top of page
prelegenci

Alain Métrailler Heights Prospection

Siema Dżesika, słońce moje za kratami!


Piszę do Ciebie szybko, bo zaraz gaszą światło, a ten pajac wychowawca znowu mi ciśnienie podnosi. Kurna, Dżesi, typ myśli, że jak skończył studia i nosi klucze, to się na kulturze zna. Wciska mi jakieś Petrusy, jakieś smęty dla starych bab, jakby nie kumał, że Brajan nie słucha byle czego. Powiedziałem mu prosto w ten jego urzędniczy pysk: „Panie władzo, pan to się znasz na muzyce jak świnia na gwiazdach, teraz wjeżdża konkret, szwajcarska szkoła, a nie te pana popierdółki”.


Słuchaj, Dżesi, bo sprawa jest gruba. Wyszła właśnie płyta, na którą czekałem bardziej niż na widzenie. Alain Métrailler – zapamiętaj to nazwisko, bo to jest gość, co dmucha w rurę (saksofonista, nie myśl sobie nic!) tak, że aż w celach tynk odpada. Album nazywa się „Heights Prospection”, wydany 13 marca 2026 w Unit Records. Kurna, co to jest za lot!


Ten Alain to nie jest jakiś leszcz z łapanki. Gość ma fundamenty, klasykę w palcach, ale wyleciał do Nowego Jorku, żeby tam nasiąknąć prawdziwym życiem, a nie tylko teorią w zeszycie. Pięć lat tam siedział, pokorny jak ja na pierwszej sprawie, i uczył się od największych kozaków, Lovano i Workmana. On nie udaje dżezmena, on tym dżezem oddycha.


I słuchaj, jaką ekipę zebrał na tę robotę! Same asy, międzynarodowa szajka:


  • Elias Stemeseder – na klawiszach wyczynia takie rzeczy, że mózg paruje.

  • Eric McPherson – w bębny bije z taką precyzją, jakby odliczał sekundy do wolności.

  • Chris Tordini – na grubych strunach (kontrabas) trzyma to wszystko w ryzach, żeby się nie rozleciało.

  • Grégoire Maret – na harmonijce wymiata tak, że serce pęka.


Dżesi, muszę Ci powiedzieć szczerze – ta płyta nie jest łatwa. To nie jest „Ona by tak chciała” na słupach miejskich. To jest ciężka rozkmina, bo ten Alain zrobił to dla swojego tatusia, co to go już na tym świecie nie ma, odszedł za wcześnie. Czuć w tym smutek, ale i taką siłę, jakby chciał te góry szwajcarskie przeskoczyć. Trochę ten Alain to mądrala dżezzowy, ale kombinuje jak ta lala, normalnie nie trafisz za nim ni cholery. Już se myslisz: o teraz skoczy tu w bok, bo każdy by tak zrobił, a on nie Dzesi, on zawsze lezie w drugą stronę. Szacun mam za te jego wydeptane ścieżki, po których nikt nie łazi.




Oni to nagrali w jeden dzień! Kumasz? Weszli do studia, raz-dwa i gotowe. Bo oni wcześniej to wszystko przegrali na żywo w Nowym Jorku, zgrali się jak my na robocie pod sklepem. Tam nie ma ściemy, jest szczerość, pot i krew. Siedem autorskich kawałków i jeden standard, ale przerobiony tak, że ledwo poznałem. To jest muzyka, która szuka czegoś więcej – emocji, rytmu, prawdy.


Dżesi, jak będziesz miała chwilę, to odpal to sobie. Może na początku nic nie skumasz, bo to gęste jest, ale daj temu czas. To jest ludzka muzyka, inspirująca, taka „na sztywniutko”, ale z duszą.


Wychowek idzie, muszę chować kartkę. Kocham Cię, czekaj na mnie, a jak wyjdę, to kupimy sobie ten saksofon i pojedziemy do Szwajcarii.


Twój na zawsze (i jeszcze dwa lata), Brajan


PS. Nie daj się tym frajerom na osiedlu, słuchaj Métraillera, to będziesz wiedziała, co to życie.


DODATEK DLA CIEBIE DŻESI – ŻEBYŚ WIEDZIAŁA, JAKIE TO SĄ KOZAKI (PRZECZYTAJ TO SOBIE DO PODUSZKI):



Słuchaj mała, żebym nie wyszedł na gołosłownego, to Ci jeszcze rozpiszę tę bandę Alaina, bo to nie są przypadkowe typy spod ciemnej gwiazdy, tylko światowa liga:


Elias Stemeseder – To jest taki austriacki mózgowiec, rocznik '90. Gość ma szkołę klasyczną, ale w głowie mu elektronika i dżezowe łamańce. Od dziesięciu lat siedzi w Nowym Jorku i robi robotę z takimi gigantami jak John Zorn. Na klawiszach lata tak, że nie wiesz, czy to jeszcze dżez, czy już lot w kosmos.

Eric McPherson – Ten to jest stary wyga, rocznik '70, urodzony w samym sercu nowojorskiego dymu. Jego ojciec chrzestny to był sam Richard Davis (taki kontrabasowy król), więc Eric zamiast smoczka ssał pewnie pałeczki do bębnów. Uczył się od największych mistrzów, grał z takimi legendami, że ja tu nawet nazwisk nie wymienię, bo kartki braknie. To jest profesor od trzymania rytmu.

Chris Tordini – Gość od wielkiego pudła ze strunami. Skończył te wszystkie szychty w New School w Nowym Jorku i teraz wszyscy chcą z nim kraść konie (znaczy grać). Jest tak wszechstronny, że potrafi zagrać wszystko, od delikatnych numerów po takie, gdzie struny aż jęczą. Nowojorska scena go uwielbia, bo ma łapę do dżezu jak nikt inny.

Grégoire Maret – Kolejny Szwajcar w ekipie, ale od lat na stałe w Wielkim Jabłku, czyli w Nju Jorku znaczy, a tam lipy nie ma kochaniutka. Ten gość udowodnił, że harmonijka to nie jest zabawka do grania przy ognisku, tylko potężne narzędzie do wzruszania ludzi. Grał z Herbie Hancockiem i Patem Methenym – kumasz, to tak jakbyś Ty wystąpiła w teledysku u samej Beyonce. Wirtuoz, wariat i dusza człowiek.


I TERAZ NAJWAŻNIEJSZE, DŻESI!


Mam do Ciebie prośbę, słońce moje. Napisz list, taki oficjalny, wiesz – z tymi wszystkimi „z poważaniem” i „uprzejmie proszę”. Adresuj to do tego Głównego od Więzień, do samej góry w Warszawie. Napisz mu prosto z mostu:


„Szanowny Panie Naczelniku Wszystkich Więzień, w imieniu osadzonego Brajana i jego zdrowia psychicznego, prosimy o przysłanie do naszego zakładu jakiegoś wychowawcy, który ma pojęcie o kulturze wysokiej. Ten, co go mamy teraz, to nam tu Petrusy wciska i nie odróżnia saksofonu od fujarki, przez co w celi panuje ferment i brak zrozumienia dla nowojorskiej sceny jazzowej. Brajan potrzebuje kogoś, z kim będzie mógł merytorycznie pogadać o improwizacji i Alanie Métraillerze, bo inaczej to on tu zwiędnie jak kwiatek bez wody”.


Zrób to dla mnie, Dżesi. Może jak góra tupnie nogą, to nam tu kogoś z sensem przyślą, a nie tego głuchoniemego urzędasa. Trzymaj się, kochana! Na sztywniutko!

SŁUCHAJCIE NO, LUDZIE Z WOLNOŚCI! (APEL DO CZYTELNIKÓW JAZZDA.NET)


Ej, Wy tam, co to czytacie Jazzdę i myślicie, że te wszystkie teksty to się same z powietrza biorą. Słuchajcie Brajana, bo dwa razy powtarzać nie będę. Żeby pisać o takich kozakach jak Alain Métrailler, żeby to wszystko rozkminiać i podawać Wam na tacy, to autor musi mieć paliwo. A paliwem dla dżezmena i recenzenta nie jest więzienna lura, tylko porządna kofeina, czarna jak sumienie klawisza!

Nie bądźcie leszczami, nie sępcie tych paru zeta. Jak Wam się podoba ta jazda bez trzymanki, to wbijajcie na buycoffee.to/jazzda i rzućcie groszem na kawę dla redakcji. Niech chłopak ma siłę dmuchać w ten internetowy saksofon, żebyśmy my tu w kryminale i Wy tam na wolce mieli co czytać.

Pamiętajcie – dżez to wolność, ale kawa to podstawa. Postaw kawę, bo inaczej to tylko cisza i Petrusy zostaną. Zdrowie, mordeczki!



Komentarze


bottom of page