Jakob Bro – 8
- ROBERT KOZUBAL

- 3 dni temu
- 7 minut(y) czytania
Tytułowa ósemka to ośmioosobowy skład, osiem kompozycji na trackliście i symboliczna nieskończoność muzycznego dialogu, jaki Jakob Bro od dwóch dekad prowadzi z duchem swojego mentora – Paula Motiana.
Mistrz, mentor i lekcja przestrzeni

Żeby w pełni zrozumieć wymowę tego projektu, trzeba cofnąć się do początków nowojorskiej drogi Jakoba Bro. Duński gitarzysta był jednym z ostatnich muzyków zaproszonych przez Paula Motiana do jego legendarnego Paul Motian Band. W 2004 roku nagrali razem dla ECM bardzo fajny album Garden of Eden, na którym Bro dzielił gitarowe partie z Billem Frisellem i Benem Monderem. To właśnie od zmarłego w 2011 roku perkusisty Duńczyk przejął swoją artystyczną filozofię: radykalną redukcję dźwięków, odwagę do operowania ciszą oraz traktowanie melodii jak otwartej, organicznej formy.
Wpływ Motiana na Bro to fundament całego muzycznego języka, co Jakob udowodnił m.in. filmem dokumentalnym Music for Black Pigeons oraz płytą Once Around the Room - A Tribute to Paul Motian (nagraną wspólnie z Joe Lovano). Na 8 ten dialog wchodzi na kolejny poziom – lider zaprasza do studia muzyków, którzy nie tylko znali Motiana osobiście, ale i czują jego estetykę w kościach.
„Most do historii muzyki” – telefon, który zmienił wszystko
Jakob Bro wielokrotnie powtarzał w wywiadach, że Paulowi Motianowi zawdzięcza dosłownie wszystko. Kiedy jako zaledwie 24-letni chłopak z Danii dostał numer telefonu do legendarnego perkusisty z poleceniem, by po prostu do niego zadzwonić, nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. Motian był przecież żywą legendą – współtwórcą rewolucyjnego tria Billa Evansa z początku lat 60., filarem amerykańskiego kwartetu Keitha Jarretta w latach 70., a także partnerem scenicznym takich gigantów jak Thelonious Monk, Lee Konitz czy Charles Lloyd. Dla młodego gitarzysty perkusista był nie tylko największą twórczą inspiracją, ale artystycznym drogowskazem.
„To było najbardziej surrealistyczne doświadczenie w moim życiu, jakbym dzwonił do kogoś z innej planety” – wspominał po latach Bro. Okazało się, że mistrz nie tylko odebrał, ale zaproponował mu dołączenie do swojego zespołu. „Paul był mostem do całej historii muzyki – grał z Monkiem, a Billie Holiday całowała go w rękę. I nagle on uwierzył we mnie, gdy byłem taki młody... Myślałem: kim ja w ogóle jestem, czy to mi się tylko śni? Większość mojej kariery zawdzięczam tej jednej rozmowie. Paul Motian otworzył przede mną wszystkie drzwi”.
Ta jedna rozmowa uruchomiła lawinę zdarzeń, która ukształtowała pozycję Duńczyka na światowej scenie. To właśnie dzięki Motianowi Bro:
po raz pierwszy stanął na deskach mitycznego nowojorskiego klubu Village Vanguard,
zadebiutował w barwach wytwórni ECM, nagrywając u boku mistrza i Billa Frisella przełomowy album Garden of Eden (2006),
trafił na radar Tomasza Stańki, z którym wkrótce nawiązał wieloletnią, prestiżową współpracę (m.in. na płycie Dark Eyes).
Na 8 ten Jaoob splaca ten dług z nawiązką
Paul Motian
jest w tej muzyce obecny nie jako wspomnienie, lecz jako cicha, pulsująca siła, która wciąż kształtuje sposób myślenia o czasie i przestrzeni. Jego rewolucja polegała na tym, że jako jeden z pierwszych perkusistów w jazzie odrzucił tradycyjną rolę „timekeepera”. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych perkusista miał obowiązek trzymać puls ride’em, pilnować tempa, podkreślać formę — ride cymbal, czyli prowadzący talerz był świętym, nienaruszalnym fundamentem. Motian zrobił coś, co wówczas wydawało się niemal bluźnierstwem: przestał grać stały ride przez cały utwór, rozbijał puls na fragmenty, tworzył zamiast regularnego swingu chmury rytmiczne, które nie tyle prowadziły muzykę, ile ją odsłaniały. Reagował na pianistę i basistę jak równorzędny improwizator, nie jak członek sekcji rytmicznej. To właśnie w trio Billa Evansa, w latach 1959–1961, narodziła się ta nowa koncepcja. Na Portrait in Jazz słychać pierwsze odchodzenie od stałego ride’u, na Explorations puls pojawia się tylko jako element narracji, a na kanonicznych Sunday at the Village Vanguard i Waltz for Debby Motian wraz ze Scottem LaFaro tworzą trójstronną, interaktywną improwizację, w której bas nie gra walking bassu przez cały czas, perkusja nie trzyma pulsu, a trio brzmi jak jeden organizm.
W kolejnych dekadach Motian radykalnie rozwinął tę koncepcję w swoich własnych zespołach. Na Conception Vessel z 1972 roku perkusja staje się malarska, przestrzenna, często pozbawiona pulsu, bardziej kompozycyjna niż rytmiczna — to pełne zerwanie z tradycyjną rolą instrumentu. Na Tribute, Dance i Le Voyage z drugiej połowy lat siedemdziesiątych, w trio z Charlesem Brackeenem i Davidem Izenzonem, puls jest fragmentaryczny, ukryty, pojawia się i znika, a Motian gra jak malarz, nie jak perkusista. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w słynnym trio z Joe Lovano i Billem Frisellem, doprowadził tę filozofię do esencji: na It Should’ve Happened a Long Time Ago perkusja nie trzyma czasu, jest czystą narracją; na Misterioso i Monk in Motian interpretuje Monka bez klasycznego swingu, grając jego logikę rytmiczną, nie puls.
Polifonia zamiast ściany dźwięku
Do zrealizowania wizji nawiązującej do dorobku Motiana Bro zmobilizował prawdziwą armię utalentowanych instrumentalistów:
Chris Cheek – saksofon tenorowy
Jesper Zeuthen – saksofon altowy
Craig Taborn – fortepian
Larry Grenadier – kontrabas
Anders Christensen – kontrabas
Brian Blade – perkusja
Marcus Gilmore – perkusja
Choć mamy do czynienia z oktetem opartym na formule podwójnego kwartetu, nie ma mowy o ścianie dźwięku czy aranżacyjnym chaosie. Aż nie do wiary, jak soczyście i precyzyjnie udało się w tym tłumie wysublimować role poszczególnych muzyków. Zamiast masywnego bloku dostajemy czystą, przejrzystą, intymną strukturę, w której każdy instrument zachowuje autonomiczną barwę.
Fascynujący kontrapunkt dęty tworzą saksofoniści: liryczny, płynny tenor Chrisa Cheeka zderza się tu z surowym, ekspresyjnym i charakterystycznie rozedrganym altem Jespera Zeuthena. Pełen powietrza fundament buduje podwójna sekcja rytmiczna – kontrabasowy tandem Larry'ego Grenadiera i Andersa Christensena wchodzi w symbiozę z perkusyjnym dialogiem Briana Blade’a i Marcusa Gilmore’a. Zamiast siłowego zagęszczania faktury, sekcja operuje mikroakcentami, wspólnym oddechem i wyrafinowaną grą barwą talerzy oraz głębią basowego dołu.
W tym krajobrazie, spowitym rozmarzonymi smugami elektrycznej gitary Jakoba Bro, to jednak Craig Taborn błyszczy światłem najjaśniejszym. Fortepian Taborna działa tu niczym ostry snop reflektora w mroku – magnetycznie przykuwa uwagę swoimi wariacjami, zaskakującymi ucieczkowymi zagrywkami i harmoniczną brawurą. Kiedy zespół tka powolne, ambientowe tła, pianista potrafi jednym niesymetrycznym akcentem czy nagłym zrywem frazy całkowicie zmienić grawitację utworu.
To oczywiste, że Bro nie próbuje na albumie naśladować Motiana — raczej egzeplifikuje jego sposób myślenia o czasie jako o czymś miękkim, nieciągłym, podatnym na najmniejszy oddech muzykow. W wielu momentach 8 słychać, jak oni poruszają się w duchu Motiana: ostrożnie, z namysłem, wiedząc, że każdy dźwięk ma wagę i konsekwencję.
To jest zresztą kontynuacja pewnej filozofii: przekonania, że muzyka rozwija się najpełniej wtedy, gdy nie jest zmuszana do marszu, lecz pozwala się prowadzić intuicji, ciszy i wzajemnemu słuchaniu. Motian był mistrzem nieobecności, która staje się obecnością — i właśnie tak działa jego duch na tej płycie: nie narzuca się, nie dominuje, ale sprawia, że całość oddycha w sposób charakterystyczny dla muzyki, która zna swoją historię, lecz nie jest nią skrępowana. Bro i jego zespół grają tak, jakby Motian siedział gdzieś z tyłu sali, nie na scenie, ale w pamięci muzyków, przypominając im, że czas można traktować jak światło: nie trzeba go trzymać, wystarczy pozwolić mu padać tam, gdzie jest potrzebne.
Dialog dwóch epok
Repertuar podzielono pomiędzy autorskie miniatury duńskiego lidera a kompozycje Paula Motiana. To zestawienie, które łączy ta sama idea: redukcja środków na rzecz maksymalnego ciężaru emocjonalnego.
„Pearl River” (08:29) – Otwierający płytę, rozbudowany poemat dźwiękowy. Bro buduje hipnotyzujący nurt, w którym solo Zeuthena wcina się w pastelowe tło z niezwykłą szczerością, a kaskadowe figury Taborna wprowadzają intrygujące pęknięcia w strukturze utworu.
„Mumbo Jumbo” (01:00) – Błyskawiczny, zadziorny miniaturowy szkic Motiana, działający jak dynamiczny przerywnik.
„Mild” (05:42) – Klasyczny Jakob Bro w najlepszym wydaniu: melancholijna kantylena opleciona kruchymi, a jednocześnie harmonicznie prowokacyjnymi akordami fortepianu.
„Drum Music” (02:48) / „Drum Music (variation)” (03:18) – Dwa podejścia do legendarnego, motianowskiego polirytmicznego transu. Blade i Gilmore nie ścigają się na solówki; tworzą organiczny rytuał, w którym każdy uderzony kocioł i talerz ma konkretne znaczenie dramaturgiczne.
„It Should've Happened a Long Time Ago” (05:51) – Prawdopodobnie najbardziej przejmujący punkt programu. Hymn Motiana zagrany z nabożnym skupieniem, gdzie przestrzeń między dźwiękami waży tyle samo, co same nuty, a partie klawiszy rozświetlają balladowy mrok.
„Saturday” (04:37) – Kompozycja Bro o bardziej zwartym pulsie, z pięknym, śpiewnym solo Cheeka.
„Split Decision” (04:14) – Kolejny ukłon w stronę nowojorskiej awangardy lat 80. i 90., pełen harmonicznych zwrotów, w których Taborn pokazuje pełnię swojej nieprzewidywalności.
Moją uwagę zwróciła charakterystyczna, przykuwająca uwagę okładka albumu. W rzeczy samej podświadomie rozpoznałem pracę Tala R. jednego z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych współczesnych artystów duńskich na arenie międzynarodowej. Oto fragment jednej z prac z cyklu "Elephant” / „Elephant Head”
TAL R (właściwie Tal Rosenzweig) zasłynął pracami na pograniczu malarstwa, grafiki, rzeźby i ceramiki. Jego styl charakteryzuje się surową, ekspresyjną formą, mocnymi plamami barwnymi i zamiłowaniem do metody określanej przez niego jako kolbolde (zbieranie, przetwarzanie i nakładanie na siebie codziennych bodźców wizualnych).
Tal R od lat jest bliskim przyjacielem Jakoba Bro i stałym autorem szaty graficznej płyt wydawanych w autorskim labelu gitarzysty – Loveland Music (stworzył oprawę m.in. do trylogii Balladeering / Time / December Song, a także serii Returnings czy projektów Thomasa Morgana). Jego surowa, często naiwno-awangardowa kreska stała się wizualnym znakiem rozpoznawczym muzycznego uniwersum Bro.
Kącik dla jazzowych archeologów i grzebaczy w dyskografiach
Dla tych, którzy lubią sprawdzać discogsowe koneksje z lupą w ręku: obecność Motiana na 8 to nie tylko hołd w sferze idei, ale realna genealogia składu. Czterech z ośmiu dżentelmenów brało bezpośredni udział w sesjach dowodzonych przez samego mistrza:
Chris Cheek to prawdziwy weteran motianowskich składów – przez lata stanowił filar legendarnego Paul Motian Electric Bebop Band oraz Paul Motian Band, rejestrując z perkusistą klasyki pokroju Reincarnation of a Love Bird (1994), Play Monk and Powell (1999), Europe (2001) czy Holiday for Strings (2002).
Larry Grenadier z Motianem tworzył żelazny kręgosłup sekcji rytmicznej, m.in. na wybitnych rejestracjach z nowojorskiego klubu przy Seventh Avenue South – Live at the Village Vanguard (Vol. I–III dla Winter & Winter) oraz On Broadway Vol. 4.
Anders Christensen (AC) i Jakob Bro spotkali się z Motianem na wspomnianym Garden of Eden (ECM, 2006). Co więcej, sam Motian zasiadł za bębnami na autorskich krążkach Bro – Balladeering (2009) oraz Time (2011), u boku Billa Frisella i Lee Konitza.
Reszta ekipy to naturalne estetyczne dopełnienie: Brian Blade i Marcus Gilmore tobardzo zdolni spadkobiercy motianowskiej szkoły operowania powietrzem i talerzami, Craig Taborn wnosi nowojorską błyskotliwość, a nestor duńskiego jazzu Jesper Zeuthen – surowy, bezkompromisowy ton, który Motian z pewnością przyjąłby z szerokim uśmiechem.
8 to czysta interakcja ośmiu wybitnych indywidualności, które potrafią zrezygnować z własnego ego na rzecz kolektywnej aury, dając jednocześnie przestrzeń do improwizacyjnych olśnień. Jakob Bro złożył hołd Paulowi Motianowi nie poprzez muzealną rekonstrukcję, lecz żywy, wibrujący proces twórczy. Prawdziwe arcydzieło współczesnego jazzu kontemplacyjnego.
Materiał zarejestrowany w legendarnej nowojorskiej Power Station przez Jamesa Farbera powstał 31 marca 2024 roku, wieńcząc tygodniową rezydenturę zespołu w Village Vanguard. Efektem jest nagranie, które łączy surową energię klubowego grania z audiofilską selektywnością studia.






Komentarze