Michael Arbenz feat. Atom String Quartet & Florian Arbenz – J.S. Bach Suite III - A Living Organism
- ROBERT KOZUBAL

- 2 dni temu
- 5 minut(y) czytania

Jeśli na hasło „muzyka klasyczna” zaczynacie się nerwowo kręcić, chcecie czmychać, a Wasze uszy nie są przyzwyczajone do tej estetyki, błagam: zatrzymajcie się, nie uciekajcie w popłochu. Wręcz przeciwnie! Oto ratunek!Ta płyta pozwoli ów dystans do klasyki skrócić maksymalnie. Jej premiera już 3 lipca. Mamy przed sobą materiał wyjątkowy, wprawdzie niezwykle wyrafinowany, ale – i to trzeba mocno podkreślić – nie ma tu mowy o nudzie, czy popisach technicznych bez emocjonalnego lewara!
W historii muzyki synteza Bacha i jazzu dorobiła się kilku kamieni milowych. Polifoniczna faktura utworów Jana Sebastiana Bacha, jego genialne sekwencje akordowe i – przede wszystkim – naturalna, motoryczna pulsacja (barokowy basso continuo działa przecież niemal jak jazzowa sekcja rytmiczna) sprawiają, że to kompozytor wręcz stworzony do jazzowych reinterpretacji. Na końcu tekstu podaję kilka przykładów albumów z przeszłości, które na tapet wzięły genialnego Jana Sebastiana, a nuż może będziecie chcieli sobie temat w jakiś weekend poeksplorować - bo jest co. A może macie jakieś inne, waszym zdaniem ciekawsze typy? Piszcie, sam chętnie posłucham.
Tak czy inaczej ciekawym wielce, czy J.S. Bach Suite III - A Living Organism do nich dołączy, bo moim zdaniem ma taki potencjał. Reszta zależy od Was.
Ale przejdzmy do rzeczy:

Szwajcarski pianista Michael Arbenz, jego brat, perkusista Florian Arbenz oraz nasz eksportowy Atom String Quartet wzięli na warsztat III Suitę orkiestrową J.S. Bacha. Zabieg jest arcyciekawy: Arbenz tak zakręcił Bachem, że momentami jest widoczny jak ta lala, a chwilami znika zupełnie pod jazzową estetyką Choć punktem wyjścia jest barokowy mistrz, muzycy działają w stu procentach w kulturze jazzowej. W powietrzu unosi się silny, rasowy, hard-bopowy duch, zwłaszcza w partiach fortepianu.
Od ambientowej ciszy po jazzowy lot
Doskonałym przykładem tego, jak ten barokowy materiał ożywa, jest utwór „Respire”. To kompozycja, która bezpośrednio nawiązuje do jednego z najpopularniejszych dzieł Bacha – słynnej Arii na strunie G (znanej również jako Air), pochodzącej z II części opisywanej suity. Oryginalna kompozycja, powstająca w latach 1717–1723, swoją dzisiejszą nazwę zawdzięcza XIX-wiecznemu niemieckiemu skrzypkowi Augustowi Wilhelmiemu, który zaaranżował ją tak, by partię pierwszych skrzypiec dało się zagrać wyłącznie na najniższej strunie.
W wersji sekstetu Arbenza i „Atomów” utwór zaczyna się cichutko, niczym jakiś głęboki, ambientowy kawałek. Wszystko rozwija się tu bardzo spokojnie i lirycznie, aż nagle – w okolicach drugiej minuty – wyłania się ten niepowtarzalny, melancholijny temat bachowski. Ale uwaga! Ponieważ jest to płyta stuprocentowo jazzowa, melodia za chwilę zaczyna płynąć tam, gdzie jej w baroku nigdy nie było. Robi się za to błogo i wspaniale – dostajemy całkowicie nowy utwór. Słuchając tego, ma się wrażenie, jakby sam Bach ożył, usiadł z nimi w studiu i osobiście zadyrygował tym niezwykłym sekstetem.
Magia kompozycji i seifertowski klimat
Dalej. Weźmy takie „Upbeat Bounce”. Toż to muzyczna perełka. Poszczególne części utworu fruną sobie niby w zupełnie własnych kierunkach, ale w ten jeden jedyny, zaczarowany, jazzowy sposób zachowują spójność. Efekt? Słuchacz zamienia się w zasłuchany do imentu słup soli.
Z kolei w rytmicznym, niesamowicie energetycznym „Inner Engine” swoją łapę kładzie elektronika. Utwór łapie przez to tak genialny, seifertowski klimacik, że aż ciarki przechodzą (kurde, mam nadzieję, że panowie z ASQ nie spoliczkują mnie za to porównanie!). Fortepian, smyczki i elektronika idealnie zacierają tu granice, tworząc rasowy, elektryzujący trans.
Atomowy monolit i jazda bez trzymanki
O poziomie wykonawczym Polaków z Atom String Quartet właściwie nie ma co się rozpisywać, bo jest po prostu doskonały. Kiedy wychodzą na przód, to jest to pokaz czystej, wirtuozerskiej bezczelności; kiedy schodzą do tła – brzmią jak jeden, potężny, monolityczny organizm.
A o samym liderze najlepiej świadczą słowa Ulricha Olshausena z Frankfurter Allgemeine Zeitung:
„Michael Arbenz gra w tej samej lidze co Brad Mehldau i Jacky Terrasson – wirtuozersko i precyzyjnie pod względem technicznym (...) to intymny taniec z duchami Lenniego Tristano i Theloniousa Monka oraz z własnym umysłem…”
I to słychać!
Słucha się tej płyty z zapartym tchem.
Ja osobiście nie mogłem się od niej oderwać, z ekscytacją czekając, co wydarzy się za kolejnym zakrętem, w następnym takcie. Wszyscy muzycy inspiracyjnie meandrują, to oddalają się od siebie, to znów zbliżają, wykręcając dźwięki w niesamowite esy-floresy.

Płynnie, melodyjnie i jak diabli Poszatkowane
Ciężko znaleźć jakąkolwiek szufladę dla takiego grania. Jest skocznie, rytmicznie, tematy nie wyciskają z nas siódmych potów przekombinowanymi konceptami – utwory są raczej płynne i melodyjne. Ale jednocześnie... są poszatkowane jak diabli! Nic dziwnego, w końcu spotkali się tu sami wirtuozi.
J.S. Bach Suite III - A Living Organism to płyta żywa, pulsująca i cholernie wciągająca.
Premiera już 3 lipca.
Ja już słyszałem i Wam polecam z czystym sercem.
Skład:
Michael Arbenz – fortepian
Florian Arbenz – perkusja
Atom String Quartet (Dawid Lubowicz, Mateusz Smoczyński, Michał Zaborski, Krzysztof Lenczowski)
JAZZOWE ALBUMY BACHOWSKIE
1. Jacques Loussier Trio – Play Bach (od 1959)
Absolutny klasyk. Pierwszy album Play Bach No. 1 ukazał się w 1959 r., a kolejne części wychodziły przez następne dekady. To właśnie Loussier spopularyzował ideę jazzowych reinterpretacji Bacha na skalę masową. Sprzedaż liczona była w milionach egzemplarzy, co w jazzie jest ewenementem.
2. The Modern Jazz Quartet – Blues on Bach (1973)
Jeden z najważniejszych albumów MJQ. Koncept płyty polega na przeplataniu utworów inspirowanych bluesem z wariacjami na tematy Bacha. „Rise Up in the Morning” faktycznie nawiązuje do chorału Wachet auf. To jeden z najbardziej eleganckich przykładów „third stream” w historii.
3. The Swingle Singers – Jazz Sébastien Bach (1963)
Grammy w 1964 r. To była sensacja: ośmioosobowy zespół śpiewający fugi i preludia Bacha techniką scat, z minimalnym akompaniamentem. Album do dziś jest wzorcem wokalnej precyzji. Wydany przez Philips, wielokrotnie wznawiany.
4. Brad Mehldau – After Bach (2018)
Jeden z najbardziej intelektualnych projektów Mehldaua. Album ukazał się w Nonesuch Records. Koncepcja: oryginalne preludia i fugi z WTC przeplatane improwizowanymi „odpowiedziami” Mehldaua. To nie jest „jazzowanie Bacha”, tylko głęboka analiza jego języka harmonicznego.
5. Andrzej Jagodziński Trio – Bach (2020)
Po sukcesach z Chopinem trio Jagodzińskiego nagrało album z interpretacjami Bacha. Wydawnictwo ukazało się nakładem Polskiego Radia. Aria na strunie G, Badinerie, koncerty – wszystko w charakterystycznym, mocnym mainstreamowym idiomie tria.
6. Uri Caine – Goldberg Variations (2000)
Najbardziej radykalna, postmodernistyczna dekonstrukcja Bacha w historii jazzu. Caine łączy tu jazz, elektronikę, klezmer, drum’n’bass, muzykę współczesną i barokową. To album, który wywołał skandal wśród purystów i zachwyt u krytyków.
7. Dan Tepfer – Goldberg Variations / Variations (2011)
Pianista-improwizator gra wszystkie wariacje Bacha w oryginale, a po każdej dodaje własną improwizowaną odpowiedź. Projekt intelektualny, ale pełen emocji — często stawiany obok Mehldaua jako współczesny kanon.
8. The Jacques Loussier Trio – The Brandenburgs (2006)
Loussier wraca do Bacha po latach i bierze na warsztat Koncerty brandenburskie. Brzmienie jest bardziej nowoczesne, selektywne, z potężnym groove’em i świetną produkcją.
9. The Swingle Singers – Anyone for Mozart, Bach, Handel, Vivaldi? (1964)
Kontynuacja ich słynnego stylu scatowego, ale z większym rozmachem. To album, który ugruntował ich pozycję jako absolutnych mistrzów wokalnej reinterpretacji baroku. Jego oryginalny, oficjalny tytuł to po prostu Going Baroque (w USA wydany właśnie z podtytułem Anyone for Mozart, Bach, Handel, Vivaldi?).
10. Jacques Loussier – Bach to Bach (1997)
Album jubileuszowy, nagrany z okazji 40-lecia projektu Play Bach. Loussier gra dojrzalej, bardziej minimalistycznie, z większym naciskiem na groove niż na swing.
11. The New Swingle Singers – Bach Hits Back (1986)
Nowa odsłona zespołu, bardziej pop-jazzowa, ale wciąż oparta na bachowskiej precyzji. Świetne, lekkie, bardzo muzykalne.
12. Eddie Daniels – Bach to the Future (1987)
Klarnecista i saksofonista Eddie Daniels bierze na warsztat Bacha w formie jazzowych wariacji. Brzmienie bardziej mainstreamowe, ale z ogromną wirtuozerią. Stylistycznie to potężna dawka wirtuozerii, momentami ocierająca się o fusion tamtych lat.
13. The Jacques Loussier Trio – Bach: The Brandenburg Concertos (2002, live)
Koncertowe, energetyczne, z kapitalną dynamiką. Dla wielu fanów — najlepsze nagranie Loussiera z późnego okresu.
14. The Swingle Singers – Keyboard Classics (1968)
Nie tylko Bach, ale sporo jego materiału. To album, który pokazuje, jak daleko można pójść w wokalnej imitacji instrumentów.
Makoto Ozone – Bach: Goldberg Variations (2010)
Jazzowy pianista gra Wariacje Goldberga z elementami improwizacji — projekt bardzo ceniony, choć nie stricte jazzowy.





Komentarze