top of page
prelegenci

E Ma Ho! Czyli "Haiku" Jerzy Mazzoll i Arhythmic Gong


Fot. Magdalena Białecka
Fot. Magdalena Białecka

Oni musieli się spotkać – prędzej czy później musiało to nastąpić. Powodów pobocznych ku temu jest kilka, jak choćby geografia, a dokładniej wspólne miejsca, w których żyją. Powód główny jest jeden: wspólny, mistyczny sposób postrzegania i tworzenia muzyki. No i mamy wspaniały efekt. Grupa Arhythmic Gong usiadła do nagrań z Jerzym Mazzollem i wyszło im dzieło wielkie: album Haiku. Materiał ukazał się na płycie analogowej – to long play zamknięty w zielonej, wspaniałej, przyciągającej oko okładce. To próba wydobycia ze słuchacza i uzewnętrznienia w nim tego, co nierozproszone, niechaotyczne, spokojne i piękne.


Po wysłuchaniu tej płyty długo siedzę i myślę, od czego by tu zacząć, aby odpowiednie dać rzeczy słowo? Muzyka jeszcze we mnie rezonuje i trochę jestem wobec niej mikry.


Może tak:


Większość ludzi postrzega medytację jako jakieś głębokie duchowe poszukiwanie sensu i oczekiwanie na iluminację w postaci diabli wiedzą czego. Tymczasem medytacja to prostu narzędzie - najbardziej zaawansowane narzędzie do tego, aby być tu i teraz.



Rozproszony homo AI-us zapyta: a po co mi „tu i teraz”, skoro „tam i kiedyś” to jest cudny horyzont, do którego trzeba koniecznie zmierzać, aby czuć wspaniałość zmiany i nieustanny wzrost?

Może i racja, ale ja – i mam wrażenie, że panowie z Arhythmic Gong mówią takim ludziom z uśmiechem: szerokiej drogi, ale jeśli łaska, zapraszamy, abyś spróbował choć na chwilę być tu i teraz.


Uwierzcie mi: to nie jest łatwe. Cały europejski system myślowy opiera się na nakazach planowania przyszłości i opierania tych planów o przeszłość. To właśnie w głowie człowieka zachodu dzieje się przez cały czas - i wszyscy myślą, że tak ma być. No cóż nie da się ukryć, że na tym zbudowano naszą cywilizację. Niemniej faktem jest również to, że efektem ubocznym takiego stanu rzeczy jest brak zdolności statystycznego umysłu do skupienia się na jednej rzeczy dłużej niż minutę, może dwie. I tu wspaniale w sukurs przychodzi Arhythmic Gong i Jerzy Mazzoll.


Rzekniecie: hola, hola, wszakoż biblioteka muzyczna tzw. spiritual world music jest przebogata, po co więc kolejna pozycja, czym się wyróżnia? Ano cóż, w tym przypadku muzyczna mistyka spotyka wyciszenie, skupienie i wirtuozerię – i jest to element kluczowy. To jest taki przeciągnięty w czasie moment, o którym zwykliśmy przypominać sobie: „Tak jest, dokładnie to, dokładnie tak, to właśnie miałem na myśli!”.


Ale jak to opisać słowami?


Próbuję zatem dalej płynąć w ich potoku:

Mamy tu więc, moi mili, spokojny, niespieszny nurt tła, który tworzą genialni instrumentaliści z Arhythmic Gong – fundament dość egzotycznych brzmień, bo i same instrumenty do typowych nie należą: gongi, śpiewające misy, didgeridoo, tabla, harmonium, głęboko osadzony bas oraz pulsujący w tle analogowy syntezator. To muzyczne tło wibruje, drży, żyje. Nad owym horyzontem brzmieniowym pojawia się Jerzy Mazzoll i jego kwieciste interpretacje, esy floresy, wzniosy, pikowania, zwroty, uderzenia i diabli wiedzą co jeszcze. Oba światy jednak spotykają się jakże naturalnie – jak mawiają buddyści (a przynajmniej część tego zespołu to buddyści): „jak woda wlana do wody”.


Sercem Arhythmic Gong jest kwartet, w którym każdy z muzyków wnosi odmienny, fascynujący pierwiastek do tej dźwiękowej świątyni, to oni tworzą cały ten dźwiękowy zaczarowany świat:


  • Michał Jarocki (gongi, śpiewające misy, didgeridoo) – odpowiada za sferę alikwotów i najniższych częstotliwości. Jego instrumentarium to fizyczna masa dźwięku, która nie tyle brzmi, a wręcz wibruje w ciele słuchacza.

  • Grzegorz Kazuro (bas, tabla, harmonium) – spina dalekowschodnią tradycję z pulsem zachodniej muzyki improwizowanej. Organicznemu, dronowemu tłu harmonium i misternym przebiegom tabli daje oparcie w postaci gęstego, osadzonego basu.

  • Łukasz Hurric (syntezator) – buduje elektroakustyczny most. Jego analogowa, kosmiczna elektronika spaja tradycyjne instrumenty, nadając całości głęboki, nowoczesny i lekko mroczny szlif.

  • Waldek Knade - skrzypce, które w tym materiale świetnie dotrzymują kroku Jerzemu Mazzollowi.


Ikona polskiego jassu nie próbuje zdominować powyższego składu - choć oko brzmieniowej migawki fokusuje się jak zwykle na nim. I jak to Pan Jerzy – gra megaskupiony, tak że każda fraza, szmer czy przedęcie ma ciężar gatunkowy kaligraficznego pociągnięcia pędzlem. To jest swoją drogą niezwykłe, ile życia potrafi ten gość umieścić w nawet pobocznym, mało istotnym fragmencie. Widać dla niego nie istnieją mało istotne fragmenty – przynajmniej ja sobie tak to tłumaczę.

Jednak pomimo, że mamy do czynienia z materiałem spokojnym, nurtem powolnym ani przez chwilę to nie jest senne zawodzenie. Zresztą Pan Jerzy robi to znowu, czyli grając -mówi: po prostu słuchaj i idź za mną. I - to już moja interpretacja - jeśli tak zrobisz, jeśli przepuścisz muzykę przez siebie, poważnie jej wysłuchasz, dasz jej swoją uwagę, dasz się wciągnąć, to porwie cię w inny dźwiękowy wymiar. Choć brzmi to wzniośle i mistycznie w istocie jest to rzecz doświadczalna i empiryczna. Przynajmniej dla mnie.


Pragnę w tym miejscu wyjaśnić, że Jerzy Mazzoll nie jest sponsorem tej strony, naprawdę, choć pojawia się tu bardzo często. Uwierzcie mi, ja pana Jerzego słyszałem z dziesięć razy w życiu na żywo, a zamieniłem z nim nieśmiałe słowo dwa razy po koncercie przy okazji podpisywania jego płyty. Mnie jednak sposób gry, poszukiwania dźwiękowe, adaptacja stylu do współtworzących, umiejętność współpracy z resztą składu odpowiada w 100 procentach i to za każdym razem: kiedy wypełnia zagrywkami Ptaki Polski, czy wydaje słynny Jeden dźwięk. To jest moje subiektywne credo muzyczne. Będzie Pan Jerzy wracał więc tu często.


Tymczasem my wróćmy do muzyki:


Haiku sugeruje błędnie skrót lub krótką formę – co to, to nie! - na płycie są dwie długie kompozycje wykonane w stu procentach na żywo. Opublikowany na czarnym krążku w 2026 roku materiał daje muzykom przestrzeń do pełnego wybrzmienia i niespiesznego rozwijania myśli. Bez poprawek, bez studyjnych cięć – dostajemy autentyczny, żywy proces na rzecz poetyki wibracji. Formy kompozycyjne rozwijają się powoli, pozwalając gongom i misom wybrzmieć do samego końca, podczas gdy elektronika i dęciaki tworzą wielowarstwowe, hipnotyzujące plamy. Aż nie do wiary, że inspiracją dla muzyków były tak tragiczne wydarzenia jak atomowe bombardowanie Hiroshimy i Nagasaki. Na okładce płyty znajduje się zresztą spreparowana fotografia drzewa, które przetrwało wybuchy. To muzyka ciszy, skupienia, czułości.


Ok, ale pewnie zapytacie: po co chcieć być aż tak bardzo w tu i teraz? I jest to pytanie w ustach Europejczyka dość zasadne - tak jestesmy wychowani, że tu i teraz nas przeraża i przerasta.


Na ten temat napisano tomy, ja nie dodam nic mądrzejszego, bo z własnego doświadczenia wiem, że jedyną prawdziwą odpowiedź usłyszy tylko ten, który zacznie być w tu i teraz. Uwierzcie mi, że siła rakiet Putina i Trumpa razem wziętych to przy tym pestka.


Wsłuchajcie się w "Haiku".



Komentarze


bottom of page