4 albumy New Spiritual Jazz, czyli wszechobecny Duch Pharoaha Sandersa
Widmo krąży po Europie – widmo Pharoaha Sandersa. Wszystkie potęgi nowego jazzu połączyły się w świętym przymierzu, by czerpać z tego widma.
"Nie lubię, kiedy nazywa się mnie jazzmanem. Gram muzykę, która jest we mnie." PHAORAH SANDERS Z wywiadu dla All About Jazz
Pharoah Sanders był jednym z najbardziej milczących gigantów jazzu. Nie chodziło o nieśmiałość — raczej o przekonanie, że muzyka jest językiem, który nie potrzebuje tłumacza. Mówił, że słowa „psują” to, co w dźwięku jest najważniejsze: intuicję, emocję, drżenie chwili.
Nie ufał mediom, bo zbyt często próbowano go zaszufladkować: „free jazz”, „spiritual jazz”, „uczeń Coltrane’a”. A on nie chciał być niczyim epigonem ani symbolem epoki. Wolał milczeć niż prostować cudze interpretacje.
Jego niechęć miała też wymiar osobisty: dorastał w segregowanym Arkansas, gdzie każde słowo mogło być użyte przeciwko tobie. W dorosłym życiu nauczył się, że cisza jest bezpieczniejsza, a muzyka — prawdziwsza.
"Dorastałem w miejscu, gdzie nie wolno było patrzeć białym w oczy. Muzyka była jedynym miejscem, gdzie mogłem oddychAĆ." PHAORAH SANDERS Z rozmowy dla WBGO
Pharoah Saunders nie lubił gadać zanadto, ja za to uwielbiam, ale szkoda waszego czasu. Jak go pytali o duchowość w muzyce odpowiadał:
"Nie wiem, czy to, co gram, jest duchowe. Po prostu gram tak, jak czuję." Pharoah Sanders z Jazz Weekly.
Oto cztery tegoroczne albumy, które równie dobrze mogłyby powstać w latach 60. i 70. – w epoce, kiedy wiał jeszcze wiatr wolności, a formaty radiowe i rynkowe nie zdążyły zamordować swobodnej ekspresji i zdeformować ludzkich gustów, tak, że upodobały sobie bliźniaczo podobne do siebie, kilkuminowe paczki dźwiękowe zwane piosenkami.
Są tu hipnotyzujące repetycje, kompozycje oparte na prostych i strzelistych, nośnych masztach strukturalnych, wokół których wiją się kaskady nieskrępowanych dźwięków. I nade wszystko są w nich melodie, melodie, melodie. Ogrom, ocean, wręcz cały wszechświat melodii. Płyną, porywają słuchacza, wzbijają go w nieboskłon. Unosi się nad nimi potężny duch metafizyki; natychmiast czuć, że dla uczestników tych sesji nagraniowych jazz to nie tylko rzemieślnicze układanie dwunastu nut w skali. To autentyczna, ekstatyczna rozmowa z własną nadjaźnią. Połączenie ze świętym Phaorahem.

Aksumi
Terra Incognita
Akusmi to w rzeczywistości Pascal Bideau – francuski kompozytor i multiinstrumentalista tworzący w Londynie. Na swój najnowszy album Terra Incognita zaprosił prawdziwą śmietankę międzynarodowej sceny, a dla nas szczególnie ciekawy jest mocny polski akcent.
Zestaw gości otwiera bowiem Marysia Osu – polska harfistka na stałe działająca w Londynie i znana m.in. z Levitation Orchestra, która wraz z katalońskim flecistą Lluísem Domènechem Planą wnosi tu hipnotyzujące partie harfy i fletów. Obok niej pojawia się urodzony w Indiach wirtuoz tabli Sarathy Korwar, nadający utworowi „Rain Dance” motorykę niemal drum’n’bassową. Znakomity senegalski muzyk Dudú Kouate wzbogaca brzmienie o całą paletę tradycyjnych perkusjonaliów, ngoni i fletów, a w wieńczącym krążek „Dawning Dusk” dokłada porywającą, wielooktawową partię wokalną. Gęsty od rytmów „Drongo’s Flute” krok po kroku wspina się ku złożonym podziałom opartym na fletach pigmejskich i odgłosach ptaków, by w końcu wystrzelić w kosmos, z kolei pulsującą elektronikę w „Anima” zapewnia wieloletni współpracownik artysty, Daniel Brandt. Zresztą początek albumu to od razu wysoka próba i głęboki ukłon w stronę kosmicznej mistyki. Otwierający całość „A Waking Dream” bezczelnie pachnie najlepszymi tradycjami spiritual jazzu – duchy Alice Coltrane i Pharoaha Sandersa lewitują nad min z zadowoleniem.
Zaraz potem wjeżdża jednak „Anima” i zabawa zaczyna się na dobre: tempo idzie w górę, a numer zamienia się w potężny, gęsto tkany i absolutnie transowy groove. Muzyka pulsuje zaraźliwą energią, a hipnotyzujący, taneczny motyw i wraca jak refren, niosąc ze sobą ten specyficzny, futurystyczny obłęd rodem z międzygalaktycznych wypraw Sun Ra.
TERRA INCOGNITA. Bideau nie ukrywa, że ten nieobecny na mapach ląd to tyleż dźwiękowa fantasmagoria, co podróż w głąb siebie
– To chyba mój ulubiony stan w życiu – rzuca bez ogródek Pascal. – Wpędza cię w dziecięcy zachwyt i totalną naiwność, przypominając, jak chłonęło się świat, gdy byłeś dzieckiem. Rzecz sprowadza się do francuskiego dépaysement – pojęcia, które najprościej opisać jako stan nagłego wykorzenienia i wytrącenia ze strefy komfortu. – To dokładnie to uczucie, gdy lądujesz w miejscu, gdzie nic nie działa według twoich starych reguł i wszystkiego musisz uczyć się od zera. Zero punktów odniesienia, zero znajomych schematów – tylko obezwładniająca fala nowych barw, zapachów i nieznanych kodów.
W czasach, gdy polityka obsesyjnie stawia mury i pilnuje granic, „Terra Incognita” robi dokładnie na odwrót: funduje bezgraniczną przygodę, eksploruje białe plamy z tytułu i z zapartym tchem kręci piruety na krawędzi bezkresnego krajobrazu.
Eksplorujcie "Terra Incognita"!

Your Brother's Keeper & Gary Bartz
Ach co to jest za płyta! Kosmos drogi słuchaczu spotkasz od razy, po pierwszym takcie. Wszakoż gra tutaj sam Gary Bartz! Wiem, wiem, że wszyscy na naszej planecie wiedzą kim jest Gary Bartz, ale wypada napisać, że ten facet to żywy pomnik i kawał najlepszej historii jazzu. Ponad pięć dekad na scenie, a w życiorysie nazwiska, od których kręci się w głowie: grał u boku Charlesa Mingusa, Maxa Roacha i w Jazz Messengers Arta Blakeya, by na początku lat 70. wbić prosto w elektryczny kocioł Milesa Davisa i stać się jedną z kluczowych postaci tamtego przełomowego składu. Mało? Z własną formacją NTU Troop stworzył podwaliny pod uduchowiony, bezkompromisowy spiritual jazz i afrofuturyzm, którymi do dziś karmi się współczesna scena.
I choć lata lecą, saksofon Bartza brzmi dokładnie tak, jak za najlepszych czasów: lirycznie, zadziornie, z potężnym ładunkiem soulu i tą unikalną, szorstką głębią, której nie da się nauczyć w żadnej szkole – to trzeba po prostu przeżyć. Na Where Rivers Meet weteran nie przychodzi odcinać kuponów; wchodzi w dialog z młodym londyńskim narybkiem jak równy z równym, z miejsca przejmując dowodzenie nad całą tą międzyplanetarną podróżą.
A kto go zaprosił? Młokosy, młodziaki, z mlekiem pod nosem chłopcy nieomal. I Bogu najwyższemu niech beda dzięki, ze tworzy takie piękne istoty jak te londyńskie zuchy z kolektywu Your Brother’s Keeper! Bo to, co wyprawia ta ekipa pod wodzą perkusisty i producenta Jake’a Longa (tego samego, który stoi za potęgą formacji Maisha), to czysta poezja i dowód na to, że brytyjski jazz ma się wybornie.
Long zebrał wokół siebie mocnych zawodników z nowej fali, która rozpycha się bezczelnie i bez kozery mebluje brzmienie współczesnej muzyki improwizowanej. Z jednej strony mamy potężną, drapieżną i hipnotyzującą sekcję dętą, w której obok Bartza staje niezrównana Chelsea Carmichael na tenorze oraz Axel Kaner-Lidstrom na trąbce – rany, jak te dęciaki ze sobą rozmawiają, jak się ścierają i unoszą nawzajem! Z drugiej strony kosmiczną przestrzeń i gęstą fakturę buduje Ali MacSween, żonglujący akustycznym fortepianem, syntezatorami i modułowymi efektami. Całość spina potężny, transowy fundament: Twm Dylan na kontrabasie oraz gęsta siatka rytmiczna tkana wspólnie przez Longa i perkusjonalia Tima Doyle’a.
Jest w tej muzyce duch, świętość, sacrum, spokój niebiański. Muzyka płynie, otacza, gęstnieje. Lewitacja.
Spróbujcie sami.

Ancient Infinity Orchestra
It’s Always About Liberation
Ha! Wiadomo! Wytwórnia płytowa Gondwana, założona przez Matthew Halsalla, to już marka sama w sobie. Specjalizuje się w niebiańskich klimatach, muzyce, która odwołuje się wprost do duchowego jazzu, czy też szeroko pojętej improwizowanej mistyki. A trzeci album Ancient Infinity Orchestra – jestem tego absolutnie pewny – będzie niebawem jej sztandarowym wydawnictwem.
Ta kilkunastoosobowa dywizja muzyków pod wodzą Ozzy’ego Moyseya stworzyła brzmienie wręcz idylliczne. Dokładnie tak, z takim rozmachem, żarem i uniesieniem grałby dziś zapewne sam święty Pharoah Sanders, gdyby tylko zstąpił na ziemię i stanął na czele orkiestry z Leeds!
Ale nie dajcie się zwieść pozorom – It’s Always About Liberation to nie jest po prostu kolejna sielankowa opowieść o chmurkach i anielskich chórach. Ta płyta to bezpośrednia, dojrzała odpowiedź na ich poprzedni album It’s Always About Love. O ile tamto dzieło przynosiło ukojenie, ciepło i balsam na duszę, o tyle tutaj orkiestra wkracza w znacznie mroczniejsze, gęstsze i bezkompromisowe rejony emocjonalne.
Punktem wyjścia i duchowym zapalnikiem dla całego tego konceptu stały się słowa bezkompromisowej poetki i artystki Moor Mother. W 2024 roku, podczas prestiżowego festiwalu We Out Here – mekki współczesnego jazzu i muzyki improwizowanej kuratorowanej przez Gillesa Petersona – rzuciła ze sceny w tłum: „It’s always about love / It’s always about liberation” („Zawsze chodzi o miłość / Zawsze chodzi o wyzwolenie”).
Te dwa zdania wbiły się Moyseyowi w głowę tak mocno, że ulepił z nich całą dylogię. I jeśli płyta It’s Always About Love była hojnym darem uleczenia, poszukiwaniem czułości i wspólnotowego ciepła, to Liberation jest czystym ruchem, zmaganiem, upartą walką i nieustannym parciem ku wolności.
To muzyka tworzona z pełną świadomością pęknięć współczesnego świata, ale odmawiająca bezradnej kapitulacji. Sekcja dęta grzmi z mocą, harfa tka mistyczne tło, a dwa kontrabasy i armada bębnów pchają tę machinę do przodu z taką determinacją, że nie sposób pozostać obojętnym. Nie ma tu taniego pocieszenia – jest katharsis, potężny ładunek duchowej energii i wyzwalający trans, który zostaje w głowie na długo po wybrzmieniu ostatniego taktu. Czyste złoto!

Outer Worlds Jazz Ensemble feat. Chip Wickham
The Kármán Line
O tej płycie już pisałem, gdy się pojawiła wiosną, ale zapraszam do lektury:






Komentarze