top of page
prelegenci

On Fools and Clowns- Nico Widdowson Trio

3 dni temu
3 minut(y) czytania

Rzut oka na okładkę i... zaraz, zaraz, coś tu nie gra! Przed nami zamulona Tamiza, w tle kawał starej cegły, rdzawe barki i potężna kopuła Katedry św. Pawła – kto był w Londynie, rozpozna to miejsce bez pudła. A na pierwszym planie? Czysty Monty Python. Facet w eleganckim garniaku stoi po kolana w mętnej wodzie i z kamienną twarzą poprawia krawat. Ani kroku w tył, pełen fason.


Skoro na okładce coś nie gra, to może zagra na płycie? Włączam On Fools and Clowns. Królu Polski najświętszy, toż to Monk! Jakniejaktak! Muzyka jest lekko nietrzeźwa, fortepian rozbujany, a sam mistrz Thelonious jak żywy! Tak, jakby wstał z grobu, spokojnie poszedł kupić bilet lotniczy, wsiadł w samolot, przeleciał nad Atlantykiem, wbił prosto do studia i zasiadł za klawiaturą. Bez względu na to, jak mocno wierzycie w życie pozagrobowe, to jednak niemożliwe – nie dokonał tego nawet Sun Ra, a on wszakże mógłby, jakby się wydawało.


Nie ma co czarować, fortepian się na tym albumie rozpycha jak rugbista w młynie, wali hołubce, strzela fikołki, małpuje, szympansuje. Monkiem wieje tu z każdej szczeliny, a autorem tego całego zamieszania jest Nico Widdowson. Album ma premierę 18 września nakładem Trash City Records.


Zamknijcie oczy i wsłuchajcie się w tę muzykę. Słyszycie? Taaaaak, widzę to oczami wyobraźni! Widdowson pakuje manatki i szczęśliwy wynosi się z Leeds. Jedzie do stolicy. Świat jest u jego stóp, gęba mu się śmieje... A potem? Zimny prysznic.


I powiedzmy to sobie wprost: to nie jest kolejna wymuskana płyta młodego dżezmena z akademii, który chce zaimponować szybkością palców. To bezczelny, krwisty pamiętnik z trzech lat orki na ugorze. Widdowson zderzył się ze ścianą – kosmicznymi cenami, wrednymi landlordami, walką o każdy funt i niepewnością freelancera, który nie wie, co zje za tydzień. Zamiast jednak biadolić, przetopił tę złość, frustrację, ale i masę humoru w jedenaście kapitalnych numerów.


Muzycznie to ukłon w stronę tradycji improwizacji, ale potraktowany bez muzealnego namaszczenia. Widdowson bierze do ręki prostą linię: zaczyna od starego stride'u Williego „The Lion” Smitha, przechodzi przez Duke’a Ellingtona i Monka, a kończy na kosmicznym Sun Ra i Jakim Byardzie. Wszystkich tych facetów łączyło jedno – bezkompromisowość i własny, niepodrabialny ton. I dokładnie to samo próbuje robić młody Brytyjczyk.


Na płycie nie jest sam. Bas trzyma Joe MacLaren, a za bębnami na zmianę siadają Jordan Hadfield i Charlie Hutchinson. Słychać od pierwszych taktów, że to trio nie poznało się pięć minut przed włączeniem mikrofonów. Zanim weszli do studia, ogrywali te kawałki do upadłego w klubach londyńskiego Soho, sprawdzając reakcje ludzi na żywym organizmie.


Samo nagranie też miało swój specyficzny klimat – sesję zrobiono na łodzi zacumowanej na Tamizie. Zamiast cyzelować każdą nutę, ciąć ścieżki i sklejać je z linijką w ręku, poszli na całość: grali pełne sety na żywo, na jednym oddechu. Nikt tu nie bał się pomyłek ani brudu. Aranże potrafiły zmienić się w trakcie numeru, kolejność kawałków była płynna, a spontaniczny pomysł rzucony w ułamku sekundy decydował o brzmieniu całości. Liczył się nerw, nie metronom.


Efekt? Dżezzowa karuzela! Kawałek zainspirowany zagrzybioną norą od chciwego właściciela sąsiaduje tu z poruszającą dedykacją dla rodziny, a radość z grania z kumplami miesza się ze strachem o kasę i artystycznym zwątpieniem. Piękno tłucze się z brzydotą, a po chwili liryzmu dostajesz po uszach kontrolowanym chaosem.


Widdowson (laureat Tina May Jazz Award 2025) przypomina o czymś zasadniczym: dżez może być kanciasty, potargany, piekielnie zabawny i na wskroś ludzki. Warto wejść w ten świat po same uszy – nawet jeśli przyjdzie nam przy tym zamoczyć nogawki w rzece.


Premiera albumu 18 września 2026

Komentarze


bottom of page