Open Thread – Waiting Music (2026): Piękno kontrastów
- ROBERT KOZUBAL

- 3 cze
- 3 minut(y) czytania

Rzadko zdarza mi się, abym po przesłuchaniu nowego albumu miał w głowie tak totalny mętlik. Dawno nie słyszałem tak potężnej, a zarazem dobrze wyważonej rozpiętości stylistycznej na jednym krążku. Z jednej strony dostajemy tu bezkompromisowe eksperymentowanie z dźwiękiem, balansujące na krawędzi awangardy, z drugiej – prześliczne melodie (oczywiście, jak na standardy nowoczesnego jazzu przystało). Ta płyta to żywy dowód na to, że skrajności nie muszą się wykluczać, a mogą tworzyć spójną opowieść.
Ta harmonia to zasługa międzynarodowego, australijsko-kanadyjskiego kwartetu Open Thread, który powrócił z albumem Waiting Music (premiera 22 maja 2026 roku nakładem Earshift Music). To bogata fakturalnie płyta, na której wyraźnie słychać chemię między czterema otwartymi na improwizację muzykami. Wszystko zaczęło się od serii improwizowanych koncertów w Melbourne (w klubie Bar 303 w 2023 roku). Prawdziwy chrzest bojowy materiał przeszedł jednak podczas kanadyjskiej trasy, kiedy zespół w drodze badał i szlifował nowe pomysły. Zaraz po jej zakończeniu, w czerwcu 2025 roku, weszli do studia The Warehouse w Vancouver i zamknęli całość w zaledwie jeden dzień nagraniowy.
Skład jest mocny: Julien Wilson (saksofon tenorowy, elektronika), Peggy Lee (wiolonczela), Theo Carbo (gitary) oraz Dylan van der Schyff na perkusji.
I to właśnie na grę tego ostatniego warto zwrócić szczególną uwagę, bo facet doskonale odnalazł się w tej specyficznej przestrzeni. Nie pcha się na afisz, trzyma się tuż za głównym nurtem dźwięku i momentami operuje jakby nieco z boku, ale robi to po mistrzowsku. Świadomie nadużywa talerzy, co kupiło mnie od pierwszego odsłuchu. Złapałem się na tym, że przy każdym kolejnym odpaleniu tego albumu czekałem właśnie na te jego nieoczywiste, rytmiczne zakręty.
To nieszablonowe podejście do bębnów zresztą zupełnie nie dziwi, kiedy prześwietli się jego postać. Van der Schyff to prawdziwy weteran sceny, mający na koncie udział w blisko 200 nagraniach z kręgu jazzu, muzyki eksperymentalnej i sound artu, gdzie współpracował z absolutną czołówką światowej awangardy (od Johna Zorna po Evana Parkera). Do tego to potężny mózg teoretyczny z tytułem doktora – jako profesor na Uniwersytecie w Melbourne kieruje programami studiów magisterskich z zakresu jazzu i improwizacji, a w wolnych chwilach pisze książki dla MIT Press na temat kognitywistyki muzycznej i psychologii muzyki. Gość po prostu wie o rytmie i strukturze dźwięku wszystko – od strony fizycznej, psychologicznej, aż po czystą, koncertową praktykę. Zatem kiedy go słyszałem dobrze czułem, że on nie kombinuje na oślep, on sobie po swojemu nagona, redefiniuje przestrzeń muzyczną i rytm w ogóle.
Wraz z resztą składu w świetny sposób łączy hymnowe tematy z głęboką improwizacją i zmiennymi krajobrazami rytmicznymi. Co najważniejsze – oni nie traktują kompozycji jako zamkniętego celu. Dla nich to otwarty proces, w którym liczy się przede wszystkim wspólny język, zaufanie i uważne słuchanie się nawzajem.

Na przestrzeni jedenastu utworów album rozwija się niczym seria osobnych środowisk dźwiękowych. Kanciaste linie grane unisono potrafią w ułamku sekundy rozpuścić się w psychodelicznych solówkach, a delikatne miniatury uroczo kłaniają się kameralnej prostocie Erika Satie. Z kolei dłuższe formy, jak utwór Sumud (palestyńskie słowo oznaczające wytrwałość), wciągają w nieregularne metra i elektroakustyczne faktury, przeprowadzając słuchacza przez nieustannie zmieniający się teren.
Sposób dawkowania emocji to majstersztyk. Otwierający, tytułowy utwór nadaje ton całości – wszystko startuje od niepokojącego, dwuordowego gitarowego ostinato, które na naszych uszach mutuje, by pod koniec krążka powrócić niczym niespokojny duch. Chwilę później anarchistyczna energia God's Little Prefect zderza się ze słoneczną cyklicznością From the Deck. Z kolei kompozycje takie jak Pocket Rocket, Travelling Home czy Prince of Spoons bez wysiłku lawirują między folkowym liryzmem, motorycznym groove'em a senną abstrakcją.
Open Thread mistrzowsko balansuje między przystępną bezpośredniością, a głębią. Ta muzyka oddycha – krąży od przestrzennych atmosfer po napędzające pasaże rytmiczne. Album wręcz domaga się wielokrotnego słuchania, bo za każdym razem odkrywa nowe detale. Dostaliśmy dzieło niespokojne, poszukujące, a jednocześnie niesamowicie skupione, zwarte. Świetny pokaz tego, co się dzieje, gdy spotykają się ludzie zafascynowani awangardą, melodią, rytmem i emocjami w muzyce.
Kurde, jak dla mnie (i jest to nawet dka mnie zaskkoczenie) jeden z najciekawszych albumów tego roku.
Lubię ten moment: stawiam ostatnią kropkę w tekście. Wyobrażam sobie Ciebie, jak po lekturze dochodzisz do tego samego momentu, a potem słuchasz już naszej wspólnej muzy. To dla mnie wielka sprawa, choć w istocie, bez osobistego kontekstu mała i banalna. W zasadzie tworzę tego bloga dla tego momentu.
Jeśli uważasz, że spełniam swoją rolę, dorzuć do pieca Jazzdy: buycoffee.to/jazzda.net.
Dziękuję, bez względu na wszystko, za Twoją obecność.




Komentarze