top of page
prelegenci

Bosmanmatka z US Navy rozmontowuje Björk. Amanda Gardier czyli transmutacja!

3 dni temu
4 minut(y) czytania

Błagam, tylko nie mówcie: „O rany, kolejna płyta z coverami popowych hitów, pewnie plumki do windy albo do prosecco”. Zanim jednak zdążycie ziewnąć, Amanda Gardier wparuje Wam do salonu z buta i rozpocznie bezwzględną dekonstrukcję.

Bo - drodzy - wziąć na dżezzowy warsztat Björk – szaloną, islandzką szamankę, której wokal kruszyć lód – to jak wejść do klatki z wygłodniałym tygrysem, mając do obrony widelec. Łatwo zginąć szybko i w niełasce tłumu. Ale Amanda z mężem to muzyczni alchemicy i zmienili kjej kawałki nie do poznania! Oto ich "Transmutations

"


w dzień mundur, w nocy awangarda


Na początek jednak absolutny kosmos.

Wiecie kim u diabła jest nasza bohaterka?

Otóż w oficjalnych rejestrach Pentagonu i United States Navy Amanda Gardier figuruje z pełną powagą jako Musician 1st Class (MU1) Amanda Gardier.

Tak, dobrze czytacie!


To pełnoprawny żołnierz w czynnej służbie, podoficer o randze Petty Officer 1st Class – w polskich realiach wojskowych odpowiednik bosmanmata (albo starszego sierżanta). W US Navy Band nie ma cywilnych muzyków kontraktowych. Żeby założyć ten mundur, trzeba nie tylko wygrać mordercze przesłuchanie, ale przejść standardowy, wojskowy boot camp: poligon, czołganie się w błocie, musztrę, regulaminy i zapach prochu.


Amanda od 2023 roku służy w US Navy Band Commodores – elitarnej, reprezentacyjnej jednostce (tzw. Premier Band), która występuje przed prezydentami, senatorami i reprezentuje amerykańską marynarkę na wielkich trasach. Z jednej strony rygor, wypolerowane guziki, perfekcyjne czytanie nut a vista i dyscyplina wykuta z granitu. A z drugiej?

Zdejmuje granatowy mundur, chowa pagony bosmanmata do kieszeni, wchodzi do studia w Indianapolis i… dekonstruuje ikony popkultury!

Słuchajcie, to nie jest grzeczna panienka po akademii. Zanim zaczęła solowe boje, fach szkoliła w grze z z Ingrid Jensen, Dave’em Strykerem, Leni Stern czy orkiestrą Glenna Millera. Ma na koncie pięć autorskich płyt z mężem Charlie’em, gdzie na jazzowy ruszt wrzucali już prozę Kurta Vonneguta, pieśni Boba Dylana czy brudne riffy The Pixies.


Lekcja z Wesa Andersona: zero pastelowego kiczu


Prawdziwy chrzest bojowy w roli dekonstruktorki popkultury Amanda przeszła na płycie „Auteur: Music Inspired by the Films of Wes Anderson” (2024). Pomyślcie sami: wziąć na warsztat kino Wesa Andersona? Dziewięciu na dziesięciu jazzmanów poległoby z kretesem. Skończyłoby się na pastelowym plumkaniu na dzwonkach i ksylofonie, kopiowaniu Alexandre’a Desplata i udawaniu domku dla lalek z Grand Budapest Hotel.


Gardier poszła zupełnie pod prąd. Zamiast taniego soundtrackowego lukru, weszła bezkompromisowo w pokręconą psychikę andersonowskich neurotyków. W „Order for Yourself” zamiast słodkiej melodyjki zaserwowała gęsty, nerwowy dialog instrumentów, idealnie chwytający kłótnie i rodzinną paranoję braci z Pociągu do Darjeeling. Chwilę później, w „Green Line”, bezbłędnie weszła w buty złamanego serca Richiego Tenenbauma z Genialnego klanu, by w hipnotycznym „I Wonder If It Remembers Me” namalować dźwiękami tę niezwykłą scenę ze Steve'a Zissou, gdy Bill Murray staje oko w oko z mitycznym rekinem-jaguarem. To nie była laurka. To była próba przełożenia ludzkiej samotności i dziwactwa na surowy, bezkompromisowy jazz. I dokładnie z tą samą bezczelną odwagą wjechała w repertuar Björk na Transmutations!


Co tu się wyrabia na „Transmutations”?


W „Pagan Poetry” od pierwszych sekund czuć to charakterystyczne, podskórne napięcie piosenek Björk. Jest trochę melodii, ale zespół bawi się z nami w ciuciubabkę – jakby za wszelką cenę chciał ją schować za harmonią. Kapitalnie brzmią tu zagrywki Charliego Ballantine’a; od razu słychać, że ten małżeński duet gra jednocześnie obok siebie i dla siebie.

A potem wjeżdża „Bachelorette” i… konsternacja! Zaczyna się jak śliczniusia, grzeczna pioseneczka jazzowa wprost z lat 60. Ale zaraz, chwileczkę: gdzie podziała się ta potężna orkiestracja z Homogenic? Gdzie ten filmowy rozmach? U Björk jest monumentalnie i szeroko, a u Amandy robi się z tego niemal senna, duszna bossa nova. Zuchwały, przewrotny zabieg.

Za to „Hyperballad” buduje się po prostu wybitnie. Napięcie nie bierze jeńców – rośnie z każdym pojedynczym taktem, gęstnieje, pęcznieje, aż w końcu gejzeruje z furią, zmiatając resztki popowego sentymentalizmu.

W „Pluto” rządzi bezapelacyjnie kontrabas. To Jesse Wittman buduje ten kawałek od fundamentów po dach, a reszta składu z pełnym szacunkiem oddaje mu całe pole. Potężny, motoryczny monolit.

Z kolei w „Unravel” Amanda sięga po flet. Zrobiło się przez to słodko – jak dla mnie momentami może nawet ciut za bardzo, choć to wciąż szlachetna słodycz, a nie jarmarczny cukierek.

Ale to, co wyprawia się w wariacji na temat „Who Is It (Carry My Joy on the Left, Carry My Pain on the Right)”, to już jest czyste szaleństwo i absolutna perła albumu! Pamiętacie, jak Björk drze w tym numerze ryja na maksa? Amanda wariuje na saksofonie dokładnie tak samo – bez znieczulenia, na pełnym gazie. Kawałek jest zajebiście pokręcony, potrafi na ułamek sekundy złapać obłędny, swingowy feeling, by zaraz znów rzucić nas na głęboką wodę. Co ona zrobiła z tą kompozycją… klękajcie narody! Dla mnie to najciekawszy, najbardziej odjechany punkt całej płyty.

I na koniec „Virus” – słynny numer rozegrany z tak genialnym rytmem, jakby cały utwór lekko kulał na jedną nogę. Saksofon prowadzi tę narrację z ogromnym wyczuciem, ale to, co wyprawia tu perkusja Dave’a Kinga z The Bad Plus, to jest czyste mistrzostwo świata. Wspaniałe, pełne dramaturgii zwieńczenie tego krążka.


Dave King – perkusyjny chuligan


Osobny pokłon należy się człowiekowi za bębnami. Dave King (tak, ten sam magik i rebeliant z The Bad Plus) nie przyszedł tu „akompaniować”. On prowadzi z resztą kapeli nieustanną pyskówkę! Zwichrowane podziały, złośliwe akcenty w poprzek taktu, nagłe tąpnięcia. Z Kingiem nie ma bezpiecznej wycieczki po autostradzie – to rajd tirem po wertepach, gdzie każda sekunda grozi dachowaniem, ale frajda jest nieziemska.


Świat już dawno poczuł pismo nosem


Zanim ktoś mi zarzuci, że zachwycam się Amandą na wyrost – spójrzcie, co wyprawia się za oceanem. Tam najważniejsze pióra jazzowej krytyki pieją z zachwytu od lat:

  • Michele L. Simms-Burton (DownBeat): już przy Flyover Country zauważała, że złożone harmonie i zadziorne melodie wprowadzają Gardier prosto do czołówki wschodzących gwiazd saksofonu.

  • Chris Spector (All About Jazz): celnie punktował jej brak lęku – od intymnych marzeń po uderzenia tak bezczelne i odważne, że pasowałyby do bezkompromisowej kapeli heavy metalowej!

  • Delarue (New York Music Daily): bez ogródek typował jej płyty do grona najlepszych jazzowych wydawnictw roku.


Transmutations: Björk Rearranged to album z bezceremionialną odwagą i niesamowitym pazurem. Amanda Gardier – w dzień zdyscyplinowany bosmanmat marynarki wojennej, po godzinach jazzowa rebeliantka – udowadnia, że muzykę Björk można nie tylko uszanować, ale rozebrać do rosołu i złożyć w zupełnie nowy, drapieżny wehikuł. Jeśli myśleliście, że o tych utworach powiedziano już wszystko – odpalcie ten krążek. Zbieranie szczęki z podłogi macie w cenie biletu!



Komentarze


bottom of page