top of page
prelegenci

Zakochani w melodii. The Vampires na nowo definiują przestrzeń na „Skydancer”

The Vampires grają ze sobą od 20 lat, ale umykają kwiatom, benefisom, uściskom dłoni, buźkom, apanażom i „projekcikom”. Zamiast tego wypuszczają po prostu bardzo melodyjną płytę, pełną świetnie ustrukturyzowanych utworów. Przewiduję zachwyty całej prasy i polskiej i tej zagranicznej, i tej jazzowej i tej newsowej - czyli jak zawsze, bo media ich kochają. I słusznie. „Skydancer” (wydany nakładem Earshift Music) to z jednej strony powrót do korzeni, z drugiej zaś – odważny krok w stronę muzyki o ogromnej przestrzeni i niemal filmowym rozmachu.


Kim są Wampiry?


Nie wierzę, normalnie nie wierzę, że są tu ludzie, którzy nie znają The Vampires, ale jeśli już są, to dla nich krótko o fenomenalnych chłopakach z dalekich antypodów.

To absolutna ekstraklasa australijskiego jazzu i ekipa z prestiżową nagrodą ARIA na koncie. Trzon zespołu od samego początku tworzy czterech muszkieterów, którzy znają się jak łyse konie: Jeremy Rose (saksofon, kompozycje), Nick Garbett (trąbka), Noel Mason (bas) oraz Alex Masso (perkusja). Przez dwie dekady wyrobili sobie markę formacji, która bierze tradycyjne granie i bezczelnie miksuje je z hipnotycznymi groove’ami, wykraczając daleko poza sztywne ramy gatunkowe. Na świecie zachwycają się nimi wszyscy – od brytyjskiego „The Guardian”, przez „The Australian”, aż po legendarny magazyn „DownBeat”.

Chłopaki regularnie grają na najważniejszych festiwalach (od brytyjskiego A Love Supreme po niemiecki Enjoy Jazz) i uwielbiają studyjne romanse z absolutnymi geniuszami. Na rozkładzie mają już wspólne projekty z gitarzystą Lionelem Loueke, puzonistką Shannon Barnett czy Dave'em Rodriguezem z Godtet. No i oczywiście z Chrisem Abrahamsem, co zresztą mocno zaważyło na ich obecnym brzmieniu.


Podprogowy wpływ The Necks



Żeby w pełni zrozumieć architekturę „Skydancer”, trzeba cofnąć się na chwilę do poprzedniej, obsypanej nagrodami płyty „Nightjar” (2023), nagranej wspólnie z Chrisem Abrahamsem z kultowej formacji The Necks. Tamten album był uosobieniem psychodelicznej, leniwej immersji.

Oni sami, czyli nasze Wampisy, wracają tu do kolesiowskiego, czystego grania w kwartecie, ale spakowany pianista zostawił w studiu swój specyficzny, hipnotyczny wirus. Zespół niby radzi sobie sam, ale pod skórą, w tych wszystkich dronach, zapętleniach i powolnym dawkowaniu emocji, ewidentnie pulsuje podprogowy wpływ The Necks. Odrzucili zewnętrznego demiurga, ale lekcję z tamtej współpracy odrobili na piątkę z plusem.


Gangsta bas, duch Stańki i ucieczka z tego świata


Przejdźmy przez te ścieżki na szybko, bo ta płyta to niesamowita podróż. Otwierające „Asiago” zbudowane jest na prostym, hipnotycznym rytmie, wokół którego snuje się taki rasowy, niemal gangsta bas, a nad tym wszystkim swobodnie fruwa saksofon. Zupełnie inny, radosny klimat przynosi drugi na liście „Unfinished Dream”, gdzie bezapelacyjnie rządzą sekcje trąb.

Z kolei utwór z rozpaczą w tytule („Desperations”) niesiony jest przez kapitalny, reggae'ujący rytm i przepiękne, wręcz boleśnie nostalgiczne melodie. Och, jakie to jest ładne! Mówię Wam, można zamknąć oczy i rzucić się w gorączkową ucieczkę z tego świata.

Trochę więcej klasycznego, „jazzowego jazzu” przynosi dopiero „Pan Gadabout”, ale zaraz potem Wampirki zabierają nas na południowe wybrzeże i – do diaska! – nagle jesteś tam, słuchaczu. Siedzisz nad oceanem po uszy w „South Coast Noir”, słuchając zwariowanej, a jednocześnie przejmująco smutnej trąbki, w której ewidentnie budzi się duch naszego mistrza, Tomasza Stańki. Coś wspaniałego.



Uporządkowana zabawa formą


Można by tak opowiadać o każdym z jedenastu utworów, bo na tym albumie po prostu nie ma słabych punktów. Konstrukcyjnie dostajemy tu dużo struktury, a mniej czystej improwizacji. Jest sporo repetycji, choć do totalnej, transowej powtarzalności The Necks wciąż im daleko.


Kurde, w 20. roku działalności, po tylu wydanych płytach, ci faceci wciąż potrafią i chcą bawić się formą. Przy czym – i to warto zaznaczyć – ta forma jest mocno uporządkowana, a przez to, no cóż, dość przewidywalna. Mnie osobiście strasznie się to podoba, choć ortodoksyjni fani, którzy uwielbiają szalone, nieskrępowane klimaty z ich dawnego, wspaniałego utworu „Happy Vamping”, mogą być tym razem lekko rozczarowani.


Dla całej reszty „Skydancer” to absolutny musisz-to-mieć. Wampiry wciąż gryzą, ale dzisiaj z klasą.


Podobał Ci się ten tekst? Wampiry wciąż gryzą, ale autor pisze tylko wtedy, kiedy ma dobre paliwo. Jeśli chcesz wesprzeć niezależne pisanie o jazzie bez kija w tyłku, postaw mi symboliczną, mocną czarną kawę! ☕ Wpadaj na 👉 buycoffee.to/jazzda.net

Komentarze


bottom of page