Distant Birds Vol. 01 & Vol. 02 ...Distant Birds Vol. 01 & Vol. 02 ... Distant Birds Vol. 01 & Vol. 02 ... Distant Birds Vol. 01 & Vol. 02...
- ROBERT KOZUBAL

- 6 cze
- 4 minut(y) czytania
Człowiek to stworzenie powtarzalne jak cholera. W ciągu życia mrugamy ponad 600 milionów razy, bierzemy jakieś 700 milionów oddechów, a poranków i wieczorów mamy — jeśli dobrze pójdzie — około 30 tysięcy. Wstajemy, zasypiamy, jemy, narzekamy, kochamy, gubimy klucze, znów narzekamy. I choć każdy z tych cykli jest niby taki sam, to jednak każdy jest trochę inny — minimalnie przesunięty, rozciągnięty, bardziej nerwowy albo bardziej miękki. Rano narzekam na ból w kolanach, wieczorem w kręgosłupie. To właśnie w tej mikro‑różnicy między jednym powtórzeniem a drugim rodzi się sens. I dokładnie tam — w tej szczelinie między monotonią a transowym uniesieniem — działa muzyka Distant Birds.
Kiedy repetycja nie nudzi

Chris Abrahams i Dave Symes to duet, który na papierze wygląda jak spotkanie dwóch obcych sobie światów, a w praktyce brzmi, jakby grali razem od trzydziestu lat. Abrahams — ten od The Necks, czyli najbardziej hipnotycznego trio w historii australijskiego, a może światowego jazzu — wnosi tu swoje klasyczne „nic się nie dzieje, a jednak dzieje się wszystko”. Symes — ten od Boy & Bear, zespołu, który w Australii jest tak popularny, że mógłby spokojnie sprzedawać własne płatki śniadaniowe — dorzuca groove, puls i tę popową pewność, że muzyka musi nieść, a nie tylko istnieć.
I to działa. Jak cholera działa.
Przynajmniej na mnie.
Może i na was?
Ta płyta zaczyna się od grzmotu. Dosłownie. Najpierw masz to jedno, potężne łupnięcie, które brzmi jakby ktoś otworzył niebo i spuścił na ziemię pierwszy akord burzy, płynie deszcz. I zanim zdążysz dojść do siebie, wchodzi bas — ciężki, tłusty, trochę brudny, taki, który mógłby spokojnie lecieć w GTA, kiedy kradniesz auto i uciekasz przez pół miasta. Ale jednocześnie jest w nim coś bardziej organicznego, jakby był nagrany w piwnicy, gdzie sprzęt pamięta jeszcze czasy, kiedy muzyka była bardziej z potu niż z komputera. I wtedy pojawia się saksofon. Ale nie taki jazzowy, elegancki, „ładny”.
To jest saksofon w stylu Morphine — ten barytonowy, nisko zawieszony, lekko zachrypnięty głos instrumentu, który nie gra melodii, tylko gra stan psychiczny. Brzmi jakby ktoś wyjął go z kartonu na wyprzedaży sprzętu z lat 70., jeszcze z naklejką „nie działa”, a potem okazało że działa aż za dobrze. Ten saksofon nie prowadzi muzyki — on ją zatruwa, zagęszcza, przydymia. Dokładnie tak, jak robił to Colley w Morphine: pół‑blues, pół‑trans, pół‑nocna mgła, a może pół-pijacki wid w delirium. A organy? Organy brzmią tak, jakby ktoś znalazł je na strychu po jakimś zapomnianym zespole prog‑rockowym, który rozpadł się w 1978 roku i zostawił po sobie tylko kurz, taśmy i kilka przepalonych lamp. Mają w sobie to ciepłe, lekko brzmienie które można uzyskać tylko wtedy, kiedy instrument ma więcej lat niż połowa słuchaczy. Abrahams gra na nich tak, jakby próbował obudzić ducha tamtej epoki, a nie tylko zagrać akord. I to wszystko dzieje się w pierwszej minucie.
Grzmot, bas jak z GTA, morfiński saksofon, organy z epoki, kiedy świat był jeszcze analogowy.
A Ty siedzisz i myślisz: „ja pierdole, to będzie coś”.

”.
A potem przychodzi Sea Grass i nagle robi się tak, jakby ktoś włączył Riders on the Storm. Nie chodzi o cytat, nie chodzi o kopiowanie — chodzi o ten bujający spokój, który Doorsi mieli w małym palcu. Ten rodzaj płynięcia, w którym nic się nie spieszy, ale wszystko się przesuwa. Organy kołyszą się tu jak neon w deszczu, fortepian podgrywa ten swój drobny temacik, który niby nic nie znaczy, a jednak trzyma całość w ryzach, a Ty po prostu lecisz, gościu, słuchając. Dokładnie tak, jak przy Doorsach: niby prosto, niby powoli, niby bez fajerwerków, a jednak wciąga Cię to jak nocna autostrada, na której jedziesz sam i nagle wszystko zaczyna mieć sens.
Dalej jest jeszcze reagge, afrobeat i dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuugie utwory, takei po kilkanaście minut. Bardzo mnie to podchodzi.
Dlaczego Distant Birds mnie podchodzi
Ta płyta to nie jest jazz w sensie „solówki" i "pucio-pucio standardy”. To jest trans, puls, powtarzalność, która wciąga jak spacer po mieście, które znasz na pamięć, ale nagle widzisz je w innym świetle. Łaziłem po Łodzi, w której mieszkam, a której nie kocham bezrefleksyjnie, ale bardzo lubię intelektualnie, słuchałem Distant Birds i nagle nie zauważyłem jak strzeliły cztery godziny, a konkubina Aśka pisała do mnie zaniepokojona na Whats Upie (moja nie mówiąca po angielsku 80 letnia teściowa mówi na niego Łapczap i bardzo mi się ta parafraza podoba) gdzie się podziewam tak długo. Ja zaś utonałem w birdsach i w centrum Łodzi, na które dzięki muzyce z dalekiej Australii spojrzałem inaczej.
Ale, ale. Ja tu się o płycie mądrze nie o architekturze (tu moment: wiecie, że to autoszydera, bo nie jestem dziennikarzem muzycznym, krytykiem recenzentem - ja tylko afirmuję zpodsiadłoizowany dżazz i muzykę, która mnie podchodzi).
Powtórzę się: Chris Abrahams i Dave Symes spotykają się jak dwie planety, które krążyły po zupełnie innych orbitach, ale nagle odkryły, że mają wspólny środek ciężkości.
Abrahams — wiadomo, The Necks, czyli zespół, który potrafi zagrać jeden akord przez dwadzieścia minut i sprawić, że masz ciarki. Facet, który z minimalizmu robi kosmos.
Symes — Boy & Bear, czyli australijski pop‑folkowy gigant, zespół tak duży, że w Polsce mało kto o nim słyszał, ale w Australii to instytucja. Gość, który wie, jak zrobić groove.
I nagle ci dwaj, z tak różnych światów, robią coś, co brzmi jakby grali razem od zawsze.
Banał, ale ta muzyka mnie uniosła, popłynąłem z jej repetytywnym nurtem. Bas Symesa pulsuje jak serce po biegu na tramwaj, Moogi Abrahamsa wirują jak neon w nocnym oknie, Rhodes i Hammond oddychają jak żywe organizmy. Dęciaki Ellen Kirkwood i Matta Ottignona nie są tu ozdobą — one są jak dodatkowe kończyny klawiszy, jakby Abrahams nagle wyrósł w trąbkę i baryton. A perkusja Evana Mannella? To nie jest „sekcja rytmiczna”. To jest fundament, grunt, ziemia pod nogami, jądro życia. Gra tak, jakby rytm był czymś, co się wydobywa z ciała, a nie z metronomu.

Najpiękniejsze jest to, że wszystko nagrano na żywo, w jednym podejściu. Zero poprawek, zero wygładzania. Słychać to w każdym zakręcie, w każdym momencie, kiedy ktoś minimalnie przyspiesza albo zwalnia. Muzyka, która żyje. Nie udaje perfekcji. Nie potrzebuje jej.
Ta płyta działa jak burza, jak GTA, jak Morfina, jak wyprzedaż sprzętu z lat 70. — ale jednocześnie jest cholernie spójna. Jest jak życie: powtarzalne, ale nigdy identyczne. Każdy dźwięk jest jak mrugnięcie, jak oddech, jak kolejny poranek, który niby niczym się nie różni, a jednak coś w nim drgnęło. No i co tu dużo gadać jest gangstersko melodyjna.





Komentarze