Jazzda Duchowa - koncertowa płyta kwintetu Wojciecha Mazolewskiego
- ROBERT KOZUBAL

- 12 sie 2025
- 6 minut(y) czytania

Gdyby Wojciecha Mazolewskiego nie było, należałoby go stworzyć. Ten facet robi dla jazzu stokroć więcej aniżeli armia znawców gatunku. Pokazuje uśmiechnięte oblicze tej muzyki, rozprasza ją kolorowo w internecie i w radio, podsuwając pod nos statystycznego Kowalskiego i przekonując, że wbrew obiegowym opiniom jest to muzyka dla wszystkich, że nie jest - jak mniema wielu - ponura czy przeintelektualizowana, a tym bardziej (fuj!) elitarna. W przerwach między swą dydaktyczną działalnością nagrywa zaś świetne płyty. Właśnie opublikował album koncertowy pt. "Live Spirit 1", który zarejestrowano podczas występu w Studiu Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego.
Na koncercie wykonano cztery nowe kompozycje, ale w zdecydowanej większości czas wypełniają utwory doskonale znane z wcześniejszych studyjnych albumów m.in. "Exist", "Beautiful People", "We Love You" czy "Polka." Płytę zaś zapowiadał świetny klip nakręcony na chilijskiej pustyni Atacama na tle majestatycznie wyrastającej z ziemi 11-metrowej rzeźby przedstawiającej ludzką dłoń — Mano del Desierto (Ręka Pustyni). To "Air", czyli kawałek z ostatniego studyjnego albumu kwintetu pana Wojciecha pt. "Beautiful People".
Co robi Wielka Dłoń z pustyni Atacama w teledysku Mazolewskiego?
Na chilijskiej pustyni Atacama, gdzie ziemia jest tak sucha, że nie zna deszczu przez całe dekady, rozciąga się surowy, niemal pozaziemski pejzaż. Nazywana jednym z najbardziej jałowych miejsc na Ziemi, Atacama skrywa pośród żwiru, kamieni i palącego słońca coś niezwykłego — dzieło, które zdaje się poruszać wyobraźnię każdego, kto odważy się zejść z Panamerykańskiej Autostrady i podążyć żwirową drogą w głąb pustkowia.
To tutaj, około 75 kilometrów na południe od miasta Antofagasta, majestatycznie wyrasta z ziemi 11-metrowa rzeźba przedstawiająca ludzką dłoń — Mano del Desierto (Ręka Pustyni). Jej palce sięgają ku niebu, jakby próbowały dosięgnąć chmur, których tu prawie nigdy nie ma. Monumentalna i niepokojąca, dłoń zdaje się mówić coś ważnego: o ludzkiej obecności, samotności, nadziei albo rozpaczy. Może też stanowić doskonałe tło do świetnej muzyki.

Stworzył ją w 1992 roku chilijski rzeźbiarz Mario Irarrázabal, znany ze swojej fascynacji przestrzenią i symboliką ludzkiej formy. Wykonana z żelaza i cementu, „ręka” została osadzona w pustynnym krajobrazie, ponad 1000 metrów nad poziomem morza. Nie otacza jej żadna infrastruktura turystyczna, nie prowadzą do niej żadne tablice informacyjne — tylko odwaga i ciekawość prowadzą podróżnych do tego mistycznego punktu.
Dla turystów to swoisty test wytrwałości: ręka pojawia się i znika wśród pustynnych wzniesień, jak fatamorgana. Ci, którym uda się ją odnaleźć, doświadczają niemal surrealistycznego momentu spotkania ze sztuką w miejscu, które zdaje się być całkowicie obojętne wobec człowieka. Ale nie zawsze wygląd rzeźby zachwyca. Przez większość roku jej powierzchnię pokrywają napisy malowane sprayem i warstwa pyłu. Tylko dwa razy do roku jest oczyszczana i restaurowana przez wolontariuszy z organizacji La Corporación Pro Antofagasta — wtedy odzyskuje swój majestatyczny charakter.
Irarrázabal nie po raz pierwszy stworzył dłoń jako symboliczny pomnik. Wcześniej, w Punta del Este w Urugwaju, umieścił rękę wynurzającą się z piasku plaży — tam widać jedynie opuszki palców. Ta nadmorska wersja szybko została ochrzczona przez lokalnych mieszkańców „Pomnikiem utopionych”, jako że zdaje się należeć do kogoś, kto zginął w morskiej otchłani. Chilijska rzeźba ma zgoła inny wydźwięk — jest bardziej dramatyczna, bardziej samotna.
Mano del Desierto to wizualny poemat osadzony w najbardziej bezlitosnym miejscu na Ziemi. Dłoń, która nie daje odpowiedzi, ale skłania do pytań. Kim jesteśmy? Co po sobie zostawiamy? I czy nawet w absolutnym pustkowiu może istnieć ślad ludzkiej obecności, który poruszy serca?
Wojciech Mazolewski opisuje koncerty jako żywe laboratorium dźwięku, w którym testuje nowe pomysły i przełamuje granice kompozycji. Scena daje mu przestrzeń do eksperymentów: to tam, w bezpośredniej relacji z instrumentami i muzykami, powstają improwizacje, które najlepiej oddają wolnego ducha, jakim bez wątpienia jest ten legendarny współtwórca yassu i lider nieokiełznanego projektu Pink Freud.
Koncerty to dla niego przede wszystkim dialog z publicznością. Energię słuchaczy nazywa „trzecim instrumentem” – ich reakcje, oklaski czy cisza budują napięcie, kształtują dynamikę występu i wpływają na to, jak przeprowadzi dany utwór lub jego część.
Tym samym dla Mazolewskiego występ na żywo staje się kolejnym etapem procesu twórczego. Choć kompozycje rodzą się w głowie i dojrzewają w studio, to dopiero na scenie uzyskują pełnię barw i kształtów. To właśnie dzięki koncertom słuchacze poznają ostateczną formę jego muzyki i mogą z nią wejść w najgłębszą interakcję.

Jest jeszcze drugi klucz to muzyki Wojciecha Mazolewskiego. Otóż praktykuje on buddyzm, o czym wielokrotnie mówił publicznie. Nic dziwnego, że duchowość buddyjska przenika więc jego twórczość – często mówi o muzyce jako formie medytacji, narzędziu do wyrażania wolności i łączenia przeciwieństw. Tytuł jednego z utworów, "Kalaczakra", nawiązuje nawet bezposrednio do zaawansowanej, tantrycznej praktyki z kręgu buddyzmu tybetańskiego.
Buddyzm Mazolewskiego nie jest jednak ostentacyjny – raczej subtelnie obecny w jego podejściu do życia, oraz w relacji ze sztuką. Mimo to buddyzm kształtuje jednak światopogląd, staje się nierozerwalna częścią życia, a działa najlepiej, gdy jest każdego dnia sprawdzany w naturalnych sytuacjach. Nic więc dziwnego, że muzyka Wojciecha Mazolewskiego przyoblekła w ostatnich latach spirytualne oblicze. W jednym z wywiadów podkreślał, że jazz to dla niego muzyka wolności, a koncerty traktuje jako duchowe doświadczenie, które ma moc transformacji. Słychać to wyraźnie w projektach takich jak "Spirit to All" czy "Music for Peace", które niosą przesłanie pokoju, harmonii i współczucia. Do tych trzech trzeba teraz dopisać "Live Spirit 1".
Koncerty jazzowe to swoisty pleonazm - ale co podkreślają muzycy - spotkanie z życzliwą i wymagającą publicznością jest kompletnie innym doświadczeniem muzycznym, aniżeli granie tego samego materiału w studio. Niby nic nie różni tych wykonań, wszak to te same dźwięki ułożone w wybrany porządek, ale po pierwsze właśnie jazz pozwala na niepohamowane ucieczki improwizacyjne poszczególnych instrumentalistów, po drugie zaś towarzyszy mu ów niewidzialny element; atmosfera koncertu, energia przepływająca między muzykami, a słuchaczami. "Live Spirit 1"kwintetu Wojciecha Mazolewskiego jest doskonałym tego dowodem. „Jazz to dla mnie muzyka, która łączy przeciwieństwa – wolnego ducha i formalny rygor, subtelny liryzm i zmysłowe nieokiełznanie...” – tako rzekł Mazolewski, zapowiadając pełną emocji, duchowości i energii muzykę z omawianej płyty.
I "Live Spirit I" dokładnie taka jest. Pierwszy z utworów, tytułowy, zaprasza słuchacza w daleką mistyczną podróż dźwiękową - choć jest to raczej zaproszenie do wnętrza własnego "ja" (buddyści mawiają: umysłu) aniżeli podróż w przestrzeni. Koncert więc startuje z wolna, a kalimba wraz z wokalizami, wprowadza automatyczny element dźwiękowej egzotyki. "New Energy", drugi kawałek, to kapitalny - choć wciąż nieśpieszny - utwór koncertowy przypominający wczesnego Pharoaha Saundersa, czy uduchowioną muzykę Piotra Damasiewicza. Atmosferę buduje sekcja dęta, unosząc w przestworza słuchacza hymniastymi fragmentami, aby później otoczyć go szczelnie całunem nieokiełznanej improwizacji sekcji dętej. Następny: "Kalaczakra" rozpędza występ do prędkości autostradowych - to żwawy utwór z nagłą pauzą w połowie, po której ponownie gaz do dechy wciska ta sama sekcja dęta.
Dalej jest tylko lepiej. Kiedy zwalnia "Exist" (Wojciech Mazolewski wspaniale "prowadzi" słuchacza przez ten numer popisem solowym), to po chwili przyspiesza niemal przebojowy "Sun" z genialnie melodyjnym motywem. Podczas grania "Polki" muzycy zaś przechodzą sami siebie, tworząc ponad 20 minutowe dzieło muzyki improwizowanej (na płycie 3'59"). Warto zwrócić uwagę na zakręty, przy użyciu których oblicze zmienia tak bardzo charakterystyczny utwór, jak "Beautiful People" czy nowoczesny, miejski puls, jakim bije "The Art Of Joy".
Wojciech Mazolewski jest wizytówką grupy i jej odpowiedzialnym liderem. Nie przysłania jednak całości, stanowi raczej element żywej mozaiki, skupiając się w dużej mierze na tworzeniu rusztowania sekcji rytmicznej. Niemniej jego kompozycje mają chwytać słuchaczy w rytmiczne wnyki, więc nic dziwnego, że bas jest tam odpowiednio wyeksponowany. Musi być blisko pulsu.
Płyta ani przez sekundę nie udaje studyjnej. Jest koncertowa do szpiku, zrealizowana tak, aby słuchacz miał wrażenie osobistego uczestnictwa w recitalu - jest tak zwłaszcza, gdy publika szaleje po kolejnych wykonaniach. Trwa ponad godzinę i dziesięć minut, a kończy go pogodna, radośnie uśmiechnięta, rytmiczna, pożegnalna i zaklaskana przez publiczność kompozycja "We Love You".
My Was też Panie Wojciechu.
Wprawdzie żałuję, że mnie nie było na tym koncercie, ale mam "Live Spirit I". I będę doń wracał bardzo często do czego i Państwa namawiam.
Wojciech Mazolewski to niezwykle aktywny i wszechstronny muzyk, który występował w wielu formacjach, często o bardzo różnorodnym charakterze.
Składy, w których występował Wojciech Mazolewski
Pink Freud – jeden z jego najbardziej znanych projektów, łączący jazz z elektroniką i punkową energią.
Wojtek Mazolewski Quintet – jego autorski zespół jazzowy, obecnie w składzie:
Wojtek Mazolewski – kontrabas
Marcel Baliński – fortepian
Piotr Chęcki – saksofon
Oscar Torok – trąbka
Tymek Papior – perkusja
Mazolewski González Quintet – międzynarodowy projekt z amerykańskim trębaczem Dennisem Gonzálezem.
Bassisters Orchestra – eksperymentalna formacja łącząca jazz, elektronikę i performance.
Tymański Yass Ensemble – projekt związany z ruchem yassowym, który Mazolewski współtworzył.
Baaba – zespół łączący jazz z muzyką elektroniczną i alternatywną.
Paralaksa – mniej znany, ale ważny projekt w jego karierze.
Jazzombie – wspólny projekt z zespołem Lao Che, łączący jazz z rockiem i elektroniką.
Me and That Man – projekt Adama Nergala Darskiego, w którym Mazolewski grał na basie, łączący country, blues i rock gotycki.
Oczi Cziorne – zespół o bardziej etnicznym i alternatywnym brzmieniu.
Kto pamięta ten ostatni, cudowny zespół? Wojciech Mazolewski grał w nim w 2000 roku, po reaktywacji, na gitarze basowej obok założycielek: Jowity Cieślikiewicz (fortepian), Anny Miądowicz (flet, śpiew), Mai Kisielińskiej oraz Marty Handschke (śpiew), grali Joanna Charchan (saksofon), Antoni „Ziut” Gralak (trąbka), Olo Walicki (kontrabas), Wojciech Mazolewski (gitara basowa) i Michał Gos (perkusja)

Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was.
Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!





Komentarze