top of page
prelegenci

Maciek Pysz-Pont De Vie

4 paź
5 minut(y) czytania

„Pont de Vie nie jest jedynie biograficzną czy geograficzną podróżą, lecz

symbolicznym obrazem przejścia, przemiany i możliwości jednoczesnego

zamieszkiwania wielu emocjonalnych i kulturowych przestrzeni.”


Riccardo Talamazzi, Off Topic Magazine, czerwiec 2026


Rawenna, 1986. Daniele di Bonaventura wciąż studiuje kompozycję i waha się między muzyką współczesną a jazzem, który gra na fortepianie. Od niedawna nosi w głowie dźwięk z kina: ścieżkę z filmu Fernanda Solanasa „Tangos”, o której mówi, że była dla niego zupełnie nowym językiem. Jedzie więc na festiwal posłuchać jej autora, Astora Piazzolli, który gra tu z Garym Burtonem. Nie wie jeszcze, że ten wieczór zrobi z niego jednego z pierwszych bandoneonistów we Włoszech.


Moskwa, 19 sierpnia 1991. Zamiast dziennika telewizja puszcza w kółko „Jezioro łabędzie”, a na ulice wjeżdżają czołgi dywizji tamańskiej. Kilkaset metrów od Kremla żyje swoim życiem 19-letni Jurij Gołubiew: kontrabasista, student konserwatorium, który właśnie wchodzi do zawodowych orkiestr stolicy. Wkrótce zagra w Bolszoj, a potem w Moscow Soloists Jurija Baszmeta. Po trzynastu latach zamieni klasykę na jazz, a Moskwę na Mediolan.


Rybnik, 2003. Pan Maciej Pysz, samouk, który gry na gitarze uczył się z kasety VHS Franka Gambale, ma dwadzieścia lub dwadzieścia jeden lat i dopiero staje na drugim szczebelku życiowej drabinki. Wyjeżdża do Londynu. Rok później Polska wejdzie do Unii, a za nim ruszą setki tysięcy rodaków. On jest tuż przed czołówką. Moim zdaniem trzeba mieć albo nie lada powód, albo nie lada odwagę, by zdecydować się emigrację w tym wieku.


Dwóch z nich dojechało do Włoch okrężną drogą, trzeci miał je u siebie od zawsze. Spotkali się w Udine, w studiu Artesuono, gdzie Pysz nagrywa wszystkie swoje płyty. Od utworu „Le Pont The Passage”, napisanego w 2023 roku, zaczął się album, który nazywa się po prostu Pont de Vie. „Most życia”


Słucham spokojnej, nieśpiesznej, melodyjnej „Pont de Vie” i myślę o genialnych słowach Macieja Maleńczuka z piosenki „Edek Leszczyk”:

Życie najlepsze układa piosenki
Najlepsze sceny ustawia los

To prawda.

Czasem życie jest scenarzystą niezastąpionym. Chodzisz po świecie, szukasz wrażeń, z odwagą bierzesz kolejny zakręt, nie bojąc się tego, co czai się za rogiem. I nic. A czasem po prostu rzeczy się dzieją, a ty nagle jesteś w Niagarze wydarzeń i zastanawiasz się, co wsadziło Cię na ten życiowy rollercoaster.


Słucham tej pięknej płyty, leżę na wznak, gapię się w niebieską cudowność nieba i myślę, jakie mosty przekraczali ci trzej panowie?


Wyobrażam sobie rozgorączkowanego Daniele, który zaraz po seansie próbuje się dowiedzieć, kim u diabła jest ten cholerny Piazzolla? Jak to się stało, że nagle skręcił, wykonał taki poczwórny życiowy axel? Ja wiem, że Daniele to facet, który zawsze szedł własną drogą: bo wprawdzie poszedł do konserwatorium, ale grywał w barach, grał pop, miał własne ujęcie harmonii. Mimo to podziwiam go za to: gdy wydaje się, że po studiach ma wszystko poukładane, odbija mu na punkcie bandoneonu. Totalnie. Za zaoszczędzone pieniądze sprowadza instrument z Argentyny, potem sam tam jedzie i wsiąka w atmosferę kraju tanga, kraju tego tajemniczego Piazzolli. Odchodzi od awangardy, a po latach powie: „Muzyka współczesna nauczyła mnie przynajmniej jednego: to nie była moja droga, to nie leżało w moim temperamencie. Uczęszczałem na seminaria kompozytorskie z Clementim i Donatonim, ale robiłem coś, co nie było w moim stylu, co nie było moim językiem. Chodziło o komponowanie muzyki za pomocą liczb; nie interesowała mnie serialność, dodekafonia.”


Gołubiewa chyba los naznaczył najsilniej. Musiał tęgo tyrać, rżnąć ćwiczenia, trenować godzinami, skoro trafiał do najlepszych tak szybko: w 1990 roku wygrał ogólnozwiązkowy konkurs studentów, potem został pierwszym kontrabasistą w Ensemble XXI, w 1991 grał w orkiestrze Bolszoj, a w 1992 wylądował tam, gdzie chciałby każdy młody muzyk z moskiewskiego konserwatorium. Moscow Soloists to kameralna orkiestra smyczkowa, którą altowiolista Jurij Baszmet założył w 1986 roku. Pierwszy skład się rozpadł, a w 1992 Baszmet zbudował zespół od nowa z najlepszych absolwentów i doktorantów konserwatorium. Zagrali debiutancki koncert 19 maja w Wielkiej Sali konserwatorium, a dwa dni później występowali już w paryskiej Salle Pleyel. Zespół grywał z Richterem i Rostropowiczem, nagrywał potrójny koncert Schnittkego, a w 2008 roku dostał nagrodę Grammy za płytę z muzyką Strawińskiego i Prokofiewa. Za oknami rozpadł się Związek Radziecki, po ulicach szalała gangsterka lat 90., a on, wciąż niespełna dwudziestoletni, grał na najwyższym poziomie. W zasadzie jest na szczycie. I co? Co robi Gołubiew? W 2004 roku uznaje, że ma dość klasycznego gorsetu, i ucieka nie tylko w jazz, ale też na Zachód, do Mediolanu, dla wielu prawdziwej stolicy Włoch.


A Pysz? Pan Maciej pochodzi z Rybnika, miasta dwudziestu siedmiu dzielnic (mniej ma nawet Warszawa), które jak wiele innych polskich miasta tej wielkości nieźle oberwało podczas transformacji ustrojowej i musiało szukać nowego charakteru i oblicza. Szukało już bez Pana Macieja, który, jak się zdaje, uznał, że londyński bruk jest lepszy od rybnickiego. W przeciwieństwie do dwóch pozostałych to genialny samouk, obdarzony wyjątkowym lirycznym wyczuciem.


Leżę na wznak, słucham tej pięknej melodyjnej płyty. Dla mnie to jest właśnie jest w niej najbardziej uderzające: pod tą niespieszną, niemal przezroczystą liryką kryją się wszakoż trzy potężne tąpnięcia biograficzne, które potrzebują wywołania, kontekstu. Kiedy słucha się Pont de Vie, słychać ten rzadki rodzaj porozumienia: nikt tu się nie ściga, nikt nie gra pod publiczkę. To muzyka ludzi, którzy dotarli do punktu, w którym technika staje się przezroczysta, a zostaje sama narracja.


I zaczynam skręcać myślami we własnym kierunku. Leżę na wznak, słucham tej pięknej, melodyjnej, niemal medytacyjnej płyty i wspominam swój własny „most życia”. Punk, irokezy, bijatyki, picie niemal na sportowo, a potem nagły zachwyt bluesem, granie z kumplem wiejskich standardów z Delty Missisipi, koncerty i nagły zwrot: praca w gazecie, definitywny rozbrat z instrumentem. Totalny skok na głęboką wodę: ganianie bez tchu za tematami, bezpardonowe starcia z politykami, spory, wyciąganie na światło dzienne złych decyzji obcych ludzi i ich wściekłość. Wreszcie próba samobójcza lekarza, który popełnił błąd, a ja to opisałem. Bolesna nauczka i twardy powrót do pokory. Most życia.


Owszem, mógłbym pójść utartym szlakiem: nazwać te wszystkie zabiegi, opisać strukturę utworów i to, jak bardzo bandoneon di Bonaventury brzmi dla mnie szlachetniej, głębiej i subtelniej niż akordeon, którego organicznie nie znoszę. Mógłbym wspomnieć, że panowie oddają hołd Nelsonowi Cavaquinho – jednemu z najważniejszych twórców samby, temu, który w słoneczny rytm potrafił wtłoczyć jej najbardziej tragiczny, podszyty cieniem wymiar.

Mógłbym. Ale leżę na wznak, gapię się w niebo i myślę o własnym życiu. Dźwięki po prostu płyną przeze mnie – i robią dokładnie to, do czego zostały stworzone.


Dziękuję Wam – Panowie: Maćku Pyszu, Daniele di Bonaventuro, Juriju Gołubiewie – za tę niezwykłą płytę z zamglonym Mostem Golden Gate na okładce.


A Wy pamiętajcie: „czas nie ma żadnych zacięć ani przerw, nie ma w nim żadnych linii podziału, żadnego świtu ani zmierzchu, który zwiastowałby początek nowego okresu; to my sami, gdy mijają kolejne pory i lata, stawiamy znaki graniczne”. To Wy jesteście reżyserami i aktorami swoich własnych filmów.


Niech zawsze towarzyszy Wam piękno – a znajdziecie je między innymi na tej płycie.



Komentarze


bottom of page