Komeda Odbrązowiony: Piotr Schmidt i balistyka jazzowej melodii. Opis albumu „Piosenki Komedy Bez Słów”
- ROBERT KOZUBAL

- 5 dni temu
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 4 dni temu

Piotr Schmidt jest obecnie – i nie jest to tylko opinia czytelników „Jazz Forum” – pierwszą trąbką Rzeczypospolitej. Rola tego pisma w polskim jazzie jest nie do przecenienia, a zwycięstwa w jego ankietach to nie tylko prestiż, to glejt na bycie głosem pokolenia. Schmidt nagrał i wydał właśnie po cichu album „Piosenki Komedy Bez Słów” i mam wrażenie, że wrócił nim do swojego ulubionego miejsca: tam, gdzie matematyczny porządek kompozycji spotyka się z dzikim żywiołem improwizacji, czyli do równowagi.
Nimb zdrady i smuta lat 80.
Muszę to napisać wprost, bo bez tego nie zrozumiecie mojego odbioru tej płyty: w latach 80., gdy dorastałem, nie ceniliśmy Komedy w ogóle. Powiem więcej – myśmy się nim po prostu brzydzili. To był okres wielkiej, polskiej, postanowojennej smuty, w której – tak wtedy uważałem – ludzie przyzwoici żyli na marginesie, a nieprzyzwoici bezwstydnie korzystali z systemu. Oczywiście, tylko młodość „górna i durna” potrafi tak oceniać innych, ale właśnie od tego ona jest: od takich niesprawiedliwych, ostrych bzdur.
Choć Komedy nie było już wtedy na świecie, nimb, który go otaczał, potwornie mnie wpieniał. Komeda był systemowy. Nawet fakt, że zwiał do Ameryki, nie był żadnym odkupieniem. Bo zwiał tak zwyczajnie, po sukces, bez ciężaru cierpienia Miłosza czy Herlinga-Grudzińskiego. Komeda wyjechał ot tak, zwyczajnie, i to też była w moich oczach zdrada. Chcę to powiedzieć jasno, nawet jeśli Tomasz Lach ma to w nosie (i słusznie!): ja Komedy nie kumałem w ogóle. Przynajmniej do czasu tej płyty.
Świadectwo Lacha: Schmidt jako medium

Tomasz Lach – pasierb Krzysztofa Komedy i kustosz jego pamięci – w tekście do płyty pisze wprost o interpretacjach Piotra Schmidta. To ważne, bo Lach nie ocenia tu kompozycji ojczyma, ale to, co z nimi zrobił Piotr. Pisze o Schmidtowskiej wersji „Rosemary’s Baby” jako o czymś bliskim „fizycznemu muśnięciu”. To niesamowite określenie – trąbka Piotra nie tylko gra, ona dotyka słuchacza.
Lach analizuje dalej: „Dark Forecast” i dwie ballady (z „Noża w wodzie” oraz „Ballad for Bernt”) w wykonaniu Schmidta są dla niego muzycznie proste i ulotnie lekkie, ale gdzieś tam, w tle, nabrzmiałe jak proza Edgara Allana Poe – lękliwym oczekiwaniem niewiadomego, ogarniające mrokiem... To właśnie w tych interpretacjach Piotra, a nie w samych nutach Komedy, Lach odnajduje ten mrok i lęk. Wspomina album najważniejszy: Komeda Unknown 1967. Wychodzi na to, że Piotr Schmidt jest czołowym polskim Komedystą
Architekci brzmienia: Magia składu
Ta sesja nie byłaby tym, czym jest, gdyby nie ludzie, których Piotr zaprosił do tego dialogu. To nie są akompaniatorzy – to równorzędni partnerzy w tej zbrodni na schematach:
Mino Cinelu: Człowiek-legenda, który tworzy tu czarodziejskie, niemal metafizyczne otoczenie rytmiczne. Jego perkusjonalia nie wybijają rytmu – one budują aurę.
Grzech Piotrowski: Moim zdaniem najlepszy polski melodysta. Gość, który potrafi tę melodię tak schować, tak przefiltrować przez swoją wrażliwość, że słuchacz, choć skołowany, wie, co usłyszał, ale za nic nie potrafi pojąć, jak to się stało.
Sebastian Kuchczyński: Mały generał tego składu. Od koncertu w NOSPR jestem bez pamięci zakochany w jego delikatności. To on trzyma rygor tej sesji, pozwalając jednocześnie trąbce Schmidta latać wysoko ponad strukturami.
Michał Barański: Fundament, autor nagradzanej „Masovian Mantry”, który wnosi tu swój unikalny, etniczny puls.
Paweł Tomaszewski: Wizjoner fortepianu i instrumentów klawiszowych, który potrafi płynnie przechodzić od klasycznego frazowania do filmowych plam dźwiękowych. Na swoim koncie ma współpracę z takimi gigantami jak Kurt Elling, Nigel Kennedy, Steve Vai czy China Moses.
Podróż przez utwory: Od szarości do kawy
Aby zrozumieć tę płytę, trzeba przejść przez jej konkretne przystanki. Schmidt ze swoim zespołem nie tylko odgrywa tematy, on je na nowo maluje. Weźmy taką „Szarą kolędę” – to utwór zaskakujący, bo mimo tekstu, który mógłby sugerować pewien mrok, dostajemy kawałek niezwykle pogodny. To tutaj Grzech Piotrowski daje absolutny popis swoich umiejętności, a jego saksofon wspaniale wzlatuje w niebo, niosąc słuchacza wysoko ponad codzienność.
Zupełnie inne emocje budzi „One Hundred Years”. Tutaj nie ma już miejsca na uprzejmości – jest bardzo zadziornie i szybko. To popis sekcji, w której Michał Barański buduje potężny postument muzyczny. Jego bas to fundament, na którym Schmidt może swobodnie uprawiać swoją karkołomną balistykę. Chwilę wytchnienia przynosi natomiast „Filiżanka kawy”. To moment, który jest po prostu melodyjnie piękny; chwila, w której architektura ustępuje miejsca czystej estetyce dźwięku.
Tomaszów Mazowiecki i „strzał chwili”
Album został zarejestrowany live podczas prapremierowego koncertu na Love Polish Jazz Festival w Tomaszowie Mazowieckim. To prawda sceny, gdzie każda improwizacja jest obarczona ryzykiem, ale i nagrodzona autentycznym dreszczem emocji. W tym festiwalowym kontekście „odbrązawianie” Komedy działo się na żywo, na oczach ludzi.
„Nim wstanie dzień”: Opowieść Odrzanina
Oddzielną przestrzenią na tej płycie jest „Nim wstanie dzień”. To jedyna piosenka Komedy, przy której zawsze dostaję ciarek, ale to zasługa filmu Prawo i Pięść. Jako chłopak z Gryfina – miasta odzyskanego i pozyskanego zarazem – jestem w nomenklaturze Jana Rokity „Odrzaninem”. Dla mnie filmowa opowieść o niemieckim miasteczku była żywa, bo sam wychowałem się w takim miejscu – w niemieckim Greifenhagen.
Ta pieśń na koncercie w Tomaszowie, zagrana jako ostatnia, to absolutny kosmos. W moim słowniku powoli kończą się przymiotniki. Ta interpretacja to brylant, diament, muzyczny absolut. Słucham tego kawałka na okrągło i wciąż nie wiem, co powiedzieć. To jest właśnie potęga jazzu, jaką pokazuje Piotr Schmidt: potrafi zinterpretować utwór tak, by pozostał on sobą, a jednocześnie stał się czymś zupełnie innym, nowym i genialnym.
Werdykt?
„Piosenki Komedy Bez Słów” to album dla tych, którzy cenią w jazzie architekturę. To muzyka dla ludzi, którzy szukają w dźwięku oparcia, ale nie boją się, gdy podłoga nagle zaczyna im uciekać spod nóg. Piotr Schmidt potwierdził swoją klasę – nie tylko jako wirtuoz, ale jako mądry interpretator, który wie, że czasem, aby coś naprawdę usłyszeć, trzeba to najpierw pozbawić słów.
Działalność Jazzdy to misja „odbrązawiania” jazzu i pokazywania go jako żywej, pulsującej energii. Jeśli cenisz nasze bezkompromisowe recenzje i chcesz, byśmy dalej mogli tropić takie premiery, postaw nam wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net. Każda filiżanka wspiera niezależne dziennikarstwo, które nie idzie na zgniłe kompromisy!

























Komentarze