top of page

Znaleziono 164 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Jazzda Po Płytach 3 Nowości Jazzowe Marzec 2025

    116 utworów ze 114 płyt z marca 2025, czyli wodospad marcowych nowości z jazzu, muzyki improwizowanej, a także gatunków pokrewnych, zbliżonych, bliskich, tożsamych. Czy to się da tak bez skipowania? Da się! Skipowaniu mówimy stanowcze nie, gdyż cenimy pracę twórczą muzyków. UWAGA. Plajlisty marcowe Spotify, Tidal, Imusic, You Tube na końcu tekstu. Oj ludzie czego tu nie ma? A co jest? Curtis Hasselbring  " The Curhachestra " (-est Records) - dystans, żart, sarkazm oraz łacha darcie sprawił, żech tego bloga spłodził, zaś ostatni album jednego z najpłodniejszych brooklińskich rezydentów jazzowych, podchodzącego do poważnych tematów muzycznych z szerokim bananem na twarzy pasuje tu jak ulał. Puzonista i jego zespół daje czadu. Uwaga: nie bierze jeńców. Oto dwie młode Koreanki wskrzeszają czaderski jazz ze starych, dobrych czasów udowadniając, że jeśli masz tę muzykę w sercu, to rozgrzeje cię do czerwoności. EP-ka w porządku: szybko-wolno-szybko-wolno. Genialna supernowa. Wspólny album wypełniony ognistym jazzem pianistki jazzowej Jiminy Park (występującej jako Jimindorothy) i saksofonistki Soojung Lee . Stary jazz żyje w tych młodziutkich duszach (dziewczyny poznały się w Berklee w Bostonie)! Posłuchajcie tego! Zostajemy daleko od Polski, w Australii, która jak się okazuje oddycha jazzem. "Ghosts Between Streams" to świetny album uznanego australijskiego trębacza, improwizatora i kompozytora Toma Avgenicosa . Uduchowione pasaże, mnóstwo instrumentów, wspaniałe brzmieniowe tło, rozmach w kompozycjach. Znakomita płyta. Powiem to po dziadersku: musowo musicie słyszeć . Blue Note wydaje album kwartetu mniejszego brata Marsalisa , jego pełną interpretację genialnego albumu Keitha Jarretta, Jana Garbarka, Pallego Danielssona i Jona Christensena z 1974 pod tym samym tytułem, czyli "Belonging". Wychodzi na to, że jednak lubię dobry, stary styl, cholera. Może mnie zrozumiecie , jak posłuchacie. Ten gość wpuszcza tyle powietrza do muzyki, robi to tak łagodnie, tak lekko, niemal od niechcenia. Pan Brandford nie wyważa drzwi z futryną. On wchodzi przez nie elegancko ubrany, z klasą, (nie, nie napiszę że cały na biało). To żadna nowość, ale album "Belonging" to po raz drugi jazz najlepszy na świecie, mniej więcej w 50 latach od premiery tamtej płyty. A zabieg z zagraniem legendarnego materiału Marsalis zastosował nie po raz pierwszy: warto przypomnieć, jak namietnie ogrywał w całości "A Love Supreme" Johna Coltrane'a na trasie koncertowej. A co to za syf!? Zapytają teraz jazzowi moherzy. To, kochani bigoci, świetna płyta zespołu o uroczej nazwie "Użyj Noża". Co gorsza dla was Use Knife to surowa synergia irackiego (tak, tak, tak) wokalisty/perkusisty Saifa Al-Qaissy'ego i belgijskich muzyków Kwintena Mordijcka i Stefa Heerena. Jest tu mnóstwo arabsko-europejskiego brudu muzycznego, trzasków, maszynowych zgrzytów, zniekształconych industrialnych tekstur i szarpanych impulsów EBM posypanych kruszonką z irackich rytmami. Caca! W Polsce nie zostać w marcu 2025 zauroczonym płytą "Ad Astra" Wojciecha Jachny Squad to tak, jakby dostać mandat za przejście na zielonym świetle. Ja jestem zauroczony, o czym pisałem tutaj: LINK Z kolei "Ptaki Polski" jest to tak wspaniale dziwaczny twór, że zakochałem się w nim bez pamięci po pierwszym odsłuchu, a przyznam, że podchodziłem do niego jak moi praprzodkowie do sztućca: bez zaufania. Tymczasem to błąd! Genialne! Skład: Michał Szturomski – inicjator, produkcja muzyczna, instrumenty elektroniczne, sampling, Miłosz Wośko – instrumenty klawiszowe, Adeb Chamoun – instrumenty perkusyjne, Maciek Szczyciński – kontrabas, Jerzy Mazzoll – klarnety, Filip Kosior – głos. Na strimingach w marcu wylądował "Ejber" świetnego ansamblu Blu/Bry. To laureaci Jazz Juniors 2024, konkursu pod banderą nie byle kogo, bo Nilsa Petera Molvaera, choć ja żartuję, że to już nie tacy juniors, gdyż słyszę już druga płyta zespołu. To kiedy przestaje się być juniors? Niemniej płyta świetna, łobuzerska. Jak Ejber, czyli łobuz w wielkopolskiej gwarze. Jeszcze jedna płyta zrobiła mi na sam koniec marca,a w zasadzie na poczatku kwietnia jazzową zupę z mózgu - to "Feathers" Confusion Project. Słuchajcie, ja tych gości uwielbiam za instrumentalne płyty "Primal" i LAST". A ty nagle bęc! Płyta z wokalistką. I to od razu z zagranicy! Na albumie śpiewa Simona De Rosa , ta sama, z którą zespół grał koncerty, jak Polska długa i szeroka przed dwoma niemal laty. Płyta jest ekstra, za chwilkę napiszę o niej więcej, gdyż jest tego warta. No dobra, dość gadania, zwłaszcza, że marzec w końcówce obfitował w tłuste jazzowe i niejazzowe premiery płytowe. Jest czego słuchać do kwietnia - macie oto 10 godzin premierowej muzyki. SPOTiFY TIDAL IMUSIC YOUTUBE Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Tubis Trio wraca z nową energią

    "Jak wracać to z przytupem" rzekł do mnie Maciej Tubis, gdy oceniłem słowem "petarda" koncert - come back jego trio w Łodzi. Czułem, że właśnie wziąłem udział w czymś niecodziennym oraz wyjątkowym i bynajmniej nie chodzi o to, że występ był rejestrowany na potrzeby płyty live, która pod koniec maja ujrzy światło dzienne, a raczej o to, że był to recital dokładnie tak dobry, jak się spodziewałem. Tubis Trio jest w doskonałej formie. Koncert się skończył, ciarki jeszcze chodziły po ciele, a w dłoni trzymałem podpisany przez muzyków egzemplarz płyty CD "Live in Luxembourg", czyli pierwszej płyty Tubis Trio. Płyty wyjątkowej z kilku powodów. Przywołajmy je dziś, gdy zespół (i to w składzie pierwotnym), po 17 latach, klamruje swą działalność kolejnym wydaniem zarejestrowanej muzyki na żywo. Zacznijmy od tego, że nieliczne grupy decydują się na debiut "koncertówką" - wtedy, przed laty, muzycy już po koncercie usłyszawszy i oceniwszy zapis swojego występu zdecydowali się go wydać - czuli przecież, że wyszło im świetnie. Do tego "Live in Luxembourg" nie dość, że został nagrany za granicą, nie dość, że w słynącej ze wspaniałej akustyki sali imienia Roberta Kriepsa, nie dość w końcu, że wyjątkowo w kwartecie z gościnnym występem luksemburskiej gwiazdy jazzu wiolonczelistą André Mergenthalerem, to jeszcze do tego płyta natychmiast została dostrzeżona przez krytyków, słuchaczy, tak zwany rynek oraz jednego z najważniejszych ludzi w świecie jazzu, Stuarta Nicholsona z magazynu "Jazzwise", który umieścił ją na piątym miejscu w świecie w podsumowaniu za rok 2009! Dacie wiarę!? To dopiero był debiut! Po nim - choć nie tak od razu - grupa stworzyła trzy świetne, dynamiczne albumy: "The Truth", "Flashback" oraz "So us". Ujmowały nowoczesnym brzmieniem, szybkimi jak torpedy utworami, europejskim rozmachem - bardzo odpowiadał mi ten nowy wówczas nurt jazzu, który bezceremonialną siłą wykopał drzwi do rockowego mainstreamu i czerpał z niego bez wstydu dodając skostniałej muzyce nowego wigoru - ku potępieniu jazzowych bigotów. Stawiałem i stawiam Tubis Trio na równi z E.S.T, Tingvall Trio, Go Go Penguin czy Portico Quartet. Potem przyszła cisza, choć mam wrażenie, że muzykoholik Maciej Tubis próżni nie znosi, cieszył więc nas co rusz efektami pracy w innych projektach: przebojowym duecie Bolewski&Tubis, czy dokonaniach solowych poświęconych Krzysztofowi Komedzie czy innym autorskim, w którym bardzo udanie rozpoczął przygodę z elektroniką i syntezatorami. Nie bez wpływu na przerwy miał obroniony przez Macieja Tubisa doktorat Akademii Muzycznej w Łodzi o wpływie muzyki klasycznej na estetykę improwizacji, Kiedy pan Maciej ogłosił, że właśnie w Łodzi chce nagrać kolejną płytę "na żywca" obiecałem sobie, że muszę być na tym koncercie. Udało się. Trio wróciło w pierwotnym składzie z Marcinem Lamchem na kontrabasie i Przemysławem Pacanem na perkusji. Warto poświęcić chwilę tym dwóm dżentelmenom. Oprócz gry z doktorem Tubisem, Pan Marcin Lamch był m.in . członkiem Coherence Quartet, którego album "Sagaye" uważam za jeden z najciekawszych przykładów "tip top", perfekcyjnego europejskiego jazzu, modelowy wręcz przykład balansu między chłodem kompozycji, a gorączką improwizacji. Ale nie dość na tym. Mało kto pamięta, gdy 20 lat temu, jak supernowa przez polski rynek jazzowy przeleciał pocisk pod nazwą Chromosomos napędzany atomową płytą o nazwie "Phonophobis". Magiczny to jest wciąż album, ostry, bezkompromisowy, zerkający bez wstydu w stronę Skandynawii, zapatrzony w "punkt widzenia Gagarina" z kapitalnym udziałem Pana Marcina! Pamiętam, jak mówiłem przyjaciołom męcząc ich utworem "Katarynka", że chciałbym, aby basiści pankowi i metalowi grali z taką werwą i nerwem. Oprócz wspomnianych zespołów warto, aby pamiętać wkład Marcina Lamcha w płyty Janusza "Yaniny" Iwańskiego, bliskiego mu Stanisława Sojki czy świetnego duetu Lipnicka&Porter (ach, jaki cudnie melodyjny z tej kooperacji wyszedł kawałek "Old Time Radio" - posłuchajcie koniecznie), choć mnie ujmuje bardziej współpraca z Wojciechem Konikiewiczem. Przemysław Pacan to zadeklarowany bębniarz, który... zaczynał od fortepianu. Z czasem jednak poświęcił się całkowicie tarabanieniu zawodowemu, legalnemu i certyfikowanemu dyplomem katowickiej jazzowej alma mater. Drogi pana Przemysława także skrzyżowały się z "Yaniną" Iwańskim i to parokrotnie - jako fan bowiem wsłuchiwał się w genialny i legendarny częstochowski Tie Break, a później, z czasem razem tworzyli piękną muzykę. Skoro wywołałem ducha Tie Break (ech, ludzie kochani, jaka to była wspaniała kapela, jak ja żałuję, że nie widziałem ich na żywo), to trzeba wskazać jeszcze na braci Pospieszalskich i całej plejady polskich gwiazd muzyki popularnej związanych z owymi braćmi, z którymi pan Przemysław cudnie bębnił. Wspomnę na koniec, że ma na koncie współpracę z obojgiem Państwa Dudziak, panami Muniakiem, Ścierańskim, Konikiewiczem. Wróćmy do Łodzi, na koncert. Panowie tuż po godz. 17 dnia 30.05.2025 weszli po prostu na scenę, zasiedli przy instrumentach - Tubis przy specjalnie sprowadzonym fortepianie Yamahy - i zaczęli z werwą, a ja poczułem się, jakbym wrócił do domu z dalekiej podróży. Jak napisałem wyżej: puszczanie oka do szerokiej publiczności, sięganie po melodyjne tematy i zagrywki połączone z pełnymi werwy tempami i odpowiedni balans między repetycją, kompozycją i improwizacją bardzo mi odpowiadają. No i ta energia! Jej budowaniu sprzyjają niemal ekstatyczne repetycje, które u Tubisa są jak kręgi na wodzie, a docierają do publiczności z siłą fali uderzeniowej. Dynamiczna i czasami podniebna gra lidera, rockowy pazur perkusji czy wreszcie charakterystyczna osnowa kontrabasu - wszystko brzmiało bardzo dobrze. Takie powroty niosą ze sobą przeciwstawne zdawałoby się, w rzeczywistości scenicznej zaś wzajemnie napędzające się energie: świeżość grania po przerwie, ciekawość brzmienia nowych kompozycji oraz profesorska pewność wykonania tematów wielokrotnie ogranych. Tubis Trio zagrało najbardziej znane utwory z czterech płyt oraz sześć nowych kompozycji. Odniosłem wrażenie, że w nowych utworach zespół chce zerwać z łatką spadkobierców Esbjorna Svenssona i zmierza wprawdzie nieśmiało, ale w innym kierunku. Nowe, jeszcze nie nazwane utwory różnią się aranżacjami, wolniejszymi tempami, choć ostatni, szósty z nich to prawdziwa galopada i taki dosłownie Tubis Trio po staremu, który przypasuje wszystkim wiernym fanom. Mnie z kolei ujął najbardziej utwór "Retrospekcja" - jedna z najwcześniejszych i jednocześnie najciekawszych kompozycji Macieja Tubisa, zagrana tu oraz podczas pamiętnego luksemburskiego recitalu z debiutanckiego koncertu - odniosłem wrażenie, że to taki swoisty czasowy pomost między obydwoma projektami, które przecież dzieli wiele lat! Tymczasem kompozycja z bardzo osobliwymi tempami i niecodziennym, nieco lekkim i frywolnym tematem "Retrospekcji" dosłownie wgniotły mnie w fotel, bo do tej pory nie miałem okazji słuchać tego utworu na żywo, a brzmi rzeczywiście wyjątkowo z tymi charakterystycznymi "zawieszonymi" pauzami. Koncert zwieńczyła zasłużona owacja na stojąco. Nie bez przyczyny, bo choć grupa szlifuje nowy repertuar, to jednak jest to ekstraklasa. Maciej Tubis zapowiedział, że zapis koncertu, a w zasadzie dwóch koncertów (kolejny odbył się niecałą godzinę po pierwszym), w formie płyty trafi do słuchaczy już 25 maja, zaś nowa płyta studyjna jeszcze w tym roku, najpewniej w listopadzie. Czekam z niecierpliwością. Panowie wrócili w wielkim stylu. Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Groovosophers, czyli jazzda maksymalna

    Ale to daje kopa! Ale od początku. Rano staję obok auta z ciężkim westchnięciem. Przede mną daleka droga, jadę służbowo, wizyta rutynowa, pogoda do bani: zimno i pada - z tych puzzli w mojej wyobraźni układa się wielki, smutny napis: nie chce mi się. W takie dni silniej niż zwykle zazdroszczę muzykom, bo w ich robocie chyba nawet rutyna bywa ciekawsza. Myślę: no dobra, życie zmusza nas do czynności dobrowolnych, wskakuj. Moszczę swą okrągłą nadwagę w fotelu na te 300 kilometrów, zapuszczam silnik, ruszam. Nie znoszę ciszy w aucie. Co z tego, kiedy każda stacja radiowa od uparcie nadaje długie jak utwory The Necks reklamy. The Necks słucham z przyjemnością, reklam bez niej. Czy Wy też tak macie, że po trzech zadajecie sobie pytanie, czy ich twórcy nas mają za skończonych debili? Moje decyzje zakupowe mam oprzeć na takim żenującym wykwicie z kreatywnego mityngu przedszkolaków? Co z wami marketerzy jest nie tak? Może warto wyjść z piaskownicy i zamiast stawiania babek z piaskiem zająć się wreszcie dorosłym życiem, fajna broda to jeszcze nie dojrzałość. Wyłączam ten szit, bo nie daję rady. Okładka malowana przez  Agnieszkę Koncewicz-Sambor Mam tu pod ręką coś, czego nie znam zupełnie, a co dostałem od starych wyjadaczy jazzowych z Krakowa. Grupa nazywa się Groovosophers. Wiem tylko, że zespół ma bardzo fajną historię. Panowie niegdyś grali ze sobą jako Goddard Quartet i po 20 latach i 11 dniach od ostatniego koncertu kwartetu znów zaczęli wspólnie kombinować, tym razem wzmocnieni organami Hammonda. Nie, nie, nie kochani - po drodze nie uprawiali roli, nie wydobywali ropy, nie warzyli rzemieślniczego piwa, ani nie hodowali alpak - oni w różnych składach muzykowali. Bardzo więc do mojego starego łba i młodszego duchem serca trafia fakt, że pięciu dorosłych facetów postanawia spróbować i ma odwagę jeszcze raz pokazać się publiczności. Trzeba mieć charakter, żeby jeszcze raz wchodzić do tej samej rzeki (ale nie próbujcie tego z byłymi żonami). Wlokę się miastem mozolnie zbliżając do wylotówki na autostradę, w rytmicznych sekwencjach: światła, ruch, światła, ruch... Z głośników płyną dźwięki pierwszego z utworów, spokojne tempo, elektryczna gitara nie bojąca się efektów, w dodatku gitara, która gra melodię, a nie bombarduje mnie zwariowaną kaskadą zwichrowanych dźwięków - gdy nagle wnętrze auta wypełnia dźwięk saksofonu: czyściutki i zadziorny, aksamitny i przejmujący. Ach, jakie to niepolskie dźwięki! Powtarzam więc je sobie na następnych światłach, tak podoba mi się to solo. Zerkam na płytę. Utwór nazywa się "No place to hyde" - no panowie trafiliście idealnie, myślę, wystukując jego rytm palcami na kierownicy, otoczony autami na środkowym pasie, w korku. Ale przestaję się nudzić, kiedy w moje uszy wjeżdżają dęciaki w "Starlight Trooper" - najpierw ten Amerykanin na trąbie, a potem Polak na saksofonie, a po nich hammond. O ja cię chromolę! Jakie to jest dobre! Jakie tłuste i soczyste! Daję więc głośno, coraz głośniej: wzmacniacz JBL przekazuje na głośniki Infinity czyściutkie dźwięki, auto aż skacze, ja skaczę wraz z nim, bo nie daję rady wysiedzieć. Kiedy zaczyna się wspaniały kawałek o nazwie "Fury" mam ochotę porzucić to całe moje robocze zadanie, tę podróż służbową, nałożyć słuchawki i po prostu cieszyć się muzyką - ludzie kochani, co tam się dzieje! Jak cudnie przyspiesza puls tego utworu, czarodziejski saksofon wzlatuje gdzieś pod niebo, zaś przepiękny bas prowadzi całą maszynerię Groovosophers tak, jak mamusia dziecko na pierwszą lekcję fortepianu. Wjeżdżam na autostradę i wówczas dokładnie, jak na zamówienie, niczym winieta za dawnych czasów, rozbrzmiewa "BAA, BAA", czyli pokręcony singiel z solówką hammonda w roli głównej, a ja wsłuchując się w niego zapominam, że stopa za bardzo wciska pedał gazu, zapominam o tempomacie, ograniczeniach powszednich, ponieważ nie mogę się oderwać od muzyki, bujam się w jej rytm, mknę gnany jej tempem. "BAA, BAA" ma w sobie śliczną, orientalną zagrywkę, nie do zanucenia, ale niezapomnianą. Każdy kolejny utwór z płyty Groovosophers spaja zespół wspólnych cech: jest rytmicznie, melodyjnie, energetycznie i... zagranicznie. Tak właśnie! Gdybym słuchał tej muzyki na ślepo, bez wiedzy o autorach, celowałbym w grupę ze wschodniego wybrzeża USA. Dlaczego? Bo ja słyszę w ich muzyce krystaliczną radość z grania, profesjonalną pewność, a w dodatku świetną realizację. Choć to wyraźne zerkanie w stronę fusion, struktura utworów nie jest przepakowana, nie ma mowy o natrętnej ścianie dźwięku, słychać wyraźnie wszystkie doły i góry, szerokości i wąskości. Pierwszy plan grupy to niewątpliwie: dęciaki i gitara. Bas ma świetny groove. Perkusja zaś trzyma pięknie wszystko w garści, ale przyznać trzeba, że nie szaleje - to jest raczej profesorska dokładność. Panowie mówią, że jest to debiutancki album - ale z całym szacunkiem: raczycie sobie żartować. W tym składzie może i owszem. W istocie jednak każdy z utworów jest dojrzale, po akademicku rozplanowany i zagrany. Poczujesz szybko słuchaczu, że ci goście z niejednego wzmacniacza pili mleko od wściekłej krowy. Profeska. Taki "For Those Who Have Passed" na przykład: wolniutki, spokojny, niepozorny - ale jak sekwencyjnie zbudowany, dzięki czemu rozwija się konsekwentnie, miarowo kończąc głośnym, wyśmienitym popisem saksofonu. Dzięki tej muzyce zapomniałem o całym świecie, o nużącej drodze, smętnych zimowych krajobrazach, auto mapa prowadziła mnie jak po sznurku, a ja powtarzałem cały repertuar z płyty: jeszcze raz i jeszcze raz. Aż dotarłem na miejsce, dzięki muzyce szczęśliwy, z bananem uśmiechu na twarzy i pół godziny wcześniej niż zazwyczaj. Album ukazuje się 22 marca. Zawiera osiem oryginalnych kompozycji zespołu oraz utwór Johna Scofield "I’ll Take Les" w nietypowej, drum’n’bassowej aranżacji. Groovosophers Tomasz Karaszewski – saksofon tenorowy i altowy (zespoły: Goddard, Funk Out, J Art, Placebo) Filip Goddard Wyrwa – gitary, syntezator gitarowy (Goddard, Twelve Moons, Xposure, Hipgnosis) Grzegorz Madej – organy Hammonda, Rhodes, klawisze (Hammond Quartet, Maciej Kłeczek) Marcin Essen – gitara basowa i bezprogowa gitara basowa (Another Pink Floyd, Helaine Vis) Grzegorz Bauer – perkusja (Twelve Moons, Frittata, Another Pink Floyd, Sokół Orchestra) Płyta Groovosophers została nagrana z gościnnym udziałem Satisha Robertsona - trąbka (z Brooklyn/NYC i James Carter Quintet) i Patryka Zakrzewskiego - instrumenty perkusyjne (znanego między innymi z występów z Miką Urbaniak/Ulą Dudziak). Zazwyczaj nie piszę tego, ale to realizacyjna petarda: p łyta została nagrana w listopadzie 2024 w Krakowie w Studio Centrum i Brooklynie/Nowy Jork (partie trąbki Satisha Robertsona). Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Wojciech Jachna Squad zabiera w podróż do gwiazd

    Wyobraźcie sobie Był wczesnowiosenny, chłodny poranek, gdy Iwona, elektroniczny głos zapowiadający pociągi na stacji Łódź Widzew zamiast oznajmić bezdusznym głosem przyjazd następnego składu powiedziała głosem namiętnym: Szanowni Państwo, a teraz posłuchajcie wspaniałej, najnowszej płyty Wojciecha Jachny Squad pod tytułem płyty "Ad Astra". Ad astra znaczy "do gwiazd'. Życzę państwu dobrego dnia i tego, abyście znaleźli swoją drogę do gwiazd dzięki tej pięknej muzyce. I w głośnikach stacji Łódź Widzew zabrzmiała zapowiedziana płyta Ludzie, zmarznięci i niedobudzeni, oczekujący składu regionalnego z tym jedynym na świecie, charakterystycznym środkowoeuropejskim biernym zniecierpliwieniem, składu, który miał ich zawieść do Bedonia, Przyłęka, Wągrowa lub Płyćwii, no więc ludzi ci zbaranieli. Muzyka płynęła peronami, owijała się wokół latarni, kładła wzdłuż torów, jak marzenia pasażerów pociągów podmiejskich o definitywnej dalekobieżnej podróży na zawsze: tam gdzie jest lepiej, więcej, piękniej i mocniej, czyli nie tu. Zbaraniała również załoga stacji Łódź Widzew. Elżbieta S. lat na oko 28 (nazwisko znane redakcji), która tego dnia miała zmianę wspomina "To był szok i niedowierzanie. Iwonka - bo tak ją tutaj pieszczotliwie nazywamy - nigdy dotąd, ani razu nam się nie zepsuła, kilkukrotne trzeba ją było tylko awaryjnie zastąpić, a tu taki numer - mówi Elżbieta kręcąc głową. - Nic nie mogliśmy zrobić, nie działała żadna funkcja, żaden klawisz, a odcięcie od zasilania było niemożliwe, bo padłby cały system" To by oznaczało, ze PKP w Wągrowie czy Płyćwii jest ślepa i głucha - wszakoż to stać się nie mogło, PKP tamże jest ważna dla społeczności lokalnej. Wezwano zatem posiłki informatyczne z jednej z podległych kolei spółek. Ale i one nie dały rady. Była godzina 14, pociągi wciąż przyjeżdżały i odjeżdżały niezapowiedziane, na peronach stacyjnych zebrał się zaś tymczasem tłumek ciekawskich słuchaczy płyty Wojciecha Jachny Squad, która grała non stop w zapętleniu, gdy do akcji wkroczyli współpracujący z PKP byli hakerzy i cybernetyczni specjaliści z pobliskiej politechniki. Nadzieja zatliła się w sercach skompromitowanych kolejarzy. Na krótko. " Niestety, nie było na to rady, Iwona odcięła wszystkie dojścia systemowe, otoczyła się tak szczelnym cybernetycznym murem, że po godzinie mieliśmy pewność, że przebicie go potrwa trzy do siedmiu dni - opowiada Ariel B, były haker (nazwisko znane redakcji)". Doktor Marek "Procesor" Zapętlony, specjalista informatyczny z Politechniki Łódzkiej wznosi oczy ku niebu i opowiada z emfazą: " Proszę Pana, jestem dumny i szczęśliwy, że dotknęło to mnie, właśnie mnie, że to ja byłem świadkiem i badałem wykroczenie poza kontrolę na skutek podłączenia do sieci i układów tak zwanej sztucznej inteligencji prostego, banalnego w sumie symulatora głosów " Prosimy, aby doktor Zapętlony wytłumaczył cały fenomen prostymi słowami. Po krótkim namyśle ujął to tak: " Iwona, podłączona dzień wcześniej do układu sztucznej inteligencji przerobiła całą treść internetu i spośród niego wybrała to, co jej zdaniem najlepsze " Czyli co? "Czyli płytę Wojciecha Jachny Squad pod tytułem Ad Astra". A dlaczego - dociskamy naukowca "Bo uznała ją za najpiękniejszą, najlepszą, najbliższą ideału". Muzyka na stacji brzmiała do późnego wieczora. O godz. 22 słuchało jej około 300 osób, które nie czekały na odjazd, po prostu przyszły zwiedzione informacją o niezwykłym wypadku na stacji Łódź - Widzew. Kolej więc musiała wezwać SOK, ale zupełnie niepotrzebnie, bo muzyka raczej wszystkich koiła, niż rozdrażniała. Dlaczego tego pan słucha - spytaliśmy jednego z peronowych zasłuchanych.. No bo to gra samo, tu na stacji, nigdzie tak nie ma, nawet w Nowym Jorku - odpowiedział. Ale można tego słuchać w domu i nie marznąć - spytaliśmy A nie, boi tego nie ma na strimingach, a jest ekstra, w pyteńkę muza - dopowiedział drugi, ogolony na łyso, groźnie wyglądający kibic lokalnej drużyny piłkarskiej, co było widoczne po wytatułowanym napisie na szyi "Widzew jest całym moim życiem" - osobnik ten miał szyję nader grubą, a napis ją oblegał, tak że koniec spotykał się z początkiem na dużym, grubym karku (patrząc na osobnika z tyłu widziało się na szyi zbitkę "emWi"). - Jakby mnie kto pytał, to mogliby tak zostawić, gitara muzynia jest tego tam składa. Według mnie także. Ale Iwonka o godz. 24 sama się wyłączyła. Po prostu muzyka przestała grać, a ona wyszeptawszy uroczo: już pora do łóżek kochani, zapowiedziała swym normalnym beznamiętnym głosem przyjazd bez zatrzymywania się dalekobieżnego do Berlina. Czy to nie byłoby wspaniałe? Wojciech Jachna Squad nagrał kolejną płytę, w które nie robi umizgów do nikogo - tworzy własne niepowtarzalne pejzaże muzyczne, utrzymane w onirycznym klimacie, powolnych tempach utwory, które hipnotyzują. Słuchałem jej kilkakrotnie w jakimś mentalnym zniewoleniu brzmieniem, błogo oczekując kolejnych nieoczywistych i barwnych muzycznie taktów. Prościej mówiąc nie mogłem się od niej oderwać. Nawet ćwiczyłem z albumem WJS na uszach. Album to kilka improwizowanych kompozycji, bardzo tajemniczych, niespiesznych i łagodnych. Struktura utworów? No jest, ale mi nie przeszkadzała. Skandynawskie, mroźne klimaty także. Wspaniała rzecz wyszła. Będzie to zapewne jedna z najlepszych płyt tego roku w opinii znacznie bardziej osłuchanych niż ja specjalistów. Nagrali ją Wojciech Jachna – trumpet, fx Marek Malinowski – el. guitar Jacek Cichocki – piano, Moog, organs Rafał Gorzycki – drums, percussion FOTOGRAFIE WYKONAŁ KONRAD ŻELAZO Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Jazzda Po Płytach. Nowości jazzowe luty 2025

    Lutowe nowości jazzowe! 70 wybranych specjalnie dla Was utworów z oceanu płyt, które są nadprodukowane. Świat zachwyca się Dayną Stephensem, ale ja z lutego wolę Adama Ben Ezrę, świetnego Nathana Ott, genialną Maruję czy Simona Spiessa. W Polsce Pan Masecki po latach koncertowania nagrał wreszcie swoje cudowne interpretacje Pana Monka. Ale jak dla mnie luty to przede wszystkim NIECHĘĆ. Luty wziął jazzfanów z tak zwanej przyczajki. Bez fajerwerków na rynek weszło kilkanaście płyt brylantowych, świetnych, które powinny być zapamiętane, odnotowane, omówione - gdyż ją ponadczasowe. Skrótowo: Sławek Jaskułke z Filharmonią Łódzką The Royal Symphonic Jazz Suite" - to jest suita dla osób szukających swej muzycznej przestrzeni w luce pomiędzy jazzem, a klasyką. Ani sekundy nudy. Mnóstwo energii. Szkoda, że wyszła tak po cichu. To wspaniała płyta. Zarejestrowany materiał został nagrany na żywo podczas finału jubileuszowej edycji Wędrownego Festiwalu Filharmonii Łódzkiej Kolory Polski. Maruja "Tír na nÓg" - Szaleństwo. Post Punk plus Free Jazz. Wokalizy do nieboskłonu. Przesterowane zapętlone gitary. Transcendentny saksofon. Głośno, duszno, bezkompromisowo. Są jedyni i niepowtarzalni. Przynajmniej w Wielkiej Brytanii. Nathan Ott "Continuum". Jak dobrze, że w epoce szaleństwa produktywności i zysku znajdzie się artysta, który nagra płytę w kontrze do umizgów wobec publiczności - dziwną, awangardową, niełatwą. Album przykuwa uwagę, zniewala. Must have. Philippe Lemm Trio "Echo The Sun". Inna bajka niż Ott. Radość, zespołowość, akustyka wsparta elektroniką, rytmicznie i melodyjnie. Taka słoneczna, pozytywna płyta. Słychać szczęśliwych muzyków. To dobrze, że tacy też istnieją. Adam Ben Ezra "Heavy drops" - jazz z ukłonem do szerokiej publiczności, zwłaszcza tej je części, której podoba się rytm i harmonia. Ben Ezra chyba doskonale wyczuwa rynek, bo ta nisza rośnie, a jego produkt spodoba się zarówno purystom jak niedzielnym fanom - posłuchajcie utworu o wolnej muszce, toż to jazzowe contry i rockabilly razem wzięte. Brawo. Marcin Masecki "Monk". Ech, ile razy ja słuchałem pana Marcina na koncertach, jak grał monkowe tematy i zawsze, zawsze, zawsze rzucał mnie nimi o ziemię jak wyżętą szmatę. Chodziłem po tym świecie będąc pewnym, że pan Masecki dawno płytę z kompozycjami Theleniousa Monka ma w dyskografii. No bo kto w Polsce, jak nie on! A tu bęc z bodiczka. Słucham i leżę jak szmata wyżęta znowu. Cudo. Simon Spiess "Helio". Jazz Szwajcara nie ogląda się za głównym nurtem. Autor jest saksofonistą, flecistą, klarnecistą. Ma w dorobku sporo udanych płyt i ta ląduje obok nich. Pięknie wyreżyserowania przestrzeń dźwiękowa. Jeśli jesteś audofilem, ta płyta jest dla ciebie. Takuya Kuroda "Everyday". Trębacz Takuya wylądował onegdaj w Nowym Jorku i robi swoje już przez siedem albumów. To jest jazz funkujący, jazz do klubu, jazz bujający, jazz z elektroniką, jazz rytmiczny. W końcu. a niech tam, to jazz przy którym zatańczysz drogi czytelniku. Świetna, kolejna płyta zarówno na nocną przejażdżkę autem, jak i odsłuch w samotności z hajendowego sprzętu. Niechęć "Reckless Things". Po co pleść po próżnicy. Jest genialna. Najlepsza płyta tej grupy. Najlepszy album lutego. Nie do wiary, że tyle w Niechęci czadu po tylu latach występów. I jeszcze jedno. To nieprawda, że Alex Clov jest z Chicago. Ja uważam, że On jest z innej planety. Na tej planecie każdy rodzi się od razu z saksofonem, żyją tak razem dzień i noc, aż stają się zespoloną jednością. Alex przyleciał do Polski już po zespoleniu. Grupa Niechęć wykonuje obecnie turnee. Idź te te koncerty słuchaczu! Wszystko to, a nawet więcej znajdziecie na plajlistach. W tym miesiącu dołączam TIDAL. Choć ja wolę pisać Tajdal Endżoj i wcale nie sajlens. Jazz z Wami! Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Aleksandra i Mattilde - dwie extra nowości

    Dwie świetne płyty. Tak świetne, że w istocie szkoda czasu na długie rekomendacje. Ale kilka słów warto wystukać. Zwłaszcza, że choć nic Pań poza wielkim talentem mnie łączy, obie autorki płyt (TAK, TAK ZNÓW PANIE) nagrały podobny stylistycznie materiał. Aleksandra Kryńska Quintet "something holy?" To jest wprawdzie debiut pani Aleksandry, ale pani Aleksandra taką znów debiutantką nie jest. Wymieńmy tylko jej kwartet KRVNSKA z Piotrem Andrzejewskim, Maciejem Baraniakiem oraz Igorem Faleckim, oraz współpracę z Piotrem Damasiewiczem, która jest kolejnym dowodem na tezę, że czego pan Damasiewicz się nie dotknie, to zamienia szczere złoto. Bo album skrzypaczki, kompozytorki oraz improwizatorki Aleksandry Kryńskiej to naprawdę szczere złoto i mocne wiosenne wejście - ale to główna zasługa jego autorki. Otwiera go melodyjny temat utworu "tenderness experiment", w którym od razu słyszymy, jak idealnie ustawiona jest scena jej muzyki - pewnie po to, aby każdy z instrumentalistów był wyrażnie widoczny (słyszalny). Skrzypce. owszem, wiodą prym - nic dziwnego, to wszakoż "głos" liderki, jednak usłyszycie na tej płycie muzyków doskonałych, tworzących wspólnie jednolity i zwarty obraz muzyczny. Ich role podzielone są świetnie w strukturze każdego z utworów - plan dźwiękowy jest więc piękny, a dzięki temu brzmienie i pomysł na skomponowanie wszystkich utworów zapiera dech w piersiach. Kwartet Aleksandry Kryńskiej od lewej liderka, Bartosz Szabłowski, Szymon Mika, Piotr Damasiewicz, Michał Aftyka. Fot. Magdalena Guzik Grają tam doświadczeni wyjadacze: na trąbce Piotr Damasiewicz, na gitarach Szymon Mika (ja subiektywnie bardzo lubię to, co Pan Szymon robi - oddam wszystkie płyty przecenionego moim zdaniem Billa Frisella za jeden utwór Szymona Miki), na kontrabasie czarodziej Michał Aftyka, zaś Bartosz Szablowski utrzymuje rytm na perkusji i ja wam powiem, że ten gość to jest arcymistrz - akurat tutaj gra wielce oszczędnie (choć jak to piszę, to przypominam sobie atomowy, ubiegłoroczny koncert w trio z Ksawerym Wójcińskim i Grzegorzem Tarwidem podczas Letniej Akademii Jazzu w Łodzi, na który się spóźniłem i który po prostu przestałem z wrażenia tego co usłyszałem). Gdyby nie fakt, że wyraz współgłos został w pewnym sensie zajęty w polskiej przestrzeni muzycznej (przy okazji wielkie gratulacje dla Marcela Balińskiego za nominację do Fryderyka), to właśnie on - Współgłos - najlepiej oddaje muzyczną budowę każdego z utworów. I do tego: jakże te kawałki są nieprzegadane! Jak cudnie słychać w najcichszych nawet partiach Szymona Mikę, jakim wyraźnym głosem trzyma w ryzach całość perkusja pana Bartosza, jak cudnie wypowiada się Piotr Damasiewicz dopowiadający reszcie trochę z boku, jakby krok z tyłu, zamglony. Aleksandra Kryńska Fot. Mat Kubaj Kompozycje pani Aleksandry wiodą słuchacza za rękę przez łagodne muzyczne krajobrazy, jest tutaj tak lekko, tak zwiewnie, tak - dzięki rytmom spokojnie. Bardzo dużo powietrza jest w tej płycie, bardzo wiele przestrzeni. Cieszy ucho równowaga, z jaką autorka dobiera tematy mocno osadzone w nurcie europejskiego jazzu (aż pachnie tam nostalgią skandynawską) oraz pomysły awangardowe (genialnego utworu "dissolving portraits" mogę słuchać bez końca). Dla kronikarskiej powinności dodam, że Aleksandra Kryńska to skrzypaczka, kompozytorka oraz improwizatorka, która ukończyła z wyróżnieniem Akademię Muzyczną w Krakowie, gdzie kształciła się u profesora Wiesława Kwaśnego. Jest także absolwentką Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie, gdzie studiowała skrzypce jazzowe u doktora Mateusza Smoczyńskiego. Jest finalistką Międzynarodowego Jazzowego Konkursu Skrzypcowego im. Zbigniewa Seiferta. Jak to mówią młodzi: grubo. Z przyjemnością chylę melonik przed talentem pani Aleksandry i reszty muzyków, ponieważ słucham tego albumu bez przerwy, o ile nie słucham: Mathilde Grooss Viddal "Tri Vendyr Bles ho i den hegaste sky" Zakochałem się w tej płycie od startu. Ląduje miedzy uszami tak niepostrzeżenie, tak nagle poprzez startową, jednoczesną recytację tekstu w kilku językach na tle puszczonego w pogłosowym echu dźwięku, że niemal natychmiast przeniosłem się w inny świat. Chwilę potem, ze spokojem oświeconej mistyczki, przy pomocy klarnetu basowego pani Mathilde zaprosiła w swoją przestrzeń do kompletnie innego wymiaru. To średniowiecze: mroczny i piękny jednocześnie czas. Czas zacofania i tak wypatrywanej dziś życiowej prostoty, którąśmy zagubili gdzieś po drodze - już nikt nawet nie pamięta gdzie i kiedy. Płyta Mathilde Groos Viddal usiłuje nam przypomnieć dźwiękami wieki średnie z ich wszystkimi wadami i zaletami. Taki, myślę sobie, był pomysł na album pod tytułem "Tri Vendyr Bles ho i den hegaste sky" - który jest kolekcją utworów inspirowanych średniowiecznymi balladami, nieco tylko młodszą norweską muzyką ludową, połączonych ze współczesnym jazzem i... melodiami z Bliskiego Wschodu. Grooss Viddal bezgranicznie eksploruje bogactwo norweskiej tradycji ludowej, osadzając ją we współczesnym jazzie, nadając jej tym samym nowoczesny i unikalny charakter. Mix stylistyczny jest niezwykle udany, trafił we mnie za pierwszym odsłuchem zostawiając w moim wnętrzu olśniewający błysk supernowej z zachwytu. FOTO: Arne Raanaas Sakreble, ileż się tam dzieje dźwikowo, a jedocześnie, jak wielkie instrumentarium ani razu nie plącze się o własne nogi, nie gada za dużo (w dzisiejszych czasach to wielka cnota - i obie płyty pod tym względem są celujące)! A jednocześnie to muzyka łagodna jak letni świt na przedmieściach Marrakeszu, kiedy śpią jeszcze wszystkie bezpańskie psy, wprawdzie ludzie już powoli budzą się do roboty, ale XXI wiek jest wciąż raczej symboliczny. Słuchając tej płyty odbywam właśnie tam podróż w przestrzeni. I teraz najlepsze: to praca na zamówienie. Oparte luźno na norweskich balladach ludowych utwory z płyty napisano na Międzynarodowy Festiwal Jazzowy w Molde anno domini 2019. Nie jest ona wprawdzie tak mistycznie piękna płyta, jak ta z grudnia w wykonaniu Ensemble Pellegrina i Adama Bałdycha, ale duch, nastrój, zwolniony oddech jest ten sam. Mathilde Grooss Viddal (kompozytorka, liderka zespołu, grająca na klarnetach B-dur, basowych i kontrabasowych; saksofonach sopranowych i tenorowych) oraz współautorzy norweska pieśniarka ludowa Unni Boksasp i francusko-syryjska flecistka Naïssam Jalal nie kombinują. Miksują dość czytelnie folk, orientalne arabeski, powolne i melodyjne ballady z nordyckim spokojem. Jest wspaniale. Odpoczywasz człowieku jak na promie Polferries, kiedy Bałtyk zanadto nie buja. Kiedy zdecydujesz się czytelniku - słuchaczu wpuścić do swojego życia Panią Mathilde i jej ogromny ansambl, ważne, abyś był gotów na przerwę w codziennym pędzie. Inaczej - będzie to tylko - jeszcze jeden wypełniacz dźwiękowej przestrzeni, a to jest ogromne marnotrawstwo talentu. Skład płyty jest imponujący i nam, w Polsce, nic nie mówiący, więc go tym chętniej zacytuję: Matylda Grooss Viddal         Saksofon, klarnet basowy i kontrabasowy Naissam Dżalal          Flet Boks Unni       Wokal Kristoffer Berre Alberts         Saksofon altowy Per Willy Aaserud  Trąbka, elektronika Øyvind Brække          Puzon Britt Pernille Froholm            Harding fiddle, skrzypce Tellef Kvifte   Klawiatury, laptop, elektronika, flet Knut Kvifte Nesheim Perkusja, wibrafon Egil Kalman   Bas

  • Uwaga Nava Talent! przepraszam, nowy talent!

    Och, jakie Ci genialni spece dżazzowi z Festiwalu Jazz Jantar mają wyczucie, jakiego nosa, jakie znajomości i wszystko to, czego ja nigdy, przenigdy mieć nie będę. Oto dwa lata temu zaprosili do Gdańska nikomu nieznane dziewczę na jeden z festiwalowych koncertów. Dziewczęciem tym była saksofonistka Alexa Nava, która miała opublikowane wówczas... dwa utwory. Już wtedy słyszało się jednak ze sceny, że ma talent. I bum! Właśnie jest pierwsza jaskółeczka jej daru: EP-ka o tytule "No language". Wówczas w Gdańsku Nava wystąpiła w trio, któremu szefowała. To było trio mega egzotyczne. Dlaczego? Bo liderka jest Peruwianką, na perkusji grał z nią człowiek z ghańskimi korzeniami, ale za to największym choć jednopłytowym dorobkiem, Cassius Cobbson zaś pianistą był pochodzący z Hongkongu Li Sing Chi. Sami przyznacie, że skład światowy. Zobacz https://allexanavamusic.com/ foto Kadeen Brown 2024 Nie jest przy tym tak, że Nava grała serenady do księżyca nad Machu Picchu. Od dawna dmi w saksofon w zatłoczonych klubach londyńskich, czyli tam, gdzie bije tętno dzisiejszego jazzu, czyli Ronnie Scotts, Pizza Express Jazz Club, Jazz in the Round, Barbican, Kings Place, a okazjonalnie na festiwalach w Glastonbury, We Out Here, Wilderness, Brainchild. Jej styl wyróżniał się na tyle, że szybciusieńko z tłumu saksofonistów wyłowili i zajęli się nią ludzie z Tomorrow ́s Warriors, producenci którym jazzy z ręki jadły leciwych od lat 90. Dali wpierw Alexie nagrodę Alf Williams Memorial Award, a następnie umieścili pod skrzydłami Gary'ego Crosby'ego, Bena Burrella i Denysa Baptiste'a. I oto mamy efekt: bardzo ciekawą małą płytkę, którą kochają i strimingi i młodzi wykonawcy. Jest na niej pięć soczystych utworów. Soczystych dlatego, że bezapelacyjnie saksofon jest tam instrumentem pierwszoplanowym. Mnie się bardzo podoba granie Alex Navy - wkłada w to dużo siły, bardzo fajnie artykułuje dźwięki, ma brzmienie wyraziste, takie z ostrym obrysem, jak na japońskich rycinach. Kawałki są rytmiczne, pełne młodzieńczego wigoru, takie wywalające świat z kopa - czyli dokładnie tak, jak trzeba w jej wieku. Na płycie, na poszczególnych utworach usłyszymy muzyków, którzy występowali z Alexą w Gdańsku, a oprócz tego Emile Hinton - syntezator i fortepian, Asaph Kolakale bas, Alley Lloyd bas, Solomon Kolakale - gitara. Jest także głos tajemniczej Sophyi. To jeszcze nadużycie ale czyżby rodziła się na naszych oczach kolejna świetna instrumentalistka po czilijce Melissie Aldanie czy bahrance Yazz Ahmed? Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo! MUZYKA

  • Yazz Ahmed i Jej prywatny orient

    Na nowej płycie “A paradise in the hold” trębaczka Yazz Ahmed łagodnieje i śmielej spogląda w kierunku swych bahrańskich korzeni, a do tego po raz pierwszy w życiu tworzy muzykę pod śpiew i to śpiew z jej rodzinnych stron! Album od razu, bez zwłoki zaczynają tak niebiańskie dźwięki, że jeśliś - jak ja - żonaty, z przerażeniem rozglądasz się czy zza pleców nie obłapią cię edeńskie, prześliczne, szerokookie hurysy wobec których będziesz bezbronnym niemowlęciem. Wzdłuż melodii wijącej się jak Eufrat w oczach Adama i Ewy płyną rześkie, lecz łagodne wokalizy - chciałoby się czerpać z nich całymi konwiami.  O ile nie jestem zwolennikiem  jazzowego śpiewania (chyba że robi to Anna Gadt ), o tyle słuchając “A paradise in the hold” czekałem niecierpliwie na kolejne wokalne fragmenty. Wyjątkiem był utwór “Dancing Barefoot”, który choć piękny, jazzowo, pokręcony, wykorzystujący wszystko, nawet ciszę jako elementy artykułowania, z wydłużonymi, kwiecistymi pasażami trąbki nie przekonał mnie jednak wokalnie. Język angielski nie wpasował mi się w całość. O dziwo, ponieważ muzycznie to jest prawdziwa perełka, a w tle śpiewu dzieje się muzyczna magia: wibrafonista Ralph Wyld gra na nakrętkach od butelek mleka i używa smyczków wiolonczelowych, wykonanych z wieszaków na ubrania, „ aby wywołać uczucie umysłu wirującego w sen” , jak tłumaczy Ahmed.  Yazz po raz pierwszy pisze muzykę "pod głos", a teksty jej piosenek są inspirowane bahrajńskimi wierszami weselnymi oraz tęsknymi pieśniami poławiaczy pereł. Album sławi bohaterskie podróże dawnych poszukiwaczy klejnotów, którzy żeglowali przez wzburzone morze z cennym ładunkiem, ale również unaocznia także osobistą podróż Ahmed, jaką odbyła w ciągu ostatniej dekady, aby poznać samą siebie i swoje korzenie. Słowem, dzięki Yazz Ahmed i jej najnowszej płycie nagle wylądujesz w na pozór w znanej ci być może krainie jazzu, lecz gdy wsłuchasz się uważnie, okaże się, że jest tu mnóstwo akcentów, jakich nie znajdziesz gdzie indziej, więc chcąc nie chcąc staniesz w gatunkowym rozkroku, zaś szukając na siłę znanego ubranka dla tej muzyki, wtarabanisz się na mielizny każdego europocentrycznego zadufanego słuchacza. Arabska ornamentyka melodyczna, skoczne fragmenty, europejskie instrumentarium wygrywające zupełnie nie europejskie zagrywki, pląsające akcenty, jakieś nieznane naszym uszom dzwoneczki, przeszkadzajki, plumkania i stuki. Wszystko zaś szczelnie otulone w ciepły pled z zadymionej elektroniki - bo dziś nie ma artysty z Londynu, który nie wykorzystuje klubowego tła. Zapewniam Cię więc, że zawirujesz, gdy rozpocznie się intensywny “Her Light”, lub dostaniesz gęsiej skórki słuchając rozbudowanego jak sieć autostrad w Niemczech “Though My Eyes Go To Sleep, My Heart Does Not Forget You”’, do którego Yazz specjalnie zaadaptowała słowa ze standardu poławiaczy pereł. Na albumie usłyszysz  także rodzinę Ahmed i głos jej ojca  w utworze „Into The Night”. „Próbował przeprowadzić sesję nagraniową w domu rodzinnym” – mówi Ahmed „Wszyscy zebrali się w salonie, a ja nagrałam część okrzyków i klaskania, które można usłyszeć w tym utworze. Jestem taka szczęśliwa, że ​​mogłam mieć moją rodzinę na albumie” - mówi podekscytowana. Wątkiem w mojej pracy było poszukiwanie, ustanawianie, a teraz wreszcie obejmowanie i celebrowanie mojej tożsamości kulturowej – mówi Yazz Ahmed . -  Jeśli mój pierwszy album, “Finding My Way Home” z 2011 r., pokazuje moje pierwsze kroki na tej ścieżce, to dzięki "A Paradise In The Hold "głębiej zrozumiałam, jak moje brytyjskie i bahrajńskie dziedzictwo mogą współistnieć, zarówno w kategoriach osobistych, jak i muzycznych. Możecie być pewni, że dostajecie lśniący oryginał, a nie zblakły erzatz. Ahmed już 2014 roku wróciła do Bahrajnu, aby w ramach stypendium Jazzlines zanurzyć się w poszukiwaniu źródeł swojej płyty - myszkowała więc w lokalnych księgarniach, by odnaleźć wiersze czy jakiekolwiek inspiracje liryczne i odnalazła wiele pieśni weselnych, które, jak mówi: „dużo mówiły o pięknie i łączeniu piękna z naturą”. Pomógł też dziadek Yazz, który zaśpiewał jej kilka piosenek ze swojego ślubu. W tym samym czasie zafascynowała ją muzyka celebrująca kobiece kręgi bębniarskie i to, jak kontrastowały one z pieśniami roboczymi poławiaczy pereł. Warto przy tym wiedzieć, że ta smutna muzyka poławiaczy – śpiewana i klaskana w polirytmicznym stylu znanym jako fijiri – wciąż żyje! Nagle miałam znów kontakt z muzyką, z którą dorastałam jako dziecko, ale której w tamtym czasie nie akceptowałam  - powiada Yazz Ahmed. Ahmed wprawdzie urodziła się w Anglii, ale dorastała w Bahrajnie do dziewiątego roku życia i mieszkała tam podczas wojny w Zatoce Perskiej na początku lat 90. Chociaż wspomina dzieciństwo jako szczęśliwe, pamięta także wojnę, która przyćmiła idyllę i wpłynęła na małą Yazz, a właściwie Yasmeen,, bo takie nosiła od urodzenia . -  Pamiętam noszenie  maski gazowej i zamknięcie szkoły, lekcje, jakie urządzono dla bezpieczeństwa w garażach. Pamiętam, jak wyły syreny, gdy pojawiało się zagrożenie bombowe, i jak zasłaniałam zasłony, gasiłam wszystkie światła i zakrywałam odpływ w wannie, aby żadne trujące gazy nie mogły się dostać do środka Przeprowadziła się do Londynu z matką i siostrami po wojnie, w 1992 roku. Nie wspomina tego dobrze „ Czułam, że nie do końca tu pasuję i nie wiedziałam, dlaczego tak jest. Przez długi czas nie mówiłam prawdy o swoim pochodzeniu z powodu tego, jak Arabowie i muzułmanie byli przedstawiani w amerykańskich filmach i brytyjskich dramatach. Kiedy byłam w szkole, nigdy nie mówiłam, że jestem w połowie Bahrajnką”. I to właśnie muzyka pomogła jej nie zagubić ostatecznie własnej tożsamości. Miała bardzo muzykalnego dziadka, niedocenionego Terry'ego Browna - trębacza, producenta muzycznego. To dzięki niemu gra na trąbce. Odnosił pewne sukcesy w latach 50., grał z Johnem Dankworthem, Ronniem Scottem i Tubbym Hayesem. Następnie zrobił karierę jako producent muzyczny, pracując dla Pye i Phillips Records. Yasmeen, która powoli przeradzała się w Yazz, dostrzegła powiązania między jazzem, którego uczyła się na uniwersytecie, a arabską muzyką klasyczną więc… rozpoczęła naukę języka arabskiego. Wspomina dziś: „ Kiedy zaczęłam na nowo odkrywać swoje mieszane dziedzictwo, wtedy zaczęłam przypominać sobie całą tę muzykę, której słuchałam dorastając, ale która nigdy nie była w stanie mnie w pełni zaangażować”. KONCERTY YAZZ AHMED FREE - KLIKNIJ LOGO LINKTREE W 2011 roku wydała własnym sumptem pierwszy i od razu udany album pod wymownym tytułem " Finding My Way Home" Na tych płytach Yazz chowa jednak swoją przeszłość - muzyczne wpływy orientu są lekkie, jak muśnięcia, a artystka na przekór pochodzeniu gra z silnymi brytyjskimi wpływami, a jej muzyka jest bardzo silnie osadzona w jazzowym gatunku. I oto w 2015 w Birmingham przedstawia swoją suitę pod tytułem Alhaan al Siduri. To wtedy, symbolicznie oraz publicznie, kłania się po raz pierwszy swoim korzeniom. Siduri to postać wspomniana w Eposie o Gilgameszu. Jest boginią Zatoki Perskiej, która mieszka na wyspie. Yazz wyobraziła sobie, że mógłby nim być Bahrajn, wyspa dwóch mórz. To pierwsze wystąpienie, w którym Yazz sięga po muzykę, którą ma krwiobiegu. Po drodze Yazz tworzy kilka udanych kompozycji na zamówienie, a w 2017 roku na światło dziennie wychodzi świetna płyta "La Saboteuse" i jej jeszcze wspanialsze rozwinięcia "La Saboteuse Remixed" (Naim, 2018) będącą owocem współpracy z trzema wybitnymi europejskimi DJ-ami elektronicznymi – Hectorem Plimmerem, DJ Khalabem i Blacksea Não Mayą oraz La Saboteuse : A Shoal of Souls (IXCHEL Records), wymowny gest muzyczny upamiętniający tysiące osób, które straciły życie próbując dostać się przez Morze Śródziemne do lepszego życia w Europie. Yazz wkroczyła do ekstraklasy jazzowej - środek ciężkości sceny przesunął się z Nowego Jorku do Londynu co jej pomogło, ale po drugiej płycie wielu (w tym ja) nie miało wątpliwości, że Ahmed ma ogromy talent i jej pomysły muzyczne wykraczają poza jazzową normę. Nawet jednak na przedostatniej płycie - "Polihymni" - nie wspierała się stylistycznie muzyką orientu, wciąż kroczyła śmiało i niemal bezkompromisowo ścieżką jazzu nowoczesnego, czyli bezgranicznego. Coś tam brzmiało wschodem, słyszało się muśnięcia orientem, ale nie on był wiodący. Yazz Ahmed na poprzednich albumach bardzo politurowo traktowała swoje korzenie. Jest więc jakiś paradoks i mądrość w tym, że jej najdojrzalsze dzieło - a jest nim z pewnością omawiana płyta - czerpie tak głęboko ze świata, z którym była związana nicią dzieciństwa. Tę wspaniałą płytę nagrywała armia ludzi. Oto oni Yazz Ahmed – trąbka, flugelhorn, oklaski, programowanie i okrzyki.  George Crowley – klarnet basowy i oklaski (2, 8).  Ralph Wyld – wibrafon, marimba (1, 8) i oklaski (2, 8).  Naadia Sheriff – Fender Rhodes (1, 2, 3, 4, 6, 8, 10), fortepian (4, 6, 9), Roland JX-03 (1, 10) i oklaski (2, 8).  Dudley Phillips – bas (1, 2, 3, 6, 8, 10) i oklaski (2, 8).  Martin France – perkusja i oklaski (2, 8).  Corrina Silvester – instrumenty perkusyjne i oklaski (1, 2, 7, 8).  Alcyona Mick – Fender Rhodes (4, 5, 9).  Samuel Hällkvist – gitary (2, 4, 9).  Dave Manington – gitara basowa (4, 5, 9).  Natacha Atlas – głos (1, 4, 8).  Brigitte Beraha – głos (3, 4, 5, 6) i klaskanie (2, 8).  Randolph Matthews – głos (3, 9, 10).  Alba Nacinovich – głos (6, 8).  Jason Singh – głos (9) i dodatkowe programowanie (2, 3, 5, 8, 9).  Samy Bishai – skrzypce (1).  Noel Langley – flugelhorn (2, 4), klaskanie (7) i dodatkowe programowanie (1).  Engineer Family – pogawędki i okrzyki (7 Bardzo się cieszę jeśli Ci tekst podobał. Niżej znajdziesz muzykę z kilku źródeł, o której traktował. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo! KLIKNIJ W GIF - WIELKIE DZIĘKI ZA WSPARCIE JAZZDY! poniżej STREAMINGI Z PŁYTĄ YAZZ AHMED

  • Jazzda - Do sześciu razy sztuka!

    UWAGA: na stronie jest opisanych 6 płyt. Skroluj w dół, aby o nich poczytać i ich odsłuchać. Dobrej zabawy. Jazz z Wami! Orchestre Tout Puissant Marcel Duchamp “Ventre Unique” Wybuchowa radosna mieszanka folku, krautrocka, post-punk, afrykańskich rytmów i jazzu. Przy czym jazzu najmniej. Orchestre Tout Puissant Marcel Duchamp to nieustannie ewoluująca grupa, luźno wzorowana na wielkich afrykańskich zespołach XX wieku, takich jak Tout Puissant Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou i nawiązująca do rewolucyjnego francuskiego artysty Marcela Duchampa. Duchamp był francuskim malarzem, rzeźbiarzem, szachistą i autorem. Jego twórczość kojarzona jest z dadaizmem i surrealizmem. Podważał tradycyjne podejście do sztuki, kwestionując jej definicję i funkcję. Wprowadził pojęcie "ready-made", czyli dzieła sztuki stworzonego z gotowych przedmiotów codziennego użytku. Jego najbardziej znane dzieło tego typu to "Fontanna" (1917), będąca odwróconym pisuarem. Duchamp eksperymentował również z innymi formami sztuki, takimi jak malarstwo, rzeźba, film i fotografia. Jego twórczość charakteryzuje się poczuciem humoru, ironią i prowokacją. Z kolei Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou to legendarny afrykański zespół muzyczny, który pochodzi z Beninu. Grupa ta jest uważana za jednego z pionierów gatunku afrobeat i miała ogromny wpływ na rozwój muzyki afrykańskiej oraz popularność tego stylu na całym świecie. “Ventre Unique” to szósty album genewskiego OTPMD. Orkiestra w trakcie nagrywania tej radosnej muzyki składa się 12 radosnych muzyków z całego świata: Francuz Gilles Poizat na trąbce, wokalistka Liz Moscarola, dwie marimby (Aïda Diop i Elena Beder), dwóch perkusistów (Gabriel Valtchev i Guillaume Lantonnet), gitarzyści (Romane Millet i Titi), puzonista (Gif), altowiolista (Thomas Malnati-Levier), wiolonczelistka (Naomi Mabanda) i załozyciel grupy Vincent Bertholet na kontrabasie. Każdy śpiewa. Radośnie. Peter Brötzmann / Paal Nilssen-Love " Butterfly Mushroom" Spotkanie legend. Brötzmann to gigant free jazzu. Świat kochał go (i nienawidził jednocześnie) za jego ekspresyjną i wrzaskliwą grę na saksofonie, muzykę często nurkującą w pełny, nieskrępowany chaos. Niewielu muzyków potrafiło jak on oddać dźwiękiem pasję, intensywność i silne emocje. Brötzmann często współpracował z innymi muzykami, tworząc spontaniczne i niepowtarzalne koncerty. Jednym z tych, z którymi grał bardzo często jest norweski perkusista i kompozytor Paal Nilssen-Love - jeden z najbardziej cenionych i wszechstronnych perkusistów jazzowych w Europie, znany ze swojej energetycznej i innowacyjnej gry. O obu napisano tomy, więc ja nie będę się powtarzał. Nagrania z płyty dokonał Michael Huon w Zuiderpershuis w Antwerpii 25 i 26 sierpnia 2015 roku. Nagranie i koncert zorganizowane i wyprodukowane przez Sound in Motion. Noam Shapira "New Old Music" Kim jest Noam Shapira? To mieszkający obecnie w Nowym Jorku izraelski saksofonista ładnie łączący pop i rock… w jazzie. Pochodzący z Tel Awiwu w Izraelu Shapira studiował w tamtejszej Irony Alef School of the Arts. Mimo młodego wieku Shapira grał w najlepszych klubach jazzowych na całym świecie, w Beit HaAmudim w Tel Awiwie, Telegraph Cafe w Lipsku ale przede wszystkim w klubach w Nowym Jorku. Ma również za sobą kilka festiwali, a teraz na koncie bardzo moim zdaniem udaną płytę pt New Old Music. Jego muzyka wpada łatwiutko w ucho i buja na całego. Młodziutki saksofonista nie kombinuje, ale ma swój pomysł na muzykę. Wielu przed nim próbowało już łączyć gatunki, a ja zaryzykuję stwierdzenie że młody Izraelczyk chciałby zarazić jazzem ludzi, którzy na co dzień go nie słuchają - i ta idea jest mi bliska i w zasadzie przyświeca istnieniu tego bloga. Sprawdźcie na własnej skórze nową/star ą muzykę Shapira! Robin Verheyen " Liftoff" Robin z niejednego pieca chleb jadł. Grał z takimi tuzami jak Gary Peacock, Ralph Alessi, Joey Baronjest, ale to furda. Otóż najfajniejsze dla mnie jest to, że w 2014 roku osiedlił się w Senegalu dla muzyki, aby zanurzyć się w lokalnej scenie, wykorzystując tamtejsze doświadczenie - i teraz cytat: w długoterminowym procesie łączenia zachodnioafrykańskich rytmów z modernistycznymi harmoniami francuskiego kompozytora Oliviera Messiaena . Czy to brzmi wspaniale?! Ja już go wielbię. W styczniu 2018 roku Verheyen wydał płytę When the Birds Leave nakładem Universal Music, z kwartetem w składzie - uwaga, uwaga, uwaga - Marc Copland, Drew Gress i Billy Hart. Jeśli jeszcze nie słyszeliście Verheyena to jest to najlepsza okazja. Niemal ten sam skład (bez Copelanda) tworzy muzykę z tegorocznej płyty Verheyena - już 19-stej płycie, której lideruje.  Je ona bardzo, bardzo, bardzo. Słuchanie takich albumów jazzowych jest czystą, krystaliczną przyjemnością.  KOMRADIN "Qamar al-Din" Oto przed wami debiutancki, wyjątkowo ekscytujący album tria KOMRADIN, Qamar al-Din. Co ma nim usłyszycie? Wspaniałą, uciekającą europejskiej stylistyce, muzykę. Płyta zawiera instrumentalne wykonania kompozycji z klasycznego arabskiego gatunku wokalnego Muwashah. Gatunek ów, zakorzeniony w klasycznej poezji arabskiej, znany jest ze swoich zawiłych melodii i złożonych cyklów rytmicznych. Album otwiera tradycyjne preludium (Dulab), inspirowane syryjską i egipską Waslą z XIX wieku. Oprócz klasycznych utworów, album zawiera dwie adaptacje znanych kompozycji jazzowych.  Dla nas, przyzwyczajonych do europejskiego brzmienia, płyta Komradin to egzotyczna podróż oraz egzotyczne wyzwanie muzyczne. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego tempa, do takiej stylistyki, do takiego instrumentarium. Moim zdaniem warto przekroczyć własne przyzwyczajenia, bo gdy już przestajemy machinalnie porównywać ich zanurzoną w arabskim stylu muzykę z lepiej nam osłuchanym jazzem to dopiero wówczas zaczyna się uczta! Poczytajcie, jak sami tłumaczą na swojej stronie: “ Wybór instrumentów — oud, saksofon tenorowy i perkusja — odzwierciedla oddanie gatunkowi klasycznemu, w którym tradycyjnie brakuje instrumentów basowych lub harmonicznych. Oud przejmuje obowiązki harmoniczne, saksofon przyjmuje rolę melodyczną typową dla ney lub skrzypiec, a perkusja zapewnia klasyczne rytmy arabskie (Iqa'at). Aranżacja ta podkreśla symbiozę klasycznego języka arabskiego z elementami nowoczesnymi, w której oud angażuje się w grę harmoniczną i kontrapunktową, saksofon przyjmuje estetykę mikrotonową (Maqam), a perkusja utrzymuje klasyczne rytmy.” Polecam Komradin bez wahania! Thommy Andersson "Wood Feathers" Ostatnia na liście jest nagrana przez Thommy Anderssona płyta pt. Wood Feathers. Bardzo inna od reszty, niemal klasyczna, naturalnie niespieszna, miejscami niezwykle liryczna i romantyczna - zwłaszcza w partiach fortepianu. Duży zespół wykorzystany w nagraniach daje olbrzymią przestrzeń tej muzyce, która czasem po prostu wyślizguje się jazzowej stylistyce i wówczas robi się klasycznie i błogo, ale ani przez chwilę nie nudno. Słowem perełka.  Thommy Andersson to, kompozytor, aranżer i producent, mocno osadzony w nowoczesnej muzyce sięgającej garściami ze szwedzkiego folkloru. Andersson jest obecny na 250 wydawnictwach. Grał na całym świecie w ponad 70 krajach. Pracuje jako freelancer, ale jest zatrudniony jako profesor nadzwyczajny w Duńskiej Narodowej Akademii Muzycznej (SDMK). Wood Feathers to jego trzecia płyta autorska. Nagrano ją w Kopenhadze i Nowym Jorku. W oceanie światowej produkcji muzycznej imponuje oryginalnością, a jednocześnie ukłonem wobec nordyckiej jazzowej nostalgii. Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Jazzda po płytach -start - styczeń 2025

    Oto pierwsza “Jazzda po płytach” - czyli playlista złożona z utworów pochodzących z albumów lub singli jazzowych wydanych w styczniu 2025, które subiektywnie uznałem za najciekawsze. Rzecz jasna, jest to wybór spośród tego co zdołałem wysłuchać. Z pewnością nie dotarłem do jakiejś ciekawej płyty - nie sposób wysłuchać wszystkiego w tym wartkim nurcie jazzowej Amazonki. Jeśli więc wiesz, że coś fajnego pominąłem, proszę dodaj w komentarzu, a ja uzupełnię playlistę. Niech dobra muzyka dociera do jak największej liczby ludzi. playlisty na samym dole strony   To jest najlepszy moment, by podziękować osobom, które wspierają to co robię na https://buycoffee.to/jazzda.net   Kasę przeznaczam w całości na promocję jazzu, ostatniego wolnego gatunku muzyki, czego najlepszym dowodem jest sama muzyka np. album Piotra Komosińskiego i Jerzego Mazzola "Pory...", o którym pisałem szerzej ( CZYTAJ ). To nie wszystko! Na prośbę jednej ze stałych wspierających zaczynam randkowanie z Apple Music - Jazzda będzie publikować dla Was stream Spotify, Apple Music, YouTube oraz Bandcamp Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję  A tymczasem w styczniu: Albumem, który uniósł mnie w niebiosa w styczniu i którego słuchałem najczęściej, jest : “A Blessed Leap Into Eternity”, człowieka - tajemnicy, pana Coreya Bernharda . Oto skromniutki mieszkaniec Filadelfii, brodaty pianista, klawiszowiec, człowiek, który na co dzień gra w zespole towarzyszącym znanemu na całym świecie programowi telewizyjnemu Late Show, staje się nagle Tomem Waitsem jazzu i nagrywa płytę masakrującą twierdzenia, że jazz się skończył i nic nowego już nie da się w nim wymyślić. Ja od dawna nie słyszałem płyty, w której tyle się dzieje, w której muzycy tak kombinują z instrumentarium, z brzmieniem, ze strukturą utworów, z dziwacznymi dźwiękami. Jest to tyle ciekawe, że Corey Bernhard, z wykształcenia ekonomista, który wybrał życie muzyka, musiał komponować między swoimi zwykłymi aktywnościami, z których się utrzymuje. W rozmowie z jednym z magazynów internetowych opowiada o pracy nad płytą: " Jest inaczej... ponieważ nie masz zbyt wiele nieprzerwanego czasu lub dni, ale pozwala ci zastanowić się nad tym, co już zrobiłeś i usłyszeć rzeczy na nowo i, co moim zdaniem było naprawdę bardzo pomocne w tworzeniu tego projektu" ( całość tutaj ) . Nagrał płytę w kwartecie. Błogosławiony Skok w Wieczność - taki nosi tytuł i mam nadzieję, że to dopiero początek kariery Coreya.  Gdy nie słuchałem Coreya, słuchałem zespołu trębaczki Ashley Ballat i jej albumu “Ashes” choć to płyta z października ubiegłego roku . To już druga, po Holly Moore, artystka z Australii, której pomysł na muzykę ostatnio  mnie piorunuje i wprawia w zachwyt. O ile jednak muzyka Holly znajduje się w głównym nurcie jazzu, to Ashley ma w nosie wytarte ścieżki, zrywa z nimi, idzie w bok i sięga po mnóstwo elektroniki, która na jej płycie jest powietrzem i głównym instrumentem. Zmajstrowała piękną, powykręcaną na wszystkie kierunki płytę, na której nie ma momentu nudy, która trzyma w napięciu do ostatniego taktu. Słuchając tych rozmanipulowanych konceptów muzycznych ciężko uwierzyć, że Ashley jest początkującą artystką, pracującą jako trębaczka i kompozytorka w Melbourne/Naarm, która bardzo niedawno skończyła Sir Zelman School of Music (Monash University). Wprawdzie doszukałem się w internetach, że Ashley grała już w zespole Robbie Wiliamsa , ale był to jeden występ w 2022 podczas występu poprzedzającego wielki finał AFL w 2022. Żartów nie ma, bo to najpopularniejsza liga sportowa w Australii. Ashley dmucha po lewej :) fot z jutjuba Grała ponadtoz Vijayem Iyerem oraz Terri Lyne Carrington (co dla mnie ma ogromne znaczenie, ponieważ niezwykle cenię sobie to, co robi pani Carrington), ale mam nadzieje, że wielka kariera jest dopiero przed nią. Póki co Ashley przyznaje się do zafascynowania tym, co robią w muzyce Arve Henriksen, Erik Honore, Andrea Keller, Bill Frisell. Równie świeżo czułem się po wysłuchaniu płyty Andreasa Kurza, Johannesa Ludwiga i Alexa Parzhubera, która nie ma tytułu a tylko taki zielony maziaj na okładce. Wprawdzie tu jest mniej eksperymentu, ale za to sporo jazzowej jazzdy na łeb na szyję i na złamanie karku, a kiedy trzeba to momentów na dłuższy oddech. A już zupełnie w głównym nurcie eurojazzu jest bardzo dobra płyta Clemensa Kuratle i Ydivide “The Default”.  W Polsce Teo Olter Quintet wydał ciekawą EPkę pt. - jest to skondensowana dawka pomysłowej, niebanalnej, jazzowej nuty z Polski. Jeśli lubicie piękne, bujające melodie albo jazzowe energetyczne poranne pobudzacze, to powinniście sięgnąć po ten materiał. Z kolei formacja Twoosty Mayones zaprasza nas na "Niezłe Bagno"- taki tytuł nosi ich album. Uwielbiam ich, ponieważ - podobnie jak ja - nie są do końca serio. Na przykład z okładki spoziera na nas wielka gniewna żaba, a płytę zaczyna wywołanie przez Ziemię tajemnicznego kapitana Harrisona Fokusa. Czytamy w opisie: "Płyta jest kontynuacją historii rozpoczętej w 2123 roku, kiedy to kapitan Harrison Focus w wyniku awaryjnego lądowania swojej rakiety trafia na nieznaną planetę Carmin. Opowieść ta została opisana i wydana przez U Know Me Records i w ten sposób (wszech)świat dowiedział się o Twoostym Mayonezie. Ich najnowszy album to opowieść o tym co dzieje się na powierzchni tajemniczej planety Carmin. Tym razem głównym bohaterem płyty jest Triceradiplodocus." Genialne! Zapraszam. Poniżej playlisty styczniowe. jazzda po płytach styczeń 2025 KLIKNIJ W MÓJ MELONIK PONIŻEJ

  • informacje ukryte petrosa klampanisa

    Petros Klampanis , grecki basista nagrał album "Latent info". Dobrzy ludzie, jakiż pełen przestrzeni jest to album, ile na nim nie przekombinowanych melodii, ile szczerości, prostolinijności, pogodnych temp. Wypełniony jest spokojnym, europejskim jazzem, a Klampanis doskonale wie, jak obudować muzyczną stratosferę utworu instrumentami, w tym ciszą. Zaczyna się niewinnym głosem dziecka. Bo lider to "to muzyk, który zawsze mówił prosto z serca” (DOWNBEAT). Wsłuchajcie się w bijące serce tria Kristjan Randalu - fortepian Petros Klampanis - bas, elektronika Ziv Ravitz - perkusja. Fot. Mikołaj Zacharow Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • "Pory..." - Świetny album Komosińskiego i Mazzolla

    Jest kilka obiektywnych powodów, dla których warto mieć w płytotece  “Pory…” i chciałbym kilka z nich wam podać, zanim ją kupicie. A że kupicie, to nie mam wątpliwości. Jeśli istniałby jakiś ranking niezależności w muzyce, album panów Piotra Komosińskiego i Jerzego Mazzolla byłby na jego szczycie. Jest to stuprocentowa wizja artystyczna, nie poddana marketingowej czy sprzedażowej wyżymaczce - co w dzisiejszych czasach oznacza materiał na wagę złota.  Ale takie płyty powstają, z tą różnicą, że obaj panowie, dzięki swojemu bogatemu muzycznemu doświadczeniu wiedzą, że płyta musi znaleźć słuchacza (a nie odwrotnie), toteż drugim powodem jest efekt tych doświadczeń, czyli muzyka. Nie ma więc mowy o jakimkolwiek awangardowym eksperymencie, z którym w Polsce kojarzy się związek frazeologiczny “muzyka niezależna”. Nie. Jest wprost odwrotnie. Jeśli muzyka miałaby być króciutką wizytówką obu artystów, to trzeba by napisać, że podczas nagrywania “Pór…” porywczy i barwny Mazzoll spotkał, spokojnego i nieporuszonego jak opoka Komosińskiego (nomen omen - Piotr  pochodzi od słowa πέτρα, petra – „skała”, więc pasuje jak ulał).  Piotr Komosiński Jerzy Mazzoll Fot. P. Komosińskiego - Roberto Rybak, Foto J. Mazzolla - Grzegorz Kazuro Mam jednak pełną świadomość, że ten spokój wynika po części z założonej struktury utworów: tworzony przez Komosińskiego basowy, twardy fundament pozostawia wiele przestrzeni dla klarnetów Mazzolla, a ten ostatni wspaniale wypełnia ją improwizacją wędrując bardzo często pod dźwiękowe nieboskłony, za co wszak wszyscy pana Jerzego wielbimy. Zatem najkrócej mówiąc: puls Komosińskiego daje życie kolorującemu wszystko Mazzollowi. Efekt muzyczny jest powalający. Powód trzeci: obaj panowie zwracają albumem uwagę, że świat pędzi, goni, szaleje przez co nam, nieświadomym i bezwolnym uczestnikom pędu, nie pozwala w pełni cieszyć się samym sobą, czyli rzeczywistością i życiem. Komosiński i Mazzoll są jak sygnał ostrzegawczy, hamulec i drogowskaz w jednym. Ich muzyczny świat zmusza do zwolnienia. Dominuje tempo spokojne, spacerowe, a zagrywki klarnetu nie uciekają w nieokiełznany szał, przypominają miejscami chasydzkie niguny i to te raczej radujące się z szabasu z wolna z namysłem.  Jest tego przyczyna, i moim zdaniem jest to powód czwarty, dla którego warto “Pory…” mieć w płytotece. Muzycy bowiem zdecydowali się tworzyć jeden utwór na miesiąc, bez pośpiechu, uczciwie wobec słuchacza kondensując kumulujące się w nich emocje, chcąc jak najszczerzej zobrazować dźwiękiem kolejne pory roku oraz wezwać odbiorców, aby zwolnili, zatrzymali się i wraz z nimi wsłuchali w naturalne, niespieszne tętno czasu, zgodne z odwiecznym kalendarzem. I to jest sedno płyty, jej rdzeń. Wyszło doskonale. Po prostu czuje się artystyczne tętno tej płyty, dojrzałość obu muzyków, w której nie ma ani grama nonszalancji - oni, chyba ostatni idealiści, traktują ten temat śmiertelnie poważnie. Nie dostajecie więc do ręki produktu. Dostajecie przewodnik, dostajecie muzycznego kumpla i nauczyciela. Spójrzcie teraz na pomysł tej płyty. Ja się pytam: kogo stać na taki tryb pracy artystycznej?! Oni ja nagrywali przez 13 miesięcy, aby “odpowiedni dać rzeczy dźwięk” - parafrazując mistrza! Każdy utwór na płycie – to jeden miesiąc. Uwaga. To nie jest przenośnia - te kawałki tak powstawały. Przez miesiąc, w każdym z poszczególnych miesięcy. Artyści tworzyli je zostawiając sobie maksimum dowolności. Nie dogadywali szczegółów, nie dopinali wszystkiego na ostatni guzik. Wręcz przeciwnie. Tak rodził się każdy utwór. Towarzyszy im elektroniczne tło, czasem fortepian Franciszka Komosińskiego, syna pomysłodawcy płyty, gdzieniegdzie brzęka kalimba, gości też altówka i wibrafon. Piotr Komosiński fot. Krzysztof Gałązka Zmierzamy do powodu kolejnego, już wcześniej anonsowanego: to wszystko powyższe jest możliwe, bo mamy do czynienia z naprawdę doświadczonymi muzykami. Piotr Komosiński to tworzący od 30 lat basista, kompozytor, producent. Nagrał wiele płyt autorskich oraz mnóstwo takich, w których pojawił się gościnnie. Współtworzył takie grupy jak Potty Umbrella, Hotel Kosmos, Ex Usu, Indivi-Duo, Die Perspektive, POLA. Słuchając dziś spokojnego basu Piotra Komosińskiego wprost trudno uwierzyć w to, że jako basista Potty Umbrella szalał na kanadyjskich scenach na trasie koncertowej z NoMeansNo - dla mnie absolutnie najważniejszym, jednym z najgłośniejszych i najinteligentniejszych grup sceny niezależnej lat 90. ubiegłego wieku. A Jerzy Mazzoll? Toż to ikona niezależnego grania , klarnecista i improwizator, niespokojny duch,. wirtuoz gry na klarnecie basowym, awangardowy eksperymentator łączący gatunki: jazz, rock i muzykę improwizowaną! "Kultura", "Miłość" (gdzie współpracował m.in . z Lesterem Bowie) i "Arhythmic Perfection", “NRD” czy “Kury“ - to współtworzone przez niego zespoły. i to nie wszystkie. “Pory…” są tak genialne, bo doświadczenia obu artystów doskonale się uzupełniają. Jest jeszcze powód pozamuzyczny. Płyta zawiera książeczkę. W niej obejrzycie zaś przepiękne, artystyczne fotografie natury, których autorem jest Piotr Komosiński. Pan Piotr jest zawodowcem, fotografikiem - artystą, współtworzy artystyczną grupę B1 Photography. W książeczce każdy miesiąc ma “swoje” zdjęcie.  Tego nie da żaden striming. I powód ostatni i uprzedzam, że wcale nie chodzi w nim o to, że Panowie mi płacą za promocję. BO NIE PŁACĄ. “Pory…” to moim zdaniem po prostu… piękny muzycznie album, oczywiście biorąc pod uwagę instrumentarium do tego użyte oraz gatunek, z którego płyta wyrasta. Jak dla mnie pierwszy w tym roku kandydat do płyty roku. Fot. Mikołaj Zacharow Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo! DZIEKI!!!

bottom of page