top of page
prelegenci

Damion wykluł się z milczenia. Maciej Gołyźniak Trio – Damion


Znowu to zrobił, skubaniec. Znowu porwał mnie do swojego świata. A przecież włączając ten album, byłem taki pewny siebie: „Znam faceta, słuchałem go, to w końcu trzecia płyta, jestem gotowy”. I wtedy dostałem „Damionem” między oczy. Nie ruszyłem się z fotela ani na milimetr, a straciłem orientację w czasoprzestrzeni. Oderwało mnie od ziemi na dobre kilka parseków. Jak? Maciej Gołyźniak powrócił z trzecią odsłoną swojego tria i... a zresztą, poczytajcie sami.


Od „Grandy” do legendy, czyli jak siekło mnie po raz pierwszy



Moja droga z Gołyźniakiem nie zaczęła się od nabożnego słuchania jazzowych winyli w białych rękawiczkach, o nie - wszak wiecie zresztą, żem jazzowy lumpenproletariusz, w zyciu białych bym nie włożył, bo bym zabrudził.


Najpierw więc dowiedziałem się, że znam gościa od lat, tylko o tym nie miałem pojęcia! Bo przecież to on napędzał tę niesamowitą, rewolucyjną „Grandę” Brodki. Kiedy ta informacja do mnie dotarła, po prostu mnie siekło. On?


Zacząłem grzebać i okazało się, że ten człowiek-instytucja był z nami od zawsze. Przecież to on budował fundamenty w Sorry Boys, on w końcu wykręcał te gęste, progresywne klimaty w Lion Shepherd. Mało? Dorzućcie do tego współpracę z Natalią Nykiel.


Jak to możliwe? Ten sam Gołyźniak, ten muzyczny kameleon od rockowego wygaru i alternatywnego szaleństwa, nagle pojawił się w legendarnej, niemal świętej serii Polish Jazz? Pamiętam to niedowierzanie: co on tam robi, w tym panteonie gigantów, obok Komedy i Stańki? Myślałem tak dokładnie do momentu, w którym włączyłem płytę. Wtedy pytania się skończyły, a zaczęło się słuchanie. I walnął mnie w łeb po raz pierwszy - płytą, która nazywała się "Orchid".


A potem przyszła „Marianna”. Jezusie drogi, co to był za album! Podczas gdy cały net bębnił o jakichś sezonowych wydmuszkach, tu, zupełnie po cichu i bez zbędnej pompy, wjechał materiał, który mnie zahipnotyzował. Słuchałem tego jak zaczarowany i myślałem: „Ja pierniczę, ludzie, przecież to jest kosmos, nie muzyka, nie słyszycie tego?”.


„Damion” jest głoską trzecią. Dopełnieniem.


Jeśli „Marianna” była kosmosem, to tutaj Gołyźniak ląduje na zupełnie nowej, niezbadanej planecie. Poczytajcie jak.


Głos z wnętrza (Hesse i milczenie)


Zanim jednakowoż przejdziemy do dźwięków, musimy zrozumieć, skąd ten album się wziął. Po Mariannie Pan Maciej zamilkł. Jak wyznał w Trójce, całkowicie stracił potrzebę robienia rzeczy, mówi, że "obraził się na świat". Potrzebował ciszy, by znów usłyszeć „ten głos”. Ten głos to właśnie Damion. Posłuchajmy tego co powiedział wprost pan Maciej w programie "Mało Obiektywnie", w rozmowie z Mariuszem Owczarkiem:


„Parę lat temu, tuż po wydaniu Marianny – drugiej płyty mojego tria – ten wewnętrzny głos całkowicie zamilkł. Przestałem czuć muzykę w sobie, straciłem jakąkolwiek potrzebę tworzenia. Poczułem pewien rodzaj urazy do świata i mechanizmów, które nim kierują. Z perspektywy czasu myślę jednak, że ten stan był mi potrzebny, bym mógł na nowo ten głos usłyszeć.

Projekt Damion, który powołałem do życia – ta płyta i zawarta na niej muzyka – zanim jeszcze zyskały swoją nazwę, były manifestacją mojej niezgody na ciszę. Chciałem wyrzucić z siebie te emocje, pokazać je światu i zamienić w coś pięknego. Podążając po nitce do kłębka, wróciłem do literatury, która zawsze inspirowała mnie chyba nawet silniej niż twórczość innych muzyków, z całym szacunkiem dla muzyki i innych artystów. Uznałem za swoisty znak fakt, że na półce mam Hessego z jego słynnym Demianem. Czytając pomyślałem: 'To jest historia o mnie'. Przeżyłem dokładnie to samo”.



Pomyslałem: Oto gość, który nie wciska ci berbeluchy ani żadnego czarodziejskiego gotowego sposobu na życie, nie gada też z jakiegoś wysokiego zamku. Gada normalnie, jak człowiek. Mówi prosto ze swojego wnętrza, szczerze, a do tego pięknie (oj poczytajcie, pełne sensu, z dużymi znakami zapytania, teksty pana Macieja na jego fan page)


Aby to misterium mogło się dokonać, u boku Macieja stanęli dwaj giganci: Tomasz Pierzchniak na basie – mistrz fundamentu, który nadaje muzyce filmowy, szeroki oddech – oraz Łukasz Damrych, którego fortepian i klawisze odpowiadają za te wszystkie gęste, harmoniczne barwy.


Perkusista jako scenograf

Gołyźniak nie traktuje bębnów jak automatu. On gra po swojemu, a jakbym się chciał pomądrzyć to powiedziałbym że gra sonorystycznie. Co to znaczy? Szuka szelestu, metalicznego pogłosu, matowego tąpnięcia. Buduje arras dźwiękowy. Jest jak scenograf: gdy stworzy mroczną aurę niskimi tomami, pianista zostaje zmuszony, by szukać dźwięków przebijających się przez tę mgłę. To nie jest akompaniament. To poezja barw. To dar.


Wnętrze Damiona: Moja podróż

Ten album zaczyna się od przejmującego fortepianu. Sam Pan Gołyźniak wchodzi cichutko, ledwo-ledwo – a jednak od pierwszej sekundy wiadomo, że to on. Ta melodia chwyta za serce bez ostrzeżenia. Muzyka bez emocji go nie interesuje - mówi o tym od lat. I znów to udowadnia.


Mississippi Burning: Od szczytu na dno (i z powrotem!)

W drugim kawałku kontrabas robi taką robotę, że człowiek chce się w ten dźwięk owinąć. Temat przewodni jest mistrzowski: linia basu jest misternie podwinięta pod koniec każdej frazy, skręca nagle, skacze w bok z nienacka, a brzmi głęboko jak otchłań. Pan Maciej cały czas przyczajony, czujny. I wtedy dzieje się to…


Na długie rzęsy wszystkich syren morskich! Za ten jeden moment dałbym cały mój roczny dochód, co do grosika, staczając się z radosnym wrzaskiem na samo dno egzystencji. Ze szczytu na dno! Tak trzeba żyć!


Mój przyjaciel miesiącami skrupulatnie i cierpliwie skręca i czyści każdą najmniejszą część wielkich czołgów, gigantów z II wojny światowej, na które wydaje ostatnie pieniądze. Dłubie w tej rdzy i stali, aż kolos dzięki jego tytanicznej pracy znów ożywa i rusza. To jest to moment nieporównywalny z niczym - wierzcie mi, brałem w tym udział. Dokładnie tak samo czuję się przy Mississippi Burning. Od tego momentu słucham już wyłącznie perkusji Pana Gołyźniaka: bo ja też cały płonę – burning pod samo niebo, w wielkim uniżonym pokłonie burning!



Heavy Weather: Kląski, brzdęki i kontrabasowy uścisk


Trzeci kawałek: znowu na start fortepian i perkusja. Przyklejam się więc do membrany, by nic mi nie umknęło, najchętniej bym w nią wlazł i słuchał tych stuków, puków, brzdęków i kląsków. Ale słuchajcie uważnie tutaj Tomasza Pierzchniaka! Ach. To jest balet, w którym kontrabas niemal fizycznie osnuwa się wokół perkusji Gołyźniaka. To tkanie dźwiękowej sieci, która owija każdą pauzę i uderzenie. Te instrumenty wibrują w nieprawdopodobnym, wirującym uścisku. Tak rodzi się Heavy Weather.


Saving Grace i Grand Central: Misterium szufladki


W Saving Grace dostajemy za to dużo jazzu. Zaskoczenie? Tak, bo Gołyźniak już nie gra „jazzowego jazzu”, tylko jazz gołyźniakowy – taki spoza menażerii, spoza szufladki.


Z kolei w Grand Central rządzi już Król Maciej. Nie jest ofensywny. O nie, nie... Po co? Nie musi, nie chce, nie atakuje wściekle zestawu. On w tym kawałku szuka, rozgląda się, jakby zwiedzał ten utwór, badał każdy jego zakamarek, szedł tam, gdzie poniesie go intuicja. Wprawdzie nie zna ścieżek, ale kroczy pewnie, prawie przez pół utworu – i bogowie – nie sposób przez te pół utworu dać wiary, że oto prowadzi cię brzmienie uderzeń drewna o membranę z jakiegoś kevlaru czy mylaru. Że to taki prosty instrument tak cię wiedzie – nie orkiestra, nie mur elektroniki. Aż z impetem, jak młody mąż do domu po pierwszej wypłacie, wpada fortepian (a ja wtedy trochę warczę ze złości w głębi ducha: po co, po co było to misterium przerywać?).


Epilog: Wracaj do domu

Pięknie cię ta płyta pożegna, drogi słuchaczu. Ostatni utwór zabiera w rejony tak melodyjne, że aż boli. Temat główny to dla mnie mazowiecka równina, meandrująca rzeka i (niech to licho, wstyd mi, ale tak…) wierzba płacząca pochylona nad wodą.

To ujrzałem, gdym żegnał się z tą płytą. Jest tak pięknie, jakby ona chciała powiedzieć: „Wracaj, wracaj jak najczęściej”.

  • Wracaj tam, gdzie twoje schronienie.

  • Wracaj tam, gdzie twoja muzyka.

  • Wracaj do domu.


Dajcie temu albumowi w siebie wejść. Dajcie mu sobą zawładnąć, umościć się w waszej głowie czy duszy. Popatrzcie wewnętrznym okiem, jak Gołyźniak buduje wokół was ten dźwiękowy świat. On jest tu jak powietrze – prawie go nie widać, a jednak bez niego nie przeżyjesz za długo.


I jeszcze ta ostatnia scena dźwiękowa… Nie napiszę jaka. Nie będę spojlerował.


Cudna klamra.


Słuchajcie!



„Damion” to album pełen przestrzeni, który wymaga od słuchacza skupienia – zupełnie jak dobra, niezależna publicystyka muzyczna. Jeśli nasza recenzja nowego krążka Maciej Gołyźniak Trio pomogła Ci lepiej wejść w ten niezwykły, literacko-muzyczny świat, postaw nam wirtualną kawę! Dzięki Twojemu wsparciu na buycoffee.to/jazzda.net możemy dalej bez pośpiechu i z pełną uważnością łowić dla Ciebie najciekawsze dźwięki polskiej sceny jazzowej. Kliknij i dorzuć się do kolejnych tekstów!



bottom of page