top of page
prelegenci

Stephen Byth – Growth in Stasis

18 godzin temu
3 minut(y) czytania

Projekt zrodził się z pytania, które Stephen Byth zadał kiedyś Wayne’owi Shorterowi podczas warsztatów: jak za pomocą muzyki można przekształcić truciznę w lekarstwo? Odpowiedź mistrza była zwięzła: „Trucizna jest lekarstwem”. Byth potraktował tę myśl dosłownie — stała się ona kręgosłupem i naczelną zasadą albumu Growth in Stasis.


Jak sam autor wyjaśnia:

„Muzyka ta czerpie inspirację z napięcia między przeciwstawnymi siłami: z tego, jak bolesne doświadczenia mogą prowadzić do głębokiej przemiany; jak pragnienie stabilizacji współistnieje z silnym pociągiem ku ryzyku i nieznanemu; jak blues potrafi jednocześnie wyrażać melancholię i nadzieję; jak zagubienie i niepokój bywają niezbędnymi etapami na drodze do jasności; oraz jak w dzisiejszym świecie pełne, świadome »bycie tu i teraz« staje się coraz trudniejszym wyzwaniem”


Muzyka na tym krążku momentalnie przywodzi na myśl potężne, bezkresne uniwersum Shortera. Z premedytacją ucieka od banału i oczywistości; kłania się melodii, ale robi to z wyczuwalnym dystansem, jakby z lekkim grymasem przekory. Tematy zręcznie wymykają się łatwym puentom, struktury harmoniczne celowo pozostają zawieszone w niedopowiedzeniu, a narracja rytmiczna zdaje się kroczyć własną, niezależną od linii melodycznej ścieżką.



A zaczyna się od katharsis, choć bez patosu i zbędnych ceregieli.


Album otwiera miniatura „Seat of Two”. Zaledwie minuta i trzydzieści osiem sekund, ale to miniatura z gatunku tych bezdyskusyjnych — po prostu genialna. Wystarczy kilkadziesiąt sekund odsłuchu, by poczuć ten charakterystyczny dreszcz i pewność: ta płyta we mnie wejdzie, zostanie pod skórą na długo. Pulsujący rytm buduje solidny fundament pod bezkompromisowy wjazd saksofonu, który staje w intrygującej opozycji do sekcyjnej kanonady bardzo żywego kawałka.


Zaraz potem temperatura wcale nie opada. Drugi utwór znacznie wyraźniej skłania się ku tradycji jazzowej, czerpiąc garściami ze stylistyki lat 80. Jest motorycznie, jest rytmicznie i z prawdziwym zębem, a wyłaniające się na pierwszy plan perliste „pianki” saksofonu przejmują pełne dowodzenie nad narracją.


Skąd u tego saksofonisty i kompozytora taka swoboda, pewność ręki i dojrzałość? Wystarczy rzut oka na muzyczny rodowód. Urodzony i wychowany w Melbourne Byth szlify zbierał u boku takich postaci jak Joe Lovano, Danilo Pérez, Walter Smith III, Kris Davis czy Paul Grabowsky, nagrywając także z Melbourne Symphony Orchestra. Ograł nowojorskie świątynie jazzu ze Smalls i Zinc Bar na czele, a na paryskim La Défense Jazz Festival supportował samego Herbiego Hancocka. Dziś, mieszkając na stałe w Nowym Jorku, szybko ugruntował swoją pozycję jako jeden z najważniejszych i najbardziej wyrazistych młodych głosów australijskiego jazzu. Jego dorobek doceniła zresztą branża po obu stronach globu — na koncie ma nominację do ARIA Award, prestiżową National Jazz Award (2024), nagrodę ASCAP Herb Alpert Young Jazz Composers Award (2024) oraz tytuł Young Australian Jazz Artist of the Year w ramach Australian Jazz Bell Awards (2021).


Po debiutanckim Reparations (2021) i hołdzie dla gigantów na Welcome, Melancholia (2022), Byth wraca ze swoim najbardziej dojrzałym projektem. Growth in Stasis zderza współczesny jazz z subtelną elektroniką i filmową przestrzenią, a w nagraniach wzięła udział absolutna czołówka nowojorskiej sceny kreatywnej.


Wracajmy do albumu. Dalej tempo zwalnia, a muzyka zmienia wektor z drapieżnego na intymny. Dostajemy przepiękną balladę „New Eyes” — utwór, który wije się wokół słuchacza, otaczając głowę miękkim, bezpiecznym kokonem dźwięków. W podobnym tonie utrzymany jest „Illusions” — prawdziwie jesienny kawałek, leniwy, snujący się w powietrzu jak dym z porannego papierosa. Jest w nim niezwykła przestrzeń, spokój i magnetyczna zaduma.

Prawdziwa perła w koronie czeka jednak w kompozycji „Time is Now” — i to bez dwóch zdań mój absolutny faworyt na całym krążku. Ma w sobie coś obłędnie przewrotnego: jest trochę żartobliwy, trochę sowizdrzalski, szybki, a przy tym podszyty kapitalnym, gangsterskim sznytem w przedwojennym stylu. Jakby ktoś przeniósł zadymiony chicagowski klub z lat 30. wprost w XXI wiek i kazał muzykom grać va banque, z szelmowskim uśmiechem.


Z kolei w utworze tytułowym, „Growth in Stasis”, zachwyca fenomenalna robota muzyków z tła. To szybki, rasowy modern jazz, w którym perkusja i flet ciągną w górę ten utwór choć są w drugim szeregu— tło nieustannie pulsuje, dodając całości cwału i zarazem lekkości. Klamrą spinającą całość staje się równie zwięzły co otwarcie „Upon Reflections”. Intryguje już od pierwszych sekund bardzo ciekawym początkiem i gasi światło dokładnie w tym momencie, w którym trzeba.


Growth in Stasis to bezdyskusyjnie jedna z najciekawszych i najświeższych pozycji tego roku. Płyta kompletna, soczysta i zagrana z nerwem, do której chce się wracać od razu po wybrzmieniu ostatnich taktów.



Komentarze


bottom of page