top of page
prelegenci

Słuchaj algorytmu on ci prawdę powie: NOVA FELLOWSHIP- CONTINUUM

1 dzień temu
3 minut(y) czytania

Cześć! W tym cyklu opisuję muzykę, którą podpowiedział mi algorytm na bazie moich odsłuchów. Prezentuję wyłącznie zespoły, których nigdy wcześniej nie słyszałem, a które mój sztuczny przyjaciel algorytm podsunął mi pod nos. Zaczynamy:


Kiedy za jednym stołem siadają muzycy, którzy zjedli zęby na scenie improwizowanej, a nad całością unosi się duch legendarnego spotkania Four Teta i Steve’a Reida, wiadomo, że nie ma mowy o grzecznej estradowej kalkulacji. Płyta „CONTINUUM” kwintetu NOVA FELLOWSHIP to dokładnie ten rodzaj dźwiękowego uderzenia, który przypomina, dlaczego w ogóle słuchamy dżezu na żywo.   


Pomysł narodził się w głowie producenta Antoine’a Rajona z myślą o premierowym koncercie na festiwalu NUITS SONORES w 2026 roku. Chodziło o złożenie hołdu surowej, transowej współpracy Steve’a Reida i Kierana Hebdena.   

Reid (1944–2010) to w tej układance postać pomnikowa, choć wciąż zbyt rzadko wymieniana jednym tchem obok największych: bębnił u Sun Ra, Alberta Aylera, pojawiał się u boku Milesa Davisa na Tutu, a jednocześnie napędzał klasyczny funk Jamesa Browna („Pop-Corn”) czy hity Martha & the Vandellas.   


OKŁADKA PŁYTY
OKŁADKA PŁYTY

Z kolei Kieran Hebden – znany szerzej jako Four Tet – to bezsprzeczny pionier współczesnej elektroniki, producent i architekt brzmienia, który w swoich solowych poszukiwaniach od zawsze przemycał organiczną duszę, sample akustycznych instrumentów i hipnotyczny, mikrotonalny trans. Kiedy drogi tego brytyjskiego wizjonera laptopów i syntezatorów skrzyżowały się ze starym mistrzem freejazzowego pulsu, powstała absolutna magia: cztery hybrydowe, uduchowione albumy nagrane w latach 2006–2010, które udowodniły, że modularne pętle i żywy, mięsisty rytm mogą oddychać dokładnie tym samym powietrzem.   

Hebden po zobaczeniu Nova Fellowship na żywo na Nuits Sonores był pod takim wrażeniem, że osobiście towarzyszył zespołowi w paryskim Studio Pigalle. Cały album zarejestrowano na setkę podczas jednej, intensywnej, jednodniowej sesji live. Efekt trafił na winyl z masterem i nacięciem prosto z rąk Franka Merritta w The Carvery (wypuszczony w limitowanym nakładzie 500 sztuk).   


Repertuarowo to zderzenie dwóch światów. Zespół bierze na warsztat trzy kompozycje Four Teta (w tym otwierający całość hipnotyczny „Sixth House” czy „Plastic People”) oraz trzy klasyki z lat 70. nagrane pierwotnie przez Steve Reid & the Legendary Master Brotherhood, z wybuchowym medleyem „Nova / Free Spirits” zaaranżowanym brawurowo przez Tony’ego Tixiera na czele. Całość spina kompozycja „Morning Prayer” – jedyny autorski numer duetu Hebden/Reid z ich pierwszej wspólnej płyty.   

Silnik tego projektu napędza perkusista Zach Morrow. Gość z Missouri, uformowany scenicznym ogniem podczas tras z poetką Ają Monet, przejmuje pałeczkę po Reidzie bez cienia kompleksów – gra z potężnym drive'em, pompując w bębny całe bogactwo i kolory Great Black Music. Zamiast tradycyjnego kontrabasu mamy tu syntetyczny monolit: Rob Clearfield (kojarzony doskonale choćby ze współpracy z Makayą McCravenem) oraz Tony Tixier wymieniają się klawiaturami i syntezatorami, wypluwając tłuste, subbasowe linie i gęste faktury dźwiękowe.   

Na froncie staje dwójka rezydujących w Paryżu improwizatorów: erytrejsko-amerykański trębacz Hermon Mehari i włoski saksofonista Francesco Geminiani. Tną powietrze z potężną energią, ale to, co Geminiani robi w „Morning Prayer”, zasługuje na osobny akapit. Wyciąga tam autorski instrument dęty o nazwie Nautilus – flet przypominający okarynę, który sam wystrugał z drewna klonowego. Geminiani zaprojektował go w oparciu o regułę złotego podziału i ciąg Fibonacciego, a stylizowany zarys tego niezwykłego kawałka drewna trafił na okładkę płyty. W połączeniu z syntezatorami modularnymi ten surowy, akustyczny wynalazek tworzy mistyczną przestrzeń, która idealnie oddaje chemię dawnych koncertów Hebdena i Reida. 

  


O rany, jak ja uwielbiam takie granie! Tu elektronika autentycznie pląsa, a beat jest cudownie porąbany, pokręcony – jednocześnie szybkowolny i wolnoszybki. Coś tam w tle szumi, trzeszczy i stuka jak w audycji Anteny Non Grata, a trąbka Mehariego wije się jak arabska tancerka przed zamroczonym obliczem wezyra po piątym pucharze anyżowego rakı. Jest w tym gigantyczna, niczym nieskrępowana frajda ze wspólnego grania, zero akademickiego glancowania detali, a popisy solowe rozdzielono z aptekarską oszczędnością – dokładnie tyle, ile wymaga dany numer. I co najważniejsze: pod to można, kurna, tańczyć! Świetne, po prostu genialne.


„CONTINUUM” to płyta pulsująca, brudna od energii paryskiego studia, zagrana bez pudrowania i z nerwem. Prawdziwy, żywy dżez w ciągłym ruchu.   

Jazz z Wami!



Komentarze


bottom of page