top of page
prelegenci

Sprintem ku wolności: Julian Lage komponuje na czas. Recenzja albumu „Scenes from Above”


Julian Lage nie musi udowadniać, że jest cudownym dzieckiem gitary. Po trzech dekadach na scenie, dziesiątkach płyt i współpracy z takimi gigantami jak John Zorn czy Charles Lloyd, Lage postanowił rzucić wyzwanie samemu sobie. Album „Scenes from Above” powstał z potrzeby rozmowy, a nie popisu i udowadnia, że w jazzie najpiękniejsze rzeczy dzieją się wtedy, gdy lider zapomina, że nim jest. Wydano je 23 stycznia 2026 roku.


Kim jest Julian Lage?


Dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji zanurzyć się w jego świecie: Julian Lage to amerykański gitarzysta i kompozytor, który w świecie jazzu ma status wizjonera. Urodzony w 1987 roku, już jako ośmiolatek stał się bohaterem dokumentu „Jules at Eight”, który przedstawił go jako muzyczne cudowne dziecko.


Od tego czasu Lage przeszedł fascynującą drogę, ewoluując z wirtuoza w dojrzałego artystę, który z niesamowitą lekkością łączy jazzową improwizację z elementami folku, country i muzyki klasycznej. Współpracował z takimi legendami jak Gary Burton, John Zorn, Nels Cline czy Charles Lloyd, a jego liczne nominacje do nagrody Grammy tylko potwierdzają, że mamy do czynienia z jednym z najważniejszych i najbardziej wszechstronnych głosów współczesnej gitary.


20 minut na prawdę


Brzmi to dziwacznie, ale on to zrobił naprawdę. Płyta jest zapisem artystycznego „sprintu”, który Lage narzucił sobie pod koniec 2024 roku. Na czym on polegał? Owoż wyobraźcie sobie taką sytuację: ustawiacie timer na 20 minut, bierzecie gitarę i piszecie melodię. Nagrywacie ją raz – bez poprawek, bez cyzelowania – i zaczynacie od nowa.

Ha!

Niezłe, cnie?!

Tak właśnie powstał szkielet „Scenes from Above”. Dla Lage’a te utwory nie miały być pomnikami, ale „zaproszeniami do rozmowy”. To niesamowicie odświeżające podejście w świecie, gdzie każda nuta bywa czasem przemyślana do bólu.

Lage chciał mieć o czym rozmawiać ze swoimi przyjaciółmi w studiu. I trzeba przyznać, że dobrał sobie rozmówców wybitnych.


Kwartet marzeń: Medeski, Roeder, Wollesen


W składzie „Scenes from Above” znaleźli się starzy znajomi, którzy – co paradoksalne – nigdy wcześniej nie nagrywali razem w tej konfiguracji:

  • Jorge Roeder na basie (niezłomny fundament),

  • Kenny Wollesen za bębnami (dynamika i puls),

  • John Medeski na klawiszach (człowiek-legenda, który wnosi tu niesamowitą barwę).

Słuchanie ich wspólnej gry przypomina obserwowanie gotującej się wody. Niby chaos, a jednak porządek cząsteczek, z których każda celowo napiera na inną. Medeski i Lage wymieniają się myślami z taką finezją, że granica między liderem a zespołem całkowicie się zaciera.


Folklor, Bartók i Blusiory


Lage w tym projekcie mocno zanurzył się w tym, co sam nazywa muzyką folklorystyczną. Wpływy są tu rozpięte niezwykle szeroko: od pieśni Susany Bacy, przez amerykańskiego bluesa, aż po Béla Bartóka i jego integrację melodii rumuńskich czy węgierskich. To słychać w tej specyficznej szlachetności dźwięku.


Ciekawym zabiegiem było też żonglowanie barwą. Lage świadomie wybierał gitarę akustyczną zamiast elektrycznej, by wciągnąć Medeskiego w nieoczywiste przestrzenie. Uniknął dzięki temu pułapki klasycznego trio z organami, serwując nam coś znacznie bardziej przestrzennego.


Topografia „Scen z góry”


Każdy utwór na tej płycie to oddzielna historia. Otwierający „Opal” to przemyślana i cierpliwa inwokacja. „Talking Drum” to moment, w którym kwartet dosłownie „skwierczy” – Medeski wbija swoje organy między rytm, a Lage odpowiada mu z radosnym oporem, nie chcąc ani przez chwilę usiedzieć w miejscu.

Z kolei „Something More” to coś na kształt czteroczęściowej modlitwy. Jest tu smutek, ale i słodycz; jest wzajemne zaufanie, które pozwala tym muzykom na absolutną wolność. Centralnym punktem albumu jest siedmiominutowy „Night Shade” – bluesowy majsterszyk z organami Medeskiego, które przywołują szczerosłoyty gospel.



To jest Lage dla wszystkich


„Scenes from Above” to dowód na to, że prawdziwa dojrzałość polega na powściągliwości. Na tym albumie dominują spokojne, melodyjne nastroje. Jest tu mnóstwo liryki, a muzyka płynie nieśpiesznie, kojąco, niczym ocean w bezwietrzny dzień. To płyta, która nie stawia barier – Lage i jego kwartet grają tu tak naturalnie, że zapominamy o technicznych zawiłościach ich kunsztu.

To idealna propozycja dla tych, którzy na co dzień boją się jazzu eksperymentalnego czy zbyt trudnych, poszarpanych form. Julian Lage udowadnia, że najwyższa artystyczna próba może iść w parze z absolutnym ukojeniem. Jeśli szukacie muzyki, która „prostuje myśli” i pozwala odpocząć, właśnie ją znaleźliście.

Działalność Jazzdy to misja pokazywania, że jazz to żywa, pulsująca energia, a nie zakurzone nuty. Jeśli cenisz nasze recenzje i chcesz, byśmy dalej mogli „odbrązawiać” scenę muzyczną, postaw nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net. Każde wsparcie pozwala nam pisać o takich mistrzach jak Julian Lage!

Komentarze


bottom of page