top of page
prelegenci

Groovosophers feat. Satish Robertson – „Live at Zajezdnia Kultury”

6 wrz
5 minut(y) czytania

Pamiętacie mój tekst o debiucie krakowskiej formacji Groovosophers? Było tak: pewnego ranka wsiadłem do samochodu, by udać się do pracy, włączyłem silnik oraz ich album i… zorientowałem się, dokąd zmierzam, dopiero nad brzegiem Bałtyku, gdy skończyła mi się jezdnia. Muzyka mnie zahipnotyzowała, po  prostu nie sposób było przerwać odsłuchu. A teraz mamy drugą, koncertową odsłonę Groovosophers. 

Ale na początku świetna wiadomość: już w tym miesiącu sami możecie ich sprawdzić na żywo, bo polsko-amerykański skład ponownie rusza we wspólną trasę.

Szczegóły poniżej w tekście

Bez bicia piany: najnowszy, podwójny album koncertowy krakowian wydany na LP w digitalu – „Live at Zajezdnia Kultury”, zarejestrowany z gościnnym udziałem nowojorskiego trębacza Satisha Robertsona, to jedna z najciekawszych tegorocznych polskich płyt jazzowych. A teraz trochę jednak tej piany pobijmy.

Dwie dekady w drodze: od Goddard Quartet do Hammonda


Warto przypomnieć genealogiczny kontekst projektu. Panowie niegdyś grali ze sobą jako Goddard Quartet i po równo 20 latach od ostatniego wspólnego koncertu kwartetu znów zaczęli wspólnie poszukiwać brzmień – tym razem wzmocnieni potężnym brzmieniem organów Hammonda.

Ów dwudziestoletni interwał nie był bynajmniej okresem artystycznego uśpienia ani ucieczki w pozaestradowe bezpieczne przystanie. Przez dwie dekady każdy z nich pozostawał w permanentnym ruchu twórczym – nieustannie muzykując, nagrywając i konfrontując się z najróżniejszymi stylistykami w rozmaitych formacjach. Ten potężny kapitał doświadczeń, setki przegranych godzin i sceniczna dojrzałość stanowią fundament, na którym Groovosophers budują dziś swoją machinę.


Zajezdnia w centrum uwagi


Okładka LP
Okładka LP

Nakreślmy kontekst miejsca koncertu. Zajezdnia Kultury w Pleszewie – 16-tysięcznym mieście w południowej Wielkopolsce to jeden z najciekawszych przykładów udanej rewitalizacji postindustrialnej w kraju. W 2019 roku tamtejszy dom kultury zaadaptował zabytkową parowozownię, zachowując integralne elementy dawnej infrastruktury: tory przecinające przestrzeń obiektu, tabor kolejowy za oknami oraz wciąż czynną linię kolei wąskotorowej, która dowozi słuchaczy pod same drzwi sali.

To w ramach pleszewskiego cyklu „Odjazdy Jazzu”, dzięki producenckiej inicjatywie i mecenatowi dyrektora instytucji Przemysława Marciniaka oraz zaangażowaniu Marcela Kraszkiewicza, w listopadowy wieczór 2025 roku zrealizowano to nagranie, choć bez planu płytowego. Za miks i mastering odpowiada Tomasz Kubiak ze studia Studio Centrum. Pleszewski dokument udowadnia rzecz istotną: niezależna sztuka wysokiej próby nie potrzebuje metropolitalnych salonów, o ile po stronie organizatorów pojawia się rzetelna kuratorska wizja.


Nowojorski impuls: z Harlemu na wielkopolską stację


Obecność Satisha Robertsona na scenie nie jest chwytem marketingowym. We wrześniu 2024 roku organista Grzegorz Madej podczas pobytu w Nowym Jorku usłyszał Robertsona w jednym z klubów Harlemu. Muzyk, mający w dorobku m.in. stałą współpracę z James Carter Quintet, zaimponował mu timingiem i surowym, postbopowym tonem. Gdy Madej zrelacjonował to spotkanie na próbie w Krakowie, saksofonista Tomasz Karaszewski natychmiast zaproponował zaproszenie nowojorczyka do udziału w sesji debiutu. Trębacz zarejestrował swoje ślady w Record House Studio w Queens, po czym współpraca przeniosła się w realny wymiar estradowy.

Sierpień 2025 roku przyniósł wspólną, intensywną trasę festiwalową (od bośniackiego festiwalu Zelenkovac, przez Chorwację i Słowację, po Summer Jazz Festival w Krakowie), w trakcie której skład wypracował rzadko spotykane zgranie. Listopadowa seria koncertów klubowych (m.in. krakowskie Globus i Harris Piano Jazz Bar oraz 7. Sącz Jazz Festival w rodzinnym mieście basisty) stanowiła już tylko preludium do występu w Pleszewie, który zamknął jesienne tournée.



Afirmacja zamiast melancholii


Najbardziej uderzającą cechą zarejestrowanego materiału jest jego programowa odrębność od obiegowych polskich schematów. Nie ma tu śladu minorowego tonu, słowiańskiego dumania czy kontemplacyjnej nostalgii, z którą rodzima scena na szczęście zrywa.

Ów pogodny charakter nie oznacza ucieczki w powierzchowność. Konstrukcja utworów opiera się na wyśrubowanym profesjonalizmie, precyzyjnej kontroli dynamiki i nienagannej synchronizacji sekcji. Satish Robertson doskonale wpisuje się w tę architekturę – jego partie trąbki nie są jedynie gościnnym ozdobnikiem, lecz katalizatorem: wprowadzają szorstki, brooklyński nerw, błyskawiczne zwroty frazy i drive, który wymusza na zespole jeszcze gęstszą wymianę myśli.


Kilimandżaro, reggae i bezwzględny autentyzm live


Koncert w Pleszewie przyniósł także nieznaczne poszerzenie repertuaru. Jak mówią sami muzycy, czas po nagraniu studyjnego debiutu natychmiast zaowocował nowymi kompozycjami. W programie pojawił się m.in. utwór „Kilimanjaro Blues (For Grzechu)”, z którym wiąże się bezpośrednia geneza – wyprawa organisty Grzegorza Madeja na najwyższy szczyt Afryki w lutym 2025 roku. Bluesowa forma pulsuje tu afrykańskim słońcem i daleka jest od podręcznikowej rutyny.



Zaskakuje także podejście do jazzowego kanonu: postbopowy klasyk Dona Grolnicka „Nothing Personal” został przefiltrowany przez kołyszący puls reggae, co nadało mu zupełnie nową, zaskakująco nośną dynamikę.


Przede wszystkim jednak uderza fakt, że zarejestrowany materiał jest na wskroś autentyczny, długi i rdzennie jazzowy. Widać i słychać wyraźnie, że nie został wtórnie przetrawiony w postprodukcji ani stępiony producenckim mędrkowaniem, które pod pretekstem formatowania zapewne bezlitośnie skróciłoby te kompozycje. Uważam, że taki zabieg byłby kardynalnym błędem. W obecnym kształcie ta płyta jest bezdyskusyjnie prawdziwa, a pozostawiona w pełnym wymiarze niczego nie traci ze swojej zwartości.


Rzecz jasna, mocowanie się z dwupłytowym winylem to zawsze karkołomne wyzwanie realizacyjne – pojemność rowka i interwały czasowe stron w dużej mierze dyktują twarde warunki. Tutaj jednak odnaleziono wzorcowy złoty środek. Sceniczna temperatura faluje w sposób niezwykle naturalny: wznosi się do wrzenia, by za chwilę opaść w rejony bardziej intymne, a sprawiedliwie wyważone tempa kompozycji tworzą logiczny, porywający łuk dramaturgiczny. W efekcie otrzymujemy zbiór znakomitych interpretacji utworów znanych z pierwszej płyty, które w koncertowym żywiole nabierają zupełnie nowej głębi.



Forma otwarta, architektura basu i zakamuflowany swing


To właśnie owo uwolnienie ram czasowych staje się największą siłą wydawnictwa. Na koncertowym podwójnym winylu utwory rozwijane są bez pośpiechu, metodycznie, z zamiarem wyczerpania harmonicznych i improwizacyjnych zasobów każdego z motywów. Solówki nie sprawiają wrażenia rozwlekłych popisów – są logicznie prowadzoną narracją, która narasta fazowo i znajduje ujście w organicznych kulminacjach.

Najważniejszy punkt odniesienia formacji stanowi niezmiennie sekcja rytmiczna, a w szczególności partie basowe Marcina Essena. To właśnie linie basu są konstrukcyjnym rdzeniem tego materiału. Essen gra z niezwykłą motoryczną dyscypliną, gęstym dołem i chirurgicznym poczuciem czasu; to na jego pochodach bezpiecznie lądują akcenty gitary Filipa Wyrwy, chropowate barwy organów Hammonda Grzegorza Madeja oraz ekspresyjne frazy Tomasza Karaszewskiego.

Warto również zwrócić uwagę na drugi plan: pod nowoczesną, fusion-funkową fakturą nieustannie tętni tu tradycja. Dla uważnego słuchacza odkrywanie zakamuflowanych struktur bluesowych oraz głęboko osadzonego swingu – subtelnie przemyconych w pozornie prostych podziałach rytmicznych – stanowi jedno z najbardziej satysfakcjonujących doświadczeń tego krążka.

Znane z debiutu tematy przewodnie – w tym hipnotyzujący „In Your Footsteps” (na scenie zapowiadany jako „In Your Footprints”) oraz dynamiczny, nośny „Baa Baa” – w warunkach koncertowych zyskują nową wagę. Zespół nie odtwarza schematów ze studia; modyfikuje mikrofrazy, wpuszcza powietrze i rozszerza przestrzeń dla instrumentalnych dialogów, czyniąc z tych utworów pełnowymiarowe koncertowe perły.


Wrześniowa powtórka z żywiołu: od Mechelen po Kraków i Warszawę



Już we wrześniu nadarza się okazja, by to przeżyć. Groovosophers ponownie połączyli siły z Satishem Robertsonem, przygotowują czterokoncertową trasę:

  • 13 września – festiwal Jazzathome Mechelen 2026 (Mechelen, Belgia), gdzie formacja zaprezentuje się w trzech setach (14:15, 15:45 oraz 17:15);

  • 17 września (godz. 19:00) – legendarny Klub Pod Jaszczurami w Krakowie;

  • 19 września (godz. 19:00) – krakowski Festiwal Huta Jazzu w MDK im. Andrzeja Bursy (na os. Tysiąclecia 15, z wstępem wolnym);

  • 20 września (godz. 18:00) – warszawskie Centrum ŁOWICKA.



Podwójny winyl „Live at Zajezdnia Kultury” grupy Groovosophers i Satisha Robertsona to bezdyskusyjny dowód na dojrzałość krakowskiego składu. Zamiast bezpiecznych estetycznych kalk kalkulowanych pod lokalny rynek, otrzymujemy album międzynarodowego formatu: witalny, rytmicznie bezbłędny, łączący amerykański feeling z europejską dyscypliną formy.


Znakomity, całkowicie autentyczny dokument scenicznego żywiołu i jedna z najmocniejszych pozycji w dyskografii polskiego jazzu elektrycznego tego roku.



Komentarze


bottom of page