EMIL MISZK MODULAIR MEGALOPOLIS
Zaktualizowano: 1 dzień temu

Emil Miszk kroczy ścieżką wąziutką jak niteczka. Właściwie nie ścieżką, a ledwie zarysowaną ścieżuchną, zawieszoną gdzieś nad przepaścią. Po jednej jej stronie rozciąga się jazz, po drugiej bezkresna muzyka awangardowa. Chodzenie po takiej linie to czyste ryzyko, ale trębacz i kompozytor podjął je z pełną premedytacją. Efekt? Wraz z własną oficyną Alpaka Records oraz własną formacją Emil Miszk Modulair oddaje w nasze ręce Megalopolis – album wyjątkowy, bezczelnie dobry i radykalnie odmienny od wszystkiego, czym na co dzień karmi nas światowy rynek.
Muzykolodzy, teoretycy i wszelkiej maści jajogłowi znawcy brzmień niecodziennych z pewnością natychmiast rozłożą tę płytę na czynniki pierwsze, doszukując się w niej akademickich paralel, genealogii i skomplikowanych odniesień. Nie należę do tego grona, a zresztą do takich gabinetowych mędrców od zawsze czuję głęboką awersję. Wolę patrzeć na żywioł i rzemiosło z perspektywy kogoś, kto muzyków traktuje z autentycznym, bezdyskusyjnym szacunkiem. A zresztą – jestem przecież zwyczajnym słuchaczem. To nie jest żadna napuszona recenzja, tylko moja prywatna opinia o tej płycie. Nie znam się na tych wszystkich zawiłych wspaniałościach, w których i wykonawcy, i wspomniani jajogłowcy mają nade mną druzgocącą przewagę.

Warto jednak z początku przypomnieć, z kim w ogóle mamy do czynienia. I nie chodzi o to bla, bla, bla jak to robią wszędzie: grał z tym, występował z tamtym. Otóż ten gość to prawdziwa petarda. Emil Miszk to trębacz, kompozytor i edukator – facet, który, jak sam deklaruje, z uporem bada granice między tradycją a innowacją w jazzie i muzyce improwizowanej. Z kim gra Emil Miszk? Właściwie należałoby zapytać: z kim on nie gra? Składów, których był częścią – i to składów doprawdy fantastycznych, które na trwałe wpisały się w pejzaż naszej rodzimej sceny jazzowej – jest całe mnóstwo. To przecież założyciel kwintetu Algorhythm, z którym zjeździł najważniejsze sceny i festiwale, a także twórca nagrodzonego w 2019 roku Fryderykiem za fonograficzny debiut roku oktetu Emil Miszk & The Sonic Syndicate. Udzielał się m.in. w Tomasz Chyła Quintet czy Tubicinatores Gedanensis (a nie Tu Bi Santore jak zauważył jeden jedyny na świecie Piotr Ban). Wspomnijmy znakomitą płytę Kamil Piotrowicz Sextet – wybitne Popular Music. Wspomnijmy fantastyczną robotę Pawła Hulisza. Nie sposób pominąć kapitalnej suity parzęczewskiej (Play it again) Irka Wojtczaka, doskonałej Władzy algorytmów Darek Petera Sextet, czy fantastycznego krążka Komeda Recomposed formacji Sławek Jaskułke Sextet – jednej z najciekawszych i najświeższych płyt reinterpretujących twórczość Krzysztofa Komedy w ostatnich latach. Wreszcie wypada przywołać znakomity album weterana naszej sceny basowej, Piotra Lemańczyka, zatytułowany Baltic Dance. Miszk pojawia się wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego i gdzie w muzyce tętni autentyczne życie.
Do tego dochodzi jeszcze jeden wymiar jego działalności, budzący mój szczery, bezgraniczny szacunek: Miszk jest współtwórcą niezależnej oficyny Alpaka Records. Doskonale zdaję sobie sprawę, jak karkołomnym i niewdzięcznym przedsięwzięciem biznesowym jest próba ukrojenia choćby skrawka tego rynkowego tortu, zwłaszcza gdy stawia się na sztukę bezkompromisową. Tymczasem Alpaka ma już w katalogu około trzydziestu tytułów – i nie są to pozycje grzeczne czy skrojone pod algorytmy. To wydawnictwa odważne, nieoczywiste, które doskonale dokumentują ferment, wielobarwność i niespożytą energię buzującą dziś w rodzimej muzyce poszukującej i improwizowanej. Krótko mówiąc: człowiek orkiestra, który nie boi się ryzyka ani na scenie, ani za biurkiem wydawcy.

Przez ostatnie miesiące Miszk zdradzał w sieci kulisy powstawania swojego najnowszego dzieła. Pisał wprost o wieloletnim marzeniu: o potężnym aparacie wykonawczym, który nie zamienia się w ociężały monolit. Chciał dużej formy wolnej od dyktatury nut, w której precyzyjnie nakreślona kompozycja daje szkielet, lecz zostawia muzykom bezkresne pole do wzajemnego słuchania, reagowania, podejmowania błyskawicznych decyzji i wspólnego zakręcania biegu rzeki. Dla Miszka Megalopolis to nie po prostu kolejna sesja nagraniowa wrzucona na nośnik. To całościowy manifest myślenia o muzyce i potędze kolektywnej improwizacji. Sam lider tak tłumaczy naturę tego projektu i ideę modularności:
W rozmowie z drugim programem polskiego radia Emil Miszk wyznał: „Do tej pory zagraliśmy jeden koncert na festiwalu Jazz Jantar w pięcioosobowym module: trąbka, klarnet basowy na przemian z saksofonem, wibrafon, kontrabas i perkusja. Było to pierwsze, kameralne wcielenie tego materiału – materiału, który zarejestrowaliśmy na płycie.Bardzo lubię nadawać moim utworom kolejne wcielenia. Zawsze szkoda mi jednorazowych wykonań, dlatego staram się jak najwięcej aranżować, przepisywać kompozycje na różne składy i sięgać po odmienną instrumentację. Zauważyłem, że im częściej gra się dany utwór, tym więcej można z niego wyłuskać. Wiele rzeczy ujawnia się dopiero na scenie, tu i teraz – zwłaszcza gdy materiał jest częściowo improwizowany.Jako kompozytor nie jestem w stanie sam przewidzieć wszystkich potencjalnych dróg rozwoju muzyki. Czerpanie inspiracji od osób, z którymi dzielę scenę, daje niesamowite efekty – fascynuje mnie to, jak te utwory potrafią ewoluować. To zresztą główny powód, dla którego ta modularność towarzyszy mi od niedawna: zrozumiałem, że muzyka rozwija się najpełniej wtedy, gdy ścieram własne pomysły z osobowościami innych artystek i artystów. To dla mnie bezcenna perspektywa i na tym zależy mi obecnie najbardziej”.

Spójrzmy prawdzie w oczy: historia zna setki, jeśli nie tysiące genialnych koncepcji, które roztrzaskały się w drobny pył o niewyrobiony słuch odbiorcy. Dla kogo Miszk napisał tę muzykę? Prawdziwy twórca w akcie kreacji nie kalkuluje, nie profiluje słuchacza w arkuszu kalkulacyjnym, choć naturalnie marzy, by jego komunikat poniósł się jak najdalej. W przypadku Modulair ta propozycja jest tak magnetyczna i odrębna, że zanurkowałem w nią na oślep – z taką samą bezpruderyjną ciekawością, jakby ktoś zaprosił mnie do skoku na główkę do olbrzymiego basenu pełnego bezalkoholowego browaru. Za każdym brzmieniowym rogiem czeka tu zupełnie inny pejzaż. Jest tak totalnie, bezkompromisowo zaskakująco, że człowiek ma ochotę wcisnąć „play” ponownie w ułamku sekundy po wybrzmieniu ostatniej frazy.
Szesnaście osób. Szesnaście wyrazistych, bezkompromisowych osobowości spiętych w jeden organizm. Z jednej strony uderza potęga orkiestrowego brzmienia i misternie zaaranżowane motywy, z drugiej – intymne, niemal bezszelestne mikro-momenty, improwizacja i balansowanie na granicy absolutnego porządku oraz twórczego chaosu. Konstrukcja żyje, bo kompozytor celowo zostawił pęknięcia, przez które wlewa się nieprzewidywalność.
Co sprawiło, że ta płyta tak bardzo mi się podoba? Po pierwsze: przestrzeń. Po drugie: rozmach. Po trzecie i najważniejsze: architektura dźwięku. To, w jaki sposób Miszk tę dźwiękową materię zaprogramował, wymyślił, poprowadził i współtworzył z zespołem, budzi autentyczny podziw. Nie ma tu mowy o chwiejnej konstrukcji z kart, która rozsypie się przy pierwszym mocniejszym podmuchu. To bryła stabilna, a jednocześnie otwarta na bezkres – przypomina strzelistą katedrę gotycką. Zbudowana z twardego, monumentalnego kamienia, a jednak gdy przekracza się jej próg, wzrok gubi się w sklepieniu i trudno pojąć, jak wysoko sięga jej sufit.
Ta muzyka jest przede wszystkim uderzająco świeża. Liczba wiraży, zakrętów, meandrów i nagłych przesunięć akcentów jest obezwładniająca. Megalopolis nie daje chwili wytchnienia – goni przed słuchaczem nieustannie do przodu. Przy tym albumie po prostu nie da się robić niczego innego. Nie ma mowy o czytaniu książki czy prowadzeniu samochodu w tle. Ta muzyka wciąga po same uszy, żąda bezwzględnej uwagi, a jej największą siłą jest ten nieposkromiony, powichrowany, pędzący na oślep nurt, który co chwilę bierze ostre zakręty. Fenomenalna sprawa.
I tu dochodzimy do odwiecznego sporu o gatunki. Zawsze byłem i będę wrogiem przyklejania etykiet. Mam w głębokim poważaniu, czy dana fraza kwalifikuje się jako jazz, współczesna kameralistyka, awangarda, disco polo czy muzyka niebiesko-czarna. Muzyka jest jedna. A takie trutnie jak my – żyjące przecież wyłącznie światłem odbitym od talentu Miszka i jego kompanów – mogą sobie do woli układać te szufladki w głowach, byle tylko oswoić nieznane. Faktu to nie zmieni: mamy do czynienia z dziełem wybitnym.
Zresztą rzućcie okiem na stronę internetową Emila Miszka. Bardzo ciekawa graficznie, a na wejściu wita nas w najróżniejszych językach świata. Znalazłem w tym geście swoisty klucz do całej płyty. Bo właśnie taka muzyka – wolna od schematów, żywa, pulsująca – staje się uniwersalnym językiem ponad wszelkimi podziałami. Nie zna granic, nie potrzebuje tłumacza i z łatwością przenika przez wszelkie bariery. Zatem po prostu słuchajcie tego.
Brzmienie i realizacja tej płyty to osobna kategoria sztuki. Przestrzeń jest wręcz namacalna. Słuchając Megalopolis, ma się fizyczne wrażenie stania tuż za plecami dyrygującego Emila, dokładnie w środku pomieszczenia, w którym ten wielogłowy organizm wznosił swoje dźwiękowe mury. Kilka lat wytężonej pracy przyniosło owoc w postaci jednej z najlepszych płyt, z jakimi dane mi było obcować. Czapki z głów przed liderem i całym zespołem.
Nie czekajcie na recenzje mądrali, nie analizujcie zapowiedzi. Bierzcie ten album w ciemno, bo takie rzeczy nie zdarzają się w naszej muzyce codziennie.






Komentarze