Soniczny sekstet czerwcowego bezruchu: Nebbia i Halvorson/Akinmusire
- ROBERT KOZUBAL

- 2 dni temu
- 3 minut(y) czytania
Czytałem w czerwcową noc ramotę Jana Dobraczyńskiego „Wyczerpać morze”. Powieść duszna jak gorąca noc, bredniowata, zwyczajnie kiepska, drewniana, ale ja z kolei mam słabość do kiepskich książek sprzed lat (ta akurat powstała w samym środku zimnej wojny, w 1961 roku, opowiada o europejskiej apokalipsie, którą wywołuje francuska próba z ła
dunkiem jądrowym na Saharze). Pomyślałem: włączę sobie jakąś jazzową nowość. Odpaliłem najpierw duet, potem kwartet, aż wreszcie wszystko to zlało mi się w jedno i wyszedł z tego świetny sekstet.
Co to było?

Camila Nebbia ze swoim polifonicznym składem na „Freefalling Latitude” oraz absolutni mistrzowie współczesnej sceny, Mary Halvorson i Ambrose Akinmusire, wydali swoje albumy niemal w tym samym czasie. I choć geometrycznie to zupełnie inne układy sił, u podstaw obu tych nagrań leży to samo doświadczenie: muzyka jako niestabilna, gęsta pogoda; dźwięk, który nie zajmuje bezpiecznego miejsca na mapie, ale nieustannie drży i szuka ujścia.
Przecinanie osi: kwartet w swobodnym spadaniu
W tym składzie Camila Nebbia (saksofon) i Gon Muruaga (gitara elektryczna) pracują ramię w ramię z fińską sekcją: Jonathanem Bäckströmem na kontrabasie i Teemu Mustonenem na perkusji. ich najnowszy improwizowany album pt „Freefalling Latitude” brzmi jak zapis spotkania czterech muzyków, którzy nie próbują ustalić wspólnego języka — raczej sprawdzają, jak daleko mogą się od siebie oddalić, zanim muzyka zacznie się rozpadać.

Najbardziej wyraźny jest tu Muruaga. Argentyńczyk gra tak, jakby testował wytrzymałość instrumentu: preparuje brzmienie, używa mikrotonów, unika klasycznych funkcji gitary. W praktyce to on wyznacza kierunek, a reszta reaguje na jego decyzje. Nebbia odpowiada tonem surowym, często bardziej cielesnym niż „jazzowym”, co tworzy linię napięcia między nimi.
Fińska sekcja trzyma dystans. Bäckström gra oszczędnie, często na granicy ciszy, Mustonen operuje krótkimi impulsami zamiast regularnego pulsu. W efekcie muzyka nie płynie — raczej ociera się o siebie, jakby każdy element miał własną trajektorię.
To granie bez zabezpieczeń, bardziej dokument niż manifest. Słychać w nim temperaturę spotkania, nie próbę budowania „wielkiej narracji”. I to działa, bo w tej surowości jest prawda o tym, jak wygląda improwizacja, kiedy nikt nie próbuje jej wygładzać.
Redukcja do esencji

W duecie Mary Halvorson i Ambrose Akinmusire na płycie pt. "Slo-Mo Neon Luminate Hoveringsnie" ma sekcji rytmicznej. Oboje pracują na dużej przestrzeni i na precyzyjnych decyzjach, które bardziej przypominają rozmowę niż klasyczną formę utworu., choć czasami - jak to w improwizacjach gadają dwoma różnymi językami. Powiem wam, że duet trąbka - gitara brzmi mi wciąż dziwnie, ale jest w nim moc.
Halvorson buduje swój materiał z opóźnień, załamań dźwięku i rozciągniętych akordów. Jej gitara często pełni funkcję kilku instrumentów naraz, ale nie po to, by „zastąpić zespół” — raczej po to, by stworzyć środowisko, w którym można się poruszać. Akinmusire wchodzi w tę przestrzeń ostrożnie. Jego trąbka operuje krótkimi frazami, czasem ledwo słyszalnymi, czasem bardziej stanowczymi, ale zawsze reaguje na to, co robi gitara. Kurde nie należę do grona jego apologetów, ale tą płyta powiesił poprzeczkę wysoko.

Forma jest otwarta. Melodie pojawiają się i znikają, jakby były próbami, szkicami, a nie gotowymi liniami. Zmiany kierunku są nagłe, ale nie chaotyczne — wynikają z uważnego słuchania siebie nawzajem.
Efekt nie jest „antyorkiestrowy”, gęsty w inny sposób: z dwóch głosów robi się sieć zależności, w której każdy ruch ma znaczenie. Muzyka skupia się na szczegółach i na tym, jak dźwięki pracują w czasie. Trochę jak rzeźba.
Dlaczego to jeden sekstet?
Te dwa albumy przeglądają się w sobie jak w lustrze. Gdyby połączyć te składy, gitary Muruagi i Halvorson nie walczyłyby ze sobą – stworzyłyby awangardowy organizm generujący soniczne wyładowania. Trąbka Akinmusire i saksofon Nebbii pisałyby linie pełne nieustraszonej, dojrzałej oryginalności, a fińska sekcja rytmiczna dawałaby im wszystkim organiczny, pulsacyjny grunt pod nogami.
I wiecie co? Zdecydowanie uwielbiam to, co na tych płytach robią te dwie babeczki. Mary Halvorson jest o niebiosa ciekawsza od kręcącego się od lat w kółko, nieznajdującego już nic nowego i potwornie przewidywalnego nudziarza Billa Frisella. Jej gitara drażni, szarpie i elektryzuje. No i przede wszystkim Nebbia – czysta pasja i bezkompromisowy ogień. Kocham cię, kobieto z saksofonem! Obie wnoszą do tej muzyki potężny, ożywczy ferment, którego współczesny jazz potrzebuje jak tlenu.
Zasnąłem




Komentarze