Let Spin - I am Alien
Gdyby Joy Division z czasem zechcieli grać dżez – tak, jak powinni od samego początku – graliby dokładnie tak, jak ci ześwirowani ludzie z Let Spin
Co to w ogóle znaczy: Let Spin? Zawirujmy? Pokręćmy się? A może: pokręćmy się między Londynem a Berlinem, bo tam właśnie sobie pomieszkują?
🎸 Moss Freed – gitara (Union Division, Spike Orchestra)
🎷 Chris Williams – saksofony, flet (Led Bib, Sarathy Korwar)
🎸 Ruth Goller – bas (Skylla, Melt Yourself Down)
🥁 Finlay Panter – perkusja (Beats & Pieces Big Band)
Muzyka tych wkręconych – czy raczej dokumentnie zakręconych – ludzi to czysty dybuk, dziwadło, szarpanka, cwałostęp, długokrót i małogigant. Niewiadomoco. Słyszysz Lenin, ale za cholerę nie myślisz „partia”. W głowie natychmiast odpala się jedno skojarzenie: Ian Curtis tańczący ten swój słynny „taniec zdychającej muchy”, przez ludzi ubogich słownikowo zwany „tańcem epileptyka”.
To nie jest płyta-wybuch. A jeśli już, to poligonowy wybuch ćwiczebny. Liryzmu znajdziecie tu tyle, ile w wierszu wyplutym przez sztuczną inteligencję na jednym prompcie. Za to mechaniki napakowali pod sam sufit. Mechanika wylewa się z głośników i płynie nieprzerwanie jak deszcz w lipcu ’87 nad Soliną. Może więc zamiast post-jazzu to raczej: robo-jazz?
Chodzę z tym na uszach od rana i nie potrafię wyłączyć. Absolutna świeżonka.






Komentarze