmichaela. To jest piękny dokument . Pianistyczna Konwersacja: Staaf, Monk i Williams "Carmen Staaf jest znakomitą pianistką jazzową, która ma równie duży talent do komponowania, orkiestrowania i aranżowania... nieustannie wykracza poza historię i nie boi się wkraczać w nieznane i stawiać sobie wyzwania w każdej chwili. Czeka ją świetlana przyszłość" – te słowa Herbiego Hancocka w pełni oddają status artystki. Staaf to postać, której nie można zignorować, absolwentka prestiżowej Juilliard School oraz pianistka i dyrektorka legendy – Dee Dee Bridgewater (NEA Jazz Master). Staaf z prędkością pocisku pnie się w górę na nowojorskiej i światowej scenie jazzowej, będąc jednocześnie aktywną w samym kotle improwizacji , jakim jest Nowy Jork. Jej album "Sounding Line" to autorski projekt, który jest zwięzłym dowodem na jej dojrzałość jako liderki. To muzyka, która eksploruje subtelne terytoria współczesnego jazzu, kameralistyki i piosenki autorskiej . Choć projekt jest głęboko introspekcyjny – tytuł Sounding Line (linia sondująca) sugeruje właśnie poszukiwania i zgłębianie – Staaf nie unika tradycji. Jej utwór "Day Dream" jest pięknym hołdem złożonym The Great American Songbook , co dowodzi, że wirtuozeria fortepianu może służyć narracji i liryzmowi. Największym kluczem do jej wrześniowego albumu "Sounding Line" jest fascynacja dwójką absolutnie bezkompromisowych geniuszy fortepianu: Mary Lou Williams i Thelonious Monkiem . Carmen Staaf nie tylko czerpie od nich inspirację; jej płyta jest współczesną relacją o ich znaczeniu w historii jazzu. Staaf dorastała, zgłębiając język Monka, ale dopiero odkrycie ogromnego zakresu stylistycznego Williams pozwoliło jej dostrzec między nimi ukryte powiązania – wzajemne wpływy, brzmienia i harmonie. To nie jest zbieg okoliczności: Williams słynęła z organizacji w swoim harlemowskim mieszkaniu "salonów pianistycznych" , gdzie spotykali się najlepsi, by dzielić się pomysłami. Monk z pewnością tam bywał. Staaf chciała wyobrazić sobie rozmowę między tymi dwoma gigantami, a najlepszym sposobem na to było wykonanie ich utworów w duetach, triach i kwartetach z jej znamienitymi muzykami ( m.in . z Benem Goldbergiem i Dillonem Vado ). Program to zuchwałe spotkanie dwóch muzycznych światów. Całość otwiera "Scorpio" Williams, serwowany w duecie z trębaczem Ambrose'em Akinmusire – żwawa linia basu fortepianu i bluesowy fortepian nadają mu współczesny charakter boogie-woogie. Następnie, kanciasta melodia i linia basu "Bye-Ya" Monka wchodzą idealnie po Williams, wzmocnione funkowym swingiem energicznych bongosów. Z kolei "Libra" Williams ma słodko-gorzki smak, otoczony melancholijnym klarnetem Goldberga, podczas gdy "Monk's Mood" Monka dzięki wibrafonowi Vado nabiera otwartego i przestronnego, klimatycznego brzmienia . "Sounding Line" to nic innego jak pion, z którego wywodzą się nowe osiągnięcia , udowadniający, że historia fortepianu jazzowego wciąż rezonuje i inspiruje. SPACE TRAVELERS UNION: "NEW BIRTH" – Refinement bez Utraty Iskry (I Niestety z Friselem) Nie znoszę stylu gry Billa Frisella , więc z przykrością muszę stwierdzić, że wzorujący się na nim młodzi ludzie mają duży talent. Oto Space Travelers Union , którego lider Ryan Wheless bez ogródek przyznaje, że tworząc materiał do płyty "New Birth" , czerpał mocno z triadycznej harmonii Frisella. Na szczęście, to jedyny minus. Reszta jest zdumiewająca . Po błyskawicznym debiucie, ten kolektyw z Arizony przeszedł przez piekło koncertów, dzieląc sceny z takimi legendami jak Echo and the Bunnymen , by elegancko i logicznie uosobić ideę rafinacji bez utraty iskry . Ich nowy album to jaśniejsza i pełniej zrealizowana wersja pierwotnej koncepcji, która łączy unikalny nowoczesny jazz z elementami psychodelicznego rocka, ambientu i elektroniki w sposób, który jest immersyjny i przemyślany. "New Birth" nie bierze jeńców. Oferuje zarówno klasyczne, melodyjne brzmienia (przypominające najlepsze momenty Herbiego Hancocka ), jak i gorączkową, skumulowaną energię jazzową w stylu Charlesa Mingusa (choćby w utworze "Where Did I Put My Hokas?"). Sekcję rytmiczną, której perkusista i basista operują nieparzystymi czasami i złożonymi sygnaturami, uzupełnia rozszerzona paleta Rhodes, Oberheim i Juno, które budują warstwowy, psychodeliczny dźwięk . Od kosmicznego funku po reinterpretację tradycyjnej amerykańskiej pieśni "Shenandoah" w epickim finale – ten album ma wszystko. Wybitnie mi się podoba, jest to jedna z najmocniejszych wrześniowych nowości i polecam się w nią zagłębić – bez względu na to, czy lubicie Billa Frisella, czy nie. GARD NILSSEN ACOUSTIC UNITY: "GREAT INTENTIONS" – Dekada, która Rozsadziła Trio Jeśli ktokolwiek pyta mnie, kto moim zdaniem najlepiej wypadł na tegorocznej letniej Akademii Jazzu w Łodzi , to bez cienia wątpliwości odpowiadam: Gard Nilssen Acoustic Unity . A to nie wszystko, bo ten bezkompromisowy projekt perkusisty – który jest, przypomnę, jazzowym żywiołem Skandynawii i regularnym członkiem kwartetu ECM Macieja Obary – powraca z nowym, jeszcze bardziej ambitnym albumem "Great Intentions" (Wielkie Zamiary). Po dekadzie nagrywania i koncertowania jako jedno z najmocniej swingujących i najbardziej dynamicznych grup w Europie (Nilssen, André Roligheten na saksofonach i Petter Eldh na basie), chłopaki poczuli palącą potrzebę poszerzenia swojego muzycznego zakresu. I to jest najlepsza wiadomość! "Great Intentions" (wydany 26 września 2025) jest ich prezentem na dziesięciolecie istnienia i pierwszym albumem w nowej, pięcioosobowej formule . Aby stawić czoła dzikim, wietrznym bóstwom norweskiego Zachodniego Wybrzeża, trio wynajęło Ocean Sound Studio i zaprosiło dwa potężne "żywioły natury" , które już wcześniej gościnnie rozwalały sceny świata: Signe Emmeluth (saksofon altowy, flet, perkusja) – To jest klucz! Fenomenalna Signe, którą tak uwielbiam, wnosi nieokiełznany ogień i jest idealnym kontrapunktem dla Eldha i Nilssena. Kjetil Møster (saksofon tenorowy, perkusja, saksofon barytonowy) – Znakomity artysta, który uzupełnia sekcję dętą i dodaje jej potężną masę i ciężar. Album "Great Intentions" jest płytą o komunikacji . O dobrych zamiarach, które poszły źle, i o wyboistych drogach, które nimi są wybrukowane. Słowem: o poczciwych zamiarach i oczekiwaniach, które kończą się totalną klapą (albo, w tym wypadku, fantastyczną muzyką! ). Jakże mi znane są te klimaty, ta płyta o mnie. Cały nowy kwintet wystrzelił na pełnych obrotach , ledwie inżynierowie zdążyli wcisnąć record w studio, a muzyka już szybowała w muzyczne sfery, migoczące jak zorza polarna. Artyści posunęli się nawet do zaaranżowania utworu Paula McCartneya - "Waterfalls" z albumu McCartney II . THE NEW YORK SECOND: Kinematograficzny Jazz w Poszukiwaniu Zaginionej Historii Na koniec września serwujemy jazz, który jest subtelny, wyrafinowany i kinematograficzny . The New York Second to projekt holenderskiego pianisty i kompozytora Haralda Walkate'a , którego piąty album – "Room For Other People" – czerpie inspirację z jednej z najbardziej fascynujących i tajemniczych postaci XX wieku . Mowa o Vivian Maier , "fotografce-niani", której życie było tak niekonwencjonalne, że pośmiertnie zyskała status fotograficznego odkrycia stulecia . Maier przez niemal czterdzieści lat pracowała jako niania w bogatych domach Nowego Jorku i Chicago, a jej jedyną, głęboko skrywaną pasją było nieustanne fotografowanie ulic . Zostawiła po sobie dorobek ponad 150 tysięcy zdjęć – większość w ogóle niewywołanych – które są cenną dokumentacją życia miejskiego, pokazującą różnice rasowe, społeczne i intymne momenty napotkanych ludzi. Była samotniczką i obserwatorką , która nikomu nie pokazywała swoich prac, a świat dowiedział się o jej istnieniu i geniuszu dopiero, gdy jej archiwa zostały przypadkowo kupione na aukcji staroci pod koniec życia. Ten jazz ma właśnie oddawać rytm i tajemnicę życia Vivian Maier . Walkate i saksofonista Tom Beek przełożyli czarno-białe zdjęcia zagadkowej nianio-fotografki na utwory. W składzie ( m.in . trębacz Teus Nobel i wibrafonista Rob Waring ) operuje się przemyślanymi melodiami i stonowanymi improwizacjami. Muzyka The New York Second naśladuje tempo życia miejskiego, ale jest też przejmująco intymna i cicha – tak jak sama Maier, która robiła zdjęcia, stojąc na uboczu. Ale to nie wszystko. W świecie jazzu nie brakuje dziwaków, ale Harald Walkate (lider The New York Second) to ewenement. Ten człowiek to chodzący kontrast: swoją karierę zawodową rozwijał w świecie finansów i bankowości , specjalizując się w dziedzinie, która brzmi równie ekscytująco co menu w szpitalu – zrównoważony rozwój i finanse . Sam przyznaje z rozbrajającą szczerością, że praca w bankowości to świat pełen reguł, ale muzyka pozwala mu się z nich wyzwolić. Być może dlatego z humorem nazywa siebie "muzykiem jazdowym" – w domyśle: "muzykiem, który wjeżdża z zewnątrz, żeby narobić artystycznego chaosu, a potem wraca do liczenia zrównoważonych złotówek" . Ten kontrast dodaje jego projektowi The New York Second autentyczności: to jazz filozofa, wyzwalającego się lirycznie. Bo muzyka The New York Second to - w moim odczuciu - liryka właśnie . Walkate wprost cytuje Aldousa Huxleya : „Huxley uważał muzykę za sztukę zdolną do wyrażenia tego, co niewyrażalne”, co natychmiast nadaje tej płycie głębszy wymiar, pasujący do "poszukiwania zaginionej historii" Vivian Maier. Sam lider przyznaje, że inspiruje się pismami Huxleya, ale też, co jest prawdziwym smaczkiem, "Świętem Wiosny" Strawińskiego – łącząc tym samym literaturę i awangardową klasykę z jazzową improwizacją. Co ciekawe, zespół miał bardzo restrykcyjne zasady nagrywania: początkowo celowo postawili na muzykę, która "nie dotyka palców" ( vingers z holenderskiego, czyli "bez solówek" ), chcąc uchwycić orkiestrowy, płynny i eteryczny dźwięk , zamiast tradycyjnego bebopu . Dopiero później, już w trakcie nagrywania, "pozwolono im dotknąć palcami", co w końcu doprowadziło do powstania kilku solówek. Dotarliśmy do mety! Po kosmicznej, polifonicznej podróży z The New York Second – projektem filantropa-bankiera Haralda Walkate’a , który inspiruje się tajemniczą fotografką Vivian Maier – możemy spokojnie zamknąć ten najbardziej ekscytujący jazzowo wrzesień. Mieliśmy wszystko: czysty, nieokiełznany ogień w "Great Intentions" Garda Nilssena Acoustic Unity (kwintet, który rozwalił Łódź i zaaranżował McCartneya!) oraz chaotyczną RZEŹNIĘ na styku jazzu i krautrocka od Kimatiki . Mieliśmy też liryczne, skandynawskie medytacje Arve Henriksena ( "After The Wildfire" i "Aemona" ), a także nowojorską klasę z licencją na głębię od Carmen Staaf , wychwalaną przez samego Herbiego Hancocka. Wrzesień 2025 udowodnił, że jazz jest potężny, niejednoznaczny i absolutnie wolny. A poniżej playlista 229 utworów - nowości z września 2025. Od Rzeźni do Liryzmu, czyli dlaczego to robimy. To, co właśnie przeczytałeś, to efekt kilkudziesięciu godzin przesłuchiwania płyt, zbierania smaczków i tropienia jazzowych legend. Jazzda.net nie jest o ładnych nutkach – jest o ogniu Garda Nilssena , filozofii bankiera-jazzmana Haralda Walkate'a i chaosie Kimatiki . To jest pasja, która kosztuje czas, energię i pieniądze. Chcesz, żeby ten ogień płonął dalej i żeby Twoja playlista była co miesiąc wypełniona takimi skarbami? Twoje wsparcie to jedyny silnik napędowy dla tego bloga. Wpłać równowartość dobrego wina, craftowego piwa lub, jeśli musisz, kawy – i pomóż mi dalej tropić jazzowe szaleństwo . Wszystko, co wpłacisz, przeznaczam na muzykę i rozwój tego miejsca. Kliknij poniżej. Dziękuję Ci bardzo!
- Trio of Bloom begeesy trampki
ROZKAZ ABSOLUTNY DYWIZYJNY NR GBH/2025/Trio of BLOOM-MUSzTRA Do: Wszystkich Podkomendnych Dowódców Jednostek Dywizji Od: Generał Dywizji Roman Zajj Data: 9 Października 2025 r. Temat: Natychmiastowe Wdrożenie Nowej, Bezkompromisowej Ścieżki Dźwiękowej do Szkoleń Poligonowych i Zaplecza Logistycznego, Czyli: TRIO OF BLOOM JAKO BROŃ PSYCHOLOGICZNA. 1. STRESZCZENIE OPERACYJNE: Na mocy niniejszego rozkazu, z dniem jutrzejszym, 11 października 2025 r., od godziny 05:30 (czasu poligonowego), całość szkolenia musztrowego oraz wyznaczone czynności logistyczne (p. pkt 3) mają być wykonywane wyłącznie w rytm albumu Trio of Bloom (Pyroclastic Records). Wcześniejsze doświadczenia z zastosowaniem ostatniej płyty wibrafonistki Patrycji Brennan do ćwiczeń próbnych na gubikach z tej samej wytwórni dało doskonałe efekty. Nie przyjmuję żadnych sprzeciwów, opóźnień ani uśmiechów. Muzyka ma działać jako katalizator wytrzymałości, siły woli oraz zdolności do przyswajania chaotycznej dyscypliny, niezbędnej na współczesnym polu walki. Musztra trwa DO ABSOLUTNEGO ZUŻYCIA SIĘ PŁYTY lub SKRAJNIEGO WYCZERPANIA KONDYCJI ŻOŁNIERZY (z priorytetem na to drugie). 2. ANALIZA SONICZNA I WIRTUALNY KONTRARGUMENT PROF. DELBETYŃSKIEGO: Wiem, co myślicie, żołnierze. "Jazz? Awangarda? Gdzie marsz, Generale?" Odpowiadam w rytm: w tej muzyce jest więcej wojny niż w każdym tradycyjnym werblu! Wiem, że Wasze uszy krwawią. I O TO CHODZI! Wykonanie to, wsparte opinią Prof. Lek. Med. dr. wielokrotnie hab. Gwidona Delbetyńskiego (wybitnego specjalisty w dziedzinie neurodynamiki słuchu), jest medycznie uzasadnione i militarnie strategiczne . Profesor Delbetyński orzekł: „Wielowarstwowość rytmiczna tego albumu doskonale symuluje złożoność warunków bojowych, zmuszając ośrodkowy układ nerwowy żołnierza do jednoczesnej analizy chaosu i utrzymania wewnętrznego porządku. To symfonia dysfunkcji, która buduje elitarną sprawność!”. " Wykorzystanie polirytmii i dysharmonii Trio of Bloom doskonale symuluje stres kognitywny na współczesnym polu walki. Powoduje kontrolowane rozdwojenie jaźni w płacie czołowym , zmuszając hipokamp do jednoczesnej segregacji chaosu atonalnego oraz utrzymania nadrzędnego porządku galwanicznego ! To stymuluje szyszynkę do wydzielania hormonu Dyscypliny ! Zatem jest to nie tylko działanie na ciało, ale psychologiczny trening na miarę XXI wieku! . Wskazany album oprowadza mózg do stanu kwantowej superpozycji dyscypliny i anarchii ! Żołnierz w tym samym momencie maszeruje idealnie i przekracza granice świadomości ! To jest jedyny sposób, by osiągnąć jedność militarną i metafizyczną !" Poniższa tabela zawiera dyrektywy tłumaczeniowe dla Dowódców. Nie ma mowy o niezrozumieniu. Stanowczo sobie tego nie życzymy. Zastosować poniższe. Najpierw użyć siły argumentu, następnie argumentu siły. OSOBA FUNKCJA W TRIO OF BLOOM DYREKTYWA TŁUMACZENIOWA DLA OPORNYCH SZEREGOWYCH CRAIG TABORN Architekt Brzmienia (Syntezatory/Klawisze) W razie buntu: Użyć argumentu, że jego spektralny bełkot to symulacja wrogiego chaosu komunikacyjnego . Jeśli dalej nie rozumieją – nakazać im wykonać sześć kroków w przód, pięć w tył i dwa w lewo w tempie, w jakim Taborn zmienia filtry syntezatora. Dyscyplina to chaos pod kontrolą! NELS CLINE Gitarowy Sabotażysta (Gitary/Bas) W razie marudzenia o brak rytmu: Wyjaśnić, że Nels Cline jest Sabotażystą Harmonicznym , który celowo łamie rytmikę, by uczyć reakcji na nieprzewidziane okoliczności . Rozkaz: Przyjmować pozycję "padnij-powstań" w trakcie każdego gitarowego sprzężenia – nie ma czasu na refleksję gdy leżysz twarzą w błocie. MARCUS GILMORE Kinetyczny Napęd (Perkusja) W razie pytań o metrum: UKARAĆ PYTAJĄCEGO! Wyjaśnić, że Gilmore to polirytmiczna tortura budująca wytrzymałość. Muszą maszerować NIE w tempie, ale w ANTYRYTMIE ! Kto nie rozumie geometrii w ruchu , ten nie zrozumie istoty natarcia. Użycie werbla to rozkaz, pauza to atak na pozycję wroga! 3. DYREKTYWY LOGISTYCZNE I POSTANOWIENIA KOŃCOWE: A. Rytm utworu "Bloomers" w Kuchni: Album ten nie jest przeznaczony wyłącznie do musztry! Tajemniczy rytm utworu "Bloomers" od dziś zostaje wprowadzony jako obowiązujący rytm pracy w kuchniach dywizyjnych! Obieranie ziemniaków i szatkowanie kapusty musi być wykonywane w rytmie najbardziej agresywnych uderzeń Gilmore’a i basowych szarpnięć Cline'a. Ma to drastycznie zwiększyć koncentrację i uniemożliwić zasypianie nad nożem. Obiecać, że żołnierz, który podczas szatkowania zdoła utrzymać tempo Cline’a bez utraty palca, zostanie awansowany! B. Najbardziej Oporni (Ostateczna Kara): Dowódcy! Jeśli nawet argumenty o spektralnych bełkotach i kinetycznych napędach nie trafią do najbardziej opornych, macie do dyspozycji ostateczne środki perswazji : 500 pompek w tempie wolnym, w rytmie 4/4 (dla kontrastu i nudy). LUB – co groźniejsze – nakaz słuchania zapętlonej, 10-godzinnej wersji utworu 4′33″ autorstwa: Johna Cage'a odtwarzanej z maksymalną głośnością przez słuchawki. Cisza na wojnie bywa głośniejsza niż huk armat. UWAGA: Musztra ma trwać nieprzerwanie! Wszelkie próby powrotu do marszów w takcie 4/4 będą karane czyszczeniem pistoletów wodą z kałuży. Rozkaz ma być wykonany natychmiastowo i bez zbędnej zwłoki. Roman Zaj Generał Dywizji Dowódca Dywizji 🫡 CC: Prof. Lek. Med. dr. wielokrotnie hab. Gwidon Delbetyński Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo
- Maciej Sikała - jazz bez asekuracji
Słucham nowego albumu “Better Place” trio Macieja Sikały i staje mi w głowie taki wymyślony obrazek: Dzień drugi nadzwyczajnego zjazdu jazzmanów polskich dobiegał końca. Sala wciąż tętniła echem gorących debat, w których prym wiedli przedstawiciele nurtu elektroakustycznego — zwani przez niektórych „ modulatorami” , przez innych „cyberbopowcami” , a przez siebie samych po prostu „nowymi głosami jazzu”. I właśnie wtedy, gdy wydawało się, że tradycja została definitywnie zepchnięta na margines, na mównicę wszedł Maciej Sikała. Nie potrzebował efektów, nie miał za sobą ściany loopów ani syntetycznych pejzaży. Miał za to ten swój spokojny, pogodny głos, który potrafi uciszyć nawet najbardziej rozgrzaną salę. „Szanowni delegaci,” — zaczął z uśmiechem, który nie był ani prowokacją, ani ustępstwem. — „Wszystko pięknie, wszystko gra. Ale trzymajmy się choć trochę tradycji. Bo jeśli całkiem ją porzucimy, to niebawem nie będzie wiadomo, czym jazz właściwie różni się od innych gatunków. A przecież jazz to nie tylko forma — to pamięć, to idiom, to duch.” I wtedy właśnie zabrzmiał „Better Place” — nie jako manifest, nie jako polemika, ale jako przypomnienie. Trio Sikały nie krzyczy, nie walczy o uwagę. Ono gra tak, jakby mówiło: „jesteśmy tu, bo wiemy skąd przyszliśmy”. Tak to sobie wyobrażam słuchając ostatniej płyty profesora Sikały. Album “Better Place”, który pojawił się z początkiem października, to nagranie, na którym Maciej Sikała występuje z sekcją rytmiczną w formule tria (saksofon, kontrabas i perkusja), a to jest zawsze rodzaj deklaracji i jazda bez trzymanki. To jeden z najbardziej bezlitosnych sprawdzianów dla każdego saksofonisty! A jednocześnie ulubiona formuła muzycznej wypowiedzi Macieja Sikały, jego pierwsze trio zbudował z Tymonem Tymańskim (bas) i nieżyjącym Jackiem Olterem, legendarnym bębniarzem grupy Miłość, w której przecież Maciej Sikała przez lata grał. Brak instrumentu harmonicznego (fortepianu czy gitary) oznacza, że nie ma tu miejsca na siatkę asekuracyjną. Rola Sikały staje się o wiele bardziej wymagająca: to on musi samodzielnie budować całą przestrzeń, utrzymywać harmoniczne napięcie i prowadzić narrację. W tym składzie sekcja rytmiczna nie jest tylko akompaniamentem – musi wykazywać się chirurgiczną precyzją i błyskawiczną reakcją, by wypełnić tę lukę. Nic za darmo. Granie w trio ma swoją cenę, ponieważ to rezygnacja z rozbudowanych aranżacji i skomplikowanych struktur. Nie można ukryć się za dodatkowymi warstwami, choć muzyczne tematy stają się nieco bardziej tajemnicze, Wymaga to, aby linia saksofonu niosła w sobie całą harmonię, a rytmika była czytelna, ale i nieustannie angażująca. Cała sztuka polega na różnicowaniu formy i utrzymaniu hipnotyzującej spójności. To właśnie dlatego tak rzadko słyszymy projekty solo, a trio jest wyborem śmiałków pewnych swych umiejętności. Tymczasem na “Better Place” nie słychać żadnych napięć wynikających z wymienionych wyzwań, nie ma mowy o żadnych ograniczeniach formuły! Muzyka płynie tak swobodnie, naturalnie i organicznie, że granie w trio jawi się jako jedyny, naturalny wybór, a nie karkołomne artystyczne wyzwanie. To z kolei dowód na to, jak wielkim językiem operuje Sikała, oraz jak doskonale zgrał się z resztą składu, czyli Wojciechem Pulcynem na kontrabasie i Sławomirem Frankiewiczem na perkusji. Oni grają ze sobą od lat, głównie w zespole Jakuba Stankiewicza, znają się świetnie Muzyka na “Better Place” jest zwrócona silnie ku klasycznej odsłonie jazzu, słychać tu szacunek do tradycji, choć mowy nie ma o banalnym swingowaniu (oj pewnie dostanę po uszach za ten opis), to od pierwszego kroczącego, tytułowego tematu (mogę słuchać w zapętleniu tego pięknego podkładu z kompozycji lidera składu “Better Place” a w wykonaniu pana Pulcyna) słuchać odwołania do najlepszych saksofonistów w historii. Saksofon lidera jest zawsze na planie pierwszym, prowadzi nas przez płytę, kroczymy za nim jak za światłem w tunelu, no ale wspiera się na dwóch mocnych filarach. Muzyka donikąd nie goni, raczej roztacza przed słuchaczem muzyczną gawędę, meandruje. Maciej Sikała jest zawsze na swoim miejscu, wie co i jak zagrać, ja to u niego wszystko wygląda na przemyślane, wynikające z siebie, a utwory po prostu się rozwijają w sposób naturalny ale i konsekwentny. Niemniej ten album nie tylko wzbudził u mnie respekt, ale bardzo, bardzo mi się podoba. To moim zdaniem poziom światowy. Tak mówi o nim sam lider tria: „Kiedy okazuje się, że do wspólnego, twórczego grania nie potrzeba nut, ustalania tempa i formy, a te elementy pojawiają się w grze spontanicznie, to oznacza, że zespół muzyków dobrał się idealnie! Tak było w przypadku moich spotkań z Sebastianem Frankiewiczem i Wojciechem Pulcynem, a ponieważ wyjątkowo lubię połączenie typu sax, bass i perkusja, to zdecydowałem się na współpracę z tymi wybitnymi muzykami i wspaniałymi kolegami. Efektem naszej wspólnej pracy jest płyta MACIEJ SIKAŁA TRIO - „BETTER PLACE”. Kilka lat grania razem w tym składzie wpłynęło nie tylko na jeszcze lepsze wyczuwanie się nawzajem, ale także na obranie kierunku, w jakim chcemy podążać, sposobu w jaki chcemy brzmieć jako zespół. I tak powstał nowy materiał muzyczny, który dostarczyli w dużej mierze Wojtek i Sebastian. Dwa utwory są mojego autorstwa, w tym tytułowy, który dedykuję pamięci mojej córki, Karoliny, wierząc, że jest w lepszym miejscu, gdzie nie ma bólu i cierpienia. A muzyka na płycie, co to jest? To jest po prostu JAZZ!” Dla porządku oraz dla tych nielicznych, którzy jeszcze jakimś cudem tego nie wiedzą napiszę, że Maciej Sikała to wybitny polski muzyk jazzowy – saksofonista tenorowy i sopranowy, kompozytor oraz pedagog akademicki. Jego kariera artystyczna obejmuje ponad 70 wydawnictw płytowych, liczne nagrody branżowe oraz wieloletnie prowadzenie klas saksofonu jazzowego na Akademiach Muzycznych w Gdańsku i Bydgoszczy. Współpracował i nagrywał z takimi artystami jak Lester Bowie, David Liebman, Billy Harper, Reggie Workman, Ronnie Burrage, Joanne Brackeen, Kenny Wheeler, Leszek Możdżer oraz Jan Ptaszyn Wróblewski. Był członkiem legendarnego zespołu Miłość, z którym zrealizował pięć albumów studyjnych. Zajął pierwsze miejsce w czytelniczej ankiecie Jazz Forum w kategorii saksofon tenorowy (1995–2005, 2010) oraz sopranowy (od 2012). Otrzymał nominację do nagrody Fryderyk w kategorii Jazzowy Muzyk Roku (2001). Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!
- NOSPR rozgrzeszony
Owacje na stojąco dla Ewy Bem, świetny występ Hanny Banaszak, ale moje serce skradły: recital Ruth Wilhelmine Meyer, czyściutkie, przydymione, aksamitne partie Grzecha Piotrowskiego i skromny, a zarazem wielki wkład Piotra Schmidta. Katowicka sala NOSPR 27 września tętniła jazzem . Grzeszne wyzwania Grzech Piotrowski uwielbia wyzwania. Chciał zagrać na wulkanie – zagrał. Chciał zagrać na tratwie – zagrał. Zechciał również zebrać dużą, kompletnie nieoczywistą grupę muzyków jazzowych z ekstraklasy i postawić ich na scenie NOSPR – i zrobił to. Zorganizował „Grzech+” , niezwykły koncert z udziałem: Grzech Piotrowski – saksofony Atom String Quartet Dominik Wania – fortepian Piotr Schmidt – trąbka Shachar Elnatan – gitara Stanisław Słowiński – skrzypce Jan Wierzbicki – kontrabas Matheus Jardim – perkusja Goście specjalni: Ewa Bem, Hanna Banaszak, Ruth Wilhelmine Meyer, Tamara Behler, Patrycja Zisch Jazzda objęła koncert patronatem Jechałem do Katowic zafrapowany tym konceptem, lekko zaintrygowany składem. Ciekawiło mnie, czy ten ryzykowny miks wypali i czy talent poszczególnych muzyków wybrzmi. Pchała mnie też zwykła ciekawość jazzfana – skład był wyjątkowy i rzadko spotykany. Grzech Piotrowski i Piotr Schmitd Bajkowy początek Uwielbiam World Orkiestrę Grzecha Piotrowskiego, a koncert otworzył melodyjny i klimatyczny „Forest Song” , w którym uwagę przyciągnęła subtelna, lekka partia gitarzysty Shachara Elnatana. Potem zabrzmiało „Serum” – niepublikowana, choć wielokrotnie grana na koncertach kompozycja Grzecha Piotrowskiego . Zagrana z mocą i intensywnością, przywołała mi na myśl ducha Milesa z lat 70. Porywające solo Piotra Schmidta na trąbce wywołało pierwszy, ale nie ostatni entuzjazm publiczności. Tamara Bahler i Grzech Piotrowski Potem na scenie pojawiła się Tamara Behler . Już po chwili można było odnieść wrażenie, że oto rodzi się nowa gwiazda. Interpretowała folkowy repertuar na swój sposób bez cienia respektu. Zachwyciła mnie miękkim, aksamitnym brzmienie i doskonałą artykulacją. Jej zaśpiewana w kolejnym wejściu „Lipka” okazała się jednym z najpiękniejszych momentów wieczoru, wywołując burzę oklasków całej sali. Płyta pani Tamary jest na horyzoncie i ja bardzo na nią czekam. Oto moja gwiazda wieczoru Kiedy weszła i stała słuchając słowa wstępu wyglądała na nieco oszołomioną. Ale kiedy zaczęła śpiewać scena należała niepodzielnie do niej, czyli do Ruth Wilhelmine Meyer . Jej wokalizy przeniosły słuchaczy w klimat ECM – nordycki, przestrzenny, pełen oddechu i kontemplacji. To moja gwiazda wieczoru. Widziałem ją po raz pierwszy, nic o niej wcześniej nie wiedziałem. Gdybym mógł, padłbym przed nią na kolana. Jej głos – sześć oktaw, szaleństwa, oryginalność, odwaga, a przy tym brak pretensjonalności. Kiedy trzeba – słowik, kiedy chce – diabeł tasmański. Może wszystko. Jest absolutna. Zjawiskowa Ruth Wilhelmine Meyer, w tle zjawiskowo improwizujący Dominik Wania Legendy w NOSPR Ewa Bem, w tle od lewej Dominik Wania, Piotr Schmidt, Dawid Lubowicz, Mateusz Smoczyński Wreszcie głosy, które w Polsce są legendą. Ewa Bem otrzymała owację na stojąco przed i po czterech utworach – m.in . pełnym energii „Blues Bossa” i lirycznym „Świcie w stadninie koni” Seweryna Krajewskiego i oczywiście słynną "Podaruj mi trochę słońca" . Na scenie czuła się jak w domu, mogła nawet żartobliwie rugać Grzecha Piotrowskiego, a on z pokorą przyjmował jej uwagi. Hanna Banaszak, w tle Dawid Lubowicz Hanna Banaszak zamykała koncert. Udowodniła, że wciąż jest w znakomitej formie. Jej interpretacje Piazzolli, własnej kompozycji i „Children of Sanchez” Chucka Mangione zabrzmiały świeżo i poruszająco. Kiedy na finał zaśpiewała „Sambę przed rozstaniem” , odczarowała dla mnie ten utwór. Jako młody punkowiec nie znosiłem go, dziś – po ponad 30 latach – zasłuchałem się i utonąłem w jej interpretacji. Grzech pierworodny Grzech Piotrowski – autor całego przedsięwzięcia. To, że podjął się organizacji i produkcji tak dużego wydarzenia, świadczy, że zdobył już wiele szczytów i jako niespokojny duch szuka nowych wyzwań. To mnie trochę smuci. Jego gra na saksofonie – melodyjna, lekka, podniebna, radosna i metafizyczna – jest rzadko spotykana. Wynika pewnie z jego szacunku dla muzyki ludowej i dla planety. Byłbym zasmucony, gdyby porzucił muzykę dla swojego ogromnego sadu i uprawy ekologicznych jabłek. Choćby były najlepsze na świecie, ja samolubnie chciałbym, by dalej grał. WSZYSTKIE FOTOGRAFIE NEW TALENTS GENERATION. Dziękuję za udostępnienie . Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!
- Szach, Mat, Schmidt, Święs, Frankiewicz
Stańko był jednym z drogowskazów. Pokazał mi, gdzie szukać piękna w muzyce. A to jest naturalnie w ciszy. W przestrzeni pomiędzy. W niedomówieniu i w detalu. W mocy porozumienia. W skromności wypowiedzi i porażającej sile przekazu. To wszystko pokazał mi Stańko, ale także paru innych geniuszy. Dzięki nim jestem tu, gdzie jestem, i bardzo im za to dziękuję. Piotr Schmidt, 2019, rozmowa z red. Duszą dla "Audio". Współcześnie jazz jest znacznie bardziej pojemnym terminem niż w latach, kiedy kształtował się jako gatunek, gdy tworzył się właściwy mu język. Z tego powodu dla mnie jako basisty pojawia się obecnie dużo większy wachlarz możliwości, co traktuję jako pewnego rodzaju przywilej. Nasuwa mi się porównanie do przebywania i prowadzenia rozmów z wieloma ludźmi, w różnych środowiskach. Z jednej strony zawsze pozostaje się sobą, z drugiej zaś – wytwarza to bardzo dużą różnorodność sytuacji, każda z takich rozmów jest o czymś innym. Andrzej Święs, rozmowa z Rafałem Zbrzeskim z Radia Kraków, opublikowana przez Jazz Forum Album „Ether” został stworzony spontanicznie. Bez nut, bez aranżacji, bez wcześniejszych ustaleń. Spoiwem stały się etapy naszych twórczych poszukiwań, wrażliwość i wciąż pogłębiana muzykalność. Wyczucie przestrzeni i energii, w której się znaleźliśmy. W tej grze każdy detal ma wagę decyzji: krótki oddech trąbki, ziarnista krawędź struny kontrabasu, napędzający lub hamujący akcent talerza perkusji – drobne wektory, które razem wyznaczają trajektorię utworu. Słuchając się nawzajem, kalibrowaliśmy się na to, czego jeszcze nie było, na potencjał kolejnego kroku. Frazy zakrzywione grawitacją ciszy. Coś minimalnie „przed” lub „za” tworzy dynamikę muzycznych napięć. We wspólnym kreowaniu muzyki są momenty, w których kilka możliwych chwil istnieje naraz. Piotr Schmidt, 2025 Gdyby Piotr Schmidt przyszedł na świat 30 lat wcześniej, to dziś jego płyty stanowiłyby kanon polskiej muzyki jazzowej i jednym tchem wymienialibyśmy jego nazwisko obok Komedy, Stańki, Ptaszyna, Muniaka i Wojtasika. "Nieszczęśliwym szczęściem" tego muzyka jest rok jego urodzenia, rok 1985 - ten fakt wepchnął go w konkretny kontekst muzyczny, kulturowy i branżowy. Szczęściem, bo dziś chyba łatwiej spełniać marzenia i być profesjonalnym muzykiem, żyć z tego. Nieszczęściem, bo obecna ilość muzyki rozmywa akcenty i sprawia, że nie zauważamy nawet muzycznych kamieni milowych, grzęznąc po szyję w ruchomych piaskach decyzji , w której każdy z tysięcy albumów muzycznych, w myśl zasady "wyróżnij się albo zgiń" jest przedstawiany jako najlepszy, najdoskonalszy, ten właściwy, jeden jedyny, ponad i coś więcej niż... Bez względu na to ostatnie, od dawna zanosiło się na taką, a nie inną płytę z udziałem kończącego w tym roku 40 lat trębacza Piotra Schmidta. Heroldami jej były małe fragmenty jego albumów "Tribute to Tomasz Stańko", "Dark Forecast" i "Hearsay" - tamże wciąż jednak trębacz pochodzący ze śląskich Pyskowic tworzył materiał strukturalny, choć nader chętnie biegnący ku improwizacjom. Dziś, to jest 26.09.2025 do słuchaczy trafia jednak płyta całkowicie "wyimprowizowana", powstała ze wspólnego spotkania trzech doskonałych muzyków: wspomnianego Piotra Schmidta (trąbka), Andrzeja Święsa (kontrabas) i Sebastiana Frankiewicza (perkusja) . Nie będę owijał w bawełnę: jest to jeden z najlepszych albumów, jakie słyszałem w życiu - materiał rezonuje w stu procentach zarówno z moimi oczekiwaniami muzycznymi, jak i brzmieniową estetyką. Znalazłem w nim rodzącą się, budzącą, powstającą na żywo muzykę, usłyszałem pełną symbiozę tria, które jest jak jeden - choć wciąż zmieniający się podczas gry - organizm, z pasującymi do siebie szczelnie elementami. Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak wysoko oceniam tę płytę? Każda skończy w ślepej uliczce subiektywizmu. Jeśli napiszę: album niezwykle subtelny, głęboko liryczny, spokojny - czy to odda jej całość? Oczywiście, że nie, bo choć zdecydowana większość jej fragmentów taka właśnie zdaje się być, to jednak w takim utworze "Ether Vol II", po spokojnych dźwiękowych obrazach Schmidta, zespół nagle robi uskok i pędzi w dół gnany kontrabasem i fenomenalną wręcz perkusją burząc gładką jak lustro dźwiękową taflę. Przyznaję: ja właśnie tego, niespokojnego fragmentu mogę słuchać (i słucham!) w nieskończoność. Zatem płyta jest delikatna, a miejscami nie bierze jeńców. Jeśli dodam: album nie ma formy, nie będzie to do końca prawda, bo jednak przecudnie całość klamruje się ciszą - zarówno pierwszy jak i ostatni utwór jest osadzony na swoim miejscu: pierwszy wita słuchacza bardzo subtelnymi dźwiękami i misterną budową dziejącą się "in statu nascenti", ostatni zaś żegna go żałosnym, gasnącym zawodzeniem trąbki, delikatnymi muśnięciami talerza, długimi pociągnięciami smyczkiem pana Święsa (gra tą techniką wspaniale wrasta w kalejdoskop albumu). Zatem "czuje się" jakiś koncept, nawet jeśli on urodził się w postprodukcji, w układaniu spójnego programu w Mag Records Studio No i ten przeklęty kontekst! Intelektualne, automatyczne porównanie z albumami Tomasza Stańki nachalnie depcze naturalny, emocjonalny odbiór, lecz pojawia się samoistnie, jak ogień św. Elma. Porównanie do ikony niczego jednak nie odbiera "Etherowi"- choć mnie złości, wszak jest to dzieło trzech równorzędnych artystów. Niemniej jako się rzekło to porównanie zdaje się naturalne. Ale i tu nie ma pełnej zgodności przecież Pana Piotra muzycznie kształtował w katowickiej AM inny mistrz: wspaniały Piotr Wojtasik, którego drogi bodaj nigdy nie przecięły się z Tomaszem Stańką na scenie, choć obaj darzyli się ogromnym szacunkiem (Stańko podobno nawet mawiał, że Wojtasik zdecydowanie lepiej od niego gra). W końcu trio wymaga uważności: ten album wielce się zrewanżuje, o ile mu ją podarujesz. O ile odłożysz ten przeklęty smartfon, na chwilę wypuścisz z głowy wszystkie wrogie drony, rozpakujesz mentalne ucieczkowe plecaki, podarujesz sobie i płycie zaangażowanie. To nie jest muzyka tła, do odkurzania, prowadzenia auta, mycia lodówki. Nie. Ten album to wymagający przyjaciel, ale słuchany uważnie nie ma porównania z niczym. Jednego więc jestem pewny: to nie jest płyta autorska Piotra Schmidta, choć z przyczyn naturalnych, ze względu na budowę instrumentalną składu, to on zdaje się go prowadzić. To jest wspólne dzieło dojrzałych ludzi, którzy stworzyli niepowtarzalną muzykę, dziejącą się w magicznym "tu i teraz", choć przecież kiedyś, w studio. Rzeczywiście jest tak, jak mówił Piotr Schmitd w materiałach prasowych każdy detal ma wagę decyzji i te detale tworzą jej ducha: artykulacja trąbki, pociągnięcia smyczka Święsa, delikatne stuki Frankiewicza. Pierwszy raz zatknąłem się z tą płytą w na klifie w Mechelinkach. Leżałem w trawie, patrzyłem w błękit nieboskłonu słuchając szumu morza poniżej i przypomniałem sobie wiadomość od New Talent Genaration z muzyką z "Ether". Puściłem ją sobie i... nagle wszystko znalazło się na swoim miejscu. Nie znoszę mistycznych porównań dla słuchanej muzyki, ale tu jednak zadziało się dokładnie to: lekkość muzyki sprawiła, że zatrzymałem się w czasie i przestrzeni. Było idealnie. Piotr Schmidt o powstawaniu tej muzyki: Artyści współpracujący ze sobą na zasadzie interferencji, tworzący coś, czego jeszcze przed chwilą nie było - współkomponują. Każda chwila ma własne częstotliwości, które „chcą” wybrzmieć – wystarczy zagrać ciszej, by usłyszeć więcej. Czas i przestrzeń wymieniają się rolami. Cisza nie jest tylko tłem. To w niej mierzymy odległość między intencją a rezultatem, bez ochronnej siatki aranżacyjnych pewników. W tej sytuacji porządkowanie harmonicznego pionu, czy nawiązanie do tej czy innej stylistycznej konwencji przestają mieć znaczenie. Pozostaje naturalna, szczera narracja…. „Ether” nie próbuje opisać przestrzeni w danym momencie – raczej bada jej ulotność razem z jej uczuciowymi kontekstami. Uczy słuchania tego co pomiędzy dźwiękami. Jeśli po zakończeniu utworu mamy wrażenie, że coś jeszcze krąży – to właśnie eter: nie substancja, tylko możliwość, z której układa się muzyka wtedy, gdy wydaje się, że już jej nie ma. Nie jest więc tak, że pisałem te słowa na setkę, improwizując do końca, bo choć rzeczywiście postanowiłem zamienić w logiczny (mam nadzieję) ciąg litery i pisać bez kombinowania, za jednym podejściem do komputera, to jednak obcowałem z "Etherem" od dwóch tygodni i czułem silnie, że jego duch, ether, od dawna był obecny w mojej głowie, lecz album trzech doskonałych artystów dokładnie go odkurzył. Od tego, między innymi, jest sztuka. Płyta do kupienia w SJ Records
- Franz Von Chossy rusza w głąb duszy ludzkiej
Napisałem list do Griega, bo dlaczego nie, i tak mnie mają już za wariata? Franz Von Chossy straszni mi go przypomina. Kto wie, może Grieg tak właśnie by dziś grał? Łódź, wrzesień 2025 Mój drogi Edvardzie, Fot. Elliott & Fry Chciałbym podzielić się z Tobą muzyką, która od kilku dni nie opuszcza moich myśli. Franz von Chossy wydał właśnie nową płytę – Mirror 9: The Enneagram in Nine Movements. Słuchając jej, miałem wrażenie, jakbyś siedział obok mnie i kiwał głową z uznaniem. To dziewięć muzycznych portretów ludzkiej duszy – każdy inny, każdy pełen emocji. Franz zaczyna od melodii, a potem pozwala jej oddychać, rozwijać się, czasem rozszczepia ją jak w minimalistycznym lustrze, czasem otula smyczkami niczym w kameralnej rozmowie. A jednak w tle pobrzmiewa coś, co przypomina mi Ciebie – ten smutek tonacji moll, który potrafi wzruszyć do łez. Franz mówi, że jazz daje mu wolność – wolność łamania zasad, by odkrywać nowe przestrzenie. I rzeczywiście, w tej muzyce jest i dyscyplina kompozytora, i odwaga improwizatora. To opowieść osobista, a zarazem uniwersalna – taka, która sprawia, że każdy słuchacz odnajduje w niej własne odbicie. Gdybyś mógł jej posłuchać, jestem pewien, że poczułbyś się jak w domu. Twój oddany przyjaciel, Robert W sumie jednak należy się kilka słów wyjaśnienia: Oto ono : Franz von Chossy od lat udowadnia, że potrafi łączyć dyscyplinę kompozytora klasycznego z wolnością improwizatora jazzowego . Jego najnowszy projekt, Mirror 9: The Enneagram in Nine Movements , to dzieło wyjątkowe – dziewięcioczęściowa suita inspirowana enneagramem, psychologicznym modelem opisującym dziewięć typów osobowości. Muzyka jako portret psychologiczny Każdy z dziewięciu utworów jest próbą uchwycenia innego sposobu odczuwania i myślenia. Von Chossy nie ilustruje jednak schematów – raczej tworzy muzyczne portrety , które balansują między introspekcją a ekspresją. To muzyka, która nie tyle opisuje, co zaprasza do refleksji nad samym sobą . Zresztą posłuchajcie: Brzmienie i inspiracje Kompozytor czerpie z nowoczesnej muzyki klasycznej: minimalistycznego rozszczepienia tematów, sięga po kameralne, zwarte brzmienie smyczków, no i tak cudna melancholia w duchu wielkiego Edvarda Griega. Do tego dochodzi jednak jazzowa improwizacja – wolność, którą von Chossy określa jako „możliwość łamania zasad bez konsekwencji”. Ha! jak to pogodzić? Rezultatem są melodyjne i harmoniczne migawki , które prowadzą słuchacza jak za rączkę w niemal medytacyjną podróż. W jednym z wywiadów powiedział: - Co pociąga cię w jazzie? - Wolność. Możesz zrobić wszystko, jeśli jesteś temu oddany. Są zasady, ale zawsze można znaleźć sposób, żeby je złamać. W prawdziwym życiu trzeba by za to pójść do więzienia, ale w jazzie wolno! Ale ważna jest improwizacja. Zespół Skład projektu Mirror 9: Jose Soares (saksofon), George Dumitriu (skrzypce, gitara), Saartje van Camp (wiolonczela), Tijs Klaassen (kontrabas) i Jamie Peet (perkusja). Dzięki nim muzyka nabiera kameralnej głębi i jazzowej lekkości . Mirror 9: The Enneagram in Nine Movements to... psychologiczna suita, próba muzycznej podróży w głąb ludzkiej natury . Von Chossy pokazuje znów, że jazz i muzyka klasyczna mogą doskonale się uzupełniać.
- Grzech Piotrowski: Zapewniam, że będzie magicznie!
Zbliżamy się do jednego z najciekawszych polskich wydarzeń muzycznych tej jesieni, specjalnego koncertu "Grzech plus" Grzegorza Piotrowskiego i jego niezwykłych gości zaplanowanego na 27 września w niezwykłej hali NOSPR w Katowicach. Mimo napiętego grafiku, udało nam się namówić Pana Grzegorza, autora i spiritus movens tego gigantycznego przedsięwzięcia na krótką rozmowę o koncercie i nie tylko. Robert Kozubal Jazzda.net : Proszę uchylić rąbka tajemnicy na temat zbliżającego się, wyjątkowego koncertu 27 września w NOSPR. Jakiej muzyki mogą spodziewać się słuchacze? Co zamierzacie Państwo zagrać? Grzech Piotrowski: Często na temat swojej muzyki słyszę, że brzmi tak, jakbym malował obrazy dźwiękiem i mówiąc szczerze dokładnie tak to czuję! Muzyką staram się zabrać słuchacza w podróż przez świat moich inspiracji, doświadczeń i emocji, ale ostatecznie każdy doświadcza jej w osobisty sposób. W koncertach kładę nacisk, by w pełni zaprezentować potencjał artystów, jakich zapraszam do współpracy. Daje im przestrzeń, aby mogli zaistnieć, bo tylko wtedy ten nasz wspólny „obraz” staje się pełny. Na pewno więc zagram mantrę na saksofon (solo), kompozycje niepublikowane, a także utwory znane z płyt Archipelago, Horizon, Serum, One World, Symfonia Lech, Czech i Rus. Oczywiście perełkami będą wybrane kompozycje z repertuarów Ewy Bem oraz Hanny Banaszak w zupełnie nowych aranżacjach na oktet smyczkowy. Zapewniam, że będzie magicznie! Jazzda: Czy był klucz tematyczny w doborze wykonawców lub programu? Ewa Bem Grzech Piotrowski: Postanowiłem zaprezentować wybitne solistki, z którymi mam zaszczyt pracować. Wspaniała Ewa Bem , królowa polskiej sceny jazzowej – z którą współtworzymy projekt „Ewa Bem „Loves The Beatles” & Grzech Piotrowski Band. Hanna Banaszak Hanna Banaszak , której wokal i wrażliwość cenią ponad wszystko, przyjęła wyjątkowo zaproszenie do projektu, bo raczej nie wchodzi w kooperację, a jednak udało się i jestem za to wdzięczny, bo szykujemy premierowe opracowania utworów "Spain", "Oblivion", "Stoję na Tobie Ziemio" i "Samba przed rozstaniem". Ruth Wilhelminę Meyer – to główna solistka World Orchestry , obecna we wszystkich odsłonach tego projektu, Posługuje się wielogłosową ekspresją – w jej śpiewie wybrzmiewają wpływy dźwięków etnicznych, norweskiej muzyki ludowej, klasycznej tradycji wokalnej oraz bardziej awangardowych technik. Zakres głosu Ruth to ponad 6 oktaw, i to robi wrażenie! Ruth Wilhelmina Meyer Nie bez przypadku pojawi się na scenie artystka nowego pokolenia, Tamara Behler. Nasza współpraca trwa już od jakiegoś czasu, bardzo cenię jej talent wokalny, jest również uzdolniona wiolonczelistką i ta właśnie rzadka umiejętność łączenia głosu i wiolonczeli tworzy piękną artystyczną całość. Tamara Behler Po raz pierwszy zagra z nami Dominik Wania na fortepianie, poza tym do składu orkiestry dołączą Atom String Quartet, Stanisław Słowińsk i – skrzypce, Piotr Schmidt – trąbka, Shachar Elnatan – gitara, Jan Wierzbicki – kontrabas, Matheus Jardim z Brazylii na perkusji oraz oktet smyczkowy. Jazzda: Czy granie w tak wyjątkowej sala jak NOSPR wpływa na układany repertuar? Grzech Piotrowski: Oczywiście, układając repertuar brałem pod uwagę wyjątkowe brzmienie sali, która ma najwyższe standardy akustyczne. W sali NOSPR grałem premierę mojej symfonii „LECH, CZECH i RUS w 2016 roku. Wtedy poczułem prawdziwy potencjał tej przestrzeni, która zapewnia doskonałe warunki dla orkiestry i słuchaczy. Dla takiego maniaka dźwięku, jak ja, to prawdziwa przyjemność! Jazzda: W jakim miejscu jest teraz pańska World Orchestra? Jakie są plany na przyszłość tego wspaniałego projektu. Na platformach streamingowych pojawił się utwór „Take Me There” – czy ma on coś wspólnego z GP/WO? Grzech Piotrowski: World Orchestra czeka na moją nową symfonię. Jesienią 2025 startują pracę przygotowawcze do nowej symfonii, której premierę zapowiadam wstępnie na lato 2026. Tym razem inspiracje czerpie z rdzennych brzmień Afryki. Szanuję ogromnie kulturę muzyczną tego kontynentu, jest autentyczna, wierna tradycji, ale otwarta na nowoczesne formy prezentacji. Utwór „Takę Me There” pochodzi z albumu One World – projektu minimalistycznego, alter ego World Orchestry, który powstał podczas moich podróży, gdzie byłam tylko ja i saksofon. Ten czas zainspirował mnie do pracy nad występami solo, które już realizuje w postaci „Silent Concert”, czyli koncerty na słuchawkach. Jazzda: Czego obecnie słucha Grzech Piotrowski? Grzech Piotrowski: W tym momencie zachwycam się ponownie Symfonią „The Planet” Gustava Holsta oraz jak wspominałem powyżej, artystami z Afryki, których odkryłem w kwietniu tego roku podczas Jazz Ahead w Bremen. A tak bardziej prywatnie to sentymentalnie często wracam do muzyki z lat 80. np. Steps Ahead , Yellowjackets, Kajagoogoo . Jazzda : Czekamy zatem na wspaniale zapowiadający się koncert w NOSPR. Bardzo dziękuję za rozmowę. PLAYLISTA KONCERTOWA Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!
- Mino Cinelu: Podniesiemy was na duchu, będzie energia, ogień i groove!
Człowiek, który nie rozpoznał Milesa Daviesa, ale ufają mu najwięksi artyści świata, Mino Cinelu, zagra jesienią 2025 w Polsce cztery wspólne koncerty z Motion Trio. Udało mi się go namówić na krótką rozmowę. Pytanie: Płyta Moravagine , jeden z Twoich pierwszych albumów z perkusją, zaczyna się od partii akordeonu w wykonaniu Jacquesa Ferchita. Czy ten instrument był obecny w Twoim życiu? MINO CINELU Mino Cinelu: Tak, rzeczywiście to prawda, że ta płyta zaczyna się od dźwięków akordeonu. To była druga lub trzecia moja płyta. Wiesz, urodziłem się we Francji, więc dorastałem słuchając tego instrumentu, jednak tam brzmi on inaczej aniżeli tu, gdzie słychać w nim w nim tę charakterystyczną słowiańska duszę. Za moich czasów w Paryżu można go było usłyszeć w metrze, na ulicy, jest częścią muzyki jazz manouche czy musette (w Polsce znanych jako gypsy jazz – przyp. Jazzda ) i w muzyce popowej. Akordeon to bardzo uduchowiony instrument. Ma w sobie oddech, ten specyficzny wiatr, który ogromnie pomaga muzyce. Wierzę, że właśnie dzięki temu nasz projekt z Motion Trio jest wyjątkowy, bo łączy w sobie dużo "oddechu". Pytanie: No właśnie, połączenie instrumentów perkusyjnych i trzech akordeonów jest nieoczywiste. Czego mogą spodziewać się wasi widzowie, którzy przyjdą was posłuchać i zobaczyć? Czyje to będą kompozycje? Mino Cinelu: Otóż zobaczycie, jak niezwykłe i zaskakujące jest to połączenie! Cóż mogę wam zdradzić? Wprawdzie polska publiczność zna Motion Trio, zna pewnie i moją muzykę, ale zapewniam, że to, co usłyszy na żywo, będzie czymś zupełnie innym, czego się nie spodziewacie. Będzie energia, ogień i groove, stworzymy połączenie wielce podnoszące na duchu. Nie mogę się doczekać, żeby podzielić scenę z tym niesamowitym trio. Pytanie: Grałeś z wieloma polskimi muzykami. Lubisz grać z nami i dla nas? Mino Cinelu: Tak, to prawda, że gram z wieloma polskimi muzykami, takimi jak Anna Maria Jopek, Paweł Kaczmarczyk, Leszek Możdżer czy Robert Kubiszyn. Słuchaj przecież wystarczy przylecieć na lotnisko w Warszawie, które nosi imię Fryderyka Chopina, żeby wiedzieć, że wylądowałeś w kraju, z którego pochodzą doskonali muzycy, kraju, w którym muzyka jest bardzo ważna. Często przyjeżdżam do Polski i poznałem waszą wspaniałą kulturę. Wspomniani muzycy to dla mnie przyjaciele, a Leszek Możdżer jest dla mnie jak rodzina. Polska jest dla mnie niezwykle ważna. Pytanie: Pytanie banalne, ale ciekawi mnie czym dla Ciebie, profesjonalisty, który grał z najbardziej znanymi artystami na kuli ziemskiej jest muzyka? Mino Cinelu: Jest dla mnie wszystkim. Poświęciłem jej całe życie. Kiedy byłem bardzo młody, zdałem sobie sprawę z tego, że to jedyna rzecz, dla której warto żyć. Muzyka sprawia, że czuję coś, co porusza mnie do głębi, i chcę słuchaczom odwzajemniać to samo uczucie, które otrzymałem. Pytanie: Domyślam się, że to pytanie słyszałeś setki razy, ale czy tamtego wieczoru w klubie Mykell's naprawdę nie rozpoznałeś Milesa Daviesa, kiedy podszedł do ciebie po koncercie i powiedział w swoim stylu: „Jesteś złym skurwysynem. Daj mi swój numer”? Mino Cinelu: Tak, to prawda, nie rozpoznałem go! Byłem jedyną osobą w klubie, która go nie rozpoznała. Pamiętam dobrze ten wieczór, wtedy na scenie zamknąłem oczy i grałem po swojemu, z całą mocą, tak, jak zawsze, a on to poczuł. Siedział w pierwszym rzędzie i naprawdę intensywnie słuchał, był skupiony jak nikt w klubie. To nas właśnie połączyło, ta sama bezgraniczna pasja muzyczna. Podobnie jest w przypadku Pawła Rozkruta i jego projektu z Motion Trio pod nazwą The Happy Sounds Session — nas też łączy ta sama pasja. Dziękuję za rozmowę. Jeśli ci się podobało, proszę wesprzyj moje działania. Dziekuję! Mino Cinelu & Motion Trio 15 października g. 19.00 - Nowohuckie Centrum Kultury w Krakowie 18 października g. 19.00 - Studio S1 Polskiego Radia w Warszawie 19 października g. 19.00 - NOSPR w Katowicach BILETY LINK PONIŻEJ Motion Trio – polskie trio akordeonowe, łączące w swej twórczości ogień muzyki o korzeniach wschodnioeuropejskich z precyzją wielkich kompozytorów klasycznych. Pełna pasji i namiętności muzyka Motion Trio została doceniona przez współczesnych mistrzów, takich jak Michael Nyman, Wojciech Kilar, Krzysztof Penderecki, Jerzy Maksymiuk, Bobby McFerrin czy Joe Zawinul. Oryginalny repertuar Motion Trio zawdzięcza autorskim kompozycjom artystów tworzących zespół, w głównej mierze leadera - Janusza Wojtarowicza oraz Pawła Baranka i Marcina Gałażyna. Założony ponad dwadzieścia pięć lat temu zespół przeszedł swą artystyczną drogę od koncertów na ulicach Europy po największe koncertowe sale świata, m.in .: nowojorską Carnegie Hall, Barbican Center w Londynie czy wiedeński Konzerthaus. Znakiem rozpoznawczym jest niezwykle oryginalne brzmienie tria, osiągane, co najważniejsze, przy zachowaniu dźwięku akordeonu: bez przetwarzania, bez trików techniki. Artyści polegają jedynie na swojej doskonałej umiejętności gry na akordeonach, wyobraźni i talencie. Muzyka Motion Trio łączy w sobie minimal music, jazz, rock, folk czyli „motion music” definiowane przez Janusza Wojtarowicza jako „muzyka, która poszukuje nowych dźwięków, nowych możliwości gry na akordeonie, nowego spojrzenia na niewykorzystany dotąd fascynujący instrument”. Trzynaście albumów wydanych do tej pory przez zespół zdobyło szerokie uznanie, zbierając pochwały i nagrody zarówno krytyków muzyki jazzowej jak i klasycznej. Motion Trio wystąpiło w czterdziestu czterech krajach świata na wszystkich kontynentach. Zespól gra na instrumentach Pigini Sirius Millenium, uważanych za najlepsze akordeony na świecie . 🌟 Mino Cinelu Miles Davis, Sting, Weather Report, Herbie Hancock, Tracy Chapman, Peter Gabriel, Stevie Wonder, Lou Reed, Kate Bush, Tori Amos, Vicente Amigo, Dizzy Gillespie, Pat Metheny, Branford Marsalis, Pino Daniele, Earth, Wind & Fire i Salif Keita – to tylko mała część międzynarodowych gwiazd jazzu, muzyki świata i popu, z którymi Mino współpracował od końca lat 70. XX wieku. To odzwierciedla głęboką więź Mino z dziedzictwem dźwięku i przestrzeni, które nadal kształtują jego twórczość, pozostając jednocześnie świeżym i nowoczesnym. Urodzony w Paryżu Mino głównie uczył się samodzielnie – zaczynając od gitary i basu, a następnie przechodząc do perkusji i bębnów Jego profesjonalna kariera muzyczna rozpoczęła się w wieku 15 lat. Kiedy miał 24 lata, Cinélu mieszkał w Nowym Jorku od dwóch lat, grając z czołowymi muzykami jazzowymi, funkowymi i gospelowymi miasta, kiedy podszedł do niego ktoś, kto stał się kluczową postacią w jego życiu i karierze: Miles Davis. Zaczynając od koncertów, które zaowocowały docenionym albumem We Want Miles (1982), Cinélu dołączył do zespołu Davisa. W kolejnych latach Mino wydał albumy pod własnym nazwiskiem, pojawił się na niezliczonych nagraniach jako kompozytor, współlider, gość lub sideman oraz komponował muzykę do filmów, dokumentów i reklam. Za muzykę do filmu La Californie Mino został nominowany do grona 10 najlepszych kompozytorów filmowych na Festiwalu Filmowym w Cannes. Grając na perkusji, bębnach, gitarze, klawiszach czy śpiewając, Mino przekazuje swoją zaraźliwą osobowość pełną ciepła i radości życia, połączoną z dziesięcioletnim intensywnym studiowaniem szerokiej gamy międzynarodowych stylów – od ulic Paryża po Dakar, od Delty Missisipi po Japonię, a także od Karaibów po Bliski Wschód. Laureat prestiżowego tytułu Kawalera Orderu Sztuki i Literatury Francji.
- Trąbka jest moim piórem
…wyznał przed laty. Udowodnił to po raz kolejny, tym razem na dwóch albumach, które pojawiły się w niewielkim odstępie od siebie: w maju jako część skandynawskiej supergrupy jazzowej pt. „Arcanum”, oraz w marcu w solowym projekcie "War Index". Znów zachwyca tam swoją grą, a ściślej - antygrą. O kim mowa? O fenomenalnym norweskim trębaczu Arve Henriksenie. Album "Arcanum" Słowo arcanum pochodzi z łaciny i oznacza: tajemnicę, sekret, coś ukrytego, ezoterycznego, dostępnego tylko dla wtajemniczonych. W alchemii zaś arcanum to „substancja o ukrytej mocy” lub „mistyczna esencja”. Tytuł więc ma wielorakie znaczenie — zarówno symboliczne, jak i estetyczne. W kontekście muzyki — a szczególnie estetyki ECM, który wydał te płytę i od lat publikuje nagrania Arve — tytuł ten znamionuje muzykę jako przestrzeń kontemplacji i odkrywania, wskazuje na duchowy wymiar improwizacji, który nie daje się łatwo zdefiniować, na wielość znaczeń i warstw, które odsłaniają się dopiero przy uważnym słuchaniu. „Arcanum” nagrał zespół nie byle jaki, bo grupa złożona z Arve Henriksena, Trygve Seima, Andersa Jormina i Markku Ounaskariego. Album wydaje się bardzo świadomym powrotem do ducha ECM z lat 70., z bezpośrednimi odniesieniami do takich dzieł, jak Triptykon Jana Garbarka. Utwór „Nokitpyrt” doskonale ten zamiar oddaje. Jest to swobodna improwizacja z równoległymi liniami trąbki i saksofonu, zaś tytuł czytany wspak oznacza „Triptykon” – zatem jest to nader czytelny hołd dla Garbarka, Vesali i Andersena, którzy nagrali tamtą płytę. Wykonawcy udanie balansują między kompozycją a improwizacją, dzięki czemu na płycie dominuje muzyka delikatna, chwilami tylko ekspresyjna z silnym wpływem skandynawskiego folkloru duchowości oraz free jazzu z lat 60. Zawiera utwory o głębokim znaczeniu symbolicznym, np. „Elegy” (napisany w dniu wybuchu wojny w Ukrainie) czy „Armon Lapset” (reinterpretacja tradycyjnego, fińskiego hymnu religijnego). - Ten stary hymn Læstadian był w przeszłości powszechnie używany w regionie Troms w Norwegii – tłumaczy Arve Henriksen. - Pomógł zachować przy życiu język Kven, jako część dialektu Tornedal i fińskiego języka kościelnego od lat 60. XIX wieku. Wykorzystaliśmy ten psalm jako punkt wyjścia do bardzo swobodnej interpretacji, dość odległej od oryginalnego środowiska. Arve reaguje żywo na to co się wydarza na świecie. Powiada: Nie możemy udawać, że wszystko jest w porządku. Dla mnie ważne było poruszenie tematu wojny – tego, co dzieje się wokół nas. Nie obchodzi mnie, czy ECM będzie miało z tym problem – wspieram Ukrainę i Palestynę. W następującym potem utworze „Folkesong”, czyli „Pieśni lasu”, to głównie saksofon Seima prowadzi narrację, Henriksen zaś tworzy tło – również elektroniczne, używając elektroniki w sposób smakowity i niemal organiczny, który ma wzmacniać atmosferę utworu. Folklor i natura są dla Henriksena bardzo ważną inspiracją: - Dorastałem w małej wiosce między Bergen a Ålesund. Folklor był obecny – na weselach, w szkole. Grał skrzypek, ludzie tańczyli w kręgu. Potem grałem z Christianem Wallumrødem, Nilsem Øklandem, Trio Mediæval (śpiewa tam moja żona). Próbowałem wpleść trąbkę w ich muzykę. To długa lista muzyków, którzy wpłynęli na norweską scenę i na mnie. To może banał, ale natura ma ogromny wpływ na moją muzykę i życie. Góry, lodowce, fiordy – dorastałem wśród nich. Spacerowałem, inspirowałem się nastrojami przyrody. To pomaga mi trzymać kurs. Kolejny utwór, „Trofast” jest liryczną balladą w metrum 3/4, z delikatnym dialogiem trąbki i saksofonu. „Koto” zaś kompozycją Jormina inspirowana muzyką japońską. „What Reason Could I Give” to z kolei krótki hołd dla Ornette’a Colemana – „mój ulubiony z jego utworów” – jak podkreśla Jormin. "Arcanum" jak widać to muzyka pełna łagodnej siły i poetyckiej głębi, głęboko zakorzeniona w historii i tożsamości kulturowej — ale jednocześnie swobodnie przekształcona w jazzowym duchu. Zespół powstał z inicjatywy Seima, Jormina i Ounaskariego, którzy grali razem z fińską wokalistką Sinikką Langeland. Pomysł dołączenia Arve Henriksena wyszedł od Seima, który znał go z wcześniejszych nagrań. - Często graliśmy jako trio podczas prób dźwięku, co zawsze było bardzo przyjemne, więc zaproponowałem rezerwację kilku koncertów w Finlandii – wspomina Markku Ounaskari. Członków zespołu Arcanum Trygve Seim (ur. 1971, Oslo) Norweski saksofonista i kompozytor, związany z ECM od 2000 roku. Studiował w Trondheim i inspirował się Janem Garbarkiem oraz Edwardem Vesalą. Znany z poetyckiego, lirycznego stylu i nietypowych składów instrumentalnych. Laureat niemieckiej nagrody krytyków fonograficznych za debiut Different Rivers . Anders Jormin (ur. 1957, Jönköping) Szwedzki kontrabasista i kompozytor. Współpracował z Charlesem Lloydem, Tomaszem Stańką, Bobo Stensonem i wieloma innymi. Łączy jazz z muzyką klasyczną i ludową. Profesor Akademii Muzycznej w Göteborgu, doktor honoris causa Sibelius Academy w Helsinkach. Markku Ounaskari (ur. 1967, Finlandia) Fiński perkusista, znany z pracy z Sinikką Langeland, Tomaszem Stańką, Nielsem Petterem Molværem i wieloma innymi. Laureat nagrody Emma (fiński odpowiednik Grammy) i prestiżowej nagrody Yrjö. Jego styl łączy jazz z muzyką ludową i sakralną. Nagrał sześć albumów dla ECM. Album War Index To solowy projekt Arve Henrkisena, który ukazał się 22 marca 2025 roku – w dniu jego urodzin. To dzieło o wyraźnie mroczniejszym tonie niż jego wcześniejsze prace, będące reakcją na współczesne konflikty i napięcia społeczne. Henriksen porusza w nim temat wojny, stresu i granic ludzkiej wytrzymałości, łącząc intymność z politycznym zaangażowaniem. Muzyka na płycie jest pełna kontrastów – z jednej strony delikatna i medytacyjna, z drugiej – pełna niepokoju i gniewu. War Index to manifest artystycznej szczerości i potrzeby wypowiedzi w obliczu chaosu świata. Henriksen i brzmienie ECM Rozpoczęcie współpracy Arve Henriksena z wytwórnią ECM miało ogromny wpływ na jego artystyczny rozwój i międzynarodowe uznanie. Jej początek datuje się na 1998 roku kiedy to pojawił się jako członek tria Christiana Wallumrøda na albumie No Birch , Jednak jako lider zadebiutował w ECM w 2010 roku albumem Cartography , który był przełomowym momentem w jego karierze. Cała płyta to s eria dźwiękowych pejzaży, ambientowo-eksperymentalna mapa nastrojów. Niektóre utwory zostały nagrane na żywo podczas koncertów, inne to dzieła studyjne. W dwóch utworach Wokalista David Sylvian czyta własną poezję. Henriksen, znany z eterycznego, niemal wokalnego brzmienia trąbki, zyskał reputację jednego z najbardziej rozpoznawalnych stylistycznie trębaczy ostatnich dekad. Jego muzyka łączy ambient, jazz i muzykę eksperymentalną, co doskonale wpisuje się w estetykę ECM. Współpraca z producentem Manfredem Eicherem i charakterystyczna produkcja ECM (cisza, przestrzeń, klarowność) pozwoliły Henriksenowi w pełni rozwinąć jego subtelne, kontemplacyjne podejście do muzyki. Trzy płyty Henriksena z ECM, które wziąłbym ze sobą na Księżyc - „Cartography” (2010) – jego pierwszy album jako lidera dla ECM, nagrany z udziałem m.in . Jana Banga, Eivinda Aarseta i Trio Mediaeval. Magazyn Down Beat opisał go jako „eteryczną muzykę ambientową stworzoną z malarską precyzją i wyczuciem melodii”. - „Atmosphères” (2016)* współpraca z pianistą Tigranem Hamasyanem, która przyniosła bardziej śpiewne i improwizowane brzmienie. - „Touch of Time” (2024) – duet z pianistą Harmenem Fraanje, ukazujący ich niezwykłą muzyczną wrażliwość i introspektywny dialog. Album został opisany jako „muzyczna medytacja” . Cztery płyty Henriksena wydane niezależnie, które wziąłbym ze sobą na Marsa „Sakuteiki” (2001) – inspirowany japońską estetyką i brzmieniem shakuhachi, minimalistyczny i medytacyjny. „Places of Worship” (2013) – duchowa podróż przez dźwięki sakralne i przestrzenne. „Chron” (2014) i „The Nature of Connections” (2014) – bardziej akustyczne, z udziałem norweskich muzyków folkowych. „The Timeless Nowhere” (2020) – czteropłytowy zestaw ukazujący różne aspekty jego twórczości: od ambientu po free jazz. W jednym z wywiadów Henriksen wyjaśnia, że jego styl gry wywodzi się z fascynacji japońską estetyką, muzyką shakuhachi (tradycyjnego bambusowego fletu) oraz chęci wyrażenia emocji w sposób subtelny i introspektywny. Jego celem nie jest wirtuozeria, lecz tworzenie przestrzeni dźwiękowej, która przypomina malarstwo lub poezję dźwiękiem. Moim zdaniem Henriksen doskonale odnajduje balans między projektami komercyjnymi, a niezależnymi, w których nie musi godzin się na żadne kompromisy Tegoroczne płyty są tego doskonałym tego dowodem. Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!
- Jazzda na rogach
Hildegunn Øiseth „Garden of the roof” Do rogatego diabła! Ależ wspaniała płyta! Ale o tym za moment, ponieważ wpierw rzućmy okiem na liderkę zespołu, Hildegunn Øiseth i jej z przeproszeniem instrument. Wiecie co to bukkehorn? To wam powiem: najpierw trzeba mieć kozę, aby zdobyć jej róg! Po pięciu lub siedmiu latach, róg można zamienić w niepowtarzalny instrument zwany bukkehorn, czyli wykonać w nim otwory (np. pięć), którymi moduluje się dźwięk. Jak się gra? Normalnie, jak na rogu, z użyciem stroika lub bez niego. Jak brzmi? Ano właśnie! To wam pokaże Hildegunn Øiseth na omawianej płycie i to od razu, w pierwszym utworze. Bukkenhorn jest jednym z najstarszych znanych na świecie instrumentów, są dowody archeologiczne mówiące, że rogiem, w celu wydobywania z niego dźwięków, posługiwano się w Norwegii już w epoce kamiennej. Rzecz jasna, nie miało to wówczas nic wspólnego z jazzem, nasi praprzodkowie, których duchy tu wywołujemy jeszcze nie jamowali. Zgodnie z norweską tradycją w setrze, letniej górskiej farmie, trzody doglądała budeia, dojarka, która doiła zwierzęta, wyrabiała masło i ser. Do pomocy w pracy używała dwóch instrumentów drewnianej, długiej lury i bukkenhornu. Do czego? Jedne służyły do straszenia drapieżników, drugie do wabienia trzody – zatem ich cele były czysto użytkowe. Dopiero z czasem, z rozwojem kultury ludzie zaczęli wykorzystywać kozi róg do grania. Prześmiewcy niechaj drżą, gdyż wpływ kóz i kozłów na kulturę jest olbrzymi. Wszak to podczas Dionizji, czyli świąt ku czci boga płodności i wina, wystawiano tragedię co oznaczało dokładnie: pieśń kozła ( łac. tragoedia , z gr. τραγῳδία tragōdía , od wyrazów τράγος tragos „kozioł” i ᾠδή ōdḗ „pieśń).' Jeszcze słowo o niezwykłej artystce, ponieważ, by w pełni zrozumieć i poczuć przekaz płyty dobrze jest wiedzieć, co ją napędza. Urodzona w 1966 roku w Kongsvinger w Norwegii od lat prowadzi własne muzyczne badania. Po ukończeniu studiów muzycznych w latach dziewięćdziesiątych Hildegunn Øiseth dołączyła do szwedzkiego zespołu Bohuslän Big Band, gdzie grała na trąbce. Następnie wyjechała na dwa lata do Republiki Południowej Afryki, a pobyt w Kapsztadzie pozwolił jej dogłębnie poznać lokalną scenę jazzową i muzykę tradycyjną. Co ciekawe, w tym samym czasie zaczęła również interesować się muzyką rdzennych mieszkańców Laponii, położonej w północnej Skandynawii. Ku swojemu zaskoczeniu odkryła uderzające podobieństwa między muzyką lapońską, a tradycyjną muzyką z RPA. Podczas kilku podróży do Pakistanu Øiseth poszukiwała analogii między tamtejszymi ragami (tradycyjne formy melodyczne w muzyce indyjskiej) a skalami melodycznymi charakterystycznymi dla norweskiego folkloru. Podczas uczestnictwa w ceremonii sufickiej w Pakistanie dokonała jeszcze jednego fascynującego odkrycia, łączącego ten kraj z jej ojczyzną. Okazało się, że ten sam kozi róg, jest używany w ceremoniach sufickich, jak również tradycyjnym instrumentem norweskim, niegdyś wykorzystywanym przez pasterzy jako instrument sygnalizacyjny, czyli bukkenhorn. Øiseth z jednej strony, niejako „oswoiła” surowy, archaiczny dźwięk rogu, wprowadzając go do nowoczesnego jazzu. Z drugiej strony, wykorzystuje trąbkę jako współczesny odpowiednik koziego rogu, dążąc do tego, by dźwięk trąbki oddawał głębię emocjonalną koziego rogu. W tym celu, czasami używa efektów dźwiękowych, zazwyczaj stosowanych w gitarze elektrycznej, aby nadać trąbce bardziej ekspresyjne brzmienie. Inspiracją do założenia kwartetu przez Øiseth stała się sugestia norweskiego inżyniera dźwięku, Jana Erika Kongshauga. To on, zadając retoryczne pytanie o brak studyjnych nagrań artystki z kwartetem, otworzył jej oczy na potencjał tej formacji. Wówczas Øiseth nie do końca rozumiała, jak organicznie może współbrzmieć jej instrument z ciepłym, drzewnym brzmieniem fortepianu, kontrabasu i perkusji, ani jak bogaty dialog muzyczny można osiągnąć w tym składzie. Debiutancki album „Stillness” z 2011 roku okazał się przełomowy , a kwartet stał się dla Øiseth głównym medium artystycznym. W tym gronie trębaczka zrealizowała swoje estetyczne i stylistyczne wizje, swobodnie łącząc nowoczesny jazz z elementami muzyki świata oraz skandynawskim i norweskim folklorem. Współpraca z rodakiem, pianistą Espenem Bergiem, okazała się strzałem w dziesiątkę. Berg idealnie akcentuje mocne tematy Øiseth grane na trąbce i bukkehornie, a zarazem stanowi solidne harmoniczne tło dla jej dynamicznych i pełnych niuansów improwizacji. Przejdźmy do piątego albumu kwartetu Hildegunn Øiseth pt. "Garden on the Roof”. Już w otwierającym utworze "Prelude to Waking", w otwartym dialogu z pianistą Esperem Bergiem i perkusistą Perem Oddvarem Johansenem liderka udowadnia, że bukkenhorn jest integralnym instrumentem jej muzyki. Jeszcze mocniej to słychać w "Luringen", w którym najpierw intonuje pozbawioną tekstu wokalizę oscylującą pięknie harmonią przy figlarnym rytmie sekcji, po czym rozwija prostą i śpiewną melodię, najpierw na kozim rogu, a następnie na trąbce. Generalnie jest to płyta z melodiami i nic w tym dziwnego – wprawdzie Øiseth potrafi wydobywać bardzo szybkie frazy z rogu (pierwszy utwór to dla mnie mistrzowski popis grania na bukkenhornie), jednak prawdziwą jego moc słychać przy długich dźwiękach – wszak do nich został stworzony. We wprawdzie dość czytelnym, ale za to cudnym, pięknym, melodyjnym utworze zamykającym płytę, smutnym jak los emigranta „Reffugee Anthem” rzewne melodie zmuszają do przyjrzenia się tragicznym wyborom ludzi w strefach wojny. „About Peace” zachwyca wschodnimi zagrywkami na modulowanej trąbce, zaś kawałek tytułowy jest jednym z najpiękniejszych, jakie słyszałem w życiu, ale przyznać musze, że w jazzie lubię dziwactwa, więc mnie najbardziej wciągnął pomysłowy, pokręcony, zwariowany i awangardowy „Pubs and cubs” Øiseth chętnie wypowiada się w kwestiach politycznych, co w jazzie jest niecodzienne – w opisie płyty wskazuje "About Peace" jako wezwanie do zniuansowanego spojrzenia na każdy z wielu konfliktów zbrojnych na świecie i uznania wszystkich objętych konfliktami za ofiary, zaś w "Refugee Anthem" deklaruje oddanie głosu bezimiennym uchodźcom, którzy poświęcili swoje życie w drodze do lepszej przyszłości. Z pewnością jedna z najlepszych płyt 2024. Hildegunn Øiseth: Trumpet, Bukkehorn, Vocals Espen Berg: Piano Magne Thormodsæter: Bass Per Oddvar Johansen: Drums + Special Guest Nils-Olav Johansen: Guitar, Vocal Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, będę wdzięczny za wsparcie. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Wpadajcie jak najczęściej











