Emma Dayhuff - Z butA w Awangardę

Naprawiała zniszczone buty w warsztacie szewskim, pisała pisma w kancelarii prawnej, prowadziła kampanie polityczne i miksowała dźwięk dla orkiestry w Chicago, podczas gdy jej własny kontrabas stał cicho w kącie. Kiedy w Nowym Jorku skończyły się jej wszystkie pieniądze, a w wynajmowanym mieszkaniu zalęgły się pluskwy, Emma Dayhuff uznała, że to ostateczny znak od losu. Jednakże zamiast się spakować i wrócić do rodzinnej Montany, w czystym akcie desperacji poszła na przesłuchanie do legendarnego Thelonious Monk Institute of Jazz. Weszła tam z poczuciem, że nie ma już nic do stracenia, i wyszła dwa lata później jako pierwsza kobieta-basistka przyjęta w całej historii tej elitarnej instytucji.
Droga z surowego Bozeman w Montanie pod skrzydła Herbiego Hancocka i Rona Cartera nie miała w sobie nic z gładkiej kariery cudownego dziecka. Zaczęło się od dziecięcej zazdrości o skrzypce kuzynki, na których Emma grać po prostu nie potrafiła. Skrzypce poleciały w kąt, a ich miejsce zajął wielki, niewygodny mebel — kontrabas.
W liceum grała na basówce wszytko, pamięta temat z Różowej Pantery, a potem rzuciła muzykę dla „dorosłego życia”, by po latach, stając nocą przed domowym lustrem z instrumentem, zrozumieć, że przed tym dźwiękiem nie da się uciec.
Zanim dotarła do Los Angeles, całe szczęście przesiąknęła duchem chicagowskiej awangardy, terminując u boku takich fachowców jak Kahil El’Zabar czy Vincent Davis.
„Wyobraź sobie, że jesteś drobnym punktem pośród bezkresnego pasma górskiego” —
rzuca na wstępie Emma Dayhuff, a w jej słowach nie ma ani grama taniej poezji.
Dziewczyna, która w poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi naprawiała cudze buty i uciekała z nowojorskiego mieszkania pełnego pluskiew, doskonale wie, jak to jest czuć się nic nieznaczącym pyłkiem wobec potęgi świata.
Chciałem zatem wam szczerze zarekomendować jej dwie płyty. Natrafiłem na nie przypadkiem, podpowiedział mi algorytm Spotify - mam taki smietnik do ktorego algorytm wrzuca nowości i kiedym ongiś wieczorem lazł w stroinę księzyca spacerując z moim kumplem Lakim, skipowałem kolejne nagrania i nagle: BUM w czaszkę: ależ to ładne To była druga z nich pod tytułem "Mountains"i ukazała sie na dniach. Na Mountains ten wspomniany wyżej pierwotny lęk i zachwytDauhuff zamienia w potężną muzyczną deklarację, w której surowy majestat rodzinnej Montany spotyka się z pulsem współczesnego jazzu.
W muzyce Pani Emmy - odnoszę wrażenie - zderzają się ze sobą dwa potężne żywioły: bezkompromisowa, korzenna, bliska ziemii energia chicagowskiej awangardy oraz szeroki, przestrzenny oddech Zachodniego Wybrzeża. Dayhuff nie chowa się za plecami kolegów, ale też nie buduje pomnika swojemu kontrabasowi — prowadzi zespół z charyzmą liderki, która potrafi wskazać kierunek bez niepotrzebnych ucieczek i poprowadzić do celu
Do tej wyprawy dobrała sobie zresztą kompanię z najwyższej półki. Kiedy na jednym planie spotykają się trębacz Corey Wilkes, pianista Paul Cornish, perkusista Jonathan Pinson i stary chicagowski druh Emmy, saksofonista Isaiah Collier, temperatura osiąga wyżyny. Ich wspólna chemia jest bezdyskusyjna — od intymnego, samotnego otwarcia w „Sentinel”, aż po porywające, ekstatyczne kulminacje w „Capricorn”. Prawdziwą perłą dla poszukiwaczy muzycznych skarbów jest tu z kolei premierowe nagranie niepublikowanej dotąd kompozycji legendarnego basisty Billa Lee — ukłon w stronę tradycji, który w rękach Dayhuff brzmi świeżo i bezczelnie współcześnie.

Obie płyty otwiera kontrabas — jak stempel liderki, która bez zbędnych słów zaznacza swoje terytorium. Pierwszy krążek, Innovations & Lineage: The Chicago Project, jest żywszy, surowo energetyczny, niemal afrykańsko rytmiczny i organicznie bliski jazzowi spirytualnemu, gdzie transowe repetycje wprawiają słuchacza w stan bliski medytacji. Druga płyta — bardziej przemyślana, dojrzała i przestrzenna — przynosi to, czym jazz karmi się od zawsze: idealny balans między precyzyjną kompozycją a improwizacją. I co najważniejsze, w obu przypadkach mamy do czynienia z żywymi, zespołowymi organizmami, a nie z pustym popisem solowych ambicji.
Im głębiej wchodzi się w tę historię, tym wyraźniej widać pod nutami niełatwe życiowe wybory, piekielny upór i zupełnie ludzkie chwile zwątpienia. Wszystkie te emocje — od bezradności po triumf — pulsują na obu albumach Emmy Dayhuff. Pozostaje mieć ogromną nadzieję, że jazz zagości w życiu tej artystki na dobre, bo tak szczerego, nienaciąganego grania potrzebujemy dziś bardziej niż kiedykolwiek.






dobre to jest Robercie :)