top of page
prelegenci

Lakecia Benjamin "we Dream" (2026) Triumf światła nad mrokiem


Najnowszy album Lakecii Benjamin „We Dream” porusza tak głęboko dlatego, że stoi za nim wręcz nieprawdopodobna historia osobistych doświadczeń i hartu ducha liderki. Ta płyta – która oficjalnie ma swoją premierę już jutro, 5 czerwca – to absolutnie najdojrzalsze dzieło w całym dorobku nowojorskiej saksofonistki altowej. Miałem już okazję wysłuchać tego materiału przedpremierowo i jestem nim absolutnie zachwycony. Lakecia Benjamin idzie tutaj o krok dalej niż na wspaniałym krążku Phoenix oraz jego genialnej, koncertowej kontynuacji Phoenix Reimagined (Live).  


To triumfalny manifest kobiety, która aby znaleźć się w tym miejscu, musiała przejść przez prawdziwy ogień: od dorastania w niebezpiecznej, naznaczonej przemocą nowojorskiej dzielnicy, przez grę „na bezczela” na przesłuchaniach bez znajomości swingu, bolesne odrzucenie przez wszystkie prestiżowe uczelnie muzyczne, konieczność ciężkiej harówki na dwa etaty w supermarkecie, by opłacić bajońskie czesne, aż po absolutnie dramatyczny, niemal śmiertelny wypadek samochodowy, który zostawił ją ze złamaną szczęką i pytaniem, czy jeszcze kiedykolwiek utrzyma w ustach ustnik saksofonu. Fakt, że po tym wszystkim Benjamin nie tylko wraca na scenę w kołnierzu ortopedycznym, temblaku i łamiąc lekarskie zakazy, by wywalczyć szacunek jazzowych mistrzów, ale dziś z pełną dumą dyryguje własną ligą muzycznych superbohaterów, nadaje „We Dream” wymiar dzieła absolutnie wyjątkowego.


„We Dream” jest triumfem życia nad mrokiem.  


Pozwólcie, że opowiem wam jej niezwykłą historię, którą dedykuję każdemu młodemu człowiekowi – nie tylko adeptom jazzu. Jej życie to mega pozytywna lekcja uporu, hartu ducha i konsekwencji obranych wyborów.


Marzymy… i zbieramy Avengersów

„Teraz wszystko wydaje się naprawdę ciemne, więc staramy się być światłem”  

– tak Lakecia Benjamin mówi o swoim najnowszym, szóstym albumie studyjnym pt. „We Dream”. Krzysztofowi Komorkowi z Donosu Kulturalnego w programie Z kamerą wśród jazzu powiedziała ponadto: „Chcę przywrócić nadzieję, radość i ideę, że istnieje możliwość, by wszyscy mogli tu żyć razem w pokoju i szczęściu”.  


Aby zrealizować tę wizję, artystka zebrała prawdziwy zespół marzeń, który sama nazywa „Avengersami”. W skład tej grupy wchodzą wybitni twórcy, których Benjamin podziwia za zdolność do ewolucji, innowacji i przekształcania języka muzycznego: Terence Blanchard, Chief Xian aTunde Adjuah, Chris Potter, Jeff „Tain” Watts, Hiromi, Black Thought, Bilal, Tarriona „Tank” Ball oraz Kassa Overall.  


Każdy z zaproszonych artystów to postać o ogromnym dorobku i statusie w świecie muzyki:


  • Terence Blanchard – wybitny trębacz i kompozytor, wielokrotny zdobywca nagrody Grammy, ceniony za swoje przełomowe ścieżki dźwiękowe do filmów Spike’a Lee oraz wkład w rozwój nowoczesnego jazzu.  

  • Chief Xian aTunde Adjuah – innowacyjny trębacz i wizjoner muzyczny, który zrewolucjonizował podejście do instrumentacji dętej i teorii muzyki, wielokrotnie nominowany do nagrody Grammy za swoje autorskie koncepcje brzmieniowe.  

  • Chris Potter – jeden z najbardziej wpływowych saksofonistów współczesnej eras, uznawany za wirtuoza improwizacji, którego techniczna biegłość i kompozycje wyznaczyły nowe standardy dla kolejnych pokoleń jazzmanów.  

  • Jeff „Tain” Watts – legendarny perkusista i wielokrotny zdobywca nagrody Grammy, znany z niezwykłej energii i nowatorskiego podejścia do rytmu. Był wieloletnim członkiem kwintetu i septetu Wyntona Marsalisa, nagrywając z nim m.in. kultowy album Black Codes (From the Underground). Przez dekady pozostawał także jednym z najważniejszych muzycznych partnerów Branforda Marsalisa, grając w jego kwartetach, oraz współpracował z wybitnym pianistą Kennym Kirklandem.  

  • Hiromi – pianistka o fenomenalnej technice i niespożytej energii scenicznej, która z powodzeniem łączy jazz, rock progresywny i muzykę klasyczną, zdobywczyni prestiżowych nagród i wyróżnień na całym świecie.  

  • Black Thought – współzałożyciel legendarnego zespołu The Roots, uważany za jednego z najbardziej utalentowanych i technicznie zaawansowanych raperów w historii hip-hopu, wielokrotny zdobywca nagrody Grammy.  

  • Bilal – charyzmatyczny wokalista R&B i neo-soulu, laureat Grammy, słynący z niezwykłej skali głosu i zdolności do swobodnego poruszania się między gatunkami – od jazzu po eksperymentalną elektronikę.  

  • Tarriona „Tank” Ball – liderka zespołu Tank and the Bangas, poetka i wokalistka, której twórczość zdobyła szerokie uznanie za łączenie spoken word z funkiem, soulem i hip-hopem, wielokrotnie nominowana do nagrody Grammy.  

  • Kassa Overall – perkusista, producent i raper, który przesuwa granice jazzu, łącząc go z nowoczesną produkcją hip-hopową i awangardową elektroniką. Jego twórczość charakteryzuje się nowatorskim podejściem do samplingu i tworzenia hybrydowych form muzycznych, dzięki czemu zyskał opinię jednego z najciekawszych wizjonerów współczesnej sceny, płynnie zacierającego różnice między tradycyjną improwizacją a nowoczesnym bitem.  


fot. Elizabeth Leitzell
fot. Elizabeth Leitzell

Lakecia Benjamin potrzebowała grupy wybitnych artystów, którzy wspólnie – niczym drużyna superbohaterów – mogliby zrealizować wizję wniesienia jasnego światła w mroczną rzeczywistość. Artystka wyraźnie podkreśla, że nie zaprosiła tych muzyków jedynie jako ozdoby do swoich utworów, lecz uczyniła z nich kolektyw działający w duchu wspólnego celu i głębokiej służby muzyce. Ta filmowa nazwa idealnie oddaje ich zjednoczone dążenie do niesienia nadziei i podnoszenia słuchaczy na duchu w tych wyjątkowo trudnych czasach.  


Washington Heights i rytm Małego Santo Domingo


Lakecia pochodzi z nowojorskiego Washington Heights (często nazywanego przez mieszkańców po prostu „The Heights”), czyli kultowej, niezwykle charakterystycznej dzielnicy położonej w górnej części nowojorskiego Manhattanu (Upper Manhattan). Historycznie i ekonomicznie Washington Heights to dzielnica klasy robotniczej (working-class), tradycyjnie uznawana za jedną z biedniejszych lub średnio zamożnych części Manhattanu, choć w ostatnich latach podlega procesom gentryfikacji. Daleko jej jednak do luksusowego klimatu Upper East Side czy szklanych wieżowców Midtown.  


To miejsce o potężnej, wyrazistej tożsamości kulturowej. Od lat 60. i 70. XX wieku Washington Heights stało się centrum migracji z Karaibów, a w szczególności z Republiki Dominikańskiej. Z tego powodu dzielnica bywa nazywana „Małym Santo Domingo”. Klimat tego miejsca ukształtował specyficzny krajobraz kulturowy: to dzielnica, gdzie życie tętni na chodnikach. Normalnym widokiem są sąsiedzi grający w domino na rozstawionych stolikach, otwarte okna samochodów, z których głośno leci bachata, merengue, salsa czy klasyczny nowojorski hip-hop. 

 

Co to dokładnie za dźwięki?

MERENGUE

To muzyczny wulkan energii i absolutna narodowa duma Republiki Dominikańskiej. Styl ten charakteryzuje się niezwykle szybkim, wręcz szaleńczym tempem w metrum 2/4 oraz bardzo wyrazistym, bębniącym rytmem, za który odpowiada tradycyjny bęben dwustronny (tambora). Nieodłącznym elementem merengue jest też metalowa tarka (güira), która nadaje utworom charakterystyczny, jednostajny szelest, oraz dynamiczne, powtarzalne sekcje instrumentów dętych (głównie saksofonów i trąbek) połączone z akordeonem. Muzyka ta jest skoczna, radosna i wręcz zmusza do natychmiastowego tańca.  

BACHATA

Również wywodzi się z Dominikany, ale stoi na zupełnym antypodzie emocjonalnym do merengue. Historycznie była to muzyka tamtejszych nizin społecznych, pełna nostalgii i melancholii – nazywano ją wręcz „muzyką goryczy” (música de amargue). Trzon brzmienia bachatowego stanowi charakterystyczna, ostro, metalicznie brzmiąca gitara prowadząca (requinto), która gra gęste, arpeggiowane melodie, podparte miękkim rytmem małego bębenka (bongo). Choć współczesna, miejska bachata stała się światowym, zmysłowym hitem popowym, u jej podstaw zawsze leży romantyczna, pełna tęsknoty lub złamanego serca opowieść. 

SALSA

To wielki, wielokulturowy tygiel, który paradoksalnie skrystalizował się nie na Karaibach, a na ulicach Nowego Jorku w latach 60. i 70. XX wieku, za sprawą imigrantów z Portoryko i Kuby. Salsa (co po hiszpańsku oznacza „sos”) to niezwykle złożona fuzja kubańskiego son, afrykańskich rytmów i amerykańskiego jazzu. Jej rytmicznym kręgosłupem jest tzw. clave – specyficzny, synkopowany wzorzec wybijany na drewnianych kołkach. Brzmienie salsy jest gęste, bogate i drapieżne: potężne sekcje dęte (puzony, trąbki) ścierają się tu z bogatą sekcją perkusyjną (kongi, timbalesy) oraz jazzowymi, rwanymi partiami fortepianu (montuno). To muzyka dumna, dumna ze swoich korzeni i niezwykle wyrafinowana technicznie.  


Tak więc w takim oto miejscu dorastała Lakecia. Wpływ na jej rozwój miały też inne, pozamuzyczne kwestie.


Nowojorska lekcja przetrwania: lata 90. i narodziny buntu


Poczatek lat 90., gdy 10-letnia Lakecia Benjamin żyła w Nowym Jorku, był to dla czarnoskórej społeczności w USA czas ogromnych napięć społecznych, ale też potężnej eksplozji tożsamościowej i kulturowej. Z jednej strony był to okres walki z systemowym rasizmem i przemocą, z drugiej – złota era kultury afroamerykańskiej, która na stałe przejęła główny nurt.  


Sprawa Rodneya Kinga i zamieszki w Los Angeles (1991–1992)


Gdy Lakecia miała 10 lat, całą Ameryką wstrząsnęły wydarzenia z Los Angeles. Brutalne pobicie czarnoskórego Rodneya Kinga przez białych policjantów zostało nagrane na wideo, a uniewinnienie funkcjonariuszy w kwietniu 1992 roku doprowadziło do gigantycznych, krwawych zamieszek. Choć rzecz działa się na Zachodnim Wybrzeżu, echo tych wydarzeń uderzyło w każdy czarny dom w Nowym Jorku, budząc w młodym pokoleniu ogromną świadomość polityczną, gniew i potrzebę buntu przeciwko niesprawiedliwości.  




Napięcia rasowe w samym Nowym Jorku


Nowy Jork na początku lat 90. był miastem o bardzo wysokiej przestępczości i silnych podziałach rasowych. Świeżo w pamięci mieszkańców były tragiczne wydarzenia z Bensonhurst (zabójstwo czarnoskórego Yusufa Hawkinsa w 1989 r.) oraz zamieszki w Crown Heights na Brooklynie w 1991 roku (konflikt między społecznością afroamerykańską a ortodoksyjnymi Żydami). Dorastanie w tamtym czasie oznaczało codzienne poruszanie się w atmosferze niepokoju, ale też uczyło solidarności wewnątrz własnej wspólnoty.

  

Złota Era Hip-Hopu i świadomość kulturowa


Lata 1992–1993 to absolutny szczyt tzw. Złotej Ery Hip-Hopu w Nowym Jorku. Ulice Washington Heights tętniły muzyką takich składów jak A Tribe Called Quest, De La Soul czy Wu-Tang Clan, a chwilę później The Roots (z którymi Benjamin współpracuje na najnowszej płycie!). Co kluczowe, ówczesny hip-hop nie był tylko rozrywką – był głęboko zaangażowany społecznie, afrocentryczny i edukacyjny. Młodzi ludzie chłonęli z tekstów wiedzę o prawach obywatelskich, Malcolmie X i dumie ze swojego pochodzenia.  


Renesans czarnego kina i popkultury



Autorstwa Marion S. Trikosko - , Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=31571
Autorstwa Marion S. Trikosko - , Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=31571

Początek lat 90. to czas, kiedy czarni twórcy zaczęli masowo dochodzić do głosu w kinie. W 1992 roku premierę miał monumentalny film „Malcolm X” w reżyserii Spike'a Lee (ścieżkę dźwiękową do niego napisał Terence Blanchard – ten sam, który dziś gra jako jeden z „Avengersów” na nowej płycie Lakecii). Pojawiły się też takie filmy jak „Boyz n the Hood” czy „Juice”. Pokazywały one surową rzeczywistość getta, ale też dawały czarnej młodzieży poczucie, że ich głos i ich historie są ważne dla całego świata.  


Autorstwa Hans Reitzema, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3624753
Autorstwa Hans Reitzema, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3624753

Dla małej dziewczynki z Washington Heights, która w tamtym momencie zaczynała swoją edukację muzyczną, początek lat 90. był lekcją tego, że sztuka i muzyka są najlepszym narzędziem do walki z mrokiem codzienności. Gniew wywołany niesprawiedliwością społeczną mieszał się z dumą z własnej kultury. Ta dwoistość – z jednej strony świadomość trudnych realiów świata, a z drugiej szukanie w muzyce siły, buntu i światła – to fundament, na którym Benjamin do dziś buduje całą swoją artystyczną tożsamość.  


Cierpliwość fletu prostego i rodzinne katusze


Wszystko zaczęło się w szkole podstawowej, gdy nauczyciel postawił ją przed prostym wyborem: śpiewanie w chórze albo gra w zespole. Dziewczyna bez wahania wybrała to drugie. Choć pedagog dwoił się i troił, próbując dopasować jej najróżniejsze instrumenty, uparta kilkulatka miała w głowie tylko jeden cel: saksofon. Pojawił się jednak spory problem logistyczny – w szkolnym schowku nie było akurat ani jednego wolnego altu.


Zamiast się poddać, Benjamin podjęła rzuconą rękawicę i... utknęła na blisko trzy lata z fletem prostym w dłoniach. Siedziała karnie w zespole, piszczała z nut i czujnie wypatrywała dnia, w którym starszy kolega zwolni upragniony instrument. Równolegle z determinacją piłowała domowe wprawki, co wystawiło na potężną próbę nerwy jej najbliższych. Rodzice byli początkowo autentycznie przerażeni perspektywą posiadania w domu hałaśliwego dęciaka. Każdy, kto choć raz miał do czynienia z początkującym muzykiem, doskonale wie, że ten wczesny okres formowania brzmienia to dla otoczenia czysta katorga – czas, kiedy instrument brzmi po prostu beznadziejnie. Ale i tę domową barierę mała Lakecia zdołała przełamać swoim legendarnym już uporem.


„O, więc to jest jazz? Myślałam, że po prostu gram z nut”


Czasami o ludzkim losie decyduje czysty przypadek, biurokracja i... kompletny brak świadomości gatunkowej. Gdyby nie nowojorska reforma edukacji, Lakecia Benjamin być może nigdy nie sięgnęłaby po jazzowy kanon. Wszystko zaczęło się w połowie lat 90., gdy w Nowym Jorku wprowadzono restrykcyjne prawo o rejonizacji szkół średnich. Dla nastoletniej dziewczyny z Washington Heights oznaczało to jedno: bilet w jedną stronę do lokalnej placówki, która cieszyła się ponurą sławą z powodu wszechobecnej przemocy.  

Benjamin doskonale wiedziała, że jeśli tam trafi, jej artystyczne plany legną w gruzach, a mama postawiła sprawę jasno: „Musisz się stamtąd wyrwać”. Ratunkiem okazała się legendarna, znana z filmu Fame szkoła artystyczna LaGuardia High School, położona tuż obok prestiżowego Lincoln Center. Starsi koledzy podpowiedzieli Lakecii, że pomyślne zdanie egzaminów wstępnych to jedyna legalna przepustka do ominięcia rejonizacji.  


fot. Elizabeth Leitzell
fot. Elizabeth Leitzell

Mając zaledwie 14 lat, Benjamin stanęła przed komisją egzaminacyjną, w której zasiadał między innymi wybitny tubista Bob Stewart. Początek poszedł gładko – dziewczyna bez problemu zagrała klasyczną etiudę Marcela Mule. Schody zaczęły się moment później, gdy egzaminatorzy podsunęli jej pod nos nuty z kompozycją samego mistrza bebopu, Charliego Parkera.  

Sęk w tym, że młoda saksofonistka nie miała zielonego pojęcia, czym jest jazz. Wychowana w tętniącym dominikańskimi rytmami Washington Heights, zrobiła to, co podpowiadało jej serce i ulica – zagrała klasyczny jazzowy standard w gorącym, ekspresowym rytmie... merengue.


Wyobraźcie sobie miny szacownych profesorów, gdy nastolatka z pełnym przekonaniem, czując na sobie zdumiony wzrok wszystkich zebranych, skończyła swój popis i z rozbrajającą szczerością rzuciła: „Oto utwór, proszę pana”.  


Reakcja komisji przeszła jednak do historii. Bob Stewart spojrzał na nią z niedowierzaniem i zapytał, czy kiedykolwiek grała jazz. Reakcja nastoletniej Lakecii była bezcenna:  

„O, więc to jest jazz? Myślałam, że po prostu gram z nut”.  

Gdy profesor zaczął odliczać jej tradycyjny, jazzowy rytm na cztery, zdezorientowana dziewczyna zaczęła dopytywać, gdzie podziały się pozostałe uderzenia, do których była przyzwyczajona w karaibskich bitach. Stewart musiał na miejscu wyłożyć jej łopatologicznie, na czym w ogóle polega jazzowy swing. Ten moment zmienił wszystko. Choć Benjamin nie miała pojęcia, co robi, profesor dostrzegł w niej niesamowity, surowy diament.  


Docenił jej świetne brzmienie oraz naturalną, piękną frazę i postawił ultimatum: dał jej listę pięciu płyt CD i zapowiedział, że jeśli ta muzyka jej się spodoba, zostanie przyjęta i od razu dostanie pozycję pierwszego altu w szkolnym big-bandzie. Sama zainteresowana nie rozumiała nawet wtedy, co w ogóle oznacza termin „pierwszy alt”.  


Lista była bezkompromisowa: Charlie Parker, Charles Mingus, Duke Ellington, Kenny Garrett i John Coltrane. Benjamin popędziła do domu, a jej mama natychmiast odszukała nagrania. Na pierwszy ogień poszedł Duke Ellington. Gdy z głośników popłynęła genialna solówka trąbki Clarka Terry'ego, młoda dziewczyna natychmiast przepadła bez reszty. Nie zwlekając, chwyciła za telefon, zadzwoniła do profesora i z dziecięcą pewnością siebie oświadczyła: „Proszę pana, przychodzę do pana szkoły”. Stewart odpalił tylko z uśmiechem: „Świetnie, do zobaczenia we wrześniu. Przez lato naucz się wszystkiego z tych płyt z pamięci, ze słuchu”. Ponieważ 14-letnia Lakecia nie miała jeszcze pojęcia, jak profesjonalnie zapisać transkrypcję na papierze, spędziła wakacje, po prostu bez końca słuchając i próbując powtórzyć na saksofonie każdy dźwięk, który usłyszała.  


Nauka w Nowym Jorku, porażki na egzaminach i spotkanie z Ralphem Petersonem


fot. Elizabeth Leitzell
fot. Elizabeth Leitzell

Nauka w LaGuardia High School okazała się dla Lakecii Benjamin absolutnym rollercoasterem i totalnym zanurzeniem w jazzowym oceanie. Wyobraźcie sobie nastolatkę, która ma Lincoln Center dosłownie na wyciągnięcie ręki i dwa razy w tygodniu obowiązkowo melduje się na otwartych próbach legendarnego big-bandu. Zamiast potulnie siedzieć w kącie, młoda saksofonistka z wrodzoną bezczelnością podchodziła do takich gigantów jak Wynton Marsalis, Wes Anderson czy Ted Nash, pytając bez ogródek, jak grać numery, które sama właśnie piłowała na szkolnych lekcjach. Mało tego, w murach jej szkoły regularnie próby bębniły składy Roya Hargrove'a, Nicholasa Paytona czy Sama Riversa. W takim środowisku dominikańskie nawyki i karaibskie rytmy musiały na chwilę ustąpić miejsca bezwzględnej dyscyplinie – Benjamin skupiła się w stu procentach na tym, jak za pomocą improwizacji natychmiastowo komponować muzykę na żywo, wprost na scenie.  

Sielanka skończyła się jednak wraz z odebraniem dyplomu szkoły średniej. Lakecia złożyła papiery na wszystkie prestiżowe uczelnie muzyczne w Nowym Jorku, z Manhattan School of Music i The New School na czele. I tu następuje zwrot akcji, którego nikt się nie spodziewał: dziewczyna odbiła się od ściany. Wszędzie usłyszała stanowcze „nie”, a recenzje profesorów były bezlitosne: „Musisz popracować nad zmianami akordów”, „To nie to”. Załamaną artystkę uratował przyjaciel, który wiedząc o jej dobrych ocenach i zacięciu historycznym, bez jej wiedzy wysłał aplikację na Uniwersytet Rutgersa. Efekt? Pełne stypendium na kierunku historycznym.  

Ale ciągnie wilka do lasu. Trafiwszy do Rutgers, Lakecia natychmiast zaczęła kręcić się wokół wydziału jazzowego. Ponieważ nie miała prawa uczestniczyć w zajęciach, zaczęła się na nie po prostu... bezczelnie wkradać. Jej partyzantka skończyła się na lekcji legendarnego perkusisty Ralpha Petersona, który w końcu postanowił sprawdzić listę obecności. „Benjamin, nie mam cię na liście” – zauważył. „Nie mam na to wpływu, proszę pana” – odparowała rezolutnie, po czym wyłożyła kawę na ławę: „Dobrze, powiem prawdę. Nie studiuję muzyki. Wkradam się na pana zajęcia, żeby grać jazz”.  

Peterson zaczął się śmiać i z właściwą sobie bezpośredniością wypalił prosto z mostu: „Wow, jesteś naprawdę beznadziejna”. Benjamin, zamiast się obrazić, zawtórowała mu śmiechem, przyznając, że nie dostała się do żadnej szkoły muzycznej, bo była za słaba, więc teraz studiuje historię. Ta rozbrajająca szczerość kupiła profesora. Przeprosił za szorstkość i rzucił: „Przychodź tu codziennie po swoich wykładach, ogarniemy to”. I tak przez kolejne miesiące, dzień w dzień, grali w duecie po dwie, trzy godziny.  

W końcu to sam Peterson uznał, że czas wykopnąć ptaszkę z gniazda. Widząc jej tytaniczną pracę i postępy, powiedział: „Jesteś coraz lepsza, masz niesamowitą determinację i ciężko pracujesz. Musisz stąd uciekać. Co ty robisz na tej historii? Sprawdź, jaka szkoła ma rekrutację na semestr zimowy, aplikuj i wracaj do Nowego Jorku. Nie wpuszczę cię już więcej na te zajęcia”. Jedyną uczelnią przyjmującą w środku roku była The New School. Przerażona Benjamin pojechała na przesłuchanie, ale gdy otworzyła drzwi i zobaczyła komisję marzeń – Reggie'ego Workmana, Joe Chambersa, Joanne Brackeen i Billy'ego Harpera – z paniki zatrzasnęła drzwi i rzuciła się do ucieczki. Legendarny basista Reggie Workman musiał osobiście biec za nią po korytarzu, zanosząc się śmiechem i pytając: „Gdzie uciekasz?”.  

„Przecież wy tam kogoś zabijecie, co to za skład!”  

– wykrztusiła przerażona nastolatka.


Workman kazał jej wejść i zagrać cokolwiek, choćby bluesa. Profesorowie przemaglowali ją ostro, każąc wyciskać z saksofonu najszybsze techniczne pasaże, na jakie było ją stać. Ale przyjęli ją. Sukces miał jednak słodko-gorzki smak. Władze The New School – poza Workmanem – nie do końca wierzyły w talent Benjamin i nie przyznały jej żadnego stypendium. Aby opłacić bajońskie czesne, Lakecia musiała rzucić darmowe studia historyczne w Rutgers i harować na dwa etaty, w tym za kasą w supermarkecie. 


fot. Elizabeth Leitzell
fot. Elizabeth Leitzell

Jej życie zamieniło się w morderczy triatlon: w dzień studia i praca, a w nocy – obowiązkowe jam sessions. Benjamin biegała za jazzowymi legendami jak cień. Gdy Gary Bartz, Steve Wilson czy Vincent Herring grali w mieście, ona stała pod samą sceną, natrętnie błagając ich o lekcje. Chciała chłonąć wiedzę od ludzi, którzy realnie żyją z tej muzyki, po cichu licząc na to, że gdy któryś z nich będzie potrzebował nagłego zastępstwa na koncert, pomyśli właśnie o niej – nie dlatego, że była najlepsza, ale dlatego, że była najbardziej zdeterminowaną osobą w całym Nowym Jorku. Ta bezkompromisowa szkoła przetrwania ukształtowała artystkę, która dziś, na płycie „We Dream”, bez najmniejszych kompleksów dyryguje własną ligą jazzowych superbohaterów.  


Pierwszy wielki przełom: Telefon od Clarka Terry'ego


W biografii Laketii nie brakuje momentów filmowych, ale ta scena mogłaby posłużyć za otwarcie rasowego hollywoodzkiego dramatu muzycznego.

Wyobraźcie sobie potworny, letni upał w Nowym Jorku. Nastolatka siedzi w mieszkaniu swojej babci, cała spocona, i metodycznie piłuje na saksofonie nudne, długie dźwięki. Nagle babcia woła ją do telefonu, rzucając krótkie: „Ktoś do ciebie”. Dziewczyna podnosi słuchawkę i słyszy słowa: „Cześć, tu Clark Terry. Szukam młodych muzyków do nowego zespołu”.  


fot. Elizabeth Leitzell
fot. Elizabeth Leitzell

Każdy młody jazzman na świecie w tym momencie dostałby zawału serca – mówimy przecież o absolutnej legendzie trąbki, człowieku, który grał u Duke'a Ellingtona i Counta Basiego. Ale nie Lakecia. Przekonana, że to głupi żart któregoś ze znajomych, rzuciła ze złością, że nie ma czasu na dowcipy, bo właśnie ćwiczy, po czym bezceremonialnie odłożyła słuchawkę.  


Telefon zadzwonił sekwencję później. „Czy ty się właśnie przede mną rozłączyłaś?” – zapytał ten sam głos. Benjamin potwierdziła. Wtedy starszy pan, zamiast rzucać gromy, po prostu przyłożył trąbkę do słuchawki i zaczął grać. Ponieważ Lakecia jako 14-latka zarywała noce, studiując jego solówki ze słuchu, natychmiast rozpoznała to genialne, charakterystyczne brzmienie.

„O mój Boże, panie Terry, tak strasznie przepraszam!” – wykrztusiła przerażona. 

 

Trębacz zaczął się śmiać. Wyjaśnił, że dostał jej numer od kogoś, kto opowiedział mu o jej tytanicznej pracy i zapytał, czy ma ochotę dołączyć do jego składu. Gdy usłyszał entuzjastyczne „Oczywiście!”, podał jej adres w... New Jersey i dodał krótko: „Masz godzinę, żeby tu być”, po czym zakończył rozmowę. Benjamin wpadła w panikę. W tamtych czasach, bez aplikacji w telefonach, zaczęła gorączkowo dzwonić po nowojorskich kierowcach i cudem namówiła kjednego z nich, aby zgodził się popędzić do innego stanu za marne 20 dolarów. Tyle miała w kieszeni.


Gdy dotarła na miejsce, drzwi otworzyła żona muzyka, informując, że Clark czeka na dole. I tu do głosu doszły głębokie, uliczne nawyki dziewczyny z Washington Heights. Słysząc słowo „piwnica”, instynktownie rzuciła: „Ja nie schodzę do piwnic”. Rozbawiona kobieta odpowiedziała tylko: „Będziesz musiała, kochanie. Daj znać, jak skończycie”. Lakecia złożyła więc swój saksofon i zaczęła schodzić po ciemnych schodach, trzymając instrument przed sobą roztrzęsionymi rękami, niczym... kij bejsbolowy do obrony przed potencjalnym napastnikiem.  


Gdy Clark Terry zobaczył tę osobliwą procesję, zapytał zszokowany: „Co ty, do diabła, robisz?”. „Nie wiem, proszę pana, jestem z niebezpiecznej okolicy” – wypaliła nastolatka. Rozbawiony do łez mistrz kazał jej usiąść i zapytał żartobliwie, czy zamierza się bić, po czym nakazał rozłożyć instrument.  


Na pulpicie leżały nuty. Lakecia poprosiła o tradycyjne odliczenie, a Terry zrobił to z energią, jakiej młoda dziewczyna nigdy wcześniej nie słyszała: „Oh! One, two, you know what to do!”. Benjamin zdążyła zagrać zaledwie cztery takty, gdy trębacz uniósł rękę: „Stop, stop. Jesteś przyjęta”. Zszokowana dziewczyna zapytała, czy to już wszystko i czy nie chce posłuchać więcej. „A chcesz grać więcej?” – odbił piłeczkę. „Absolutnie nie, dziękuję!” – odetchnęła z ulgą.  


Terry wyjaśnił, że te cztery takty wystarczyły, by usłyszał w jej grze ten rzadki, dawny, tradycyjny jazzowy feeling. Przez kolejne dwie godziny grali już luźno standardy, a Lakecia dwoiła się i troiła, by na bieżąco dogrywać linie basowe i improwizować. Na pożegnanie usłyszała: „Widzimy się na trasie”. „A co to jest trasa?” – zapytała rozbrajająco. Gdy mistrz wytłumaczył jej, że jadą koncertować do innych miast, a pierwszym przystankiem będzie Szwajcaria, nastolatka kompletnie zbaraniała. Nie miała pojęcia, gdzie leży ten kraj, nie posiadała paszportu – jej jedynym dokumentem była legitymacja szkolna.

 

Clark Terry pomógł jej ogarnąć całą biurokrację, fundując nastolatce jej pierwszy profesjonalny angaż w życiu.  

„To był mój pierwszy profesjonalny angaż. Wciąż musiałam dorabiać w sklepie, ale to wtedy zrozumiałam, co to znaczy być profesjonalnym muzykiem w trasie: jak prowadzić zespół, jak budować relację z publicznością i jak być zawsze perfekcyjnie ubranym”.  

W jednym z wywiadów Lakecia mówi bez ceregieli:

„Zawsze powtarzam młodszym muzykom: w życiu usłyszycie mnóstwo odmów, zanim traficie na jedno 'tak'. Porażki są druzgocące, ale zmuszają cię do przejęcia kontroli nad własną karierą. Kiedy nikt nie dzwoni z propozycjami koncertów, zbierz ludzi w salonie, postaw mikrofon, nagraj demo i zacznij grać w restauracjach. Może to mniej prestiżowe, ale grasz i idziesz do przodu. Każdy ma chwile zwątpienia. Ja sama miałam ochotę rzucić to wszystko... choćby wczoraj. W liceum, kiedy w ciągu jednego roku zmarło pięć czy sześć osób z mojej rodziny, wpadłam w głęboką depresję. Mój nauczyciel zauważył, że nie ćwiczę partii pierwszego altu i powiedział mi: 'To normalne, co czujesz. Możesz czuć, że chcesz się poddać, możesz czuć, że to nie dla ciebie. Ale nie odbieraj sobie sprawczości. Ćwicz dalej. Można być pogrążonym w depresji i jednocześnie produktywnym'. Wzięłam sobie te słowa do serca na całe życie”.  

Największa próba: Katastrofa, „Bloomdido” i powrót na scenę


Ale największa próba miała dopiero nadejść.

 


fot. Elizabeth Leitzell
fot. Elizabeth Leitzell

Prawdziwy sprawdzian charakteru i życiowej odporności przyszedł w momencie, który miał być największym triumfem w jej dotychczasowej karierze. W 2020 roku Lakecia Benjamin wydała album Pursuance – monumentalny hołd dla Johna i Alice Coltrane’ów. Artystka postawiła wszystko na jedną kartę: włożyła w ten projekt każdego dolara, jakiego posiadała, chcąc wrócić do korzeni i zmierzyć się z wymagającą, duchową muzyką, która miała ukształtować ją jako lepszego człowieka.  


Rozmach był potężny – zaprosiła do studia aż 45 gości, w tym absolutne legendy pokroju Rona Cartera czy Dee Dee Bridgewater. Smaczek polegał na tym, że mając w kieszeni ledwie sto dolarów, Benjamin osobiście nie znała prawie nikogo z tego grona, poza swoim dawnym profesorem, Reggiem Workmanem. Było to ryzyko graniczące z szaleństwem, ale wszechświat jej sprzyjał – wszyscy się zgodzili, fundusze i promocja dopięto na ostatni guzik, a uroczysta premiera miała odbyć się 27 marca w prestiżowym Lincoln Center. I wtedy, dokładnie 12 marca, Nowy Jork został całkowicie sparaliżowany i zamknięty z powodu pandemii. Lakecia została w domu: bez grosza przy duszy, bez koncertów i z płytą, której nie miała jak zaprezentować światu.

  

Gdy w 2021 roku branża muzyczna zaczęła powoli wracać do życia, Benjamin ruszyła w trasę jak szalona, grając po dwa festiwale w każdy weekend. Po genialnym, owacyjnie przyjętym występie na Tri-C Jazz Fest w Ohio, gdzie publiczność dosłownie oszalała na punkcie muzyki Coltrane'a, artystka wsiadła w samochód, by odbyć siedmiogodzinną drogę powrotną. Wszystko wyglądało idealnie: była wyspana, minęły cztery godziny płynnej jazdy, z głośników sączył się kojący jazz jednego z jej ulubieńców, Kenny'ego Garretta, wschodziło słońce.  


Kolejny kadr w tej opowieści drastycznie zmienia ton. Lakecia budzi się w kałuży krwi, czując niewyobrażalny ból, podczas gdy jakiś obcy mężczyzna ciągnie ją przez las. W głowie miała kompletną pustkę – nie pamiętała nawet, że siedziała za kółkiem. Okazało się, że jej samochód wypadł z autostrady, stoczył się ze stromego zbocza i wbił głęboko w gęstwinę.  

Była siódma rano, wokół panowały absolutne pustkowia i gdyby nie czujność przypadkowego kierowcy ciężarówki, który zauważył cienką strużkę dymu unoszącą się spomiędzy drzew, nikt by jej tam nie znalazł – wrak był całkowicie niewidoczny z drogi. Mężczyzna wyciągnął ją i wezwał pomoc.  


W szpitalu lekarze zdiagnozowali krwotok wewnętrzny do mózgu, złamaną szczękę, łopatkę, trzy żebra i potężne wstrząśnienie mózgu. Benjamin była w takim stanie, że nie potrafiła podać aktualnego roku ani nazwiska prezynenta. Pielęgniarka była już gotowa podać jej silne leki usypiające, przekonana, że pacjentka majaczy, ponieważ ta w kółko powtarzała pod nosem jedno dziwne słowo: „Bloomdido”.  


Sytuację uratował młody stażysta z Kalifornii. Powstrzymał lekarkę i zapytał Lakecię, czy słyszy ten utwór – okazało się, że z radiowego odbiornika w tle leciał właśnie słynny standard „Bloomdido” Charliego Parkera. Podświadomość artystki zareagowała na muzykę znacznie szybciej, zanim jej mózg zdołał powrócić do pełnej sprawności.  

Leżąc na szpitalnym łóżku ze złamaną szczęką, saksofonistka zadawała sobie tylko jedno, dramatyczne pytanie: „Czy to koniec? Czy jeszcze kiedyś zagram?”. To właśnie z tej potwornej traumy, z morderczej walki o powrót do zdrowia, wyrosły dźwięki, które ukształtowały her kolejny, przełomowy album Phoenix – płytę, która ostatecznie przyniosła jej aż trzy nominacje do nagrody Grammy.  


Ale najwspanialsze podsumowanie charakteru Lakecii Benjamin miało dopiero nadejść. Zaledwie dwa tygodnie po tym koszmarnym wypadku miała zakontraktowany koncert na Pittsburgh Jazz Fest. Lekarze łapali się za głowy i kategorycznie zabraniali jej występować ze złamaną szczęką. Jednak zespół ciężko pracował na ten wyjazd, a menedżer postawił sprawę jasno: jeśli liderka pojawi się na scenie, muzycy dostaną swoje pełne wynagrodzenie. Benjamin nie zastanawiała się długo. Pojechała.  


Na próbie dźwiękowej ból w ciele był rozdzierający, ale przed samym koncertem założyła spektakularną kreację, pod którą ukryła temblak i kołnierz ortopedyczny, i po prostu wyszła do publiczności. Zagrała cały set. Gdy obolała, powoli schodziła za kulisy, w korytarzu czekali już na nią wielcy mistrzowie: Branford Marsalis, Jeff „Tain” Watts oraz Ravi Coltrane. Wszyscy stali i bili jej głośne brawa. Lakecia, próbując obrócić sytuację w żart, rzuciła pod ich adresem: „Klaszczecie tylko dlatego, że jestem kaleką”.  

„Nie, brzmiałaś po prostu fantastycznie”  

– usłyszała w odpowiedzi.


Wszyscy trzej podarowali jej swoje prywatne numery telefonów, a wzruszony tym widokiem Jeff „Tain” Watts zadeklarował chęć współpracy, co zaowocowało jego obecnością jako gościa na jej kolejnym krążku. Jak sama Benjamin mawia z uśmiechem: to najlepszy dowód na to, że jeśli tylko dasz wszechświatowi szansę, on zawsze odpowie ci „tak”. Zaledwie trzy tygodnie po tym wydarzeniu zespół grał już pełną trasę po Europie, a zła karta odwróciła się raz na zawsze – od tamtego momentu menedżerowie klubów i festiwali sami ustawiają się w kolejce, by bukować jej koncerty.


Ta niezłomność, hart ducha i wiara w uzdrawiającą moc muzyki to klucz do zrozumienia głębi, jaką niesie ze sobą jej najnowsze dzieło, „We Dream”.  


Droga do własnego głosu: Ewolucja brzmienia

Warto pamiętać, że obecny styl nowojorskiej saksofonistki nie narodził się z dnia na dzień – to efekt fascynującej ewolucji, na którą składa się pięć dotychczasowych albumów studyjnych. Jej dwie pierwsze płyty brzmiały przecież zupełnie inaczej niż to, czym zachwyca nas dzisiaj. Na debiutanckim krążku większość materiału została oparta na współpracy z wokalistami, eksplorując przestrzenie z pogranicza soulu i R&B, a drugi album był bezpośrednią, stylistyczną kontynuacją tej drogi. Przełom nastąpił dopiero przy trzeciej płycie, dedykowanej małżeństwu Coltrane’ów. To właśnie tam ostatecznie wykrystalizował się ten potężny, uduchowiony styl, który chwilę później z jeszcze większą siłą wybuchł na nominowanym do Grammy albumie Phoenix oraz jego porywającej, koncertowej kontynuacji Phoenix Reimagined (Live). Najnowsze dzieło jest więc naturalnym, choć o krok dalej idącym zwieńczeniem tej długiej i wyboistej drogi. 


Teraz czas na płytę: Przewodnik po utworach


Muzycznie „We Dream” rozwija się jako niezwykle filmowa, oparta na poezji podróż. Całość otwiera hipnotyzujący, pełen pasji utwór spoken word „First Light”, który natychmiast narzuca albumowi głęboki ton. Następnie płynnie przechodzi on w kompozycję „Beyond the Dawn” z gościnnym udziałem Terence’a Blancharda i Seana Jonesa. Słyszymy tu subtelną grę Jonathana Barbera na młotkach oraz mistyczną inwokację samej Benjamin – to utwór będący po części medytacją, a po części bolesnym rozrachunkiem. Chwilę później muzyka gwałtownie przyspiesza, emanując potężną intensywnością, niesamowitą siłą napędową i bezkompromisowym ruchem naprzód.  



Na przestrzeni całego albumu Benjamin mistrzowsko łączy ze sobą spoken word, rasowe, groove’owe kompozycje oraz energiczną, pełną pasji improwizację. W „My Only” artystka dotyka tematów izolacji i ludzkiej wytrzymałości. Z kolei „Mi Gente”, nagrane wspólnie z Chiefem Xianem aTunde Adjuah, pulsuje rytmem i zbiorowym ruchem, koncentrując się wokół idei wspólnoty oraz wielopoziomowej wymiany kulturowej.

  

W dalszej części krążka „Dream Breaker” – w którym siły łączą Watts, Potter oraz Jones – wprowadza całą narrację w znacznie bardziej wybuchową, drapieżną przestrzeń. Temperaturę podkręca kompozycja „Flamekeeper” z udziałem Hiromi i Pottera, która przyspiesza poprzez czystą siłę, głośność i rozbudowaną, niezwykle dynamiczną wymianę zdań między instrumentalistami. Ten utwór to idealne odzwierciedlenie głębokiego podziwu, jaki Benjamin żywi dla artystów, którzy – jak sama mówi – „nie stoją w miejscu, którzy idą naprzód, którzy wprowadzają innowacje”.  



Tytułowy utwór „We Dream” przynosi ze sobą słowa mówione oraz magnetyczny wokal Tarriony „Tank” Ball, której narracyjna obecność w genialny sposób kształtuje emocjonalny łuk całej kompozycji. Później, w utworze „Right Now”, Bilal oraz Kassa Overall spotykają się w punkcie, który Benjamin bez wahania określa mianem dramatycznego szczytu całej płyty – to miejsce, w którym tekst, hipnotyzujący rytm i nieskrępowana improwizacja zderzają się ze sobą w absolutnej harmonii. Wszystko wieńczy zamykający album utwór „New World”, oferujący słuchaczowi znacznie spokojniejsze rozwiązanie – to ten upragniony przebłysk czystego światła, którego Benjamin tak mocno pragnęła odnaleźć. 

 

Puenta: Amerykańska supernowa


W tym kontekście, poprzez cały materiał, Benjamin śmiało umieszcza jazz w znacznie szerszym kontekście kulturowym. To bezpośrednie odzwierciedlenie jej rosnącej pozycji na światowych festiwalach, gdzie współczesny jazz bez kompleksów dzieli scenę z setami DJ-skimi, muzyką reggae czy wykonawcami bezpardonowo łamiącymi jakiekolwiek granice gatunkowe. Całkowicie abstrahując od sztywnych szufladek, „We Dream” jawi się jako śmiała, głęboko przemyślana manifestacja artystyczna – dzieło, które stawia na bezustanny postęp, zbiorową wyobraźnię oraz potężną moc dźwięku zdolną rozświetlić nawet najciemniejsze zakamarki naszej rzeczywistości.  


Słuchając tego materiału, nie da się uciec od jednego fundamentalnego wniosku: taka płyta mogła powstać wyłącznie w Ameryce. „We Dream” jest bowiem tak silnie, wręcz organicznie zakorzenione w tradycji jazzu, że Benjamin właściwie w ogóle nie rozgląda się na boki. Nie interesują jej inne gatunki – poza nowoczesnym hip-hopem, który wykorzystuje zresztą niezwykle świadomie, jako naturalne przedłużenie miejskiej opowieści. Brzmienie jej altu pozostaje przy tym klasycznie piękne, głębokie i szlachetne.  


No pewnie, i mnie samego momentami trochę razi ta ortodoksyjna, jazzowa kotwica i totalne oddanie tradycji. Ale z drugiej strony – w te kompozycje została zaklęta cała pierwotna moc tego gatunku. Kiedy ten album rusza do przodu, ta skumulowana energia eksploduje w uszach słuchacza niczym supernowa.


Podobał Ci się ten tekst? Postaw mi kawę!


Przelanie tak nieprawdopodobnej historii wymaga sporo energii – a nic nie napędza do dalszego pisania o jazzie lepiej niż... dobra, mocna kawa!

Jeśli tekst o niezłomnej Lakecii Benjamin rozpalił w Tobie ciekawość i masz ochotę wesprzeć niezależnego blogera proującego jazz, możesz symbolicznie „postawić mi espresso”. Każde wsparcie pozwala mi dalej kopać głęboko w historiach, które ukształtowały współczesną scenę.  


Dorzuć się do kolejnego tekstu tutaj: buycoffee.to/jazzda.net

Komentarze


bottom of page