Jakub Klimiuk Quintet - Międzynarodowy skład ZAPRASZA NA KONCERTY
Zaktualizowano: 5 dni temu
Jazzowy Londyn bez asekuracji. Tamtejsza scena to fascynujący tygiel, w którym jednak, aby wybrzmieć, to trzeba szukać własnego głosu. Gitarzysta i kompozytor Jakub Klimiuk od lat z powodzeniem odnajduje się w sercu brytyjskiego środowiska, łącząc trójmiejskie korzenie z surową, kosmopolityczną energią europejskiego jazzu.
"Łapiemy się" w szczególnym momencie – dosłownie na chwilę przed startem międzynarodowej trasy koncertowej Autumn 2026 Tour. Zanim jego kwintet (w składzie: Kasper Rietkerk, Scottie Thompson, Kinzan i Luke McCarthy) zagra w Barcelonie i Londynie, a w drugiej połowie października dotrze do Polski – odwiedzając Poznań, Gdańsk, Andrychów, Kalisz oraz warszawski klub Jassmine w ramach Festiwalu Jazz Po Polsku – rozmawiamy o nowym otwarciu w jego twórczości.
O lekcjach pobieranych u boku Marka Lockhearta, odchodzeniu od skomplikowanych partytur na rzecz żywego pulsu i swingu oraz o premierowym materiale, który słuchacze usłyszą na żywo już za moment – przeczytacie w poniższej rozmowie. Zapraszam.
Od lat funkcjonuje Pan i rozwija się w tętniącym życiem tyglu londyńskiego jazzu. Na ile to środowisko ukształtowało Pana myślenie o brzmieniu gitary i samej kompozycji? Czy powroty z koncertami do Polski traktuje Pan jako konfrontację, czy raczej naturalną wymianę energii?

Londyńskie środowisko ma duży wpływ na mój sposób postrzegania jazzu i sztuki w ogóle. Tutejsza scena ciągle mnie inspiruje, szczególnie swoją różnorodnością, bo można tutaj usłyszeć właściwie wszystko, od bebopu po głęboko awangardowe projekty. Praca z muzykami z różnych kultur i nurtów otworzyła mnie na czerpanie inspiracji z mniej oczywistych źródeł. To środowisko daje też zdrową motywację do stałego rozwoju, poszukiwań i dopracowywania brzmienia zespołu. Dzięki graniu z muzykami ze sceny straight-ahead mocniej zgłębiłem również jazzową tradycję. Świetni gitarzyści, tacy jak Ant Law, Tom Ollendorff czy Rob Luft, stale inspirują mnie swoim unikatowym podejściem do techniki, ekspresji i wykorzystywania języka gitary w kompozycji.
Koncerty w Polsce traktuję jako naturalną wymianę energii. Polska scena rozwija się znakomicie, mamy świetnych muzyków i dobrą infrastrukturę koncertową, dlatego obok działań w UK chcę być również jej częścią. Ważnym elementem mojego rozwoju były studia na Akademii Muzycznej w Gdańsku. Trójmiejska scena dała mi solidny fundament i otworzyła mnie na szeroko pojętą muzykę improwizowaną oraz interdyscyplinarne projekty.
Pana kwintet łączy młode pokolenie sceny z Londynu i Amsterdamu. Jak doszło do uformowania obecnego składu (Kasper Rietkerk, Scottie Thompson, Kinzan, Luke McCarthy) i co każdy z tych muzyków wnosi do Pana autorskiego świata?
Obecny skład uformował się w bardzo naturalny sposób. Wszyscy studiowaliśmy w podobnym czasie na wydziałach jazzu w Londynie. Choć na różnych uczelniach, nasze ścieżki się przenikały – tworzyliśmy jedną społeczność i poznawaliśmy się przy kolejnych projektach.
Najwcześniej poznałem Harry’ego Pearce’a (obecnie występującego jako Kinzan) – było to zaraz po mojej przeprowadzce do Londynu w 2020 roku. Połączyła nas skandynawska muzyka i nagrania ECM-u. Harry był pierwszym muzykiem, z którym jamowałem i którego zaprosiłem do swojego zespołu. Był w pewnym sensie moim przewodnikiem po londyńskiej scenie. Poza grą na kontrabasie działa też jako producent w popowym świecie. Mam do niego pełne zaufanie w kwestii brzmienia, a jego niekonserwatywne podejście otwiera naszą muzykę na brzmienia wykraczające poza tradycyjny jazz.

Saksofonista Kasper Rietkerk mieszka obecnie w Amsterdamie, ale studiował w Londynie i wciąż działa na obu scenach. Spotkaliśmy się w ramach serii koncertów organizowanych przez Vortex Jazz Club, gdzie muzycy co miesiąc prezentowali nowy materiał i eksperymentowali z graniem free. Kasper to jeden z moich ulubionych saksofonistów: w niesamowity sposób łączy bebopowy język ze współczesnym graniem. Wnosi do moich kompozycji liryzm, ale potrafi też dać potężną dawkę energii.
Pianista Scottie Thompson często współpracował z Kasperem. Zaprosiłem go na zastępstwo podczas zeszłorocznej trasy po Europie i już od pierwszego koncertu wiedziałem, że chcę z nim pracować. Scottie to bardzo uważny i wrażliwy muzyk, który idealnie dopełnia brzmienie całego zespołu. Świetnie odnajduje się w każdej sytuacji – wnosi przejrzyste, celne i dopracowane pomysły. Chociaż ma świetną technikę, wirtuozeria nie jest dla niego celem samym w sobie.
Perkusista Luke McCarthy bardzo szybko zyskał uznanie na scenie i już na pierwszym roku studiów zaczął grać z czołówką brytyjskiej sceny. Granie nawiązujące do tradycji łączy z inspiracjami współczesną sceną nowojorską. Daje mi to szeroką paletę możliwości, a zespołowi dodaje ogromną energię, drive oraz świetny groove, który jest dla mnie kluczowy.
Po ciepło przyjętym debiucie "(un)balanced" rusza Pan w trasę z premierowym programem. W jakim kierunku ewoluowało Wasze brzmienie? Czego słuchacze mogą spodziewać się po tych nowych kompozycjach w zestawieniu z poprzednim wydawnictwem?
Mój nowy album obiera wyraźnie nowy kurs, stawiając na odmienną energię niż ta, którą zaprezentowałem na debiutanckiej płycie. Podczas procesu kompozycyjnego zależało mi przede wszystkim na tym, żeby jak najbardziej wykorzystać indywidualne podejście i brzmienie każdego z muzyków. Skupiłem się na pozostawieniu przestrzeni na interakcję i budowanie materiału.
Do pewnego stopnia odszedłem od pisania bardzo złożonych form z dużą ilością zaaranżowanego materiału. Takie elementy wciąż pojawiają się na nowej płycie, ale zależało mi bardziej na improwizowanej części, solówkach i interakcji w zespole. Uznałem, że można to osiągnąć, upraszczając materiał i idąc w kierunku nieco krótszych form.
Inspirowałem się współczesną sceną nowojorską, ale też starszymi nagraniami. W kontraście do poprzedniej płyty pojawiają się elementy swingu i muzyki groove'owej. Nasze brzmienie ewoluowało w coś bardziej energicznego, opartego na interakcji, stawiającego muzyków na pierwszym miejscu, bez konieczności planowania wszystkiego od początku do końca.
To kolejny krok w moich eksperymentach z formą. Przy pierwszej płycie inspirowało mnie budowanie dramaturgii poprzez kontrastujące części, kontrapunkty i stricte kompozycyjne narzędzia – tym razem wybrałem bardziej jazzowe, improwizowane podejście.
Na brytyjskiej scenie współpracował Pan m.in. z Markiem Lockheartem czy Jonnym Mansfieldem. Czego najcenniejszego uczą takie spotkania z muzykami o tak ugruntowanej pozycji?
Współpraca z tymi muzykami to wielka przyjemność – każde spotkanie inspiruje mnie, daje do myślenia i motywuje do dalszego rozwoju.
Mark Lockheart jest unikatowym saksofonistą, który w swoim języku improwizacji łączy tradycję, współczesność i bardziej abstrakcyjne, sonorystyczne elementy, łącząc to wszystko swoim głębokim brzmieniem. Kiedy zacząłem z nim współpracować przy nagraniach do pierwszej płyty, uderzyło mnie, z jaką empatią wpisał się w istniejący skład: idealnie dopasował się do materiału, zachowując przy tym pełną autonomię. To była dla mnie niezwykła lekcja, że można w bardzo naturalny sposób wejść w czyjeś kompozycje, zachować własną tożsamość i nie naginać się na siłę tylko dlatego, że gra się w roli sidemana.
Nauczyłem się od niego wiele o przestrzeni w muzyce i o tym, że czasem warto zagrać mniej, by uzyskać mocniejszy efekt. Praca w studiu z Markiem pokazała mi też, że warto odpuścić i nie powtarzać podejść w nieskończoność tylko po to, żeby wszystko było zgrane idealnie „od linijki”. Najważniejsze to uchwycić spontaniczną interakcję oraz żywą energię zespołu. Pisząc pierwszą płytę, dużo słuchałem jego twórczości i trochę pożyczyłem – szczególnie momenty z powtarzanym riffem czy sekcje, w których improwizujemy na zaledwie kilku akordach, budując napięcie na prostym schemacie.
Jonny’ego Mansfielda słuchałem od samego przyjazdu do Londynu, chodząc na większość jego koncertów. To niesamowicie sprawny muzyk, który wspaniale panuje nad instrumentem i swobodnie porusza się w każdym jazzowym idiomie, wplatając też elementy folkowe.
Najbardziej urzeka mnie w nim to, że po prostu sprawia, że wszystko brzmi lepiej. Potrafi zagrać jeden akord w akompaniamencie albo dograć drobną frazę w temacie, która sprawia, że utwór natychmiast nabiera energii lub staje się subtelny. Od niego również nauczyłem się dużo o wrażliwości i dbaniu o całościowe brzmienie zespołu. Choć w solówkach potrafi odpalić najbardziej skomplikowane technicznie pomysły, wirtuozeria nigdy nie jest dla niego celem samym w sobie. Ta współpraca to przede wszystkim nauka słuchania i świadomego dzielenia przestrzeni – ile wziąć dla siebie, a ile oddać innym na scenie.

W opisach Waszej muzyki często powraca motyw precyzyjnej konstrukcji splecionej z odważną improwizacją. Gdzie w Pana utworach kończy się zapis nutowy, a zaczyna pełna swoboda i zbiorowa intuicja zespołu?
Szukanie balansu między zaaranżowanym materiałem a improwizacją to dla mnie jeden z najciekawszych elementów procesu twórczego. Eksperymenty z tą warstwą w dużej mierze ukształtowały moje brzmienie. Na pierwszym albumie stawiałem na wyraźne kontrasty: rozbudowane, rozpisane partie zestawiłem z fragmentami całkowicie swobodnymi, sięgającymi po free jazz.
Z kolei w materiale z nowej płyty postawiłem na uproszczenie form i otwarcie ich na interakcję. Utwory opierają się w większości na konkretnych tematach oraz progresjach akordowych, ale dzięki bardziej zwięzłej strukturze możemy je na żywo swobodnie rozwijać.
Pojawiająca się tu swoboda i zbiorowa intuicja wynikają z tego, że improwizujemy wokół wcześniej przygotowanych ram. Granie po określonych schematach pozwala uzyskać bardziej skondensowane, energetyczne brzmienie. Zapis nutowy jest obecny cały czas, ale traktujemy go przede wszystkim jako punkt wyjścia do własnej interpretacji.
Dla kogoś, kto po raz pierwszy przyjdzie na koncert Jakub Klimiuk Quintet – z jakim światem dźwiękowym i jakim klimatem muzycznym przyjdzie mu się zmierzyć od pierwszych taktów?
Przychodząc na nasz koncert, można spodziewać się energetycznego i bezkompromisowego współczesnego jazzu, który jest jednak pełen melodii i czerpie z jazzowej tradycji.
Rozmawiał ROBERT KOZUBAL






Komentarze