Jak Kocioł Bigosu grał Milesa Autumn Leaves, czyli Jednorożec i elastyczność
- ROBERT KOZUBAL

- 12 cze
- 4 minut(y) czytania
Każdej jesieni, gdy Halny zaczynał drzeć kosówkę z korzeni, a świstaki zamykały swoje górskie interesy na cztery spusty, w pewnej chacie na Bachledówce działo się coś dziwnego. Tylko najstarsi gazdowie o tym wiedzieli, a i oni mówili szeptem – bo to nie jest coś, o czym się opowiada byle komu przy herbacie z sokiem malinowym podlanej elementem baśniowym. Do takich opowieści herbata się nie nadaje, bo mąci narrację siorbaniem, tu trzeba dobrze destylowanego elementu baśniowego, najlepiej ze śliwek, który wlewa się w jamochłon szybko, energicznie i jak najczęściej się da!
O czym była ta gazdowa opowieść?
Otóż we wspomnianej chacie stał na kuchni legendarny kocioł bigosu – tak wielki, że raz widziano w nim odbicie pełni księżyca. Ale nie rozmiar był najdziwniejszy. Gdy tylko zbliżał się Halny, kocioł zaczynał... grać. I to nie byle co – pierwsze takty zawsze przypominały „Autumn Leaves” – jakby dusza Milesa Davisa zamieszkała między kapustą a dziczyzną.
Dzięki mediom społecznościowym o kotle zrobiło się głośno. W tym wirtualnym maglu, jak to w maglu realnym, jedna widziała, ale nie słyszała, druga z kolei zna kogoś kto słyszał, ale nie widział. Wszystko zaś słyszała i widziała Strużniakowa ze Zęba, ale ona żyje wyłącznie dzięki elementowi baśniowemu w codziennej nadpodaży, wobec czego jest mało wiarygodna, a konkretniej, w tym przypadku wiatrygodna.
Niemniej wieść o kotle dotarła do kół oświeconych, choć tutaj, przez góralski lud dumny jako elita mało szanowanych. I słusznie. Razu pewnego ci naukowcy z Krakowa zjechali taszcząc oscyloskopy i mikrofony kontaktowo-kierunkowe, ale jak się okazało ich pogodowy prognostyk pomylił się, gdyż siódmy dzień oblewał narodziny pewnego chłopca z sąsiadem ojca dziecka, więc w końcu przyjechali za późno, gdy garnek dawno skończył nucić „Autumn Leaves“, a i halny w sumie ich wszystkich porwał, nim zdążyli nagrać choćby nutę. Jeden z nich ponoć oszalał i do dziś nuci „Take Five” słoikowi kiszonek. Bez odzewu.
I teraz najciekawsze. Muzycy jazzowi z Podhala zaczęli nazywać to garnkowe zjawisko akustyczne „górskim standardem wiatropędnym”. Nie dość na tym! Pewnej nocy, w środku listopada, odbył się gdzieś w okolicy tajny koncert pod tematycznym hasłem: „Hej amigos zmień mnie ten bigos”. Wystąpili: kocioł (wokale i tło atmosferyczne), boginka-dziwożona (bębny na tarkach do ziemniaków), i Władek z Poronina, który grał na harmonijce ustnej zrobionej ręcznie z blachy do pieczenia oscypków sąsiada.

Oto jednak porzućmy piękne polskie góry, gdyż stawiam przed wami nową, majową płytę trzech równie arcyoryginalnych muzyków ze Starego Kontynentu, jak wspomniany kocioł z bigosem: Sylvaina Darrifourcq na perkusji, Manuela Hermii na saksofonie tenorowym ora Valentina Ceccaldiego na wiolonczeli.
Nic na tej płycie nie jest jednoznaczne. Nic nie jest oczywiste. Wszystko jest zwariowane i przesadzone.
Zacznijmy od tytułu: Unicorn and Flexability, czyli Jednorożec i elastyczność.
Taaaaa
Tytuł zachęca do nieskończonych interpretacji.
Kroczmy tą drogą, a ty ogniu krocz ze mną. Pierwszy utwór pod tytułem "Wąsy i lakier, bez peleryny i rajstop" (oryginalnie: Moustache et vernis, sans cape et sans collants) rozwiewa wątpliwości:
CICHO JUŻ BYŁO
CICHO ZNACZY NUDNO
W tym siedmiominutowym utworze-kolosie, pełnym zwrotów, zawijasów i przewrotów w bok, wiolonczela staje się instrumentem nachalnie szarpanym. Na czele trio staje saksofon, który został tu złapany w jakaś zwariowaną, powichrowaną pętlę, zaś nad tym wszystkim czuwa ostra perkusja. Darrifourcq jest mistrzem dziwacznego grania, jakiś wplecionych w tło odgłosów mechanicznych, zgrzytów, stuków, puków, diabli widzą czego. I słychać je mniej więcej od trzeciej minuty utworu. To one, choć najmniej ważne, stają się najistotniejszym, najbardziej przykuwającym uwagę elementem muzycznym - co samo w sobie jest wybornym żartem ze słuchacza, zwłaszcza słuchacza audiofila. Pamiętajmy, że mamy do czynienia z BRUTAL JAZZEM, więc w ogóle jest brudno, nieczysto, głośno. Momentami ma się wrażenie, jakby odżyła Morphine'a, ale wciąż jeszcze nie wytrzeźwiała.
Utwór tytułowy to jest prawdziwie szalona jazda głową w dół. Darrifourcq mdleje z szybkości, Ceccaldi wszystko szarpie, a Hermi kończy się litość dla instrumentu. Zmian kierunku podążania bez liku. Jakbym miał do czegoś go przyrównać, to do uciekającej w każdym kierunku stonogi, albo poszukiwania piłki przez polską reprezentację na stadionie w Bukareszcie.
No bo sobie z uwagą posłuchajcie perkusji w trzecim utworze pod tytułem "Kebab kognitywny". Darrifourcq gra w nim seriami, jakby pociągał za cyngiel CKM-u, a nie wali w w taraban, ani razu nie rozpoznacie dźwięku wiolonczeli, a saksofon tworzy swoistą stromą ścianę horyzontu. "Homo Narrans" to utwór jakby z repertuaru Kraftwerk: mechanicznie zapętlony, zakręcony jak lody włoskie z chorym saksofonem w finale.
To jest doskonale dziwaczna płyta. Dzięki tej dziwaczności nie powinna się nudzić - zwłaszcza, że obrany przez trio styl to czysta thrash demolka, tyle tylko, że na nie thrashowe instrumenty.
Polecam.
Trio istnieje od 13 lat.
Ma na koncie trzy (łącznie z omawianą) albumy. Pozostałe nosiły tytuły "Bóg w Kasynie", "Kaiju je Cheeseburgera".
Fajnie
Każdy z muzyków ma swój własny świat, swoje własne projekty.
Spośród nich najbardziej mi odpowiadają muzyczne wizje Darrifourcq'a, który stworzył osobisty język na perkusji, zbudowany wokół pojęć „poli-prędkości”, „jakości fizycznej” i mechanizacji gestu dźwiękowego. Z budowanego tak rytmu zrodziły się projekty IN LOVE WITH i TENDIMITE. Kilka lat temu, podczas Letniej Akademii Jazzu w Łodzi, miałem wielką przyjemność obejrzeć i wysłuchać recitalu In Love With i od tamtej pory bacznie i z rosnącym zachwytem obserwuję to, co produkuje Sylvain.
Bo Sylvaina można nie cierpieć.
Ale znać jego muzykę wypada.
A co ma to tego KOCIOŁ BIGOSU grający Milesa Davisa? Jak to co? To przecież niebywałe osobliwości!
Niebawem wraz z ekipami Polish Jazz Blog i Kind Of Jazz organizujemy wspólną ekspedycję paranaukowo-dźwiękową w poszukiwaniu legendarnego kotła. Dotrzemy do niego, poczekamy na halny, aby zarejestrować na magnetofon szpulowy Unitra ZK 120 T i udostepnić przez popularne serwisy streamingowe. Możesz nas wesprzeć finansowo, ale po co ... kiedy możesz wesprzeć mnie.

Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was.
Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!
0





Komentarze