Polska bez pomnika i z konkretnego adresu. pomorska jazzfonia Kułakowskiego
- ROBERT KOZUBAL

- 5 dni temu
- 4 minut(y) czytania
Uwielbiam Henryka Worcella. Dziś niemal zapomniany, a jeśli już ktoś o nim pamięta, to głównie przez pryzmat knajackich „Zaklętych rewirów”. Dla mnie jednak jego prawdziwym pomnikiem pozostają bezcenne opowieści z polskiego Dzikiego Zachodu lat 1945–1948 – czasu granicznego i absolutnie niezwykłego, który nie ma w naszej historii żadnego odpowiednika.
Worcell doskonale czuł, że uczestniczy w czymś bezprecedensowym. Z reporterskim nerwem i czułością dokumentował proces oswajania i zajmowania poniemieckich domów na całym szerokim pasie ziem zachodnich i północnych – owej mitycznej „Odrzanii”, by użyć trafnej formuły Zbigniewa Rokity. Jego miniatury literackie, takie jak „Ta tablica Erna”, „Bogusiak poszedł na grzyby” czy absolutny majstersztyk „W drodze z Heinzendorfu do Zdarzyc” (gdzie obie nazwy oznaczają tę samą przestrzeń), to przejmujący zapis narodzin nowego świata na ruinach starego.

Czytałem te opowiadania, mając w uszach przedpremierowy odsłuch najnowszej płyty Leszka Kułakowskiego „Poland, My Homeland” (oficjalna premiera albumu zaplanowana jest na 10 września 2026 roku - Jazzda z przyjemnością patronuje temu wydawnictwu). Choć Worcell pisał o surowym krajobrazie Dolnego Śląska, a Kułakowski maluje dźwiękiem przestrzeń Pomorza, te dwie narracje zgrały się w sposób magiczny. Obaj dotykają tej samej tajemnicy – niezwykłej, wielowarstwowej ziemi, jaką jest współczesna Polska.
Wspaniała jest okładka tej płyty – ile w niej tropów, ile zaklętych, wielopoziomowych interpretacji! Zamiast narodowego patosu, godła czy pomnika dostajemy ascetyczny, zamglony kadr: drewniany falochron, szereg wbitych w piasek pali przecinających brzeg i znikających gdzieś w zamglonej toni Bałtyku. Z jednej strony to bezpośrednie preludium do „Baltic Wind”, z drugiej – przejmująca metafora granicy, czasu i pamięci. Każdy z tych omszałych, obmywanych przez fale słupów jest jak osobny ślad przeszłości, jak rytm wyznaczający ludzkie losy na tej pomorskiej ziemi. To obraz niebywale intymny, zmuszający do wyciszenia, idealnie współgrający z całą opowieścią Kułakowskiego.
Wystarczy zamknąć oczy i wsłuchać się w kompozycję „Nieznajomy Berlińczyk przed domem rodzinnym”. Jaki on nieznajomy? Ja go wyraźnie widzę. Stoi w myślach na ulicy dawnego Stolp i być może wspomina dzieciństwo, moment, gdy w krótkich spodenkach wybiegał przez te same drzwi. Z kolei finałowe „Raszyńska, Jaśminowa” łączy dwa punkty, które w rzeczywistości dzieli niespełna półgodzinny, spokojny spacer przez Słupsk – miasto sportretowane w utworze „Słupia-Stolpe”. Słupsk, który w swoich dziejach tyle razy przechodził z rąk do rąk, stając się wymownym symbolem zmienności ludzkich losów i kaprysów fortuny.

W tym kontekście fascynującą podróżą w czasie okazuje się „Music For R”. Ten utwór ma swoją głęboką, sięgającą schyłku lat 70. historię. To kompozycja z czasów legendarnego, obsypywanego nagrodami na Jazzie nad Odrą zespołu Kułakowskiego – początkowo nazwanego z jazzową przekorą Antykwintetem (przemianowanego na Antiquintet z powodu czujności PRL-owskiej cenzury), który współtworzyli m.in. Antoni Śliwa, Lech Wieleba i Józef Eliasz. Formacja, mimo triumfów festiwalowych i występów na Jazz Jamboree, przez dekady nie doczekała się oficjalnego albumu. Dopiero w 2011 roku, po ponad trzydziestu latach, w serii „Swingujące 3-miasto” ukazał się spóźniony fonograficzny debiut z rejestracjami koncertowymi, na którym obok takich tematów jak „Gonitwa siódma” czy „Zaduma dziadka” znalazło się pierwotne „Music for R.”. Powrót do tego motywu w jazzfonii to piękny gest domknięcia biografii – przeniesienie młodzieńczej, zadziornej kompozycji sprzed niemal pół wieku w majestatyczną, dojrzałą przestrzeń orkiestry symfonicznej.
Kułakowski zaprasza nas dokładnie na taki spacer. Nigdzie nie goni, nie narzuca histerycznego tempa. Jego kompozycje płyną niespiesznie, dając słuchaczowi rzadki luksus namysłu nad własną tożsamością w kontakcie z tożsamością miejsca. Tytuł albumu trafia w sedno współczesnego momentu – na naszych oczach pojęcie ojczyzny przechodzi głęboką transformację. Zamiast abstrakcyjnego pomnika i patosu, Kułakowski proponuje ojczyznę z konkretnego adresu: chłodny powiew od morza w „Baltic Wind”, intymne i pełne tajemnicy „Music For R”, dedykowaną bliskim „Piosenkę dla Martynki” czy poetycką frazę R. Hetnarowicza w utworze „Miłość, czy o niej sen”.
W warstwie muzycznej ta 25. płyta w dorobku gdańskiego profesora i kompozytora to siedmioczęściowa jazzfonia, która wyrasta z projektu „Moja mała słupska ojczyzna”. Zarejestrowana na żywo 11 października 2024 roku w Polskiej Filharmonii Sinfonia Baltica podczas 30. edycji Komeda Jazz Festival (trafiająca do rąk słuchaczy 10 września 2026 roku), stanowi kwintesencję idei Third Stream. Rygor symfonicznej partytury spotyka się tu z wolnością jazzowej improwizacji bez tanich rozejmów.
Płyta otwiera się zupełnie niejazzowo – szerokim, majestatycznym planem smyczków Orkiestry Symfonicznej Polskiej Filharmonii Sinfonia Baltica pod batutą Adama Klocka, na którym dopiero po chwili zaczyna pulsować jazzowy nerw. Monumentalizm orkiestry równoważy znakomity zespół solistów:
Głos ponad orkiestrą: Dla mnie Magdalena Zawartko jest w tym projekcie postacią absolutnie zjawiskową, stojącą ponad całą masą symfoniczną. Jej głos szybuje wspaniale, dociera wszędzie, nasycając przestrzeń etnicznym żarem i niezwykłą ekspresją. To wokaliza traktowana jak wspaniały instrument, który bez trudu unosi się nad gęstą fakturą partytury.
Zagraniczny dialog: Niemieccy goście – trębacz Christoph Titz ze swoim ciepłym, lirycznym brzmieniem flugelhornu oraz saksofonista Peter Weniger, łączący techniczną wirtuozerię z emocjonalną głębią – nadają całości uniwersalnego blasku.
Konceptualny fundament: Rytmiczny puls napędzają kontrabasista Piotr Kułakowski oraz perkusista Jacek Pelc, dbający o to, by orkiestrowa masa nie zdusiła spontanicznej energii sceny.
Za surowe, pełne powietrza i przestrzeni brzmienie odpowiadają Paweł Gogoliński (miks) oraz Piotr Madziar (mastering). Efektem jest dzieło wybitne – dowód na to, że wielka opowieść o kraju zaczyna się zawsze pod progiem własnego domu.





Komentarze