Od bluesa po jazzowy szczyt. Marek Piowczyk o „Baltic Experience” i Nowej Nadziei polskiego jazzu
- ROBERT KOZUBAL

- 10 lut
- 5 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 12 lut

Pochodzi ze Śląska, ale serce oddał Bałtykowi. Jego gra to fascynująca podróż od surowego, brudnego bluesa, przez matematyczną precyzję akademickiego jazzu, aż po uduchowioną, autorską improwizację. Marek Piowczyk – gitarzysta, który głosami czytelników „Jazz Forum” został ogłoszony Nową Nadzieją polskiego jazzu – w szczerej rozmowie z Robertem Kozubalem opowiada o szukaniu własnego tonu, magii analogowego nagrywania i osobistych listach ukrytych w dźwiękach.
Robert Kozubal Jazzda.net: Gdy słucha się Twojej gry, trudno nie ulec wrażeniu, że masz bardzo silne, niemal organiczne zakorzenienie w bluesie. Słuchając Twojego utworu „Desire” z 2014 roku oraz oglądając skrót Twojego recitalu dyplomowego, mam wrażenie, że już właśnie wtedy blues był dla Ciebie podstawą. Czy to faktycznie blues był Twoim pierwszym muzycznym językiem, na którym dopiero później nabudowałeś jazzową frazę?
Marek Piowczyk: Pochodzę ze Śląska, który uchodzi za kolebkę bluesa w Polsce. Swego czasu byłem częstym uczestnikiem jam sessions organizowanych w Śląskim Jazz Clubie w Gliwicach. Blues był tam podstawą, nabierałem tam pierwszych szlifów muzycznych. Ta muzyka jest ze mną od zawsze, z czego bardzo się zresztą cieszę. Jest to też baza dla większości gatunków muzycznych, w tym dla jazzu oczywiście. Uczy frazowania typu call & response, specyficznej artykulacji i ogrywania harmonii. To często elementy kulejące u wielu gitarzystów, którzy nie mają tego typu doświadczeń. Można powiedzieć, że moja pierwsza płyta „Desire”, wraz z singlem ją promującym, jest swoistym hołdem dla muzyki około bluesowej.
Robert Kozubal Jazzda.net: Mistrzowie strun – od delty po modern: Kto znajduje się na Twojej prywatnej liście „gitarowych bogów”? Czy to postacie tak fundamentalne jak Robert Johnson, bez którego trudno wyobrazić sobie historię gitary, czy może szukasz energii u młodszych stażem, ale równie żarliwych kontynuatorów tradycji, jak Kenny Wayne Shepherd? A jacy gitarzyści jazzowi są dla Ciebie wzorcem?
Marek Piowczyk: Trudno o taką listę, gdyż wspaniałych gitarzystów, którymi można się inspirować jest wielu. Wymienię kilku, przede wszystkim tych, którzy dali fundament współczesnym, gitarowym brzmieniom. Wolałbym nie dzielić tutaj gatunkowo, gdyż muzyka jest jedna, a style wzajemnie się przenikają: Wes Montgomery, Kenny Burrel, Stevie Ray Vaughan, Robben Ford, Jimmy Hendrix, Joe Pass, Eric Clapton, Jim Hall, Pat Martino. Bardziej współcześnie: John Scofield, George Benson, Mike Stern, Pat Metheny, Jonathan Kreisberg.
Robert Kozubal Jazzda.net: Wiele osób podkreśla, że Twoje brzmienie jest bardzo dojrzałe i rozpoznawalne. Jak długo zajęło Ci znalezienie tego konkretnego „tonu”, który dziś definiuje Twoją muzykę?

Marek Piowczyk: To chyba największy komplement dla muzyka, dziękuję. Myślę, że chodzi tu przede wszystkim o bardziej świadome wsłuchiwanie się w siebie i odwagę do przekazywania tego co czujemy na zgodny z własną wrażliwością sposób. Nigdy nie szukałem swojego brzmienia, pozwalam za to prowadzić się intuicji, bez przymusu grania „jak inni”. Uważam, że istotnym elementem, szczególnie w bardziej początkowym etapie muzycznego rozwoju, jest nauka tego, co przynosi nam radość, niekoniecznie zaś tego czego wymaga formalna edukacja.
Robert Kozubal Jazzda.net: Gdybyś miał ocenić swoją ówczesną grę i podejście do instrumentu z perspektywy dojrzałego, wykształconego artysty, którym jesteś obecnie – co było Twoją największą siłą, a co musiałeś „przepracować”, by stać się muzykiem jazzowym pełną gębą?
Marek Piowczyk: To ciekawe pytanie. Myślę, że moją siłą od zawsze była pracowitość, konsekwencja w działaniu, swoboda improwizacji i zdolność łamania schematów. Pamiętam jednak, że bardzo trudno było mi zaakceptować fakt, że w jazzie, szczególnie w początkowych etapach jego nauki potrzeba sporo analiz, czasami wręcz matematycznych czy mniej emocjonalnego stylu gry. Pamiętam tutaj moje pierwsze zgrzyty na Akademii Muzycznej. Powiedziałem jednak sobie wtedy: „Zaufaj, daj temu szansę, weź z tego co najlepsze i zrób to po swojemu”. Z czasem, wszystko to otwiera głowę, buduje świadomość i wolność muzyczną. To trochę jak drabina po której warto wejść, a potem ją odrzucić. Nie ma drogi na skróty.
Robert Kozubal Jazzda.net: Gratuluję zwycięstwa w ankiecie Jazz Top 2025 magazynu Jazz Forum! Jakie to uczucie zostać ogłoszonym „Nową Nadzieją” polskiego jazzu głosami samych czytelników? Czy fakt, że to wyróżnienie płynie bezpośrednio od odbiorców, a nie tylko od zamkniętego grona krytyków, ma dla Ciebie szczególne znaczenie?

Marek Piowczyk: Dziękuję, to dla mnie wielkie wyróżnienie. Mieszanka serdecznych uczuć, wzruszenia – trudno opisać to słowami, szczególnie, że mówimy tutaj o najbardziej prestiżowym plebiscycie w środowisku jazzowym. To też ogromny zaszczyt, że moja muzyczna droga została tak wszechstronnie doceniona, zostałem laureatem w dwóch kategoriach – zarówno jako muzyk oraz zespół i to przy tak szalenie zdolnej konkurencji. Myślę, że spory wpływ miało tutaj też wydanie mojej pierwszej jazzowej płyty „Baltic Experience”, która również znalazła się w topie plebiscytu wyróżnionych płyt jazzowych ubiegłego roku, a jej realizacja została wyróżniona przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Fakt, że głosowali tutaj odbiorcy daje mi jasny sygnał, że moja osoba i muzyczne przedsięwzięcia trafiają do serc, wzbudzają uznanie i są zapamiętane, niezależnie od branżowych mediów. To chyba w tym wszystkim najpiękniejsze.
Robert Kozubal Jazzda.net: Na nowej płycie zdecydowałeś się na szerszy skład niż Twoje klasyczne trio. Co skłoniło Cię do takiego kroku? Czego brakowało Ci w mniejszym składzie, co mogłeś uzyskać dopiero przy tak powiększonej liczbie muzyków?
Marek Piowczyk: Uwielbiam formułę gitarowego trio, jednak czułem, że w części materiału „Baltic Experience” brzmienie trąbki jest czymś naturalnym. Tym samym część materiału zaaranżowałem na kwartet i do udziału w nagraniach zaprosiłem wspaniałego trębacza – Adama Skorczewskiego. Uzyskaliśmy muzyczną przestrzeń i swoisty dialog z gitarą. Podkreśla to liryczny charakter płyty, co szczególnie można usłyszeć w bardziej kojących utworach, takich jak „My Ballad” czy „Little Waltz”.
Robert Kozubal Jazzda.net: Czy tytuł albumu niesie ze sobą jakąś konkretną historię lub symbolikę? Czy to próba opisania obecnego etapu Twojej drogi artystycznej?
Marek Piowczyk: Album jest głęboko zakorzeniony w tożsamości Pomorza – zarówno emocjonalnie, jak i artystycznie, a całość powstała przy współpracy z utalentowanymi jazzowymi muzykami związanymi z regionem, co podkreśla charakter projektu. Tytuł płyty nie jest przypadkowy, to moja muzyczna podróż inspirowana naturą Morza Bałtyckiego, jego zmiennością, przestrzenią, spokojem i żywiołowością. To też opowieść o miejscach i ludziach, których spotkałem w ostatnich latach mojego życia na Pomorzu.
Robert Kozubal Jazzda.net: Jednym z najbardziej intrygujących momentów na płycie jest utwór „For P.”. To brzmi jak bardzo osobisty wątek. Czy możesz zdradzić, kim jest tajemniczy „P.” i dlaczego to właśnie dla niego powstała ta kompozycja?
Marek Piowczyk: Masz nosa. Czasami w życiu dzieją się nieprzewidywalne rzeczy, czasem wbrew logice. Tak właśnie było i w tym przypadku. To doświadczenie wywarło na mnie znaczący wpływ, dało też życiową lekcję. Chciałbym pozostawić ten utwór w formie osobistego, muzycznego listu. Dziękuję, że ten utwór zwrócił Twoją szczególną uwagę.
Robert Kozubal Jazzda.net: Prowadzisz warsztaty i ćwiczenia dla gitarzystów. Jako muzyk pełnisz też rolę mentora. Co byś poradził młodym gitarzystom jazzowym, którzy są na początku drogi i marzą o wielkiej scenie?

Marek Piowczyk: Zgadza się. Myślę, że dzielenie się doświadczeniem, wiedzą czy pomoc w przekraczaniu własnych muzycznych barier to wielka wartość. Wymaga empatii, indywidualnego podejścia, rozumienia potrzeb drugiego człowieka i zaufania. Myślę, że w dążeniu do muzycznych sukcesów najważniejsza jest wiara w siebie, cierpliwość, konsekwencja w działaniu i praca, niezależnie od zmieniających się okoliczności. Warto pamiętać, że nie liczy się sama meta, a przede wszystkim muzyczna droga. Reszta, prędzej czy później, przyjdzie sama.
Robert Kozubal Jazzda.net: Gdzie widzisz siebie i swoją muzykę za kilka lat? Czy planujesz dalej eksplorować duże składy, czy może planujesz powrót do bardziej intymnych, surowych form?
Marek Piowczyk: W każdej formule jest coś wyjątkowego i rozwijającego, jestem otwarty na każdą z nich. W moim przypadku – plany lepiej w pierwszej kolejności zrealizować, później o tym opowiedzieć, z pewnością o tym usłyszycie :)
Robert Kozubal Jazzda.net: Czego mogą spodziewać się słuchacze, którzy włączą Twój album po raz pierwszy? Gdybyś miał opisać tę płytę trzema słowami, co by to było?
Marek Piowczyk: Przede wszystkim sporej dawki zaskoczeń – zarówno brzmieniowych jak i muzycznych. Album został nagrany w pełni analogowo, w stylu „na setkę”, tak by zachować koncertową energię i synergię muzyków. Płyta ma w sobie wiele kolorów – od tych stonowanych po burzliwe, jak na „Baltic Experience” przystało. Podróż – Dialog – Duchowość.
Robert Kozubal Jazzda.net: Dziękuję za rozmowę
Działalność Jazzdy to misja przybliżania muzyki, która wymaga skupienia, uważności i otwartości na nieznane. Jeśli cenisz nasze rozmowy i chcesz, byśmy dalej mogli „odbrązawiać” polską scenę muzyczną, docierając do najciekawszych twórców, wesprzyj nas wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda.net. Każde wsparcie pozwala nam być tam, gdzie muzyka oddycha pełną piersią.





Komentarze