Kosmiczny trans z portowej knajpy. Outer Worlds Jazz Ensemble – „The Kármán Line”
- ROBERT KOZUBAL

- 19 minut temu
- 4 minut(y) czytania

Jest czwarta, może piąta rano, rok 1969. Amsterdam, a może Londyn. Pokój tonie w gęstym dymie, na podłodze leżą porozrzucane poduszki, wszędzie butelki po alko i popielniczki pełne petów, ktoś bezmyślnie kręci szklanką z drinkiem, inny śpi, wszyscy pokotem wszędzie gdzie się da. Przez ciężkie, aksamitne zasłony zaczynają się przebijać pierwsze, sine promienie świtu. Obecni tu znaleźli się w stanie, w którym grawitacja działa słabiej, nikomu na tej imprezie już nie chce się gadać, a we krwi leniwie mieszają się zakazane i legalne substancje. W tle gra utwór „Molecules” z płyty The Kármán Line. Zaraz, zaraz. To niemożliwe. Ten album ukazał się w połowie maja 2026 roku.
Z Tokio do Leeds, czyli kosmos na taśmie
Outer Worlds Jazz Ensemble to świeży, brytyjski projekt ze stajni cenionej niezależnej wytwórni ATA Records (tej samej, która stoi za albumami Work Money Death czy The Sorcerers). Pomysł na ten skład narodził się parę lat temu w Tokio, podczas wspólnego raidu po tamtejszych kawiarniach jazzowych (jazz kissa) i sklepach płytowych. Dwóch dżentelmenów – mistrz fletu Chip Wickham oraz basista i mózg ATA Records Neil Innes – doszło wtedy do wniosku, że chcą nagrać coś, co połączy ich wspólne miłości: kosmiczny mistycyzm Alice Coltrane, surowość Yusefa Lateefa i produkcyjny sznyt Davida Axelroda.
Wiemy wszyscy, że takich połączeń szuka wielu. Co miałoby wyróżnić ten materiał na tle współczesnych nagrań modalnych i spiritual?
Brzmienie: Wszystko zostało zarejestrowane tradycyjnie, analogowo na taśmę na starych, lampowych stołach. Muzyka ma dzięki temu ten charakterystyczny, ciepły, wręcz „płynny” sound rodem z lat 70.
Nieoczywiste instrumentarium: Obok tradycyjnej sekcji, impresjonistycznego fortepianu i filmowej, marzycielskiej harfy, aranżer Steve Parry wrzucił do sekcji dętej instrumenty rzadko kojarzone z jazzowym głównym obiegiem – fagot, waltornię oraz tubę. Dają one gęstą, niezwykle filmową fakturę.
Czy to działa?
Między ziemią a orbitą
Tytuł płyty to genialny klucz do całego jej klimatu. W fizyce i aeronautyce linia Kármána to umowna granica między atmosferą Ziemi a przestrzenią kosmiczną, znajdująca się na wysokości 84 kilometrów. To nie jest twarda ściana, tylko strefa przejścia. Dokładnie tak jak ta muzyka – jedną nogą stoi twardo na ziemi, w głębokim, takim duszno-barowym brzmieniu, a drugą lewituje w gwiezdnej psychodelii. Muzycznie album rozpięty jest między tymi dwoma biegunami.
Biegun mistyczny: „Celestial Matari” i „Kármán Cantata”
Zacznijmy od kawałka „Celestial Matari” - to samo jądro tego mistycznego kosmosu, absolutny majstersztyk i głęboki ukłon w stronę przełomu lat 60. i 70. Od pierwszych sekund uderza ceremonialne, hipnotyzujące ostinato basu – rodzaj groovu, z którego nie chcesz się wyswobodzić. Chip Wickham na flecie brzmi tu tak lekko, jakby naprawdę lewitował w nieważkości, a harfa tka pod spodem migotliwe tło w duchu Alice Coltrane i Dorothy Ashby.
Z kolei „Kármán Cantata” to hymn tej płyty – utwór nienachalnie przebojowy, co jest unikalnym patentem ATA Records. Potrafią napisać temat, który natychmiast wpada w ucho, ma w sobie niesamowity magnetyzm, a jednocześnie ani przez sekundę nie brzmi tanio czy komercyjnie. Melodia niesie dawkę melancholii, ale i słońca. To „kosmiczna pieśń religijna” – spiritual jazz, który szuka sacrum nie w murach kościoła, ale w nieskończonej przestrzeni.
Biegun ziemski: „Earthly Elements” i „Alto Vento”
Przejście z kosmicznej lewitacji do „Earthly Elements” to genialny, filmowy zwrot akcji. Nagle lądujesz prosto w cholernie dusznym, zadymionym klubie. Brzmienie jest „brudne” w najbardziej szlachetny sposób. Fortepian pod spodem ma w sobie coś z zadziorności McCoya Tynera – bije rytm z fizyczną siłą, a klawisze brzmią, jakby instrument stał w kącie portowej knajpy, gdzie co noc ktoś opiera o niego szklankę z whisky, a stroiciela nie widział od lat. Ta delikatna odchyłka daje genialny, knajpiany autentyzm. Gdyby wstawili tam sterylnego Steinwaya z filharmonii, cały ten zadziwiający duch szlag by trafił. Obok niego flet Wickhama dostaje drapieżnego pazura – rwie frazy, pluje dźwiękami i idealnie nakręca surowy rys tego utworu.
Zaraz potem wjeżdża „Alto Vento” i nagle znów mam kilka lat. Przed oczami staje mi... Adam Nawałka – młody, genialny pomocnik Wisły Kraków i reprezentacji z moich lat dziecinnych lat, który był uosobieniem elegancji, polotu i luzu. Ach! Kiedy tak mijał rywali z podniesioną głową, w tle zawsze powinna grać właśnie taka muzyka. To brzmienie sekcji dętej i pulsujący rytm niosą ze sobą europejski, vintage'owy magnetyzm dawnych dyskotek, gdzie parkiety paliły się od funku i soulu, a z głośników biła czysta, żywa energia, a nie tam dzisiejsze łup, cup. Wiecie jak to jest ze wspomnieniami starych dziadów: za ich czasów nawet metr był dłuższy.
Lądowanie na niskiej orbicie
Na koniec dostajemy „Low Orbit” – idealne wyciszenie po tym locie. Ten utwór nigdzie się nie spieszy, ma w sobie hipnotyczną konsekwencję. Nie lecisz już w głęboki kosmos, ale też nie stoisz twardo na ziemi. Bas Neila Innesa bije jak miarowe, spokojne serce. Zero nerwowości. Jesteś tu i teraz, pod warunkiem, że dasz sę ponieśc tej muzyce.
Outer Worlds Jazz Ensemble nie lezą w nieznane rejony, raczej wyjmują z lodówki muzyczne mrożonki i po prostu je po swojemu doprawiają . Trochę pytają słuchacza: ej, gościu, na chuj nam nowe, skoro stare jest piękne. Kurde, ja to szanuję z każdym dniem niestety, choć to wstecznictwo jak ta lala.
Ale jest w tej muzyce jeszcze coś, co pokazuje, że muzyka kochani, nie potrzebuje mnie, tego tekstu, filharmonijnego zadęcia, mądral z sześciotygodników, spotyfaja, sidi, winyla. W sumie to jej nawet prąd i sale koncertowe są jej niepotrzebne. Ona bez tych wszystkich dupereli przetrwa, ona jest, brzmi, żyje. Potrzebuje tylko jednej rzeczy: artysty, który ją wydobędzie i ją nam podaruje. Na szczęście artystów na świecie jest bardzo wielu.
Krótko mówiąc dla fanów Work Money Death, Joe Hendersona, po współczesną brytyjską scenę spod znaku Gondwana Records czy dokonań Muriel Grossmann – pozycja absolutnie obowiązkowa.
Niech ta orbita kręci się wam jak najdłużej!
Niezależny jazz potrzebuje niezależnego głosu.
Jeśli Outer Worlds Jazz Ensemble i ich kosmiczne poszukiwania na „The Kármán Line” rezonują z Tobą tak mocno jak ze mną, pomóż rozwijać bloga na własnych warunkach. Nie mam za sobą wielkich redakcji, mam za to wolność pisania o tym, co naprawdę porusza. Nikt mi nie mówi co mam robić. Postaw mi wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net i dorzuć się do tego jazzowego fermentu. Wielkie dzięki! 🙏✨





Komentarze