top of page
prelegenci

Jazz Metal Przyszłości

4 wrz
5 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 5 wrz


Szanowni. Dziś rzut oka w przyszłość. Zaglądamy na łamy „Upbeat” – czołowego magazynu jazzowego globu roku 2040. Nie znajdziecie go na papierze ani na ekranach; pismo ukazuje się w postaci lewitującego w powietrzu hologramu emitowanego bezpośrednio z nanometrycznego e-pierścienia. Strony przewraca się tam leniwym ruchem gałek ocznych, a fotoniczny skład barwnie, kolorowo, wspaniale reaguje na biopole czytelnika, mieniąc się w rytm jego aktualnej aury.

Oto jak w roku 2040 brzmi recenzja reedycji albumu, który właśnie dziś trzymamy w rękach:


Scott Amendola & Álvaro Domene – All Day Sun Aura

(Iluso Records / Reedycja winylowa 2040)


Ocena w holomaterii „Upbeat”: ★★★★½


Właśnie ukazała się na winylu reedycja rarytasu sprzed lat, pomyślana jako oficjalne uświetnienie powrotu na Ziemię pierwszej zmiany nadzorców robotów rolniczych z Marsa. Okazja nie mogła być trafniejsza – w końcu to Álvaro Domene zafundował nam niegdyś absolutnie kosmiczną, międzyplanetarną space operę dźwiękową, która tak zachwyciła

JANINA WSZECHPOLSKA FOT. APOLINARY IRRACJONALNY (AI)
JANINA WSZECHPOLSKA FOT. APOLINARY IRRACJONALNY (AI)

polską emigrantkę Janinę Wszechpolską, że pod jej wpływem porzuciła błyskotliwie rozwijającą się karierę Au Pair, poszła na studia kosmiczne i stworzyła słynny napęd sarmacki, pozwalający pokonywać parseki przestrzeni kosmicznej w godziny, a nie tysiąclecia. Album przez lata krążył w półlegalnych plikach, prywatnych archiwach i opowieściach muzyków, którzy twierdzili, że „byli tam, kiedy to nagrywano”, choć większość z nich jadła wtedy kaszkę z liofilizowanym mango. All Day Sun Aura wraca na czarną płytę jak artefakt z epoki, w której jazz jeszcze miał odwagę się spocić, a metal — zawstydzić. I jak to zwykle bywa z reedycjami, dopiero teraz wszyscy udają, że od początku wiedzieli, iż to album pomnikowy.


Patrząc z perspektywy czterech dekad XXI wieku, ten materiał brzmi jak dokument czasów, w których muzycy wierzyli jeszcze, że można po prostu połączyć jazz i metal bez pytania o zgodę. Ongiś — czyli w zamierzchłych latach dwudziestych, kiedy wzmacniacze targało się bez sensu po schodach o własnych siłach, a nie na plecach lewitujących dronów technicznych — Scott Amendola i Álvaro Domene z uporem godnym lepszej sprawy dowodzili, że te dwa światy mogą ze sobą rozmawiać bez natychmiastowego wzywania służb porządkowych.


FOT. PETER GANNUSKHIN
FOT. PETER GANNUSKHIN

Domene: siedmiostrunowy emigrant z Madrytu, traktujący instrument jak aparaturę do badań zmęczeniowych materiałów. Trzeba to powiedzieć wprost – Domene gra na siedmiostrunowej gitarze tak, jak nikt inny na świecie nie gra. Ten długowłosy jajogłowiec, mądrala, poszukiwacz, awanturnik i bezczelny muzyczny intelektualista ma na koncie bagatela 45 płyt! I nic dziwnego, skoro jego wyobraźnia nie znała hamulców – chyba najdziwniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek popełnił, był multimedialny spektakl teatralny SpaceTime, zrealizowany z astrofizykiem Lukiem Kellerem i poetą Davidem Gonzálezem, pod reżyserską dyrekcją nieżyjącego już Lenarda Petita. Posłuchajcie zresztą, jak ten człowiek myśli o muzyce – oto co sam mówił:

„Często słyszę melodie i inne zdarzenia muzyczne dziejące się symultanicznie w różnych tempach, rejestrach, kierunkach, położeniu w panoramie stereo i we wzajemnej relacji wobec siebie – zarówno na poziomie mikro, jak i makro. Przypomina to samoreplikującą się naturę matematyki fraktalnej przy różnych skalach perspektywy. Oznacza to na przykład, że ta sama melodia może przybrać formę pełnego, pięciominutowego utworu, ale może też pojawić się w jednym, ułamkowym błysku – bądź w czymkolwiek pomiędzy. Może być manipulowana na rozmaite sposoby (wielorakie transpozycje wysokości dźwięku, tempo, retrogradacja, przekształcenia granularne, przesunięcia rytmiczne, mutacje itd.), zachowując przy tym strukturalną współzależność wszystkich iteracji owej linii i jej wewnętrznych komórek. Melodie mogą stać się siecią zdecentralizowanych komórek muzycznych, połączonych ze sobą współzależną logiką i strukturą”.

Dla takiego gitarowego dziwaka potrzebny był jednak partner równie pokręcony – i Scott Amendola okazał się tu wyborem idealnym. Amendola to kreatywny katalizator: gdzie tylko się pojawia, tam muzyka natychmiast zaczyna skręcać w nowe, nieoczywiste kierunki. Od lat uchodzi za jednego z najbardziej twórczych muzyków na styku jazzu, rocka, elektroniki i improwizacji; perkusistę o reputacji człowieka potrafiącego zamienić każdy zestaw bębnów w sejsmiczne centrum dowodzenia.

FOT. LENNY GONZALEZ
FOT. LENNY GONZALEZ

All Day Sun Aura zaczyna się jak wojna. Otwierający utwór bez litości rzuca się słuchaczowi do gardła, chce zmasakrować aparat słuchowy. Żadnej taryfy ulgowej, żadnego grzecznego ąę – oba instrumenty od pierwszego taktu uderzają w bębenki z całych sił, jakby jazz i metal starły się na śmierć i życie w klaustrofobicznym schronie. Potężnie przesterowane linie gitary zaciekle ścierają się z brutalistyczną nawałnicą połamanych bębnów. Muzyka sprawia wrażenie jednocześnie architektonicznej i niestabilnej: struktury zdają się pękać pod własnym ciężarem, by po chwili złożyć się w nieoczekiwane formy. To frontalne uderzenie, po którym w głowie dzwoni jeszcze długo.


Kiedy jednak opada pierwszy tuman kurzu i wydaje się, że kurzawa ustępuje, wcale nie robi się prościej. Owszem, tempo zwalnia, robi się spokojniej, ale za to… dziwniej. W drugim utworze („The Fugitive Instant”) siedmiostrunowa gitara Domene wyprawia rzeczy absolutnie niezbadane. Porzuca standardowe rejestry i nagle przepoczwarza się w stary, archaiczny generator dźwięków pamiętający czasy Kraftwerku. Figlarna wymiana rytmiczna przemyka między muzykami z nerwową, szelmowską zadziornością przywodzącą na myśl The Flying Luttenbachers – legendarny skład no-wave / brutal-prog dowodzony przez niestrudzonego perkusistę i kompozytora Weasela Waltera (zainicjowany niegdyś wspólnie z Halem Russellem) – po czym bez ostrzeżenia zapada się w bezludną, otchłanną otchłań przygnębienia. Gryf przestaje być gryfem – wykrzywia się w jakimś niepokojącym, quasi-jazzowym grymasie, krzywiąc„twarz jazzu”, podczas gdy w tle bezustannie snuje się gęsty szum elektroniki i duszny, dronowy opar, w którym zupełnie gubi się grawitacja.



Muzykom w tym duecie nie jest łatwo. Ktoś musi za kimś nadążyć, ktoś musi utrzymać wektor. Spróbujcie jednak złapać symetrię, kiedy gitara kombinuje, rwie frazy, gubi trop i odmawia jakiejkolwiek dyscypliny. Tego typu płyty z definicji muszą drażnić. Mają uwierać, bo bezczelnie forsują granice, a w tamtych czasach – gdy wydawało się, że zarejestrowano już dosłownie wszystko – nie dało się stworzyć czegoś autentycznego na chłodno, mdło i bezpiecznie, żerując na cudzych patentach. Dźwięk Amendoli i Domene stale balansuje na krawędzi fizjologicznej cierpliwości: leży niebezpiecznie blisko wyniosłego, bezkompromisowego artyzmu albo – jak wolą malkontenci – bezmyślnego znęcania się nad instrumentami bez ładu i składu.


Tylko hola, hola! Zanim ktoś odrzuci ramię gramofonu, z grymasem drwiny, niech posłucha uważnie. Niech prześwietli tę chropawą i na pozór bezmyślną strukturę. Pod tą skorupą hałasu pulsuje rzadko spotykana, telepatyczna czujność. Zwróćcie uwagę, jak oba instrumenty – a w szczególności perkusja Amendoli – pilnują każdego drgnienia powietrza po drugiej stronie sali. Amendola nie tyle akompaniuje, co prowadzi kryminalne śledztwo: wyprzedza ruchy Domene, bezbłędnie podbija do kompana, asekuruje najostrzejsze zwroty akcji i w ułamku sekundy przejmuje ster. Pod względem dramaturgii wzajemnego nasłuchu to jedna z najbardziej fascynujących płyt tamtej dekady.


A apogeum tego szaleństwa nadchodzi w „Scratch the Void”. Tytuł nie jest przypadkowy – to przecież ukłon w stronę postaci pomnikowej: Lee „Scratch” Perry (właśc. Rainford Hugh Perry, 1936–2021) to jamajski producent muzyczny, wokalista, kompozytor i jedna z najbardziej wpływowych postaci w historii muzyki rozrywkowej XX wieku, uznawany za głównego architekta brzmienia dub oraz rewolucjonistę muzyki reggae. U Amendoli i Domene ten dubowy duch przestrzeni i eksperymentu zderza się z bezlitosną elektroniką, która wrzyna się w korę mózgową bez znieczulenia. Czysta muzyka-niemuzyka: surowe szumy, trzaski, trzepotanie obwodów i zgrzyty brzmiące kropka w kropkę jak konający robot opiekuńczy dla seniorów z połowy stulecia. Jest w tym usterkowym pejzażu coś groteskowego, a zarazem lodowato hipnotyzującego.


Najstarszy na płycie jest z kolei „Puerta al Sur” – powstał w czasach, gdy sporej części z was nie było jeszcze nawet na świecie, blisko 20 lat przed pierwszym wydaniem tego legendarnego wydawnictwa. „Puerta al Sur” delikatnie krąży wokół motywu melodycznego, po czym kaskadami, a konretniej tysiącami nakładających się kaskad wpływa do waszych dusz, spływając w lśniący, lodowcowy krajobraz. Temat powraca później w zmienionej postaci na tle ostrych, metalicznych zgrzytów, podczas gdy podciągane dźwięki gitary, skąpane w pogłosie i delayu, nawarstwiają się w eteryczną ścianę dźwięku. Utwór zmierza ku powściągliwej kulminacji, by ostatecznie rozproszyć się w przejmującej pustce gęsto przetworzonego szumu cyfrowego.


Dziś, w 2040 roku, All Day Sun Aura wraca na starożytnym winylu, bo to jedyny fizyczny nośnik zdolny znieść naszą obecną temperaturę – tę po nieodwracalnych zmianach klimatu, o których przy powstawaniu tego albumu wszyscy bez przerwy gadali, debatowali na szczytach, po czym tradycyjnie nie zrobili absolutnie nic. Cyfrowe chmury parują, streaming topi się w przegrzanych serwerowniach, a ten stary czarny krążek trzeszczy z nieskrywaną ironią.



Komentarze


bottom of page