top of page

Search this site

Znaleziono 207 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Radykalny manifest. Cisza jako akt oporu. Album „Horizon”: Grzech Piotrowski, Eivind Aarset, Terje Isungset

    W naszych przebodźcowanych czasach, gdy wrażliwość – onieśmielona własną kruchością – osiadła gdzieś głęboko skryta w duszach lub schowała się, wstydząc się samej siebie, takie albumy jak „Horizon” są donośnym nonkonformistycznym manifestem. To bunt, ale bunt wyrażony szeptem, który w akcie oporu przeciwko dyktaturze zgiełku i rozproszenia paradoksalnie uderza z ogromna siłą, siłą jakiej brakuje już wpisującym się w te rozwrzeszczane czasy rockowym bandom. Bo gdy wszystko wokół wrzeszczy, to cisza brzmi najgłośniej. Zapraszam Was na spotkanie z trzema „muzycznymi freakami”, gośćmi, którzy (podobnie jak ja) nadal wierzą, że muzyka ma moc wpływania na ludzkie charaktery, a przez to ich losy. To Grzech Piotrowski, Eivind Aarset, Terje Isungset. Grzech Piotrowski: Muzyczny marzyciel i jego świat Grzech Piotrowski photos by Sławek Przerwa Grzech Piotrowski to muzyk wszechstronny, marzyciel, jakich już coraz mniej wokół. Powtórzę to, co napisałem przy okazji jego koncertu Grzech Plus: Grzech Piotrowski uwielbia wyzwania. Chciał zagrać na wulkanie – zagrał. Chciał zagrać na tratwie – zagrał (zresztą zagrał na niej m.in . z Terje Isungsetem). Zechciał również zebrać dużą, kompletnie nieoczywistą grupę muzyków jazzowych z ekstraklasy i postawić ich na scenie NOSPR – i zrobił to . Artysta, którego biografię w zasadzie określają odważne projekty, na czele z najważniejszym – World Orchestrą. To spełnione marzenie z lat młodzieńczych, powołane do życia w 2010 roku, które łączy wybitnych solistów z całego świata w jednym, wspólnym „języku duszy”. Grzech Piotrowski to także wspaniałe projekty: Festiwal „WSCHÓD PIĘKNA” : Autorskie wydarzenie promujące wysoką jakość i wielokulturowość, którego 10. edycja odbędzie się w tym roku na Warmii. Projekty symfoniczne : Autor wielkich fresków, takich jak „Lech, Czech i Rus” czy „Symfonia STU”, wystawiona w Teatrze Wielkim. Twórca formacji : Powołał do życia takie składy jak jazzowy Alchemik, Oxen, Dekonstrukcja Jazzu, Freedom Nation czy Head Up. Terje Isungset: Najbardziej szalony perkusista świata Terje Isungset Photograph by Knut Bry: https://grokipedia.com/page/knut_bry Jeśli szukamy definicji artystycznego „freaka”, Terje Isungset jest jego ucieleśnieniem. To prawdopodobnie najdziwniejszy i najbardziej szalony perkusista ever . W swojej karierze używa lodowych instrumentów, które wydają się pochodzić z baśni: lodowej trąby, lodowej harfy, lodowego kontrabasu, a nawet lodowego bębna . Wszystkie te instrumenty tworzone są wyłącznie zimą – z naturalnie wycinanych bloków lodu, które następnie są pieczołowicie rzeźbione, lutnicy instalują na nich struny, by wydobyć z nich unikalne brzmienie. Serio, nie nie jest żart! W 1999 roku stworzył koncepcję Ice Music , a rok później zagrał koncert wewnątrz zamarzniętego wodospadu w Lillehammer. Od tego czasu wydał 10 albumów ( m.in . „Iceman Is”, „Igloo”) i założył jedyny w swoim rodzaju Ice Music Festival  w norweskim Geilo. Na „Horizon” Terje nie używa lodu, ale pozostaje wierny swojej filozofii tworzenia z elementów natury: drewna, kamieni, patyków i metali . Co ważne, film o Terje – zatytułowany „Sound of Ice”  – jest już gotowy! Ten realizowany na siedmiu kontynentach dokument pokazuje jego niezwykłą drogę i lodowy kosmos. Miejmy nadzieję, że kiedyś będzie go można obejrzeć również w Polsce. Eivind Aarset: Naczelny czarownik i mistrz odnalezionych dźwięków Eivind Aarset from https://www.youtube.com/watch?v=g1WuoKuAU5M&t=220s Skład uzupełnia Eivind Aarset – postać frapująca i fascynująca, który zaczynał jako rasowy rockman, by dziś stać się jednym z najbardziej intrygujących i cudownie dziwacznych poszukiwaczy w świecie muzyki improwizowanej. Aarset mówi o swojej grze jak o „zbieraniu” dźwięków i poszerzaniu dźwiękowego słownika - przez co brzmienie jego gitary dawno straciło banalnie chrapliwy ton overdrive. Jeśli odkryje nowy dźwięk – nawet przypadkiem – bawi się nim, wyczuwa go i włącza do swojego instrumentarium. Jest benedyktynem brzmienia. Dziś to są np. dłuuuugie i wyciągnięte jak Norwegia z południa na północ pojedyncze dźwięki, nie przypominające niczym tradycyjnej gitary. W przeciwieństwie do przereklamowanego Billa Frisella – który często sprawia wrażenie kogoś, kto tylko „szuka” i nieustannie błądzi z dala od tematu ogrywanego utworu – Aarset zawsze go znajduje. On nie błąka się po obrzeżach;  jest wewnątrz pieśni, pulsuje wraz z nią. Mam wrażenie, ze na „Horizon” to właśnie on pełni rolę czarownika  roztaczającego magiczny klimat tła, budując kruchą, mglistą i oniryczną strukturę dźwiękową, która staje się idealnym tłem dla narracji Piotrowskiego. Grzech Piotrowski jest tu bowiem niekwestionowanym liderem – to jego saksofon nadaje ton, kierunek i tchnienie życia całemu albumowi, malując dźwiękami obrazy, które wciągają bez reszty. Atmosfera: Muzyka, która oddycha Przez całą płytę muzyka jest jak malowana – oddycha, pulsuje, drga, iskrzy. Przygważdża słuchacza do miejsca, domagając się bezwzględnego skupienia. To brzmienie, które przebija się przez zwykłe rozproszenie w umyśle i skupia uwagę niczym soczewka na słońcu, wypalając to, co nieistotne. Pierwszy utwór  jest jak mglisty, leniwy poranek. Muzyka wyłania się powoli, rodząc się na naszych oczach z powolnego stukotu, który wyznacza nieśpieszny rytm. Melodia meandruje, a saksofon Grzecha aktywnie maluje obraz na płótnie utkanym przez Aarseta. Nie da się nie zwrócić uwagi na grę Isungseta – to nie ma nic wspólnego z klasyczną sekcją rytmiczną. Terje jedynie „stempluje”, daje znaki: „tak panowie, trzymajcie się tej drogi”. Jest jak snop światła w ciemnościach, grając dziwniej niż najbardziej ekscentryczni perkusjoniści Toma Waitsa. Drugi utwór, „Dunesong” , to popis Piotrowskiego, który jak mało kto wyczuwa ludowe, śpiewne melodie. Tempo nagle wzrasta, ale tylko na moment, by zaraz powrócić do onirycznego, marzycielskiego tonu. Poszczególne, długie frazy otulają słuchacza. Trudno oprzeć się skojarzeniom z jazzem skandynawskim – w końcu mamy w składzie dwóch Norwegów! Jest niezwykle ambientowo i lirycznie. Reszta płyty to prawdziwy lodowy labirynt , w którym brzmieniowo dzieją się czary muzyczne rzadko spotykane we współczesnych produkcjach. Każdy dźwięk ma tu swoje znaczenie, każda pauza jest pełna treści. Nie ma pośpiechu, jest oddychanie brzmieniem, kontemplacja, a tempa… po prostu nie ma. Wszystko płynie jak życie. Ta muzyczna opowieść została precyzyjnie podzielona na dwa tomy  i osiem rozdziałów  (pierwsze cztery utwory to tom pierwszy, kolejne cztery – tom drugi).  "Horizon" to album, który ujarzmia słuchacza swoim obezwładniającym spokojem, wchodzi do duszy bez pukania i osadza siłą w codziennym biegu, nie dając przy tym żadnej szansy na ucieczkę w bezpieczną, lecz trywialną powierzchowność. Ta muzyka działa niczym hamulec ręczny zaciągnięty gwałtownie w życiowym pędzie, lecz w przeciwieństwie do drogi, tutaj nie grozi nam katastrofa – jedyne, co może nas spotkać, to zbawienne opamiętanie, nagłe zatrzymanie się i prawdziwa, głęboka pobudka. Właśnie w tym geście "Horizon" zaczyna krzyczeć ciszą, stając się najczystszą i najbardziej radykalną formą buntu przeciwko hałaśliwym czasom, w których przyszło nam żyć. Zaprawdę, piękny jest także koniec tego albumu. „Horizon" to opowieść o życiu, która prowadzi „bohatera" przez najważniejsze momenty ziemskiej wędrówki, aż po ostatni oddech. Jeśli więc ten finał miał symbolizować kres życia, to ja chcę usłyszeć właśnie takie dźwięki na własnym finiszu. Bo choć ta ostatnia nuta brzmi jak koniec, w istocie staje się początkiem nowego istnienia. Kolejnej historii. Zarejestrowany w systemie Dolby Atmos  przez mistrza Tadeusza Mieczkowskiego, album otacza słuchacza organicznym ciepłem saksofonu Grzecha, surowością (diabli wiedzą?) kamieni Isungseta i sonicznymi mgłami Aarseta. Ci trzej - wybaczcie mi panowie zbytnią poufałość - wariaci stworzyli portal do innego stanu świadomości.  Ilustracje i projekt okładki do płyty Horizon stworzyła „Paulen" - towarzyszka życia Grzecha - która za pomocą ołówka, cienkopisu i pasteli uchwyciła na papierze ducha każdego z utworów. W akcie tworzenia towarzyszyła jej cicha medytacja nad istotą ludzkiego istnienia. Ukazała człowieka oczyszczonego - wolnego od traum, nawyków, programów i ciężaru codzienności. Gdybyśmy potrafili usłyszeć szept duszy i bicie serca głośniej niż zgiełk świata, dotarlibyśmy do prawdy, która od zawsze w nas mieszka. Zaufajcie im. W drogę! Skład: Grzech Piotrowski  – saksofon, looping Eivind Aarset  – gitara elektryczna, efekty, looping Terje Isungset  – instrumenty perkusyjne (drewno, kamienie, patyki, metal) Muzyka, która zmienia życie (bez lipy i dosłownie) Grzech Piotrowski wierzy, że muzyka ma moc zmieniania charakterów i ludzkich losów. I wiecie co? Ma rację. Jestem tego żywym dowodem. Jeszcze dwa lata temu byłem – mówiąc wprost i bez owijania w bawełnę – nudnym pierdzielem po pięćdziesiątce. Tkwiłem w bezpiecznych koleinach, a dni zlewały się w jedną masę. Ale postanowiłem to zmienić. Postanowiłem stworzyć ten blog. Wsłuchałem się w muzykę i znalazłem w sobie odwagę, by wywrócić swoje życie do góry nogami. Dziś spotykam twarzą w twarz tych wspaniałych artystów, którzy pomogli mi w tej przemianie, a dźwięki, o których piszę, są moją codziennością. Bez ich muzyki nigdy bym tego nie dokonał. Dlatego mam do Was apel: zmieniajcie się . Wsłuchujcie się w płyty takie jak „Horizon”, pozwólcie im się „ujarzmić” i miejcie odwagę żyć po swojemu, niezależnie od metryki. A jeśli podoba Wam się to, co robię, i chcecie towarzyszyć mi w tej drodze – wrzućcie coś na wirtualną kawę. Dla Was to „dycha”, a dla mnie to paliwo, by dalej szukać, pisać i udowadniać, że na pasję nigdy nie jest za późno. ☕ Postaw mi kawę i napędź jazzdę: https://buycoffee.to/jazzda.net

  • Najlepsze jazzowe płyty Grudnia 2025

    Końcówka roku w świecie muzyki improwizowanej przyzwyczaiła nas do wysokiej formy wydawniczej, ale grudzień 2025 roku przeszedł najśmielsze oczekiwania. Jeśli zastanawialiście się, jakie są najlepsze płyty jazzowe  ostatnich tygodni, przygotowaliśmy zestawienie, które łączy nowojorski bop, skandynawski minimalizm i polską energię festiwalową. A na końcu znajdziecie playlistę ze ponad 150 utworami jazzowymi, które miały premiery w grudniu, Andrew Gould – „Trade Off” Andrew Gould  (saksofon altowy) i Sam Dillon  (saksofon tenorowy) – dwaj nowojorscy sidemani najwyższej próby i finaliści prestiżowego konkursu im. Theloniousa Monka – łączą siły na wspólnym albumie „Trade Off” . To solidny, współczesny post-bop, w którym techniczna wirtuozeria kwintetu (w składzie m.in . ze Stevenem Feifke na pianinie) zaprzęgnięta jest jest by grać świetnie skrojone, chwytliwe melodie. Płyta tętni energią wielkiego miasta i pokazuje pełnię możliwości nowoczesnego jazzu w najlepszym wydaniu. Posłuchajcie utworu tytułowego czy kawałka „Overcooked”  i zanurzcie się w amerykański jazz, który wciąż pokazuje nowe, świeże oblicze - choć przyznać trzeba, że dzieje się to coraz rzadziej, a ostatnio najbardziej nowatorskie są kobiety. No, ale ten album to prawdziwa perełka, którą po prostu trzeba znać. Ian Smit – „¿QUÉ?” Ian Smit, nowojorski wizjoner i eksperymentator gitary, znany z przesuwania granic jazzu w stronę awangardy i elektroniki, zaprosił do współpracy elitę nowojorskiej sceny i stworzyli album -gęstą, surrealistyczną podróżą dźwiękową. Płyta opiera się na niemal całkowitej improwizacji – jedyną instrukcją przed wejściem do studia było prowadzenie „muzycznego dialogu” pełnego dynamicznych wzlotów i upadków. Poza utworami „Bee Still” i „Raindrops and Waterspouts”, które oparto na luźnych strukturach harmonicznych, wszystko inne powstało spontanicznie tu i teraz. Jak podkreśla Smit, celem było tworzenie kompozycji poprzez interakcje, groove i soniczne tekstury, gdzie tradycyjna harmonia ustępuje miejsca improwizowanemu soundscape’owi, a momenty gęstego grania przeplatają się z wymowną ciszą. Sesja nagraniowa miała unikalny charakter: Torn, Rainey i Smit grali w jednym pomieszczeniu, celowo wykorzystując panele gobo, czyli to ruchome ekrany akustyczne służące do izolacji dźwięku do generowania kontrolowanych sprzężeń zwrotnych, podczas gdy Scott Petito operował z osobnego studia. Choć Smit nigdy wcześniej nie grał z tymi muzykami w takim zestawieniu, efekt końcowy opisał jako „lot rakietą”. Skład:  Ian Smit (gitara elektryczna i akustyczna, efekty), David Torn (gitara elektryczna, national steel guitar, efekty, produkcja), Tom Rainey (perkusja), Scott Petito (bas akustyczny i elektryczny, inżynieria dźwięku). Florian Pellissier Quintet – „Pacifiques Biches” Francuski pianista Florian Pellissier powraca z albumem, który jest jak powiew ciepłego wiatru z wybrzeża Pacyfiku. Słoneczna i pełna wolności produkcja mistrzowsko balansuje między uduchowionym jazzem a głębokim soul-funkiem, ale to obecność wielkich gwiazd czyni ją wydarzeniem absolutnie wyjątkowym. Pellissier jest artystą o wyjątkowym jazzowym rodowodzie osadzonym w hard bopie – warto przypomnieć, że m.in . nagrywał w legendarnym studiu Rudy’ego Van Geldera  swoją płytę „Rio” , co stawia go w kręgu twórców kultywujących najlepsze tradycje brzmieniowe gatunku. Na płycie dochodzi do spotkania gigantów, którzy rzadko pojawiają się obok siebie w jednym projekcie. Z jednej strony mamy uduchowioną, saksofonową frazę legendy jazzowej awangardy – Archiego Sheppa , z drugiej zaś magnetyczną, surową energię Iggy’ego Popa . Udział „ojca chrzestnego punka” nadaje całości niepokornego, niemal rockowego sznytu, który świetnie kontrastuje z elegancką sekcją rytmiczną. Warto zwrócić szczególną uwagę na nową twarz projektu – DjeuhDjoah  pojawia się w utworze „Où c’est ? Qui sait?”, wnosząc do kompozycji powiew świeżości i swój charakterystyczny, afrofunkowy vibe. Jego udział idealnie dopełnia tę wielokulturową mozaikę dźwięków, sprawiając, że album staje się jedną z najciekawszych i najbardziej optymistycznych pozycji w nowoczesnym jazzie funkującym. Skład:  Florian Pellissier (fortepian), Christophe Panzani (saksofon), Yoann Loustalot (trąbka), Yoni Zelnik (bas), David Georgelet (perkusja). Gościnnie:  Iggy Pop, Archie Shepp, DjeuhDjoah. Lauri Porra – „Ääniä: Finland’s Official Soundscape” Lauri Porra  to postać fascynująca – praprawnuk wielkiego Jeana Sibeliusa, na co dzień basista legendarnej metalowej grupy Stratovarius, a zarazem ceniony kompozytor symfoniczny. Jego najnowszy projekt, „Ääniä: Finland’s Official Soundscape” , to dzieło wyjątkowe, stworzone na specjalne zamówienie rządu Finlandii jako oficjalny „krajobraz dźwiękowy” tego kraju. Muzyka zawarta na albumie jest minimalistyczna, kojąca i niezwykle przestrzenna. Stanowi idealne połączenie nowoczesnej klasyki z ambientem, bezbłędnie oddające ducha fińskiej natury. Jak czytamy na oficjalnej stronie finland.fi : „ Ääniä to muzyczna podróż po Finlandii, odzwierciedlająca naturalne piękno, spokój, rozległe przestrzenie i wiele oblicz najszczęśliwszego kraju na świecie. Pozwala doświadczyć Finlandii lub po prostu odnaleźć własne, wewnętrzne miejsce szczęścia ”. Dzięki kompozycjom Porry słuchacz może zanurzyć się w skandynawskiej harmonii, gdzie nowoczesna elektronika spotyka się z tradycyjnym brzmieniem orkiestry i ludowych instrumentów. Skład:  Lauri Porra (bas, elektronika) oraz orkiestra i zespół kameralny (w tym m.in . tradycyjne kantele, trąbka oraz instrumenty dęte drewniane). Hania Derej Quintet – „Live Pol'and'Rock Festival” Hania Derej – pianistka, kompozytorka i dyrygentka – to artystka, która mimo młodego wieku imponuje na scenie niespotykaną dojrzałością. Jej nagranie z Pol'and'Rock Festival 2025 to wulkan energii, który udowadnia, że jazz może być melodyjny, przystępny i pełen autentycznej pasji. Hania to niezwykle inteligentna babka. Wraz ze swoim składem pokazała rockowej publiczności, że ten gatunek wcale nie musi być nudny, hermetyczny czy wyłącznie „intelektualny”. Na tym koncercie emocje grały pierwsze skrzypce, a całość brzmiała niezwykle świeżo. Utwory takie jak „Urban Jungle” czy „Busy Day” są po prostu genialne! Zespół Hani mistrzowsko buduje w nich napięcie – zaczynają spokojnie, by stopniowo przechodzić w prawdziwe szaleństwo. Finał tego drugiego numeru to czysty wulkan jazzowej mocy, który porywa słuchacza bez reszty. Marzy mi się więcej jazzu serwowanego w tak porywającej formie. No sztos! Thomas Strønen, Time Is A Blind Guide „Off Stillness” Thomas Strønen , lider projektu Time Is A Blind Guide , to jeden z najbardziej aktywnych i wszechstronnych norweskich perkusistów. Jego nazwisko pojawia się w zestawieniu z tak prestiżowymi projektami jak Food (z Iainem Ballamym), Humcrush (ze Ståle Storløkkenem), Parish (z Bobo Stensonem) czy Maria Kannegaard Trio. Jako kompozytor był zaangażowany w ponad 70 wydawnictw, a jego prace gościły na licznych festiwalach i w najważniejszych rozgłośniach radiowych ( m.in . BBC, NRK, DR, Deutsche Rundfunk czy Swedish Radio). W swojej imponującej karierze Strønen nagrał ponad 60 albumów dla tak legendarnych wytwórni jak niemiecki ECM  czy Rune Grammofon , współpracując z niezliczoną ilością wybitnych muzyków. Na najnowszej płycie „Off Stillness”  kompozytor po raz kolejny udowadnia, dlaczego jest ceniony za swoje minimalistyczne i niezwykle przestrzenne podejście do rytmu. Album ten to definicja „kruchej piękności”. Muzyka jest na wskroś skandynawska, iskrzy mrozem, jest pełna głębokiego skupienia i kameralnej powagi. Brzmienie jest surowe, bardzo przejrzyste, niemal laboratoryjne – każdy dźwięk perkusji, fortepianu czy instrumentów smyczkowych jest tu ważny i ma swoją własną przestrzeń. Słuchając tych kompozycji, chce się od razu pakować plecak i łapać pierwszą lepszą okazję do Norwegii. Zastanawiające, co oni tam mają w duszach, że ta chłodna, surowa estetyka wychodzi im tak pięknie i poruszająco. To nie jest po prostu jazz; to dźwiękowy zapis północnego krajobrazu, który wciąga bez reszty. Zobaczcie na ten skład! Thomas Strønen  – perkusja Ayumi Tanaka  – fortepian Håkon Aase  – skrzypce Leo Svensson Sander  – wiolonczela Ole Morten Vågan  – kontrabas Na albumie dochodzi do subtelnej, ale znaczącej zmiany personalnej – Leo Svensson Sander  zastąpił Lucy Railton na wiolonczeli. Ten nowy głos płynnie wtapia się w cicho oddychające brzmienie zespołu, współtworząc misterną sieć dźwięków z oszczędną i precyzyjną pianistką Ayumi Tanaką , lirycznymi skrzypcami Håkona Aase  oraz głębokim kontrabasem Ole Mortena Vågana . Momentami instrumenty smyczkowe tworzą solidne trio prowadzące dialog z sekcją, by za chwilę puls grupy scalił się w jedno, dynamiczne i żywe płótno dźwiękowe. Evan Shornstein „Might Slip” Evan Shornstein , znany szerzej na scenie elektronicznej jako Photay , to artysta z Brooklynu, który w swojej twórczości od lat zaciera granice między światem organicznym a cyfrowym. Jego najnowsza epka, „Might Slip” , wydana pod własnym nazwiskiem, to intymna, niemal medytacyjna podróż, która rezygnuje z gęstych rytmów na rzecz głębokiego skupienia na fakturze dźwięku. Shornstein, dorastający w otoczeniu natury w Woodstock, w swoich wywiadach często podkreśla znaczenie „głębokiego słuchania” (deep listening). „Might Slip” jest tego najlepszym dowodem – to materiał zbudowany na fundamentach nagrań terenowych (field recordings), subtelnych syntezatorów i akustycznych detali. Album oddaje stan zawieszenia, płynności i niepewności, zapraszając słuchacza do zatrzymania się w pędzie codzienności. Dla Shornsteina dźwięk to nie tylko matematyczna struktura, ale żywy organizm. Na tej epce udowadnia, że potrafi opowiadać poruszające historie bez użycia słów, operując jedynie ciszą, echem i delikatnie pulsującą elektroniką. Lider:  Evan Shornstein (Photay) – syntezatory, elektronika, nagrania terenowe, kompozycja. Klimat:  Organiczny ambient, minimalistyczna elektronika pełna oddechu i spokoju. To muzyka, która nie narzuca się słuchaczowi, lecz powoli wypełnia przestrzeń, budując atmosferę bezpieczeństwa i melancholii. Idealna do słuchania w skupieniu, najlepiej na dobrych słuchawkach. Różni Artyści – „Pornographic-Time, Vol. II: The Continuous Present” Prawdziwe szaleństwo dźwiękowe, elektroniczna i mechaniczna ekwilibrystyka oraz odjazdowe, kompletnie nieoczywiste połączenia brzmień – tak w skrócie można opisać to, co dzieje się na najnowszym wydawnictwie od Drowned By Locals . To kompilacja stworzona z myślą o ludziach o mocnych nerwach, którzy w muzyce szukają czegoś więcej niż tylko spokoju. Wytwórnia świętuje swoje piąte urodziny nie zwykłą retrospektywą, lecz potężną, trzytomową antologią cyfrową zatytułowaną „Pornographic-Time” . Projektowi towarzyszy limitowany manifest „Black Circle” autorstwa Iana Brunera. Tytułowy „czas pornograficzny” to koncepcja stanu, w którym pożądanie jest nieustannie aktywowane, ale nigdy nie znajduje spełnienia – i dokładnie taka jest ta muzyka: nienasycona, radykalna i całkowicie nieprzewidywalna. To album dla dż2iękowych freaków i brzmieniowych poszukiwaczy, stanowiący fascynujący przegląd tego, co dzieje się na najdalszych marginesach współczesnej muzyki improwizowanej, elektroniki i avant-jazzu. Za nieskazitelną (choć brutalną) jakość dźwięku odpowiada legenda masteringu – Rashad Becker  z berlińskiego Clunk Studio. Warto zwrócić uwagę na utwór Bernardino Femminielliego  – „La Fièvre de l’Archipel”. To międzykontynentalna produkcja łącząca brzmienie klasycznego TR-808 nagranego we Włoszech z gitarą elektryczną prosto z Vancouver, a wszystko to zmiksowane w letnim domu w Szwecji. To idealny przykład „instynktownej logiki kuratorskiej” wytwórni, która łączy światy, które w teorii nigdy nie powinny się spotkać. Harmonogram wydawniczy antologii (jalkbyście chcieli kupić, ale nie macie odwagi zapytać): Tom I:   The Pornographic-Tantalus  – 28 listopada 2025 Tom II:   The Continuous Present  – 19 grudnia 2025 Tom III:   The Horizonless Interface  – 30 stycznia 2026 Skład:  Różni artyści sceny eksperymentalnej i avant-jazzowej ( m.in . Bernardino Femminielli, Bunny Raver). Klimat:  Niepokojąca, gęsta i techniczna podróż przez dźwiękowy margines. Absolutny odjazd dla fanów free improv i radykalnej elektroniki. Jeśli te recenzje pomogły Ci odkryć nową ulubioną płytę lub po prostu cenisz rzetelne pisanie o jazzie (które, jak wiadomo, wymaga mnóstwa czasu i jeszcze więcej dobrej kofeiny), możesz wesprzeć moją działalność. Jazz i kawa to od zawsze para idealna, a każda „postawiona” filiżanka pozwala mi szukać dla Was kolejnych takich perełek i trzymać rękę na pulsie światowej sceny. Postaw mi wirtualną kawę tutaj: buycoffee.to/twoja-nazwa

  • tamara Behler "BÉLAIR" Wiolonczela, Mocny głos, Zimna herbata i gorący debiut.

    Spojrzałem na okładkę płyty. Na niej piękna kobieta. Z miejsca myśli pofrunęły w głowie za stereotypem: że związek pięknej damy z jazzem oznacza oczywisty, sztampowy, swingujący, do dna przewidywalny i rewiowy repertuar. Wrzuciłem krążek do odtwarzacza, rozsiadłem się, a na wszelki wypadek położyłem obok książkę i wcisnąłem "Play", po czym zacząłem robić herbatę. Wtedy w pokoju rozpłynął się pierwszy numer, pomyślałem: "Oooo, ładneee... pewnie to tak na dobry początek". Gdy Oolong już się dobrze zaparzył (to nie było pierwsze parzenie, więc nieco trwało), szybował kolejny kawałek i było jeszcze lepiej. Przy trzecim utworze byłem już srodze zaintrygowany, a czwarty przykuł mnie do fotela na dobre. "Sacrebleu" – szeptałem do siebie. – "Ależ mi pani Behler dała po perkatym męskim, szowinistycznym nosie...". Choć muszę się przyznać do jednego: to nie jest tak do końca, że talent Pani Tamary był dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Pamiętam, jak jesienią 2025 roku „Jazzda” objęła patronatem niezwykły projekt Grzecha Piotrowskiego w sali NOSPR w Katowicach z udziałem Hanny Banaszak, Ewy Bem, Ruth Wilhelmine Meyer oraz pani Tamary właśnie. Po koncercie pisałem wtedy: „Potem na scenie pojawiła się Tamara Behler. Już po chwili można było odnieść wrażenie, że oto rodzi się nowa gwiazda. Interpretowała folkowy repertuar na swój sposób, bez cienia respektu. Zachwyciła mnie miękkim, aksamitnym brzmieniem i doskonałą artykulacją. Jej zaśpiewana w kolejnym wejściu »Lipka« okazała się jednym z najpiękniejszych momentów wieczoru, wywołując burzę oklasków całej sali. Płyta pani Tamary jest na horyzoncie i ja bardzo na nią czekam” . Czekałem, ale z pewną dozą ostrożności. Czymś innym jest bowiem krótki recital live, a czymś zupełnie innym pełny album. Do tego drugiego potrzebny jest szereg czynników: spójny, całościowy pomysł – aby krążek nie był zbiorem przypadkowych kompozycji – a także kompozycja, aranżacja, wykonanie i w końcu postprodukcja. Debiut Tamary Behler spełnia wszystkie te warunki, a w dodatku jako artystka ma ona coś, co wyróżnia ją na scenie polskiej i nie tylko: dość rzadki, splatający się i uzupełniający związek współistnienia głosu i wiolonczeli. Ta fuzja jest tym bardziej imponująca, gdy pozna się jej genezę. Okazało się, że Tamara Behler to artystka, której droga jest równie nieoczywista, co jej muzyka. Choć ma „papier” na granie – jest absolwentką klasy wiolonczeli na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie – jej historia wymyka się akademickim ramom. Po studiach podjęła radykalną decyzję: odłożyła wiolonczelę na ponad dziesięć lat. Ta dekada ciszy nie poszła jednak na marne. Behler wróciła do instrumentu z zupełnie nową energią, by połączyć klasyczne brzmienie strun z własnym głosem. I tu kolejne zaskoczenie, które wyjaśnia tę świeżość słyszaną w głośnikach: śpiewem zajęła się w sposób całkowicie intuicyjny, kształcąc i cyzelując głos podążając za własnym osądem.  Jej wokalny warsztat to nie efekt godzin spędzonych w salach wykładowych, ale czysta pasja pielęgnowana od dziecka i doświadczenie zdobywane w boju, bezpośrednio na scenie. Przy tej okazji muszę wtrącić małą dygresję. Do tej pory hasło "wokalistka ze Stalowej Woli" uruchamiało w mojej głowie automatyczne skojarzenie z ikoną naszej sceny, Justyną Steczkowską. Z całym szacunkiem dla dorobku Pani Justyny, po przesłuchaniu tego materiału muszę zrewidować swoje rankingi: od dziś wiem, kto jest najciekawszym damskim polskim głosem ze Stalowej Woli i jest nim dla mnie bezapelacyjnie pani Tamara. Bo słuchając tej płyty, ma się pewność, że to liga światowa. Bez cienia wątpliwości do grona takich artystek jak Ayanna Witter-Johnson, Dom La Nena, Linnea Olsson, Ana Carla Maza czy Kelsey Lu – które wielbię – dołącza teraz Pani Behler.  Robi to z lekkością, łącząc klasyczne wykształcenie z emocjonalnym podejściem. Zanim jednak zadebiutowała tym autorskim materiałem, szlifowała swój unikalny styl u boku gigantów – koncertowała z Ewą Bem, Urszulą Dudziak czy Hanną Banaszak.  Kluczowym elementem tej układanki okazał się jednak Grzech Piotrowski . To on dostrzegł jej potencjał, pomógł ukierunkować stylistykę i czuwał nad realizacją nagrań na ten debiut. Dzięki temu "Bélair" to nie tylko zbiór piosenek, ale spójna opowieść kobiety, która musiała na chwilę zamilknąć, by odnaleźć swój prawdziwy głos. Otwierający album utwór "Eternal July" wciąga subtelnie, a dobrze wyważona i nie szarżująca wokaliza liderki krążąca nad nieoczywistym tematem pieśni kusi i zaprasza do wysłuchania kolejnej pozycji. Uwagę musi jednak też zwrócić charakterystyczne, trochę na przekór ciepłemu utworowi, mocno zagrane solo na wiolonczeli. Ten ostry kontur znika jednak zupełnie w "Sound of Evolution"- w nim przemawiają napędzające niuanse: snująca się w tle głosu pani Tamary wiolonczela czy fenomenalnie aksamitne wypowiedzi saksofonu. Trzeci utwór pt. "Pause", kompozycja gitarzysty, Shachara Elnatana z bardzo ciekawym tekstem Małgorzaty Bernatowicz aka Carmell (prywatnie córki aktorki Ewy Kasprzyk) płynie najbliżej nurtu jazzowego i jest swoistym wstępem do mocno przearanżowanego jazz - folkowego "Oberka". Ach! Jak wiele ciekawego dzieje się w tym pięknym utworze, który na ludycznym fundamencie buduje prawdziwy połamaniec rytmiczny, a nie hamujące się w niczym gitarowe fusion solo dopełnia całości intrygi. Autorem "Oberka" jest Grzech Piotrowski, co w zasadzie tłumaczy jego zawikłany, a jednocześnie paradoksalnie melodyjny pląs. Grzech Piotrowski jest mistrzem ludowego kamuflażu, on potrafi cudnie puścić oko do szerokich mas, a jednocześnie stworzyć utwór - ćwiczenie dla adeptów sztuki muzycznej. Pani Behler prowadzi zaś oberka pewnie - słychać pewność wielokrotnych wykonań. W następnym utworze "Homeland" najpiękniej tym razem iskrzy się solo na saksofonie, a może to po prostu moja miłość do takich strzelistych jak gotyckie katedry zagrywek. Z kolei w "Hemoonity" wiolonczela wspaniale prowadzi nas ku uroczej rozmowie saksofonu z fortepianem. "Forgiveness" jest dla mnie niezapomniany, bo ty znów mamy szeroką, horyzontalną rozmowę instrumentów skończoną wyjątkowo mocnym głosem perkusji. Na koniec liderka obiecuje słuchaczowi "Jeszcze wrócę do ciebie" i wciąga uroczą partią wiolonczeli. Prawdziwie boski jest to koniec płyty, przystemplowany głosem saksofonu Grzecha Piotrowskiego. Płyta "Belair" nie jest ani przez sekundę taka, taka jaka miała w moim pierwszym odczuciu być. To album z magicznego miejsca spotkania granic wielu gatunków. Dominuje tu spokój, choć czasem urocza przejażdżka zamienia się w szalony kulig (pisałem to, gdy za oknem mróz i śnieg, więc wybaczcie dziwaczne porównanie). Nic tu nie jest oczywiste, plany muzyczne bardzo szerokie, horyzontalne jak wyżyna wołyńska. Jazzu jest to dużo, ale nie zaryzykowałbym twierdzenia, że stanowi dominantę. Stylistycznie więc niesforny to album co jest jego zaletą. Nie jedyną zresztą, ale to już zostawię Państwu do odkrycia. Cóż. Herbatę wypiłem zimną, ale warto było. Jeśli chcą Państwo, abyśmy w Jazzda.net  nadal mogli wyłapywać takie muzyczne perły, obejmować patronatem wyjątkowe wydarzenia w NOSPR i dzielić się z Wami pasją do dźwięków, które wymykają się schematom – zapraszam do wsparcia naszej działalności. Każda wirtualna kawa to dla nas paliwo do dalszego działania, pisania i odkrywania artystów tak fascynujących jak Tamara Behler. Będę wdzięczny za każde wsparcie na: https://buycoffee.to/jazzda.net Do usłyszenia przy kolejnym dobrym krążku!

  • 🎄 Mikołajowy Polecajownik -Jazzowy Najlepsze płyty jazzowe 2025 🎶

    😈🎅 Instrukcja Obsługi Jazzowego Polecajownika , w którym znajdziesz subiektywnie Najlepsze Płyty Jazzowe 2025🎷🎄 Uwaga, drogi Czytelniku! Ten Polecajownik nie jest zwykłym katalogiem płyt. To urządzenie wielofunkcyjne , które działa tylko w święta i tylko wtedy, gdy masz na sobie sweter w renifery. Oto jak korzystać: Wybierz album zgodnie z nastrojem przy stole : Jeśli barszcz jest za słony → włącz Ad Astra  Wojciecha Jachny, bo oniryczny jazz neutralizuje sól. Jeśli ktoś zaczyna politykę przy karpiu → PAX  Tingvall Trio, bo to jedyny album, który potrafi uciszyć wujka. Jeśli makowiec wybuchł w piekarniku → Unicorn and Flexability  Sylvaina Darrifourcqa, bo brutal jazz pasuje do katastrof kulinarnych. Dobierz płytę do prezentu : Skarpety → Better Place  Macieja Sikały, bo klasyka nigdy nie zawodzi. Zestaw kosmetyków → Second Time Around  Agi Zaryan, bo subtelność i elegancja pasują do kremu pod oczy. Blender → Nostalgia Blitz  Benjamina Hermana, bo punk jazz mieli wszystko. Zasada równowagi : Jedna płyta medytacyjna ( From sound to silence ) na każde trzy energetyczne ( Groovosophers , Great Intentions , Sheva ). Jeśli przesadzisz z energią, renifery zaczną tańczyć pogo. Tryb awaryjny : Gdy choinka się przewróci → Coincidentia Oppositorum  Anny Gadt, bo głos i cztery wiolonczele uratują każdą katastrofę. Gdy prezenty okażą się nietrafione → honey from a winter stone  Ambrose’a Akinmusire’a, bo to album tak głęboki, że przykryje wszystkie rozczarowania. 🎅 Podsumowanie : Nie wybieraj płyt jak karpia w markecie. Kieruj się absurdem, nastrojem i tym, co akurat dzieje się przy stole. Jazzowy Mikołaj gwarantuje: każda z tych płyt ma moc przemiany Wigilii w jam session, a barszczu w free jazz. Piotr Komosiński & Jerzy Mazzoll – Pory... Album powstający przez 13 miesięcy – przewodnik do zwolnienia tempa. 🎁 Dla tych, którzy chcą wsłuchać się w rytm natury. Szukasz prezentu, który jest przewodnikiem, nauczycielem i kumplem  w jednym? Album "Pory..."  to stuprocentowa wizja artystyczna, która zdobywa szczyty rankingu muzycznej niezależności. To debiut Piotra Komosińskiego i Jerzego Mazzolla, który zmusza do zwolnienia tempa. Unikalna Metoda Pracy (Złoto na Wagę Czasu):  Płyta powstawała przez 13 miesięcy  – każdy utwór to jeden miesiąc. Artyści chcieli w ten sposób uczciwie skondensować emocje i zilustrować dźwiękiem kolejne pory roku , wzywając odbiorców do wsłuchania się w naturalne, niespieszne tętno czasu. To jest rdzeń i sedno płyty. Zgodność Przeciwieństw:  Geniusz albumu tkwi w zderzeniu temperamentów: Piotr Komosiński  (basista, dawniej Potty Umbrella) – spokojny, nieporuszony jak opoka, tworzy twardy, basowy fundament. Jerzy Mazzoll  (ikona niezależnego grania, klarnet, improwizator) – porywczy i barwny, wypełnia tę przestrzeń improwizacją, wędrując pod dźwiękowe nieboskłony. Efekt jest powalający: muzyka jest liryczna, spacerowa, a klarnetowe zagrywki przypominają momentami niguny chasydzkie. To album nie jest produktem – to przewodnik do zwolnienia . Dodatkowy Atut:  Fizyczne wydanie płyty to prawdziwy skarb, ponieważ zawiera przepiękne fotografie natury  autorstwa Piotra Komosińskiego – artysty i zawodowego fotografika. Tego nie da żaden streaming! Jeremy Pelt – WOVEN Elegancja nowojorskiego jazzu spotyka subtelną elektronikę. Pelt wraz z vibrafonistą Jelenem Bakerem i perkusistą Jaredem Spearsem tworzy muzykę pełną energii i brawury. 🎁 Idealny dla miłośników jazzu z charakterem i niespodziankami. Szukasz prezentu, który jest jednocześnie elegancki, awangardowy i głęboko zakorzeniony w jazzowej tradycji? Najnowszy album trębacza Jeremy’ego Pelta, "WOVEN" , to idealna propozycja pod choinkę. Pelt, człowiek osadzony w jazzowej linii Monka i tradycji bebopu, łączy mistrzowskie improwizacje z nowoczesną, subtelną elektroniką. Płyta rozpoczyna się intrygująco – od spokojnej trąbki i pędzącego ostinato wibrafonu (Jelen Baker), by po chwili eksplodować zamaszystym, ostrym rytmem . To muzyka pełna szpanu, nowojorskiej elegancji i brawurowego rzemiosła. Gdy Pelt wchodzi w utwór, robi to z impetem, niczym Lemoniadowy Joe przez wahadłowe drzwi. Wraz z genialnym wibrafonistą Jelenem Bakerem i perkusistą Jaredem Spearsem, który gra z progrockowym rozmachem, Pelt stworzył dzieło, które jest nowocześnie intrygujące, ale brzmi jak ścieżka dźwiękowa do dokumentu o złotych czasach jazzu. Jeśli obdarowany kocha jazz z charakterem i niespodziankami (w tym ambientowe, wkręcające się w mózg pasaże, jak w "Invention #2"), "WOVEN"  to obowiązkowa pozycja! Sebastian Studnitzky – KY! Połączenie jazzu, elektroniki i neoklasyki, nagrane z Odessa Philharmonic Chamber Orchestra. Album jest zapisem emocji związanych z Ukrainą, pełen nordyckiej delikatności i filmowych brzmień. 🎁 Dla fanów szerokich, epickich narracji muzycznych. Najnowszy album trębacza i pianisty Sebastiana Studnitzky'ego (KY)  to epickie połączenie jazzu, elektroniki i neoklasyki, nagrane z Odessa Philharmonic Chamber Orchestra . "KY!"  to płyta o niezwykłej genezie – Studnitzky wyruszył do Odessy, aby nagrać projekt, który jest poruszającym zapisem emocji w Ukrainie. W efekcie otrzymujemy muzykę pełną nordyckiej delikatności, śpiewnych melodii i hipnotyzujących, powtarzalnych harmonii. Studnitzky gra spokojnie, z wielką lekkością, pozwalając, by czyste, klasyczne brzmienie przeplatało się z minimalistycznym groovem. Album, zarejestrowany na żywo w legendarnej berlińskiej Meistersaal, to surowa energia i brak dogrywek . To radykalne oddanie prawdzie i pięknu. Utwór "I Thought It's Too Late" , porównywany do najlepszych, epickich nagrań Davida Bowiego, wieńczy całość w sposób absolutnie mistrzowski. Idealna pozycja dla fanów jazzu, którzy kochają szerokie, filmowe brzmienia. Donovan Haffner – Alleviate Debiut młodego londyńskiego saksofonisty – pełen groove’u, melodii i emocjonalnej głębi. To muzyka optymistyczna, świeża i taneczna. 🎁 Dla tych, którzy lubią jazz z pulsującą energią. Szukasz prezentu, który jest synonimem talentu, świeżości i pozytywnej energii płynącej z dynamicznej londyńskiej sceny? Młody saksofonista Donovan Haffner  serwuje nam swój debiutancki album – "Alleviate"  (Ukojenie), który jest idealną propozycją dla miłośników jazzu z melodią i groovem. "Alleviate" to nie tylko zbiór kompozycji, ale przede wszystkim zapis procesu katartycznego  młodego artysty – muzyka stała się dla niego ukojeniem w zmaganiach z negatywnymi myślami. Ten emocjonalny fundament nadaje płycie niezwykłą głębię, która rezonuje ze słuchaczem. W towarzystwie znakomitego i zgranego składu (występują razem od 2019 r.), Haffner mistrzowsko balansuje złożoność  aranżacji z przystępną melodyjnością  i nieodpartym, tanecznym groove’em . Jak sam artysta opisuje, to połączenie wielu jazzowych wpływów, które go pasjonują. Jeśli chcesz podarować płytę, która łączy talent kompozytorski, znakomitą chemię zespołu i optymistyczne, wibrujące brzmienie prosto z Londynu – "Alleviate" jest pozycją obowiązkową. Aleksandra Kryńska – Something Holy Architektura dźwięku, liryzm i awangarda w jednym. Kryńska prowadzi słuchacza przez muzyczne krajobrazy pełne przestrzeni i subtelności. 🎁 Dla wymagających słuchaczy szukających jakości i liryzmu. Debiutancki album Aleksandry Kryńskiej, "Something Holy" , to mocne wejście na scenę – choć sama skrzypaczka i kompozytorka debiutantką nie jest (wystarczy wspomnieć kwartet KRVNSKA czy współpracę z Piotrem Damasiewiczem, który wszystko, czego się dotknie, zamienia w szczere złoto). "Something Holy" to album, w którym piękno tkwi w architekturze dźwięku . Już otwierający utwór, "Tenderness Experiment", pokazuje, jak idealnie jest ustawiona scena: każdy instrumentalista jest wyraźnie słyszalny, a role są genialnie podzielone. Kryńska, mistrzowsko operująca skrzypcami , prowadzi słuchacza przez łagodne muzyczne krajobrazy, w których jest mnóstwo powietrza i przestrzeni. Łączy mocne tematy osadzone w nurcie europejskiego jazzu (czuć tu skandynawską nostalgię ) z pomysłami awangardowymi (jak genialny utwór "dissolving portraits"). Towarzyszy jej Quintent Marzeń : Piotr Damasiewicz  na trąbce – głos dopowiadający z boku, lekko zamglony. Szymon Mika  na gitarach – którego subtelne partie słychać nawet w najcichszych momentach. Michał Aftyka  na kontrabasie – czarodziej basu. Bartosz Szabłowski  na perkusji – arcymistrz rytmu, który gra oszczędnie, ale trzyma całość w ryzach. Ten "Współgłos"  to kwintesencja albumu: nieprzegadane, zwarte kompozycje, które zapierają dech w piersiach dbałością o plan dźwiękowy. Płyta ta jest idealna dla wymagających słuchaczy, którzy w jazzie szukają zarówno liryzmu, jak i bezkompromisowej jakości wykonania. Arve Henriksen – Arcanum Norweski trębacz w ECM-owskim klimacie – muzyka pełna tajemnicy, inspirowana naturą i folklorem Północy. 🎁 Dla tych, którzy chcą zanurzyć się w poetyckiej głębi. Szukasz prezentu dla kogoś, kto ceni tajemnicę, kontemplację i muzykę, która jest zarazem hołdem dla przeszłości, jak i komentarzem do teraźniejszości? "Arcanum"  – najnowszy album norweskiego trębacza Arve Henriksena , wydany przez kultową wytwórnię ECM, to pozycja absolutnie wyjątkowa. Sam tytuł ( łac. tajemnica, substancja o ukrytej mocy ) idealnie oddaje estetykę nagrania. Henriksen, mistrz antygry  (jak sam wyznał, trąbka jest jego piórem), wraz ze skandynawską supergrupą (Trygve Seim, Anders Jormin, Markku Ounaskari) powraca do ducha ECM z lat 70., oddając czytelny hołd Janowi Garbarkowi w utworze "Nokitpyrt"  (Triptykon czytany wspak). Album to balans między swobodną improwizacją a kompozycją, pełen łagodnej siły i poetyckiej głębi, inspirowany naturą i folklorem Północy. Jednak Henriksen nie ucieka od świata: utwór "Elegy"  został napisany w dniu wybuchu wojny w Ukrainie, a wykorzystanie starodawnego, fińskiego hymnu w "Armon Lapset"  jest gestem wspierającym kultury mniejszościowe. To muzyka dla wtajemniczonych, pełna warstw, w której ambientowe brzmienia i organiczna elektronika tworzą tło dla narracji prowadzonej z niezwykłą delikatnością. Idealny podarunek dla tych, którzy chcą zanurzyć się w dźwięku. Aga Derlak Trio – Neurodivergent Jazz jako język neuroatypowości. Album pełen chaosu kontrolowanego, transowych improwizacji i polskich odniesień. 🎁 Dla fanów polskiego jazzu na światowym poziomie. Szukasz płyty, która jest nie tylko wybitna artystycznie (trzy Fryderyki na koncie liderki!), ale niesie też ważne przesłanie o indywidualności? Album Agi Derlak Trio, "Neurodivergent" , to jedna z najlepszych polskich płyt 2025 roku, która przekłada złożoność ludzkiego umysłu na język jazzu. Album jest opowieścią o spotkaniu z neuroatypowością (jak sama artystka, posiadająca orzeczenie o ADHD), która staje się tu fundamentem kreatywności. Jazz, z natury atypowy i będący DNA improwizacji, jest idealnym nośnikiem dla tej wizji. Aga Derlak namawia do wyjścia poza własne granice – tak, jak uczył nas Herodot i Kapuściński. Kluczowe atuty albumu: Muzyczny Chaos Kontrolowany:  Derlak odrzuca poprawność i liniową narrację. Zawiłe improwizacje z transową powtarzalnością odzwierciedlają pozorny chaos życia, ale pozostają spójne i czytelne. Genialna Chemia:  Liderce towarzyszą kontrabasista Maciej Szczyciński  (Fryderyki, John Scofield) i perkusista Miłosz Berdzik  (hip-hop, Tymoteusz Bies), a kwartet uzupełnia finalista Seifert Competition, Kacper Malisz  (skrzypce). To wypadkowa hip-hopu, awangardy, polskiej tradycji i jazzu! Motywy, które uzależniają:  Posłuchajcie singla "Mazur v2"  – to basowa mantra nawiązująca do Wayne’a Shortera i cytat z mazurka Szymanowskiego, rozciągnięte w krzywym zwierciadle. Najbardziej przemawia jednak "numer 4" z szaloną, powtarzalną partią fortepianu. Ten album koncepcyjny to muzyczne powstanie i zaproszenie do przyjęcia alternatywnego sposobu postrzegania rzeczywistości. Doskonały prezent dla tych, którzy cenią polski jazz na światowym poziomie. Artur Dutkiewicz Trio – From sound to silence. Nowosielski Live Medytacyjny jazz inspirowany sakralnym malarstwem Jerzego Nowosielskiego. Monumentalne, transowe opowieści prowadzą do ciszy. 🎁 Dla osób szukających duchowego wymiaru muzyki. W świecie zdominowanym przez komiksowe rozkojarzenie, pośpiech i kakofonię, podaruj bliskiej osobie wezwanie do wewnętrznej ciszy. Album Artur Dutkiewicz Trio, "From sound to silence. Nowosielski Live" , to artystyczna odpowiedź na współczesny chaos i zaproszenie do medytacji. Płyta jest zapisem głębokiego, muzycznego dialogu z sakralnym malarstwem Jerzego Nowosielskiego , którego ikony i polichromie stanowią "teologię światła" – okno na nieskończoność. Dla Dutkiewicza muzyka staje się właśnie takim oknem: formą aktywnej medytacji , w której dźwięk i pauza mają równorzędne znaczenie, a improwizacja na długich płaszczyznach czasowych prowadzi do tytułowej ciszy. Trio – w składzie wirtuozów Andrzej Święs  (kontrabas) i Sebastian Kuchczyński  (perkusja) – buduje monumentalne, transowe opowieści (od 8 do blisko 17 minut), celowo umykając radiowym formatom. Od onirycznego „Medytacja 1 – Przebudzenie”, po majestatyczną „Medytacja 5 – Pełnia” , płyta ta jest dowodem na to, że celem muzyki jest transcendencja. Sekcja rytmiczna zasługuje na najwyższe uznanie za mistrzowskie prowadzenie napięcia. To idealny prezent dla kogoś, kto potrzebuje oddechu, szuka duchowego wymiaru w sztuce i docenia modalny, kontemplacyjny jazz na poziomie godnym E.S.T. Warto również zwrócić uwagę na pięknie wydany fizyczny egzemplarz, który zawiera rozmowę z Arturem Dutkiewiczem i wspaniałe fotosy, dodatkowo wprowadzając w nastrój skupienia. Damon Locks – List of Demands Manifest artystyczny i muzyczny protest. Spoken word, sample i organiczne instrumenty tworzą potężną hybrydę. 🎁 Dla tych, którzy cenią muzykę z przesłaniem i mocą aktywizmu. Szukasz prezentu dla osoby, która ceni bezkompromisowe przesłanie i muzykę, która jest jednocześnie potężnym protestem i wizją lepszej przyszłości? Album Damon Locks "List of Demands"  to jeden z najważniejszych i najbardziej aktualnych manifestów artystycznych ostatnich lat. Locks to artysta, który nie unika spojrzenia w oczy problemom społecznym. Wiele z jego nagrań, w tym "List of Demands", czerpie inspirację wprost z warunków, które zatruwają życie ludziom. W tym sensie, to album, którego potrzebujemy właśnie teraz. Muzyka Locks’a to dźwięk zarazem przeszły, jak i teraźniejszy, a przede wszystkim – potężny . Spoken word, inteligentne sample, organiczne instrumenty (kornet, skrzypce) i elektroniczna produkcja tworzą unikalną hybrydę. To protest muzyczny, który zawsze dzwoni z absolutną jasnością , spotykając się z problemem i mówiąc prawdę wprost. W sesji Locksowi towarzyszy wybitny skład, w tym wokalistka Krista Franklin , perkusista Ralph Darden , kornecista Ben Lamar Gay  i skrzypaczka Macie Stewart . Jeśli chcesz podarować płytę, która przekracza gatunki, łamie stereotypy i ma w sobie moc aktywizmu — to jest to pozycja obowiązkowa, która stanie się "tajną substancją" o ukrytej mocy w każdej kolekcji. Laura Jurd – Rites & Revelations Jazz, folk i Strawiński w jednym. Album pełen katharsis i emocjonalnego uwolnienia. 🎁 Dla słuchaczy poszukujących instynktownej, pierwotnej energii. Album "Rites & Revelations"  trębaczki Laury Jurd  to manifest artystki, która celowo wymyka się klasyfikacjom. Laura Jurd (znana z nominowanego do Mercury Prize kwartetu Dinosaur) powraca z najbardziej skondensowanym i intymnym dziełem. Płyta jest jej "Rytuałem Powrotu"  po przerwie, gdzie ofiarowuje słuchaczowi swoją twórczą esencję. Jak ujął to "Guardian", Jurd podąża za swoją muzą, czerpiąc z jazzu, tradycji ludowych Europy, a nawet języka harmonicznego Strawińskiego. Album jest dynamiczny, rytmiczny i głęboko melodyjny , oparty na rodowym dziedzictwie: melodiach angielskiego i szkockiego folku. Słuchając utworu "You Again"  (gdzie ceilidh-owa melodia łączy się ze złożonymi rytmami) lub wężowej melodii "Step Up To The Altar" , czuć, jak Jurd rezygnuje z wirtuozerii na rzecz faktury , przesuwając brzmienie trąbki w kierunku ziemistych, dronowych rejestrów. To muzyka nagrana niemal w całości na żywo, z naciskiem na "katharsis i uwolnienie", które porusza dogłębnie, emocjonalnie i fizycznie. Jeśli obdarowany docenia dzieła, które nie dbają o mody, a o pierwotną, instynktowną moc – to jest to pozycja obowiązkowa. Gard Nilssen Acoustic Unity – Great Intentions Skandynawski żywioł w kwintetowej formule. Dynamiczny, swingujący jazz pełen ognia. 🎁 Dla fanów energii i scenicznego szaleństwa. Jeśli szukasz prezentu dla miłośnika jazzowego żywiołu, który łączy bezkompromisowe granie Skandynawii z dziką, dynamiczną energią, "Great Intentions"  od Gard Nilssen Acoustic Unity  to strzał w dziesiątkę. Perkusista Gard Nilssen – jeden z najgorętszych twórców w Europie i regularny członek kwartetu Macieja Obary (ECM) – świętuje 10-lecie swojego Acoustic Unity. Zamiast spocząć na laurach, trio postanowiło... rozsadzić swoją formułę , przekształcając się w pięcioosobowy kwintet. Do Nilssena, André Rolighetena (saksofony) i Pettera Eldha (bas) dołączyły dwa potężne "żywioły natury": Signe Emmeluth  (saksofon altowy, flet) oraz Kjetil Møster  (saksofon tenorowy). Ten nowy skład wystrzelił na pełnych obrotach w Ocean Sound Studio, a muzyka szybuje jak zorza polarna. Album jest opowieścią o komunikacji , a jego tytuł (Wielkie Zamiary) ironicznie nawiązuje do wyboistych dróg, którymi są wybrukowane. W rezultacie otrzymujemy fantastyczną muzykę, która ma w sobie i hołd dla tradycji (cover "Waterfalls"  Paula McCartneya) i nieokiełznany ogień Signe Emmeluth. To album idealny dla kogoś, kto uwielbia dynamiczny, mocno szalejący jazz i nie boi się, gdy energia sceniczna wylewa się z głośników. Benjamin Herman – Nostalgia Blitz Punk jazz w czystej postaci – szybki, głośny i garażowy. 🎁 Dla tych, którzy chcą rozsadzić głośniki. Szukasz prezentu dla kogoś, kto uważa, że jazz jest zbyt poważny, a punk zbyt chaotyczny? Album Benjamin Herman "Nostalgia Blitz"  to walec, który gniecie te stereotypy! To wydanie DeLuxe albumu sprzed dwóch lat, które wciąż ma moc szalonego groove’u . Benjamin Herman, najbardziej znany jako lider tanecznego New Cool Collective, tym razem pokazuje swoje bezkompromisowe alter ego. Ten elegancki Holender (dwukrotnie uznany za najlepiej ubranego przez "Esquire") to na tej płycie czysty punk jazz . I to dosłownie! To nie jest filozofowanie, to jest szybkie, głośne, garażowe i rozbestwione  granie na jazzowych instrumentach. Zapomnijcie o subtelnych balladach – to walec, który pędzi z szaleńczą energią. Płyta ta jest niczym muzyczna odpowiedź na kryzys wieku średniego: gnająca, nieokiełznana i w pytę do kroścet. Czy Public Image Ltd  zagraliby "Bambaruushan Boogie"? Na tej płycie to możliwe! Jeśli obdarowany potrzebuje albumu, który rozsadzi głośniki i ma w sobie tyleż energii co sekcja rytmiczna Siekiery  – ta płyta jest idealna. Anna Gadt – Coincidentia Oppositorum Dialog głosu i czterech wiolonczel. Minimalizm, napięcie i filozoficzna głębia. 🎁 Dla osób szukających muzyki na krawędzi i improwizacji najwyższej próby. Jeśli prezent ma być podróżą na krawędź – zarówno filozoficzną, jak i muzyczną – wybierz album "Coincidentia Oppositorum"  (Zgodność Przeciwieństw). To jeden z najbardziej bezkompromisowych i hipnotyzujących projektów ostatnich lat. Wokalistka Anna Gadt , konsekwentnie uznawana za jedną z najlepszych improwizatorek na świecie, łączy siły z Warsaw Cello Quartet  (cztery wiolonczele) oraz kompozytorem Milanem Rabijem . W ten sposób rodzi się muzyka, która natychmiast spycha słuchacza na krawędź cytowaną na wstępie: "spadali między ciemne skały w przepaść." Co ją wyróżnia? Instrumentarium:  To czysty dialog głosu i czterech wiolonczel, które zastępują cały aparat harmoniczny i rytmiczny (brak fortepianu i perkusji). Wiolonczela, o niemal barytonowym, ludzkim brzmieniu, rezonuje z wokalem Gadt, tworząc potężną i kruchą jednocześnie symetrię. Minimalizm z Napięciem:  Anna Gadt wybiera ścieżkę artystycznej dyscypliny, zmuszając do skupienia na detalu. Muzyka jest skomponowana tak, by rodziła się in statu nascendi  – w akcie tworzenia – co sprawia, że jest jednocześnie liryczna i pełna baśniowego, surowego napięcia . Dla kogo?  Dla tych, którzy w muzyce szukają głębokiego zanurzenia w filozofię, a jednocześnie oczekują improwizacji na najwyższym, światowym poziomie. To wybitna, intymna opowieść o współczesnej kondycji człowieka. Patricia Brennan – Of the Near and Far Jazz inspirowany astronomią i geometrią kosmiczną. Intensywne improwizacje i wizualne struktury. 🎁 Dla intelektualistów i miłośników awangardy. Szukasz prezentu dla kogoś, kto kocha jazz nowej generacji, inspirowany matematyką, astronomią i muzyczną transcendencją? Album "Of the Near and Far"  od Patricii Brennan  to pozycja absolutnie wyjątkowa – to muzyka, która, jak pisał "The New York Times", wydaje się istnieć poza ciałem. Patricia Brennan, meksykańska wibrafonistka i kompozytorka, została ogłoszona "Wibrafonistką Roku"  w prestiżowym plebiscycie krytyków DownBeat (2025), co czyni ją obecnie najlepszą wibrafonistką na świecie. Inspiracją dla albumu są konstelacje. Brennan przeniosła kształty gwiazd, które obserwowała przez teleskop, na Koło Kwintowe , używając geometrii kosmicznej jako surowego materiału do komponowania. W rezultacie powstała muzyka, która: Jest Filmowa i Wizualna:  Utwory, takie jak "Andromeda" , bezpośrednio odzwierciedlają spiralny kształt pobliskiej galaktyki, a "Lyra" ma strukturę operową (inspirowaną Monteverdim). Łamie Oczekiwania:  Zespół (kwintet jazzowy, kwartet smyczkowy plus elektronika) celowo kwestionuje tradycyjne role instrumentów. Wprowadza w Ekstazę:  Improwizacje są niezwykle intensywne, jak w utworze "Andromeda", który w kulminacyjnym momencie przechodzi w zbiorową orgię dźwięku, niczym w początkach twórczości Pharoaha Sandersa. To jest jazz, który zaprasza do zamknięcia oczu, uwolnienia wyobraźni i poszukiwania symetrii i światła nadziei pośród ciemności otchłani. Idealny prezent dla intelektualisty i miłośnika awangardy. Piotr Schmidt Trio – Ether W pełni improwizowane arcydzieło – cisza i decyzja jako fundament muzyki. 🎁 Dla wymagających słuchaczy, którzy chcą pełnego skupienia. Album Piotr Schmidt Trio, "Ether" , to w pełni wyimprowizowane arcydzieło, które z pewnością zasługuje na miano kamienia milowego. To płyta, na którą fani trębacza Piotra Schmidta (który sam przyznaje, że Stańko był jednym z jego drogowskazów, ucząc szukania piękna w ciszy ) długo czekali. "Ether" powstał spontanicznie, bez nut i aranżacji , jako spotkanie trzech równorzędnych geniuszy: trębacza Schmidta, kontrabasisty Andrzeja Święsa  i perkusisty Sebastiana Frankiewicza . Cisza i Decyzja: W tej muzyce każdy detal ma wagę decyzji. Utwory są jak "frazy zakrzywione grawitacją ciszy", która nie jest tu tłem, lecz możliwością . Mimo tej delikatności, płyta potrafi zaskoczyć – po spokojnych, onirycznych dźwiękach trąbki, trio potrafi nagle zrobić uskok i burzyć gładką taflę dźwiękową, jak w "Ether Vol II" . Dlaczego to działa?  Trio osiągnęło pełną symbiozę  – jest jak jeden, ciągle zmieniający się organizm. Słuchając tego albumu, usłyszysz: Porażającą siłę muśnięć talerza Frankiewicza. Wirtuozerię Andrzeja Święsa (który wspaniale operuje smyczkiem, zwłaszcza w końcowych, żałosnych zawodzeniach). Liryczną, skromną, ale porażającą siłą przekazu artykulację trąbki Schmidta. To nie jest muzyka tła. "Ether" to wymagający przyjaciel, który w pełni zrewanżuje się słuchaczowi, pod warunkiem, że ten odłoży przeklęty smartfon. Idealny prezent, który sprawi, że, tak jak recenzentowi w Mechelinkach, "nagle wszystko znajdzie się na swoim miejscu". Tingvall Trio – PAX Melodyjny, europejski jazz z przesłaniem pokoju. Ballady i dynamiczne hymny w jednym. 🎁 Dla tych, którzy cenią refleksję i spokój. Szukasz prezentu, który niesie ze sobą melodyjną otwartość , skandynawski liryzm i zarazem ma głębokie przesłanie na niespokojne czasy? Dziesiąty album Tingvall Trio, "PAX" (Pokój) , to esencja tego, co najlepsze w nowoczesnym, europejskim jazzie. To międzynarodowe trio (Szwed Martin Tingvall, Kubańczyk Omar Rodriguez Calvo, Niemiec Jürgen Spiegel) jest obok GoGo Penguin najjaśniejszym spadkobiercą geniuszy z E.S.T. (Esbjörn Svensson Trio) . Ich muzyka jest melodyjna, otwarta i łączy jazz z elementami klasyki i muzyki folkowej, idealnie trafiając do szerokiej publiczności. "PAX" odzwierciedla jasne oświadczenie pianisty i kompozytora Martina Tingvalla : jest to wezwanie do spokojnej refleksji i przesłanie pokoju w burzliwych czasach (kontekst Ukrainy i Palestyny). Album, nagrany w renomowanym włoskim studiu ARTE SUONO, zawiera mieszankę: Wzruszających ballad  (np. "A Promise"). Dynamicznych hymnów  (np. "Cruisin'"). Jeśli obdarowany ceni sobie jazz, który jest łagodny dla ucha, ale jednocześnie inspirujący i ważny – album "PAX" jest doskonałym wyborem, który pobudzi do spokojnej refleksji w świąteczny czas. Sylvain Darrifourcq Trio – Unicorn and Flexability Brutal jazz – głośny, szybki, garażowy i rozbestwiony. 🎁 Dla fanów muzycznej demolki i punkowej energii. Szukasz prezentu, który jest absolutnie zwariowany, przesadzony  i łamie wszystkie zasady? "Unicorn and Flexability"  to brutal jazz w najczystszej postaci od francuskiego trio: perkusisty Sylvaina Darrifourcqa  (który stworzył osobisty język oparty na „poli-prędkości”), saksofonisty Manuela Hermii  i wiolonczelisty Valentina Ceccaldiego . Nic na tej płycie nie jest oczywiste – wszystko jest thrash demolką  graną na nie-thrashowych instrumentach. Już tytuł pierwszego utworu, "Wąsy i lakier, bez peleryny i rajstop" , rozwiewa wątpliwości: tu musi być głośno, bo cicho znaczy nudno . Co to jest?  To jest punk grany na jazzowych instrumentach: głośny, szybki, garażowy, rozbestwiony! Darrifourcq  mdleje z szybkości, grając seriami jak z CKM-u (posłuchajcie "Kebabu kognitywnego" ). Ceccaldi  traktuje wiolonczelę jako instrument do nachalnego szarpania. Hermia  wariuje na saksofonie, wplatając się w powichrowane pętle. To doskonale dziwaczna płyta, w której najmniej ważne elementy (mechaniczne zgrzyty i stuki w tle) stają się najważniejsze. To jazda głową w dół, poszukiwania piłki przez reprezentację, czy też szalona, nie do końca wytrzeźwiała Morphine. Nadav Schneerson – Sheva Orientalna petarda z londyńskim sznytem. Siedem kompozycji inspirowanych Bliskim Wschodem. 🎁 Dla tych, którzy chcą tańczyć i podróżować w rytmie egzotycznego groove’u. Szukasz prezentu, który jest petardą energetyczną , a jednocześnie zabiera słuchacza w intensywną, orientalną podróż? Album "Sheva"  od perkusisty, kompozytora i producenta Nadava Schneersona  to dowód na to, że serce jazzu bije dziś w Londynie – ale z bliskowschodnim ogniem! Schneerson, który płytę nagrał z zespołem w zaledwie dwa dni, ma już potężne wsparcie w świecie krytyki. Jamie Cullum  w BBC Radio 3 opisał jego utwory jako "przepięknie intensywne, wysyłające w podróż do tak wielu różnych miejsc". China Moses  w Jazz FM wieszczy mu długą karierę, określając jego drogę jako "absolutnie piękną". Tytuł płyty, "Sheva"  (hebrajskie "siedem"), skrywa siedem kompozycji, które łączą współczesny, londyński styl  z potężnymi wpływami Bliskiego Wschodu  – czerpiąc z muzyki diaspory żydowskiej i świata arabskiego. Wśród inspiracji Schneerson wymienia takich gigantów jak Omer Avital i Avishai Cohen, a także legendy hip-hopu (Madlib, Wu-Tang Clan). Efekt? Znakomita, dynamiczna, orientalna petarda  o otwartym podejściu do rytmu i aranżacji. Jeśli chcesz, by prezent pod choinką był dynamicznym zaproszeniem do tańca i egzotycznego groove’u – to jest właściwy wybór. Piotr Wojtasik – Inscape Master class jazzu modalnego, nagrany w legendarnym Van Gelder Studio. 🎁 Dla miłośników akustycznego jazzu i kontynuacji tradycji Stańki. Jeśli szukasz prezentu, który symbolizuje doświadczenie, dojrzałość i wyrafinowanie  na światowym poziomie, wybierz najnowszy album arcymistrza trąbki, Piotra Wojtasika, "Inscape" . To dzieło trębacza konsekwentnego w budowaniu własnego stylu, którego nazwisko jest naturalnym spadkobiercą polskiego jazzowego panteonu. "Inscape" to absolutny master class. Album został zarejestrowany w legendarnym Van Gelder Studio w New Jersey , miejscu, które samo w sobie stanowi kanon jazzu. Muzykowi towarzyszy międzynarodowa elita: Mark Shim  (saksofon tenorowy), Greg Murphy  (fortepian), Joris Teepe  (kontrabas) i Alvester Garnett  (perkusja). Kluczowe Atuty Albumu: Modalny Jazz Nowej Ery:  Sześć autorskich kompozycji oscyluje wokół jazzu modalnego, ale nie stroni od współczesnych niuansów rytmicznych. Moc Dojrzałości:  Muzyka emanuje spokojną siłą, dając dowód na lata poszukiwań i perfekcji technicznej. Wielkość i Skromność:  To dzieło, które obroni się samo przed potrzebą recenzowania – czysta, natchniona improwizacja. Jeśli obdarowany ceni jazz akustyczny o głębokim, przemyślanym fundamencie, dla którego Tomasz Stańko  był drogowskazem, a Piotr Wojtasik  jest naturalną kontynuacją, to "Inscape" jest obowiązkową pozycją w kolekcji. Yazz Ahmed – A paradise in the hold Orientalna magia i brytyjski sznyt. Najbardziej osobiste dzieło artystki. 🎁 Dla tych, którzy chcą odkryć baśniowy Orient w jazzie. Szukasz prezentu, który jest niebiańsko intensywny , łączy jazz z orientalnym sekretem i zabiera słuchacza do krainy z dawnych baśni? Album "A paradise in the hold"  trębaczki Yazz Ahmed  to jej najdojrzalsze i najbardziej osobiste dzieło, w którym śmielej niż kiedykolwiek spogląda w kierunku swoich bahrańskich korzeni. Yazz Ahmed, która jest już uznana przez China Moses  i Jamiego Culluma  za gwiazdę o długiej karierze, tym razem po raz pierwszy stworzyła muzykę pod śpiew. Efekt? Album wypełniają łagodne, rześkie wokalizy  inspirowane tęsknymi pieśniami dawnych poławiaczy pereł i wierszami weselnymi z Bahrajnu. Orientalna Magia i Brytyjski Sznyt: Rozkrok Gatunkowy:  Yazz Ahmed zmusza do stanięcia w gatunkowym rozkroku. Arabska ornamentyka melodyczna, nieznane naszym uszom przeszkadzajki i skoczne fragmenty łączą się tu ze szczelnym, ciepłym pledem zadymionej elektroniki  w stylu londyńskich klubów. Intensywność:  Poczuj gęsią skórkę przy rozbudowanym utworze "Though My Eyes Go To Sleep, My Heart Does Not Forget You"  lub daj się porwać intensywnemu "Her Light" . Osobista Podróż:  To płyta o odnajdywaniu zagubionej tożsamości. Po latach ukrywania pochodzenia, Ahmed celebruje je, nagrywając nawet wokalizy i klaskanie swojej rodziny (w utworze "Into The Night" ). Jeśli chcesz podarować lśniący oryginał, który jest jednocześnie nowoczesnym jazzem i osobistym, baśniowym manifestem – ten prywatny Orient  jest właściwym wyborem. Wojciech Jachna Squad – Ad Astra Oniryczny, medytacyjny jazz pełen skandynawskiej estetyki i łagodnej siły. 🎁 Dla osób szukających muzyki do kontemplacji. Szukasz prezentu, który wprowadzi obdarowanego w stan błogiego, mentalnego zniewolenia dźwiękiem? Album "Ad Astra"  od Wojciech Jachna Squad  to arcydzieło onirycznego, onieśmielająco pięknego jazzu, który hipnotyzuje powolnymi, łagodnymi tempami. Wojciech Jachna Squad, bez umizgów do chwilowych trendów, konsekwentnie tworzy swoje niepowtarzalne pejzaże muzyczne . Na tej płycie znajdziecie serię improwizowanych kompozycji, które są tajemnicze, niespieszne, ale jednocześnie barwne. Klimat i Ukojenie: Oniryczna Hipnoza:  Słuchając "Ad Astra", natychmiast wpadasz w mentalne zniewolenie. Muzyka utrzymana jest w onirycznym klimacie, gdzie barwne i nieoczywiste takty płyną powoli, ale tak, że nie sposób się oderwać. Skandynawska Estetyka:  Choć to polski skład, w brzmieniu słychać mroźne, skandynawskie klimaty  – surowość, przestrzeń i piękno ukryte w ciszy i niedopowiedzeniu. Łagodna Siła:  Płyta udowadnia, że prawdziwa siła nie tkwi w agresji, lecz w łagodności. To album, który można ćwiczyć, odpoczywać i błogo oczekiwać kolejnych, niespiesznych dźwięków. "Ad Astra"  to zapewne jedna z najlepszych płyt tego roku. To idealny podarunek dla kogoś, kto ceni jazz medytacyjny, szuka muzyki do kontemplacji i pragnie odetchnąć od tempa współczesnego świata. Maciej Sikała Trio – Better Place Klasyczna formuła saksofonowego trio – naturalna, organiczna i pełna ducha. 🎁 Dla miłośników tradycji i piękna jazzu. Szukasz prezentu dla kogoś, kto ceni jazz, który jest spokojny, pogodny, ale bezkompromisowy  i głęboko zakorzeniony w tradycji? Album "Better Place"  od Macieja Sikały Trio  to arcydzieło, które udowadnia, że klasyczna formuła (saksofon, kontrabas, perkusja) jest wciąż jedynym, naturalnym wyborem. Maciej Sikała , profesor i legenda polskiego jazzu (weteran Miłości ), nie potrzebuje loopów ani syntetycznych pejzaży. W trio rezygnuje z siatki asekuracyjnej, stawiając czoła jednemu z najbardziej bezlitosnych sprawdzianów dla saksofonisty. Duch i Piękno: Pamięć i Idiom:  Muzyka nie krzyczy, lecz przypomina: jazz to nie tylko forma, to duch. Trio Sikały (z Wojciechem Pulcynem  i Sławomirem Frankiewiczem ) gra tak swobodnie, naturalnie i organicznie, że formuła jawi się jako wyzwolenie, a nie ograniczenie. Melodia i Meandry:  Choć słychać tu szacunek do klasycznej odsłony jazzu, to mowy nie ma o banalnym swingowaniu. Muzyka meandruje, roztaczając przed słuchaczem gawędę, a linia saksofonu Sikały buduje całą harmonię i napięcie. Osobista Dedykacja:  Tytułowy utwór jest dedykowany pamięci córki artysty, co nadaje płycie niezwykłą, wzruszającą głębię i siłę. "Better Place" to jazz na światowym poziomie , który donikąd nie goni. To idealny prezent dla kogoś, kto potrafi docenić chirurgiczną precyzję, naturalny rozwój formy i piękno płynące z opanowania rzemiosła. To po prostu JAZZ! Groovosophers – Groovosophers Fusion z tłustym groove’em i radością grania. 🎁 Dla fanów energii, jazzu z funkiem i dobrego nastroju. Szukasz prezentu, który daje kopa , ma tłuste, soczyste brzmienie i natychmiastowo wprowadza w dobry nastrój? Album Groovosophers  – debiut grupy, która zeszła się po 20 latach przerwy, by grać z nową energią – to pozycja obowiązkowa dla fanów fusion i jazzu z groove’em. To jest muzyka, która, choć stworzona w Polsce, brzmi jak grupa z Wschodniego Wybrzeża USA!  Dlaczego? Bo emanuje z niej krystaliczna radość grania, profesjonalna pewność  i świetna realizacja. Groovosophers (w składzie wzmocnionym przez organy Hammonda) to dęciaki i gitara w pierwszym planie, bas z genialnym groove’em i profesorska perkusja. Po co ten album? Na Daleką Drogę:  To muzyka, która działa jak dopalacz  i płynny tempomat . Słuchając "Groovosophers" zapomnisz o smętnych zimowych krajobrazach i nużącej rutynie. Jak w utworze "Fury" , masz ochotę porzucić wszelkie służbowe zadania i cieszyć się tylko muzyką. Tłusto i Soczyście:  Posłuchajcie "Starlight Trooper"  – to tłuste i soczyste brzmienie Hammonda, które w połączeniu z dęciakami sprawia, że auto (i Ty!) aż skacze. Orientalny Akcent:  Wpadający w ucho singiel "BAA, BAA"  ma w sobie śliczną, orientalną zagrywkę, która, choć nie do zanucenia, jest niezapomniana. Jeśli chcesz podarować płytę, która łączy akademicką dokładność z szaleńczą energią i ma moc burzenia ponurych, zimowych nastrojów – to jest to. To album, dzięki któremu dotrzesz do celu szczęśliwy i z bananem uśmiechu na twarzy! Aga Zaryan – Second Time Around 🎁 Idealny dla miłośników akustycznych brzmień, subtelnych aranżacji i głębokiej interpretacji. Szukasz prezentu, który jest synonimem dojrzałego, ciepłego jazzu , kameralnej subtelności i emocjonalnej komunikacji? Album "Second Time Around"  od Agi Zaryan  to długo oczekiwany powrót do korzeni artystki, nagrany w Los Angeles z legendarnymi współpracownikami. Tytuł odnosi się do ponownego spotkania: Zaryan wraca do składu, z którym stworzyła jedne z najbardziej cenionych nagrań w karierze. Towarzyszą jej: Darek Oleszkiewicz  (kontrabas), Larry Koonse  (gitara) i Munyungo Jackson  (instrumenty perkusyjne). Dojrzałość i Subtelność: Kameralny Dialog:  Płyta jest manifestem wyważonego dialogu  między artystami. Liczy się przede wszystkim emocja, przestrzeń i naturalność dźwięku. Nie ma tu wirtuozerii dla samej formy – jest dojrzałość przekazu. Nowe Interpretacje:  Obok premierowych kompozycji, usłyszycie współczesne interpretacje jazzowych standardów i piosenek spoza gatunku – w tym brawurowo zaaranżowany przebój Tiny Turner, "What’s Love Got to Do with It" . Autentyczność:  "Second Time Around" to symboliczny powrót do miejsc i ludzi, z którymi Zaryan budowała swoją tożsamość, stanowiący syntezę jej dotychczasowej drogi – ciepły, elegancki i autentyczny . To idealna propozycja nie tylko dla zagorzałych fanów jazzu, ale dla każdego, kto ceni akustyczne brzmienia, subtelne aranżacje i głębię interpretacji. Zaryan udowadnia, że potrafi zaskakiwać – głębią, a nie efektownymi gestami . Ambrose Akinmusire – honey from a winter stone . 🎁 Idealny dla konesera szukającego głębi, syntezy gatunków i bezkompromisowej wizji. Jeśli szukasz prezentu dla konesera, który doceni arcymistrzostwo, gdzie jazz spotyka się z hip-hopem i muzyką klasyczną – wybierz album "honey from a winter stone"  od Ambrose Akinmusire . To dzieło trębacza uznawanego za jednego z najbardziej innowacyjnych muzyków swojego pokolenia. Jak opisał to "The New York Times":  muzyka Akinmusire'a "wydaje się istnieć poza ciałem". To nagranie o grawitacji , z przesłaniem intymnym i uniwersalnym jednocześnie, które wciąga jak kokaina. Wymagająca Medytacja: Synteza Gatunków:  Album kontynuuje formułę, która uczyniła "Origami Harvest"  tak oszałamiającym. W sesji bierze udział Mivos Quartet  (sekcja smyczkowa), wokalista Kokayi , pianista Sam Harris  oraz instrumenty elektroniczne i bity, tworząc nowatorskie brzmienie. Emocjonalny Ciężar:  Już pierwszy utwór, "stłumiony krzyk" , jest napiętym jak struna wrzaskiem, płynącym z wyrzutem w niebiosa. To muzyka kapryśna i wymagająca – zmuszająca do zwolnienia rytmu życia i refleksji . Niełatwa Piguła:  Płyta jest długa i przemyślana. Ostatni utwór, "s-/Kinfolks" , trwa niemal pół godziny – jest to oniryczny, dryfujący lot w nieznane, który wymaga pełnego zaangażowania. Ambroży gra, jak chce, bez względu na wszystkich i wszystko , a jednocześnie jest diamentowo i perliście czysty. Nie rzuca wyzwań, lecz zaprasza: posłuchaj uważnie, skup się, a wciągnie Cię w stu procentach. To idealny prezent dla kogoś, kto szuka w muzyce głębi i geniuszu! Słowo na koniec: Niech jazz niesie nas dalej I oto dotarliśmy do końca naszej tegorocznej podróży przez dwadzieścia niezwykłych światów. Od onirycznych pejzaży Wojciecha Jachny, przez orientalne misteria Yazz Ahmed, aż po diamentową precyzję Ambrose’a Akinmusire. Każda z tych płyt to inna historia, inny ładunek emocjonalny i – mam nadzieję – idealna odpowiedź na pytanie: „Co podarować komuś, kto szuka w muzyce czegoś więcej?”. Prowadzenie Jazzdy  to dla mnie misja odnajdywania tych pereł w oceanie nowości. To godziny spędzone ze słuchawkami na uszach, setki kilometrów przejechanych z jazzem w głośnikach i nieustanna chęć dzielenia się z Wami tym, co w tej muzyce najszczersze. Robię to, bo wierzę, że jazz to nie tylko dźwięki, to sposób patrzenia na świat – pełen uważności i improwizacji. Postaw kawę Jazzdzie! ☕ Jeśli moje zestawienie pomogło Ci podjąć decyzję, zainspirowało do przesłuchania nowego albumu lub po prostu umiliło wieczór, możesz wesprzeć dalszy rozwój bloga. Dobra kawa to dla mnie paliwo do pisania kolejnych tekstów i wyszukiwania kolejnych muzycznych skarbów, o których warto opowiedzieć światu. Każda „postawiona kawa” to dla mnie sygnał, że to, co robię, ma dla Was znaczenie i pomaga mi utrzymać pozycję numer 1 na polskiej mapie blogów jazzowych. Postaw mi wirtualną kawę na buycoffee.to/jazzda Dziękuję, że jesteście częścią tej podróży. Niech tegoroczne święta brzmią u Was dokładnie tak, jak sobie wymarzyliście – najlepiej w rytmie dobrego jazzu! Robert Kozubal   Jazzda.net

  • Polski jazz w sercu Londynu. Tomasz Zyrmont wydaje album „London Manifest”

    Londyn to dla wielu „nowy Nowy Jork”, a dla Tomasza Zyrmonta  – dom i nieskończone źródło inspiracji. Ten ceniony pianista i kompozytor, absolwent katowickiej Akademii Muzycznej oraz londyńskiej Guildhall School of Music and Drama, to postać, która na stałe wpisała się w krajobraz brytyjskiej sceny. W listopadzie 2025 Tomasz Zyrmont wystąpił na największym festiwalu jazzowym na świecie – prestiżowym London Jazz Festival , potwierdzając swoją pozycję wśród czołowych artystów gatunku. Jego muzyczna droga prowadziła przez tak wyjątkowe miejsca jak Brytyjski Parlament  czy legendarny klub Ronnie Scott’s . Uhonorowany w 2025 roku odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, Zyrmont stanowi dziś ważny pomost między polską wrażliwością a brytyjską nowoczesnością. Już w styczniu 2026 roku  światło dzienne ujrzy „London Manifest”  – najnowszy album Tomasz Zyrmont Quartet. To intymny, muzyczny portret życia w metropolii, zamknięty w ośmiu autorskich kompozycjach i dwóch standardach. Płyta jest osobistym zapisem podróży, szkicownikiem wspomnień i dowodem na to, że współczesny jazz wciąż potrafi być jednocześnie głęboko osadzony w tradycji i odważnie poszukujący. O tym, jak buzująca energia Londynu wpływa na proces twórczy, o różnicach w edukacji muzycznej i o tym, dlaczego polski jazz jest za granicą marką samą w sobie, rozmawiamy z liderem kwartetu. Robert Kozubal, jazzda.net :  Mieszka i tworzy Pan w Londynie, który od lat wskazywany jest jako jeden z najprężniej rozwijających się ośrodków jazzu na świecie, będąc często nazywanym „nowym Nowym Jorkiem”. Jak Pan widzi to zjawisko z perspektywy artysty? Czy czuje Pan, że stolica światowego jazzu faktycznie przeniosła się do Europy? Tomasz Zyrmont:  Mija już 17 lat, odkąd wybrałem Londyn na moje stałe miejsce zamieszkania i przestrzeń dla mojej muzyki. Wielokulturowość, otwartość, fuzja dźwięków, infrastruktura klubowa, różnorodność scen oraz muzyków z wielu zakątków świata od samego początku mnie zachwyciły. Nowy Jork miałem okazję odwiedzić dwukrotnie parę lat wcześniej. Bez wątpienia był także zachwycający, nie tylko muzycznie. Te dwie stolice cechuje podobna kreatywna energia i tempo życia, co daje artystom mnóstwo inspiracji. Londyn charakteryzuje bardziej bliskość Europy i moich korzeni. Od razu poczułem się tutaj jak u siebie. Dostępność festiwali, wybitnych muzyków i producentów, którzy tworzą ekosystem sprzyjający innowacji i współpracy, sprawia, że miasto można nazwać stolicą europejskiej muzyki, ale także jednym z najbardziej tętniących centrów światowego jazzu. Nowy Jork natomiast jest tą oficjalną kolebką jazzu i z ogromną przyjemnością się tam jeszcze wybiorę, by odkryć następne muzyczne zakamarki. Robert Kozubal, jazzda.net :  Co Pana zdaniem sprawia, że scena jazzowa w Londynie jest obecnie tak „gorąca”? Jakie mechanizmy – kluby, szkoły, media, a może po prostu postawy samych muzyków – stoją za tym „buzującym” klimatem? Tomasz Zyrmont:  Londyńską scenę jazzową tworzą muzycy z całego świata. Buzujący klimat wynika ze świeżości, rotacji muzyków i dostępnej dla nich pracy. Spora liczba orkiestr, musicali, studiów nagraniowych i uczelni muzycznych pozwala na rozwój, jak również stabilność. Bardzo wysoki poziom i chęć do współpracy nakręcają kreatywność, powstawanie nowych projektów muzycznych i eksperymentowanie na scenie oraz w studio. Jazzowy Londyn łączy tradycyjne elementy z rytmami afrodiasporycznymi, kulturą klubową Wielkiej Brytanii oraz wpływami gatunków takich jak hip-hop, acid jazz, afrobeat czy grime. Silne tradycje gitarowe, ciekawe i innowacyjne dęciaki oraz wpływy elektroniki są flagowym znakiem tutejszej sceny, a liczba kolektywów i wirujący miks gatunków nadaje temu miejscu wyjątkową kreatywność i eksperymentalny ton. Robert Kozubal, jazzda.net :  W listopadzie Tomasz Zyrmont Quartet wystąpił na London Jazz Festival. Jak grało się Panu na tak prestiżowej imprezie? Jak odbiera Pan tamtejszą publiczność jazzową – czy jest ona inna, bardziej wymagająca, czy może bardziej otwarta na nowe brzmienia? Czy planuje Pan, aby kwartet częściej występował w Polsce, czy to przede wszystkim projekt skoncentrowany na rynkach międzynarodowych? Tomasz Zyrmont:  W London Jazz Festival wziąłem udział już drugi raz. Impreza obejmuje wiele klubów i jest największym festiwalem jazzowym na świecie. W ubiegłym roku miałem okazję wielokrotnie prezentować się w różnych składach w klubie Bulls Head w zachodnim Londynie. W pewnym sensie klub wyróżnił mnie, proponując udział w ramach tych kilku prezentacji w czasie festiwalu na jego scenie. Publiczność naprawdę była wspaniała i czuliśmy z nią mocną interakcję. Klub ma swoją stałą, jazzową, międzynarodową publikę i wyjątkową aurę. Teraz czekamy już na koncert promujący płytę London Manifest  w klubie 606 na Chelsea, który odbędzie się 29 stycznia. Miałem przyjemność już kilkakrotnie wystąpić w tym miejscu, a gra się tam wyśmienicie. Na pewno chętnie zabiorę moich muzyków ponownie do Polski, bo byli oni wprost zachwyceni polskim profesjonalizmem i gościnnością. Robert Kozubal, jazzda.net :  Na ile polski jazz jest rozpoznawalny w Wielkiej Brytanii? Czy poza pomnikowymi postaciami, jak Tomasz Stańko czy Krzysztof Komeda, do środowiska przebijają się obecnie polskie nazwiska? Tomasz Zyrmont:  Nasz polski jazz ma bardzo wysoką renomę. Wśród moich przyjaciół i londyńskich muzyków wielu miało okazję koncertować w Polsce, poznać trochę naszą scenę i nagrania wybitnych polskich jazzmanów. Pamiętam rozmowy o nagraniach Walk Away, Michała Urbaniaka czy trio Marcina Wasilewskiego i zachwyt nad ich oryginalnością. W samym Londynie również można często usłyszeć polskich muzyków w topowych klubach oraz na festiwalach. Zawsze mnie to bardzo cieszy, a zwłaszcza wtedy, gdy grają moi koledzy z Polski. Kilkakrotnie słyszałem tutaj EABS Marka Pędziwiatra, a w Ronnie Scott’s odbywa się co roku seria koncertów Polish Jazz Series. Lubiani są tutaj także Leszek Możdżer i Wojtek Mazolewski. Robert Kozubal, jazzda.net :  Jako artysta, który ukończył studia jazzowe zarówno w Polsce (Akademia Muzyczna w Katowicach), jak i w Wielkiej Brytanii (Guildhall School of Music and Drama w Londynie), jak postrzega Pan największe różnice w funkcjonowaniu rynku muzycznego i środowiska artystycznego pomiędzy Polską a Londynem? Tomasz Zyrmont:  Londyn jest olbrzymią metropolią, co sprawia, że skupia w swoim rejonie naprawdę wiele. Przyciąga jak magnes nie tylko brytyjskich muzyków z innych miast, ale także artystów z całego świata. W Polsce natomiast istnieje kilka ośrodków, w których jazz rozwija się prężnie. Obie sceny są na wysokim poziomie. Londyńską scenę wyróżnia międzynarodowość, a co za tym idzie – wpływ artystów, instrumentarium i rytmów z całego globu. Scena jest bardzo aktywna i wita tę różnorodność z otwartymi ramionami. Gdy studiowałem fortepian w Guildhall, edukacja była mocno ukierunkowana na performance , a na akademii w Polsce raczej na warsztat. Pewnie wiele się teraz zmieniło, niemniej Londyn wydawał mi się wówczas bardziej nowoczesny. Robert Kozubal, jazzda.net :  Współpracuje Pan z czołowymi muzykami londyńskiej sceny, m.in . z Seanem Khanem i Benem Hazletonem. Czy różnice kulturowe lub edukacyjne mają wpływ na styl improwizacji i kreatywność w zespole? Tomasz Zyrmont:  Miałem okazję współpracować z wieloma niesamowitymi muzykami. Wspomniani Sean i Ben są mocno ogranymi oraz doświadczonymi instrumentalistami. Na scenie szybko odnajdujemy wspólny muzyczny język, mamy podobne inspiracje i odczuwanie muzyki. Niezwykłe jest widzieć ich zaangażowanie, a także radość ze wspólnego grania. Zawsze mocno cieszy mnie, gdy gramy po raz pierwszy nowe kompozycje, co nadaje im właściwego pulsu i atmosfery. W tym przypadku różnice kulturowe nadają graniu aromatu i ciekawości. Grając na scenie, można już odczuć coś poza wymiarami oraz brak barier. Robert Kozubal, jazzda.net :  Pana muzyka łączy nowoczesną ekspresję z szacunkiem do tradycji. Jaki jest Pana proces kompozytorski? Czy tworząc, świadomie łączy Pan wpływy europejskie, polskie korzenie, a może brytyjską nowoczesność? Tomasz Zyrmont:  Gdy komponuję, najczęściej mało się nad tym procesem zastanawiam. Jest to raczej forma przełożenia emocji i odczuć na dźwięki, muzyczny pomysł pod wpływem chwili czy impulsu. Gdy już kompozycja nabiera kształtu i formy, wtedy świadomie wiem, z jakich pokładów wynika lub w jakim kierunku się rozwinie. Niezwykła w tym wszystkim jest nieprzewidywalność. Na pewno polskie muzyczne korzenie, jak i nowe brytyjskie spojrzenie mają swoje odbicie w mojej twórczości. Inspirują mnie chwile, bliskie osoby i życie w dynamicznym Londynie. Robert Kozubal, jazzda.net :  Ciekawi mnie „Jagoda” z Pańskiej płyty. Poświęcone są jej dwa przepiękne utwory, w tym jeden solo na fortepianie, z kapitalną artykulacją. Zdradzi Pan, kto kryje się za tym imieniem i co zainspirowało Pana do dedykowania jej tak osobistych kompozycji? Tomasz Zyrmont:  Utwór i osobne interlude  zadedykowane są mojej żonie. Poznaliśmy się na jednym z moich koncertów w naszym rodzinnym Gorzowie. Kompozycja opowiada o pierwszych chwilach naszej znajomości i odzwierciedla jej charakter. Zawsze przypominam o tym, grając ten utwór na żywo. Jagoda daje mi przestrzeń dla muzyki i mocno mnie wspiera. Razem słuchamy dużo muzyki i mamy podobne spojrzenie na wiele spraw. Unikamy rutyny, nadal odkrywamy Wielką Brytanię i nowe inspirujące miejsca. Wspaniałym kompanem jest nasz czteroletni synek, któremu zadedykowałem utwór „Hidden Toys”. Robert Kozubal, jazzda.net :  Patrząc na Pana najnowszy projekt z kwartetem, wydaje się, że świadomie obrał Pan drogę tzw. mainstreamowego jazzu w najlepszym tego słowa znaczeniu – bazującego na tradycji, ale osadzonego w nowoczesności. Czy to była rzeczywiście świadoma i zamierzona decyzja estetyczna w kontrze do bardziej eksperymentalnych projektów? Tomasz Zyrmont:  Wiele z moich kompozycji idealnie wpasowuje się w akustyczny kwartet. Aranżuję je aktualnie wszystkie w kontekście tego składu i muzyków, z którymi współpracuję i nagrałem najnowszy album London Manifest . Czuję mocny szacunek do jazzowych korzeni i tam mam dobry grunt do eksploatacji pomysłów. Inspiracje płyną z otoczenia i energetycznego miasta. Najnowszy repertuar jest tego manifestacją oraz odbiciem miejsca, w którym aktualnie się znajduję jako muzyk. Mój poprzedni autorski projekt Groove Razors, z którym nagrałem dwa albumy, był osadzony w stylistyce fusion jazz. Prowadziłem kwintet elektryczny, gdzie dominował groove. W bandzie grałem przede wszystkim na klawiszach, był saksofon, gitary, perkusja, a pojawiały się też instrumenty EWI, elektryczne skrzypce oraz różnorodne efekty. W trakcie trwania tamtego projektu łącznie zagrało w nim ponad 30 muzyków. W akustycznym kwartecie pochyliłem się natomiast w stronę fortepianu, na którym w pełni wyrażam siebie, a on sam mocno kierunkuje naszą interakcję i brzmienie, kreując energię oraz głębię projektu. Nowy kwartet jest także bardziej organiczny i plastyczny. Robert Kozubal, jazzda.net :  W 2025 roku został Pan uhonorowany odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Jak ważny jest ten polski element Pana tożsamości w Pana karierze międzynarodowej? Czy bycie polskim jazzmanem w Londynie to atut? Tomasz Zyrmont:  Czułem się niezwykle wyróżniony, przyjmując odznaczenie w gorzowskiej filharmonii. Zawsze jestem bardzo dumny z polskości i mojego pochodzenia. W Londynie mieszka wielu polskich muzyków jazzowych, z którymi również bardzo chętnie współpracuję. Odbywają się też koncerty poświęcone polskiemu jazzowi, m.in . coroczne zaduszki jazzowe, co pozwala nam się spotykać i grać razem. Myślę, że międzynarodowa publiczność z zaciekawieniem śledzi i wybiera wydarzenia z udziałem polskich muzyków. Mamy naprawdę wiele wspaniałych cech jako Polacy, a kreatywność i twórczość jest w naszej krwi. Polski jazz jest bez wątpienia świetną marką za granicami kraju. Tak jak oddaję swój liryczny polski akcent w jazzie, tak mam nadzieję prezentować brytyjską różnorodność na scenach w Polsce. CZYTAJ DALEJ POD FILMEM Robert Kozubal, jazzda.net :  Co jest Pana największym wyzwaniem i jednocześnie największą motywacją w obecnej fazie kariery? Jakie cele stawia Pan sobie na najbliższe lata, poza promocją kwartetu? Tomasz Zyrmont:  Najnowsza płyta wychodzi na rynek już za parę tygodni, więc będzie to dla mnie ekscytujący czas. Jestem wręcz otoczony codziennie tymi kompozycjami, przygotowaniami wydawniczymi i do kolejnych koncertów. Jest to bardzo motywujące. Czuję, że moja muzyka, wydanie oraz promocja wstępują już na następny poziom, więc wszystkiemu przyglądam się z ogromną ciekawością i cieszę się tym procesem. Płyta zostanie wydana pod szyldem wydawnictwa Soliton przy promocyjnym wsparciu agencji NTG All Stars. W międzyczasie zacząłem już pracować nad nowymi kompozycjami. Chciałbym móc kiedyś napisać muzykę do filmu. Słucham często soundtracków i czuję, że na tej płaszczyźnie mógłbym twórczo popracować. W niedalekiej przyszłości chciałbym móc w jeszcze większym stopniu koncertować w Polsce z brytyjskimi muzykami, a do Londynu zapraszać częściej jazzmanów z Polski. Niełatwo jest wszystko dokładnie zaplanować. Ważna jest spontaniczność, dobry balans, gotowość i otwartość na nowe wyzwania. I z takim nastawieniem wchodzę w ten wyjątkowy rok. Robert Kozubal, jazzda.net : Tego Panu życzę w Nowy Rok. Bardzo dziękuję za rozmowę. Trzymamy kciuki za styczniową premierę albumu „London Manifest” i mamy nadzieję, że rok 2026 przyniesie wiele okazji, by usłyszeć kwartet na żywo na polskich scenach. JAZZDA JEST PATRONEM MEDIALNYM ALBUMU "LONDON MANIFEST"  Podobał Ci się ten wywiad? Wesprzyj Jazzda.net ! Niezależne dziennikarstwo muzyczne żyje dzięki pasji, ale rozwija się dzięki wsparciu Czytelników. Jeśli cenisz treści, które publikuję na Jazzdzie – wywiady, recenzje i promowanie artystów, którzy są „ostatnią ostoją rynkowej niezależności” – możesz stać się mecenasem tego miejsca. Twoja wirtualna kawa to dla was dycha, a dla mnie realne paliwo do dalszego działania, i docierania do takich artystów jak Tomasz Zyrmont. Postaw kawę Jazzdzie tutaj:  👉 https://buycoffee.to/jazzda.net

  • Wyżymaczka 2025: Hałasizm, decybelizm i soniczny kataklizm na koniec roku

    Zegar tyka, 2025 rok powoli przechodzi do historii, a ja czuję, że mam wobec Was – i wobec samej Muzyki – pewien dług. Przed Wami zestawienie rekomendacji, które z przeróżnych przyczyn nie znalazły się wcześniej na wirtualnych łamach Jazzdy, a powinny tam być od pierwszego dnia premiery. Dlaczego pojawiają się dopiero teraz? Bo mimo upływu miesięcy, te dźwięki wciąż bezlitośnie dudnią w moich głośnikach i nie chcą opuścić moich słuchawek. To pozycje, obok których nie da się przejść obojętnie, i które po prostu musiały w końcu doczekać się swojego miejsca w tym cyfrowym notesie. Długo zastanawiałem się nad ich wspólnym mianownikiem. Co łączy te wszystkie, tak skrajnie różne od siebie światy? Odpowiedź jest tylko jedna: totalne muzyczne szaleństwo . To dźwiękowa wyżymaczka , która nie zostawia na słuchaczu suchej nitki. To kataklizm , w którym decybelizm  miesza się z wyrachowanym, artystycznym hałasizmem . Dla jednych to będzie tylko ściana dźwięku. Dla nas? To czysta energia, prowokacja i dowód na to, że jazz w 2025 roku jest bardziej żywy, dziki i nieobliczalny niż kiedykolwiek wcześniej. Zapnijcie pasy i podkręćcie potencjometry – te albumy wywrócą Wasze postrzeganie gatunku do góry nogami. أحمد [Ahmed] – Sama’a Jeśli myśleliście, że w jazzie słyszeliście już wszystko, to wyprowadzam Was z błędu. Przed Wami kwartet [Ahmed] i ich najnowszy album Sama’a: Audition. To muzyczny trans, który łączy Londyn z Saharą i rok 2025 z dusznym latem 1958. [Ahmed] ma jedną misję: przywrócić światu postać Ahmeda Abdula-Malika. To był wizjoner, który już w latach 50. – jako jeden z pierwszych – połączył jazz z tradycyjną muzyką arabską i afrykańską. Na nowej płycie muzycy biorą na warsztat jego kultowy album Jazz Sahara . Ale uwaga – to nie jest grzeczne kopiowanie klasyki! Lider zespołu, pianista Pat Thomas, zamienia fortepian w instrument perkusyjny. Tu nie ma miejsca na nudne solówki. Jest za to potężny, hipnotyczny rytm, który wbija w fotel od pierwszej sekundy. Sama'a oznacza medytacyjne słuchanie muzyki i poezji - i do licha tak właśnie jest na tym albumie! Ten album pokazuje, że jazz to energia w czystej postaci. Te utwory trwają po 15-20 minut, ale gwarantuję Wam – czas przy nich płynie inaczej. To idealna propozycja dla tych, którzy szukają w muzyce autentycznego 'uderzenia' i duchowego przeżycia. Jeśli lubicie 'dawać jazzu' bez trzymanki, to jest pozycja dla Was. Potęga i chwała na wieki. Muriel Grossmann "Plays the music of McCoy Tyner and Grateful Dead" Czy McCoy Tyner grał w Grateful Dead? Muriel Grossmann odkrywa karty! Na pierwszy rzut oka to zestawienie brzmi jak muzyczne science-fiction. Z jednej strony McCoy Tyner  – filar kwartetu Coltrane’a, człowiek, który zrewolucjonizował jazzową harmonię. Z drugiej – Grateful Dead , ikona psychodelicznego rocka i kalifornijskiej kontrkultury. Co ich łączy? Okazuje się, że znacznie więcej, niż moglibyście przypuszczać. W 2025 roku, kiedy Grateful Dead świętują swoje 60-lecie, a my powoli szykujemy się do stulecia urodzin Coltrane’a, Muriel Grossmann  wypuściła projekt, który rzuca nowe światło na tę relację. Tytuł? The Faster We Go, the Rounder We Get . Kluczem do tej zagadki jest Bob Weir , gitarzysta Grateful Dead. W swoich wspomnieniach przyznał wprost: jako 17-latek obsesyjnie słuchał kwartetu Coltrane’a, ale zamiast na saksofonie, skupił się na... lewej ręce Tynera. To właśnie z potężnych, modalnych akordów fortepianu Tynera Weir wywiódł swój unikalny styl gry na gitarze rytmicznej. Ten charakterystyczny, „pływający” trans, który stał się fundamentem jam-bandowej legendy, ma swój początek w najgłębszym nurcie duchowego jazzu. Grossmann, wspierana przez swój stały skład (Radomir Milojkovic, Abel Boquera, Uros Stamenkovic), nie bawi się w muzeum. Jak sama mówi: „Graliśmy tę muzykę przez nasz własny filtr. To utwory innych ludzi, ale brzmią jak nasza własna muzyka”. Na płycie dostajemy cztery potężne punkty styku: „Walk Spirit, Talk Spirit” (Tyner):  25-minutowa mantra, która w wersji Grossmann staje się jeszcze bardziej hipnotyczna. „Contemplation” (Tyner):  Dowód na to, że cisza i przestrzeń są tak samo ważne jak gęste akordy. „The Music Never Stopped” (Weir):  Funkowy puls, który w jazzowym ujęciu nabiera zupełnie nowych barw. „The Other One” (Grateful Dead):  Eksplozja energii, gdzie „bomby basowe” spotykają się z modalną wspinaczką ku ekstazie. To nie jest „album koncepcyjny”, a raczej żywy dowód na to, że wielka muzyka nie zna granic gatunkowych. Grossmann udowadnia, że duchowa powaga Tynera i kosmiczny luz Grateful Dead to dwie strony tego samego medalu. Jeśli szukacie jazzu, który „płynie”, nie boi się brudu, a jednocześnie ma w sobie nieskończone pokłady duchowości – ten materiał to pozycja obowiązkowa. Jak mówi stare hasło: im szybciej pędzimy, tym bardziej wszystko staje się jednością ( The Faster We Go, the Rounder We Get). Michał Barański No Return, No Karma Myślałem, że Michał Barański na dobre utknął w mazowieckich polach z „Masovian Mantrą”, tytuł jego nowej płyty – No Return, No Karma  – jest jasną deklaracją: „nie wracam”. To nie jest sequel. To całkowity reset i ucieczka w rejony, gdzie polska ludowość jest jedynie ulotnym echem, a pierwsze skrzypce (a właściwie wiolonczelę!) grają zupełnie inne emocje. Największym zaskoczeniem albumu jest personalna wolta lidera. Barański odłożył na chwilę kontrabas, by sięgnąć po wiolonczelę . Wybór był instynktowny – to właśnie od wiolonczeli zaczęła się jego muzyczna droga. Ten powrót do korzeni czuć w każdym klasycznym muśnięciu strun, które nadaje płycie niemal kameralny, filharmoniczny sznyt. Indie wciąż są tu obecne, ale w zupełnie innej skali. O ile na poprzedniej płycie Konnakol  (indyjska rytmika wokalna) był efektowną przyprawą, o tyle na No Return, No Karma  staje się on szkieletem konstrukcyjnym . Słyszymy tu skomplikowane, kilkunastotaktowe frazy rytmiczne, które zostały bezpośrednio przełożone na kompozycje instrumentalne. To już nie jest „jazz z elementami Indii” – to matematyczna precyzja tabli i wokalnych rytmów, która dyktuje warunki całej sekcji. Mazowsze? Pojawia się tylko w formie subtelnych cytatów, krótkich mrugnięć okiem do słuchacza. Barański świadomie rezygnuje z eksploatacji polskiego folkloru jako głównej osi płyty. Zamiast tego dostajemy potężną dawkę Jazz World Music . Kompozycje są tak gęste i wielowarstwowe, że każdy ich fragment mógłby stać się bazą dla zupełnie oddzielnego kawałka. To muzyka-matka, z której można czerpać garściami. Na koniec technologia, która zmienia zasady gry: Dolby Atmos . Album został zarejestrowany w sposób wielowymiarowy, dzięki czemu dźwiękowa przestrzeń, otacza słuchacza z każdej strony. W połączeniu z tak złożoną architekturą utworów, Atmos pozwala „wejść” do środka zespołu i usłyszeć każde uderzenie w tablę czy drżenie strun wiolonczeli. Michał Barański nie boi się spalić mostów. No Return, No Karma  to album odważny, technicznie doskonały i – co najważniejsze – szalenie inspirujący. Ingebrigt Håker Flaten – Drops Skandynawski wulkan energii uderza z potrójną siłą! „Drops” to jazzowy zastrzyk adrenaliny. Płyta dla tych, którzy kochają, gdy muzyka jest dzika, nie bierze jeńców i wywraca jazzowy stolik do góry nogami. Norweski tytan kontrabasu, Ingebrigt Håker Flaten , dostarczył w 2025 ładunek wybuchowy: album Drops , czyli 45 minut czystej, nieskrępowanej wolności, która pulsuje rytmem współczesnego Oslo i Austin. Krótko i węzłowato: O co w tym chodzi?  To hołd dla pionierów free-jazzu (tytułowy utwór to kompozycja legendarnego Dona Cherry’ego), ale podany w sposób absolutnie nowoczesny. Flaten, znany z takich składów jak The Thing , udowadnia, że kontrabas w jego rękach to nie tylko instrument, to silnik odrzutowy całej maszyny. Muzyczne szaleństwo:  Płyta jest „gęsta” od pomysłów. Mamy tu wybuchowe partie saksofonów (Mette Rasmussen i Jose Lencastre), które tną powietrze niczym laser, oraz sekcję rytmiczną, która brzmi jak połączenie jazzowego combo z punk-rockową furią. To jazz, który ma „brudne” brzmienie, niesamowitą fizyczność i euforyczną energię. Brzmienie:   Drops  to nie są grzeczne kompozycje do kawy. To muzyczny „gang”, który improwizuje z precyzją i pasją, porywa słuchacza w sam środek cyklonu. Jest tam wszystko co kocham. Od hipnotycznych, ciężkich groove’ów, po totalną, soniczną abstrakcję. A tak bardziej merytorycznie? Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaahhhhhhhhhhhhh!!! Genialne. SML - Small Medium Large Nie będę ukrywał – uwielbiam elektronikę w jazzie . Choć z ogromnym szacunkiem spoglądam na akustycznych purystów i ich nabożne podejście do brzmienia drewna czy czystego oddechu, uważam, że przed technologią nie ma ucieczki. Jazz od zawsze był muzyką poszukującą, a dziś te poszukiwania prowadzą prosto w objęcia procesorów, pętli i cyfrowej manipulacji. Najlepszym dowodem na to jest album grupy SML (Small Medium Large) , który – mówiąc wprost – wywraca jazzowe flaki na drugą stronę. To, co zrobili muzycy z Los Angeles (ekipa współpracująca z Jeffem Parkerem czy Makayą McCravenem), to dla wielu tradycjonalistów świętokradztwo. SML wzięli żywą, organiczną improwizację i poddali ją brutalnej, cyfrowej obróbce. Ta płyta cyfryzuje gatunek w sposób totalny.  Nawet jeśli intencją artystów nie była czysta prowokacja, to sam proces twórczy – cięcie, wklejanie, zapętlanie i filtrowanie żywych instrumentów – staje się manifestem. To jazz, który nie boi się bycia „sztucznym”, bo w tej sztuczności odnajduje nową, miejską autentyczność. Jak powstał ten patchwork? Metoda pracy SML przypomina pracę chirurga lub montażysty filmowego: Krok 1:  Godziny dzikich, wspólnych improwizacji w studio. Krok 2:  Bezlitosna selekcja i cięcie materiału na cyfrowe „sample”. Krok 3:  Budowanie z tych kawałków zupełnie nowej architektury dźwięku. Efektem jest dubowy, funkujący trans, który pulsuje neonowym światłem L.A. To nie jest muzyka do filharmonii, to ścieżka dźwiękowa do świata, w którym analogowa dusza utknęła w cyfrowym procesorze. Ta płyta brzmi jak żywy organizm. Nie ma tu miejsca na popisowe solówki pod publiczkę – liczy się klimat, puls i tekstura dźwięku. To ścieżka dźwiękowa do nocnego spaceru po neonowym mieście, które nigdy nie kładzie się spać. SML to kwintet z L.A., który udowadnia, że studio nagraniowe może być tak samo ważnym instrumentem jak saksofon czy kontrabas. I Efekt? Płyta, która wciąga jak bagno i nie chce puścić. Dla fanów Makaya McCravena czy Tortoise – absolutny mus! Ned Rothenberg – Looms & Legends Na ten moment czekaliśmy 13 lat. Ned Rothenberg – człowiek, którego warsztat i artystyczna konsekwencja są dla mnie wzorem – powraca z albumem solowym, staje sam na sam z drewnem, metalem i oddechem. W świecie, gdzie wszystko musi być „szybciej” i „głośniej”, Rothenberg wybiera drogę pod prąd, udowadniając, że to twórczość wybiera artystę, a nie odwrotnie. Każda solowa płyta to rodzaj spowiedzi. Tutaj Rothenberg rozmawia ze swoimi instrumentami (saksofon altowy, klarnet basowy, flet shakuhachi) z taką czułością i brutalną szczerością, że słuchacz czuje się jak podglądacz. To zapis czystej, fizycznej relacji muzyka z materią. Warsztatowa wyżymaczka:  Choć album bywa wymagający, Ned posiada rzadką umiejętność: potrafi trzymać uwagę słuchacza w ryzach. Wykorzystuje oddech cyrkulacyjny i multiphonics nie po to, by się popisać, ale by „tkać” dźwiękowe legendy (tytułowe Looms & Legends ). Paradoks tła:  To fascynujący materiał. Z jednej strony możecie go puścić jako hipnotyzujące tło, które wypełnia przestrzeń spokojem, ale z drugiej – gdy tylko się wsłuchacie, płyta wciąga Was w głąb sonicznej króliczej nory, z której nie chce się wychodzić. Podziwiam Rothenberga za to, że mimo trudnego rynkowo kierunku, nigdy nie odpuścił. Looms & Legends to płyta, do której się wraca, by za każdym razem odkryć inny odcień tego samego, głębokiego oddechu. To hałasizm, ale ten wewnętrzny – cichy kataklizm emocji. Loom TM – In a Convex Mirror To mój niespodziewany wrocławski sonoryzm pod choinkę: dadaizm, stalowe wiolonczele i zniekształcona rzeczywistość . Panowie z duetu Loom TM  po prostu się ze mną skontaktowali, podrzucili materiał, a ja... utonąłem. Dosłownie. Uwielbiam takie momenty, kiedy debiut (choć w tym przypadku to debiut tylko z nazwy, bo stoją za nim doświadczone wygi) bierze cię z zaskoczenia i przemiela percepcję dźwięku. To wspaniały, odważny eksperyment - a ja takie uwielbiam i bardzo im kibicuję. Trochę o albumie pogadałem na filmie, ale w pisaniu czuję się pewniej, a poza tym płyta może w ten sposób zapaść w pamięć, a jest tego warta. Dwaj mistrzowie, jedna wizja:  Skład Loom TM to gwarancja najwyższej jakości. Marek Otwinowski (maot)  to postać-instytucja: filar legendarnego kolektywu KARBIDO (pamiętacie słynny projekt „The Table”?), kompozytor teatralny i basista, który występował od Nowego Jorku po Hongkong. Partneruje mu Tadeusz Szmigiel (tadd)  – saksofonista i dyrygent Wrocławskiej Orkiestry Improwizującej, mistrz elektroakustyki doceniany przez NFM. Lustro, które zniekształca:  Tytułowe In a Convex Mirror  (nawiązujące do wiersza Johna Ashbery’ego) to idealny opis tej muzyki. To trwająca prawie godzinę, w pełni improwizowana rozmowa, która wykręca instrumenty na drugą stronę. Tu nie ma oczywistości. Jest za to duch dadaizmu, abstrakcja elektroakustyczna i sonoryzm, który prowokuje do własnej interpretacji. Magia Wrocławia i technologia:  Nagranie powstało w wyjątkowym miejscu – wrocławskiej Toy Piano Gallery . Panowie wykorzystali tam niezwykłe narzędzie: stalowe wiolonczele  wykonane przez Pawła Romańczuka, które służyły jako akustyczny generator pogłosu. Za nagranie i miks odpowiada niezawodny Artur Majewski, co samo w sobie jest znakiem jakości. Osobiście i subiektywnie, dla mnie To muzyczna gwiazdka w najczystszej postaci. Loom TM stworzyli album gęsty od nieoczywistych artykulacji i fascynujących barw. To dowód na to, że improwizacja może być spójną, piękną i głęboką opowieścią. Czapki z głów! Tymon Tymański Yasstet – C’Monk Tera będzie z tytułem, bo tak: Stryj Teloniusz na yassowym grillu, czyli Jak polubiłem Monka (choć go nie znoszę) Muszę się Wam do czegoś przyznać: ja nie znoszę Monka.  Tak, wiem – geniusz, nowator, fundament. Podziwiam, szanuję, ale... nie kupuję tej estetyki. A przynajmniej nie kupowałem do momentu, gdy w moje uszy wjechał C’Monk . Tekst na jego temat leżał w moich roboczych wersjach na Wixie przez miesiące. Zapomniałem o nim, kurna, zapomniałem! A to jest przecież petarda, która rozsadza system. Poczytałem co lider mówił (w swoim stylu) na temat albumu i słuchajcie, bo to ciekawe Walka z manekinami z Shaolin:  Historia tej płyty to gotowy scenariusz na film. Pierwsze sesje ruszyły w 2011 roku. Jak mówi sam Tymon: granie numerów Monka to walka ze 108 legendarnymi manekinami z klasztoru Shaolin. Nawet jak pokonasz setkę, ostatnia ósemka spuści ci manto. Materiał przeleżał lata na półce, aż w końcu Tymański objął stery jako lider-pragmatyk i doprowadził ten kosmiczny projekt do brzegu. Luminarze postjazzu:  Skład to absolutna elita, ludzie z kompletnie różnych bajek, którzy pod batutą Tymona tworzą jedność: Irek Wojtczak, Tomek Ziętek, Marcin Ślusarczyk i Kuba Staruszkiewicz.  A żeby było jeszcze gęściej, w nowych dogrywkach pojawili się Szymon Burnos i Jacek Prościński. Analogowy brud i kosmiczny szum:  To nie jest sterylny jazzowy album. To materiał przepuszczony przez przedwzmacniacze Great River, lampowe korektory Amtec i... studyjny magnetofon Fostexa z lat 90. Ten „szumek”, o którym pisze Tymon, to życie. To taśmowa kompresja, która dodaje muzyce ciepła, ale i brudu. Są tu elektroniczne hałasy, szumy i transgresje, które sugerują, że stryj Teloniusz właśnie nadaje do nas z innej galaktyki. Tymon w pigułce:  Czytam właśnie autobiografię Tymona Ryszarda Tymańskiego i ta płyta to idealny podkład do tej lektury. Jest tu cały on: sowizdrzalski, nieprzewidywalny, bawiący się konwencją, a przede wszystkim – czerpiący gigantyczną radochę z grania. Czy to jeszcze Monk? Czy już Niemonk? Oceńcie sami. Dla mnie to Monk przemielony przez yassową maszynkę, radosny, swobodny i totalnie odświeżający. Jeśli tak jak ja, nie po drodze Wam było z Teloniuszem – dajcie szansę C’Monkowi. To jest jazzowa wolność w najczystszej postaci. ☕ Wspieraj Jazzdę i muzykę niezależną Jeśli cenisz moją pracę i chcesz pomóc w utrzymaniu niezależności Jazzdy, zapraszam Cię do wsparcia bloga. Każda „wirtualna kawa” to dla mnie sygnał, że warto dalej pisać o tym szalonym jazzie: 👉 https://buycoffee.to/jazzda Do siego roku! Widzimy się i słyszymy w 2026! 🎆 ROBERT KOZUBAL

  • Echo grało: Manifest wody i ewolucja dźwięku Rafała Kołackiego

    Muzyka, której nie słychać, dopóki nie zanurzysz się w niej po czubek głowy. Dźwięk, który może nie pieści, ale reanimuje martwe fabryki i przypomina o wysychających rzekach świata. Rafał Kołacki – punkowy perkusista, poszukiwacz rytmu w grupie Hati, członek grupy BUK – powraca z dziełem, które wykracza poza ramy albumu muzycznego, bo jest pełnym działaniem artystycznym. To 60-minutowa, immersyjna podróż przez kraje, kultury i stany skupienia. W głowie Rafała Kołackiego muzyka gra zawsze, brzmi nieustannie. Jest to jednak inna muzyka niż ta, do której przyzwyczaiły nas rynkowe schematy czy filharmoniczne konwenanse. Kołacki to postać na polskiej scenie wyjątkowa, artysta, którego droga jest świadectwem nieustannego nienasycenia dźwiękiem. Od lat kojarzony z radykalną energią punkowych składów, przez lata budował fundamenty polskiej sceny improwizowanej i rytualnej. Jako perkusista współpracował z legendarnym Jerzym Mazzollem , współtworzył grupę Hati , która w unikalny sposób wykorzystywała archaiczne instrumenty, gongi i obiekty z odzysku, by budować transowe, niemal plemienne struktury. Jest częścią świetnego eksperymentalnego tria BUK z Wojciechem Jachną i Krzysztofem Topolskim. Jednak w pewnym momencie ta fizyczna, perkusyjna ekspresja przestała mu wystarczać. HATI LIVE IN MUZEUM NARODOWE W WARSZAWIE Przebudzenie: Od „łuny” gongu do szumu klimatyzacji Kiedy nastąpił ten moment, w którym Rafał postanowił przesiąść się z instrumentów na „granie światem”? Sam artysta wspomina, że granica między sceną a otoczeniem zaczęła znikać właśnie podczas pracy z Hati. To wtedy uświadomił sobie, że świat wokół nas jest jedną wielką kompozycją, a instrumenty są jedynie protezami naturalnych brzmień. „Wtedy, kiedy grając tą inną muzykę, powiedzmy, zaczynając z tym zespołem Hati, stwierdziłem, że te brzmienia, które wydobywa się na instrumentach, są podobne do tych brzmień, które my możemy usłyszeć na co dzień” – wyjaśnia Kołacki. „Zauważyłem, że klimatyzacja jest podobna do tego, jak grasz na gongu tak zwaną łunę – czyli grasz gęsto i to się przeradza w łunę dźwiękową. To jest uderzająco bliskie szumowi klimatyzacji. Zacząłem zauważać, że te dźwięki po prostu nas otaczają”. To odkrycie sprawiło, że Kołacki przestał traktować muzykę jako czynność wykonywaną na instrumencie, a zaczął postrzegać ją jako proces uważności. Skoro szum klimatyzacji może być łuną gongu, to cały świat staje się gigantycznym instrumentarium, na którym można grać, o ile tylko potrafi się słuchać. Kołacki z czasem zaczął szukać rytmu tam, gdzie inni słyszą tylko ciszę lub chaos – w samym sercu materii, w żywiole wody. Reanimacja fabryki: Gdzie wszystko się zaczęło Rafał Kołacki fot. Monika Sieklucka Nic dziwnego, że gdy przed kilkoma laty Rafał wszedł do opuszczonej i zrujnowanej dawnej Fabryki Wodomierzy i Zegarów Metron w Toruniu, to oprócz tego, że ujrzał postindustrialne wnętrza, to w tej zapomnianej przez Boga i ludzi fabryce Kołacki przede wszystkim usłyszał jej drugie życie. Tak narodził się pierwszy jego obraz muzyczny z wodą w roli głównej. „Tam wszystko grało” – wspomina Kołacki. „Do tej opuszczonej fabryki trafiłem na przełomie grudnia i stycznia w momencie, w którym śnieg padał i jednocześnie topniał. To dało niesamowity krajobraz dźwiękowy. Wszędzie padały krople. Całe wnętrze dosłownie unosiło się w nieprzerwanym dźwiękowym korowodzie kropel spadających na blachy, plastiki, teczki, zgniłe papiery i beton podłogi. Wyobraziłem sobie, że to brzmi jak gigantyczna kroplówka, która powoli reaktywuje tę fabrykę. To była moja pierwsza instalacja z wykorzystaniem wody”. Ta wizja „muzycznej kroplówki” stała się punktem zwrotnym. Kołacki zrozumiał, że woda jest instrumentem totalnym, posiadającym własną dynamikę, barwę i nieobliczalność. Architekci podwodnych światów Fascynacja ta nie wzięła się z próżni. Rafał od dawna śledził poczynania artystów, którzy w swojej twórczości wykorzystują nagrania hydrofonów – specjalistycznych mikrofonów rejestrujących dźwięki pod powierzchnią wody. Wśród jego największych inspiracji znaleźli się tacy giganci field recordingu jak Chris Watson, Jana Winderen czy Annea Lockwood. Kluczowym momentem było jednak spotkanie z Tomoko Sauvage , którą miał przyjemność poznać ponad dekadę temu. Wspólne warsztaty na Mazurach, które przeprowadzili razem z Tomoko, zasiały ziarno, które musiało wykiełkować. Pragnienie pracy z hydrofonami stało się obsesją, która ostatecznie zmaterializowała się w unikalnym systemie modularnym i autorskich technikach nagraniowych. Droga do projektu „Echo grało” wiodła również przez mroźne pejzaże Islandii. Podczas rezydencji w Egilsstaðir Kołacki realizował nagrania wodospadów, używając zarówno mikrofonów dookólnych, jak i badając zjawisko „Lagus” – runy nawiązującej do fenomenu wody i jej fundamentalnego znaczenia dla społeczności skandynawskich . Każdy z tych etapów – od toruńskiego Metronu, przez mazurskie jeziora, aż po islandzkie kaskady – był przygotowaniem do stworzenia dzieła ostatecznego. Artysta na barykadach: Od Calais po polską granicę Rafał Kołacki nie odwraca się od polityki – ona stoi w samym centrum jego twórczości. W czasach, gdy wielu artystów wybiera bezpieczny „entertainment” i chłodny dystans, Kołacki kładzie na stół sprawy, które ludzie koncertowo spieprzyli. Jak sam mówi bez ogródek w rozmowie z Jazzdą: „Na świecie jest dużo kurestwa i wciąż trwa wojna” . To nie są puste słowa. Rafał był na granicy z Białorusią , by rejestrować to, co nielegalni migranci słyszą jako pierwsze dźwięki po wejściu do Polski – soniczny zapis strachu, niepewności i brutalnej rzeczywistości. Trafił do tzw. Dżungli Calais, nielegalnego miasteczka migrantów na północy Francji. Nie był tam tylko obserwatorem; pomagał rozdzielać odzież darowaną przez Anglików i Francuzów, a zebrany tam materiał dźwiękowy pomógł BBC stworzyć specjalne, wstrząsające słuchowisko na ten temat. Jego twórczość rezonuje na innych, odmienia ich punkt widzenia, bo Rafał nie chce bawić – on chce pokazać: „zobaczcie, coście narobili”. W tym projekcie zwraca uwagę na to, że wody - tego podstawowego czynnika, zaczyna brakować. I to głównie przez działalność ludzi. Laboratorium echa Projekt „Echo grało” to płyta, instalacja i interaktywny koncert w jednym. Jej sercem są cztery szklane kule wypełnione wodą, ustawione w rogach sali. To swoiste „akwaria dźwiękowe”, w których zanurzone są hydrofony oraz wężyki pompujące powietrze. Projekt Echo Grało w łódzkiej Fabryce Sztuki Pęcherzyki tlenu, obijając się o membrany mikrofonów, generują pierwotny, surowy sygnał. Kołacki, operując mikserem, przepuszcza ten dźwięk przez system efektów – głównie delayów i feedbacków. To właśnie te powtórzenia są tytułowym „echem”, które sprawia, że naturalny odgłos wody zamienia się w gęstą, hipnotyczną strukturę. Całości dopełnia specyficzne podświetlenie kul, tworzące atmosferę na granicy naukowej stacji badawczej i futurystycznego schronu. Artysta zaczyna od naturalnych, czystych brzmień, by z czasem, poprzez manipulację filtrami i efektami, zamienić je w interaktywny koncert, w którym woda staje się żywym organizmem reagującym na technologiczną ingerencję. Powrót do bezpiecznego źródła Dlaczego właśnie woda stała się dla Kołackiego najważniejszym instrumentem? Odpowiedź jest głęboko biologiczna. Dźwięk cieczy to pierwszy sygnał, jaki dociera do nas w fazie płodowej. Przez dziewięć miesięcy zanurzenia kształtuje się nasze poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej strony, praca z hydrofonami to wyprawa w świat, nad którym nie mamy kontroli – tajemniczy, nieznany, wymykający się werbalnym opisom. „Echo grało” to zaproszenie do nienormatywnego słuchania; do zanurzenia się w sonicznej głębi, która przypomina o naszej pierwotnej więzi z naturą, a jednocześnie wykorzystuje nowoczesną technologię, by tę więź uczynić słyszalną dla wszystkich. Jak pisał Owidiusz: „Echo, która czeka na jakieś dźwięki, by jako swoje słowa je powtórzyć” . W projekcie Kołackiego to technologia czeka na głos wody, by nadać mu nową, artystyczną formę. Płyta podwodna fot. Monika Sieklucka Przewodni label polskiej niezależnej sceny muzycznej, Antenna Non Grata wydał płytę pt. Echo grało . Nie lubię pisać , że artysta zabiera na płycie nas w podróż, bo to wyświechtany frazes, ale Kołacki naprawdę to robi.   Na płycie nie znajdziecie ani jednego tradycyjnego instrumentu, jednak to nie jest po prostu zbiór wodnych bulgotów w różnych częstotliwościach zebranych z różnych stron świata. Zapomnijcie też o „duchowym ambiencie” czy uduchowionym spiritual-spa. Oczywiście, że nie! Kołacki stworzył bestię – system modularny, w którym przetwarza odgłosy wody i nagrania terenowe. To 60-minutowy soniczny pejzaż, który przenosi immersyjny charakter instalacji bezpośrednio do sfery słuchowej. Kompozycja jest bogatą fuzją nagrań terenowych z odległych zakątków świata, takich jak Indie, Iran, Maroko i Turcja . Te brzmienia, wplecione w główny nurt utworu, tworzą unikalny dialog między naturą a technologią. Szumy, pluski, drgania i rezonanse wody, uzupełnione o echa różnych kultur, prowadzą słuchacza przez podróż, która jest zarówno intymnym doświadczeniem, jak i uniwersalnym poszukiwaniem. Materiał jest gęsty, elektroniczny i dość mroczny. To genialna, nowatorska nie-muzyka i muzyka jednocześnie. Przez godzinę przebywamy w zupełnie innym dźwiękowym wymiarze, to takie pełne zanurzenie w przenośni. Słyszymy tam sporo niskiego dudnienia, dronowych, niepokojąco wibrujących dźwięków i powtarzalnych, elektronicznych fraz, które przeplatają się z odgłosami sączącej się wody, spadających kropel i tajemniczego podwodnego świata. To jest podróż totalna – pod jednym warunkiem: posłuchajcie tego w absolutnym skupieniu. Moc. Jednak „Echo grało” wykracza poza czysto artystyczny wymiar, stając się głosem w sprawie najważniejszej dla naszej cywilizacji. Jak podkreśla sam Rafał Kołacki: „Dźwięki wody, które stanowią oś płyty, nie są jedynie abstrakcyjnym tłem. W kontekście współczesnych problemów nabierają nowego, dramatycznego znaczenia. Album, wykorzystując swoją immersyjną formę, prowokuje słuchacza do refleksji nad zanikaniem tego cennego zasobu w wielu regionach świata”. fot. Monika Sieklucka To dzieło, które wciąga i nie puszcza. To podróż od toruńskiej ruiny, przez globalne bezdroża, aż po najgłębsze warstwy ludzkiej świadomości. To dowód na to, że Rafał Kołacki, rezygnując z tradycyjnego bębnienia, odnalazł puls znacznie potężniejszy – puls samej ziemi, który odbija się echem w szklanych kulach jego laboratorium. Spotkanie i rozmowa z artystą odbyły się przy okazji instalacji ECHO GRAŁO w Fabryce Sztuki w Łodzi. Wsparcie dla Jazzdy Analizowanie dzieł takich jak „Echo grało” i śledzenie drogi artystów, którzy zamiast taniej rozrywki wybierają bolesną konfrontację z rzeczywistością, to misja Jazzdy. Nie boimy się pisać o „kurestwie świata” i szukać prawdy tam, gdzie inni słyszą tylko szum. Jeśli uważasz, że taka niezależna, zaangażowana publicystyka muzyczna jest dziś potrzebna – postaw nam wirtualną kawę. Twoje wsparcie to dla nas paliwo, by dalej być tam, gdzie muzyka spotyka się z sumieniem i nie pozwala o sobie zapomnieć. ☕ Wspieraj Jazzdę tutaj:   https://buycoffee.to/jazzda.net OBEJRZYJ DOKUMENTy O RAFALE KOŁACKIM I JEGO TWÓRCZOŚCI:

  • Beyond The Pulse: Bezkompromisowy Manifest Antymuzyki.

    Są płyty, które pieszczą ucho oraz takie jak TA. "Beyond The Pulse"  to awangardowe dzieło absolutne, które wywraca stolik z napisem „jazz” i buduje na jego miejscu postapokaliptyczne laboratorium dźwięku. To antymuzyka  w najczystszej postaci – coś, co powstaje w absolutnej kontrze do naszych oczekiwań, wbrew wygodzie słuchacza i wbrew wszelkim rynkowym schematom. To ścieżka dźwiękowa do filmu science-fiction, którego nikt jeszcze nie odważył się nakręcić. Dźwiękowa ilustracja post-świata Już otwierający album utwór „Bardo”  osacza nas jednostajnym, hipnotycznym pomrukiem. Na tym surowym tle zespół snuje elektryczną opowieść – gdzieś głęboko czai się upiorny dźwięk kalimby, pojawiają się zgrzyty, „pijane” skrecze i szumy, które teleportują nas prosto do ruin cywilizacji. W „Invocation”  czujemy się, jakby ktoś pompował tlen w klaustrofobicznym schronie lub miarowo uderzał wielką, hydrauliczną prasą. To jest puls tego kawałka – mechaniczny, nieludzki. A wokół niego? Szaleństwo. Wieje wiatr, perkusja kroczy własną, nieodgadnioną ścieżką, słychać nerwowe szarpnięcia strun i dłuuuugie frazy trąbki, która próbuje wzbić się ku niebosłonom. Całość zlewa się w zwichrowane, abstrakcyjne dzieło, które wieńczą głosy pijanych robotów mówiących w zapomnianym języku druidów. Rytm w „The Seed”  nie uspokaja, wręcz przeciwnie – przypomina odgłosy z wnętrza gigantycznego, zepsutego zegara z kukułką. Ta repetycja jest narzędziem tortury i ekstazy jednocześnie; dosłownie rozsadza czoło. Zespół wije się w konwulsjach: basista unika jakiejkolwiek powtarzalnej frazy, trąbka wyje niczym syrena strażacka z początku ubiegłego wieku, a gitara improwizuje świat, w którym ostatni ludzie dawno przestali zadawać pytania sztucznej inteligencji. Ostatni utwór, „Dragon” , jest najbardziej zwartą konstrukcją muzyczną, ale architekci zadbali o to, by ani jedna jego ściana nie stała prosto. Ten gmach pełen jest załamań, kątów ostrych, ostrych krawędzi, niebezpiecznych uskoków, wystających zewsząd drutów i zwisających lin szarpanych boskim wiatrem. Jak dla mnie absolutnie, krańcowo cudowne. Beyond The Pulse  to album wspaniały, trwające zaledwie 35 minut arcydzieło antydźwięku i elektronicznej kombinatoryki. Prawie żaden dźwięk nie jest tu czysty; modulacje wywracają wszystko na drugą stronę – widzimy podszewkę muzyki, jej negatyw, jej królewską mość odwrotność. Beyond The Pulse  stawia nas przed ścianą sprzeczności: puszcza kawałki utworów od tyłu, staje tam, gdzie należy ruszyć, i rusza tam, gdzie stać należy. Muzycy tworzą antymuzykę, która – o dziwo – przypomina muzykę. Ma ona brzmienie elektronowe, jak gdyby R2D2 z „Gwiezdnych Wojen” postanowił zostać kompozytorem, ale z wielkich mistrzów poznał jedynie Henriego Pousseura i Gilberta Amy’ego. Architekci Chaosu: Kto stoi za tym wybuchem? To doświadczenie graniczne nie powstałoby bez czterech wybitnych osobowości, które posiadają odwagę, by porzucić bezpieczne porty: Isabella Forciniti Mózg i serce operacji. Ta rezydująca w Wiedniu wizjonerka to mistrzyni badań psychoakustycznych. Dla niej muzyka to nie zestaw nut, a pole bitwy o percepcję słuchacza. Jej wykształcenie w dziedzinie muzyki komputerowej czuć w każdym manipulowaniu przestrzenią – Isabella nie gra dźwięków, ona projektuje zjawiska, które drażnią i fascynują jednocześnie. Występowała wielokrotnie w Polsce m.in . na edycji 2022 świetnego festiwalu Fabin w fabryce Sztuki w Łodzi. Daniele Camarda Włoski basista o absolutnie nieortodoksyjnym podejściu do instrumentu. Camarda to absolwent Berklee z wyróżnieniem, ale jego największą siłą jest odwaga w niszczeniu schematów. Łączy smyczkowe tradycje z całego świata z elektroniką na żywo. Jego bas nie tylko mruczy – on krzyczy, zgrzyta i snuje opowieści, które mogłyby być ścieżką dźwiękową do mrocznego teatru czy sztuki wideo. Współpracował z takimi gigantami jak Lionel Loueke, ale tutaj pokazuje swój najbardziej radykalny, osobisty głos. Franz Hautzinger Trębacz, który przechytrzył przeznaczenie. Po sześcioletniej przerwie spowodowanej paraliżem wargi, wrócił do grania, wynajdując trąbkę na nowo. Na swojej ćwierćtonowej trąbce operuje „mikroskopią dźwiękową” – od niesłyszanych wcześniej szumów po potężne, nieludzkie wycie. Hautzinger to globtroter awangardy, którego muzyczny podpis znany jest od Wiednia po Tokio. Pokazał światu, że instrument można wynaleźć od zera nawet wtedy, gdy postmodernizm dawno należy do przeszłości. Wziął m.in . udział w nagraniu bardzo ciekawej płyty Jacka Kochana " one eyed horse". Był także gościem FabIn w Łodzi w 2024 Michael Prowaznik Biologiczny napęd tego sonicznego monolitu. Ten wiedeński perkusista gra na tej płycie najbardziej „naturalnie”, ale jest przy tym równie szalony jak jego koledzy. Prowaznik nie tylko „bije w bębny” – on rzeźbi w czasie. Potrafi trzymać puls tak stabilnie, jakby był częścią mechanicznej prasy, by za chwilę rozbić go na tysiąc niekontrolowanych odłamków. Jego gra to mikstura organicznych tekstur i industrialnej precyzji. Wszystkich łączy muzyka - ja wiem? - awangardowa, nowatorska, rozwalanie jakichkolwiek ścian ograniczających twórczą ekspresję. po co tego słuchać? "Beyond The Pulse"  to dowód na to, że prawdziwa sztuka zaczyna się tam, gdzie kończy się strefa komfortu. To nie jest album do słuchania „w tle”. To fizyczne doświadczenie, w którym elektronika Forciniti, bas Camardy, trąbka Hautzingera i bębny Prowaznika tworzą pokręconą, poskręcaną, powykrzywianą dźwiękową bryłę, ciężki kawał... czegoś. To antymuzyka, która jednak – paradoksalnie – daje słuchaczowi więcej prawdy niż setki przesłodzonych, radiowych numerów. WESPRZYJ JAZZDĘ Analizowanie tak ekstremalnych dzieł i opisywanie historii artystów, którzy nie boją się iść pod prąd, to dla mnie czysta adrenalina. Jeśli doceniasz, że „Jazzda”  wyławia takie perły z oceanu komercyjnej papki i nie boi się pisać o „pijanych robotach”, postaw mi wirtualną kawę . To właśnie dzięki Waszemu wsparciu mam czas i energię, by szukać dla Was muzyki, która naprawdę coś znaczy. ☕ Wspieraj Jazzdę tutaj: https://buycoffee.to/jazzda.net Dzięki, że jedziecie ze mną!

  • Lisa Hilton "Extended Daydream": Odwaga, by zacząć od nowa i optymizm, który leczy

    W świecie jazzu często zachwycamy się „cudownymi dziećmi”, które w wieku 15 lat grają solówki Coltrane’a. Ale historia Lisy Hilton to opowieść o czymś znacznie rzadszym i trudniejszym – o odwadze drugiego aktu . O momencie, w którym masz już wszystko: stabilizację, sukces w innej branży, a mimo to decydujesz się rzucić to wszystko na szalę, by wrócić do pierwszej miłości, jaką był JAZZ. Wielka ucieczka (i wielki powrót) Lisa u progu dorosłości zrobiła coś niewyobrażalnego. Jako osiemnastolatka porzuciła muzykę, uznając, że klasyczny dryl zabija jej własny głos. Wybrała inną drogę – sztukę, design, sukces biznesowy. Ale jazz nie dawał o sobie zapomnieć. Powrót po latach oznaczał wielkie wyrzeczenia i tysiące godzin ćwiczeń, by odzyskać sprawność palców i odnaleźć własne brzmienie. Dziś ma swój label, gra z największymi i – co najważniejsze – niczego nie musi udawać. Spójrzcie na okładkę „Extended Daydream” : spogląda z niej na Was kobieta świadoma, spokojna i prawdziwa. Jasność, która bije z klawiszy To, co uderza od pierwszych sekund tej płyty, to niesamowita jasność, pogoda ducha i optymizm . Lisa Hilton nie szuka mroku, nie ściga się na skomplikowane łamańce. Jej siłą jest prostota i perfekcyjne wykonanie. Album otwiera kamień milowy jazzu – „So What”  Milesa Davisa. Ale zapomnijcie o dumnym, dusznym nastroju oryginału. W interpretacji Lisy ten temat brzmi delikatnie, skrzy się i połyskuje niczym słońce odbite w falach oceanu. Prawdziwym popisem jest jednak utwór tytułowy. Zaczyna się subtelnym, aksamitnym saksofonem, po którym wchodzi pasaż Lisy: leciutki, zwiewny, niemal eteryczny. Po chwili wyłania się melodyjny temat, przy którym chce się po prostu bujać. Ta na wskroś amerykańska melodia ucieka od klasycznego swingu w stronę soulowego klimatu, zwłaszcza gdy fortepian, ręka w rękę, spaceruje z klarnetem. Malowanie pod powiekami Lisa robi coś bezczelnie pięknego: w jednym gatunkowym tyglu miesza legendarny klasyk Milesa Davisa „So What”  (1959) z najświeższym, kruchym „Wildflower”  od Billie Eilish (2024). Jak to brzmi? „So What”  zaczyna się od autorskiego, modalnego intro Lisy, które delikatnie, niemal szeptem, wplata się w kultowy motyw dwóch nut, by po chwili eksplodować wirtuozowską energią całego kwintetu. Z kolei „Wildflower”  to popis wrażliwości – z wyciszoną trąbką Thomasa, która opowiada historię o żalu tak namacalnie, że niemal czuć go w powietrzu. Hilton ma ten dar: potrafi wziąć standard z dowolnej epoki i sprawić, że brzmi, jakby napisano go dziś rano specjalnie dla niej. Rudy Royston (perkusja), JD Allen (saksofon tenorowy), Lisa Hilton (fortepian), Luques Curtis (bas), Igmar Thomas (trąbka) Siłą tej płyty jest zespół. Powrót saksofonisty tenorowego JD Allena  (nagrali razem aż osiem albumów!) to strzał w dziesiątkę. Ich kompatybilność czuć w każdej nucie – posłuchajcie, jak splatają swoje linie w tytułowym „Extended Daydream”  albo jak wspólnie „pękają” z energii w radosnym „Momentary Mystery” . Kiedy wchodzi „Tropical Tuesday” , pod powiekami staje plaża i błękit, a wszystko to zasługa zachwycającego latynoskiego rytmu, na którym Luques Curtis trzyma stabilną bazę, a Rudy Royston sypie perkusyjnym blaskiem. Lisa w tym wszystkim płynie – jej solówki w „It’s Just For Now” to czysta, niczym nieskrępowana wolność. Piękno ocalone z ognia Ale „Extended Daydream” to nie tylko sielanka. Lisa w swoich notatkach zdradza głębszą, intymną warstwę tej muzyki. Wrażliwe melodie „Seabirds” i „Blues on the Beach”  to echo pożarów, które nawiedziły południową Kalifornię. To muzyka, która rodzi się z obserwacji natury – szybowania ptaków nad popiołami, szukania ulgi w pięknie, które przetrwało. Z kolei „Sunset Tale”  i solowe, fortepianowe „Spacious Skies”  to wezwanie do odnalezienia spokoju w dzisiejszych, szalonych czasach. To jazzowy powrót do korzeni, do wielkich amerykańskich kompozytorów. Słychać tu ducha Milesa Davisa , elegancję Billa Evansa , melancholię Cheta Bakera , ale też głęboki groove Horace’a Silvera czy twórczy niepokój Theloniousa Monka . Lisa nie boi się wplatać w jazzowe odzienie pięknych, niewyszukanych melodii. One są proste, ale zagrane tak perfekcyjnie, że trafiają prosto w splot słoneczny. Okład na życiowe potknięcia Płyta żegna się z nami nostalgicznym, powolnym „Spacious Skies” . Brzmi to jak ciche „szkoda, że to już koniec”, jak ostatnie spojrzenie na horyzont przed powrotem do domu. Ale zaprawdę powiadam Wam: posłuchajcie tej płyty wielokrotnie. Zróbcie z niej okład na życiowe potknięcia . Niech będzie pod ręką, gdy przyjdą gorsze chwile, gdy świat wyda się zbyt szary i ciężki. Siła optymizmu płynąca z tej muzyki doda Wam otuchy. Gwarantuję WESPRZYJ JAZZDĘ Pisanie o muzyce, która leczy, to dla mnie największa frajda. Jeśli ten tekst sprawił, że Twoja kawa smakuje dziś trochę lepiej, postaw mi wirtualną kawę . Dla ciebie to tylko dycha, dla mnie paliwo do następnych recenzji niezależnych artystów☕ Wspieraj Jazzdę tutaj: https://buycoffee.to/jazzda.net

  • Fergus McCreadie: Z Fortepianem na wyspę Uist! Jak nagrywa się jazz na końcu świata.

    Moja zeszłoroczna konstatacja, że „Randkowanie z folkiem przypomina przygotowywanie na proszony obiad schabowego – ciężko zaskoczyć gości repetą”, wydaje się po wysłuchaniu tego albumu zdezaktualizowana. Szkot Fergus McCreadie stworzył płytę "The Shieling", która w magiczny sposób łączy dzikość szkockich pejzaży z intymnością jazzowej improwizacji. Nic dziwnego, wszak imię Fergus oznacza dosłownie „Męża Pełnego Wigoru” lub krócej: „Walecznego”. Kim jest ten „Mąż Pełny Wigoru”? Zanim wylądował na North Uist z fortepianem, Fergus McCreadie przeszedł drogę, która czyni go jednym z najbardziej interesujących artystów młodego pokolenia. Urodzony w 1997 roku w Jamestown w Easter Ross, wychowywał się w otoczeniu szkockich tradycji. Co ciekawe, jego pierwsze muzyczne kroki wcale nie należały do pianina – zaczynał od dud (bagpipes) , choć sam przyznaje z rozbrajającą szczerością, że „nie był w tym zbyt dobry” . Przełom nastąpił, gdy jako 12-latek zobaczył warsztaty jazzowe Richarda Michaela. To wtedy narodził się pianista, a jego pierwszym wielkim idolem stał się Oscar Peterson . Swoje rzemiosło szlifował w prestiżowym Royal Conservatoire of Scotland pod okiem Tommy’ego Smitha. To właśnie tam poznał Davida Bowdena (bas) i Stephena Hendersona (perkusja), tworząc trio, które dziś rozumie się bez słów. Jego kariera to pasmo sukcesów, o jakich jazzmani rzadko marzą. Album Forest Floor  (2022) nie tylko podbił listy przebojów jazzowych, ale też – jako pierwsza jazzowa płyta w historii – zdobył prestiżową nagrodę Scottish Album of the Year (SAY)  i znalazł się na krótkiej liście nominowanych do Mercury Prize . Fergus udowodnił, że jazz może być „folkem samym w sobie”, a jego muzyka – inspirowana stylem Keitha Jarretta czy Esbjörn Svensson Trio – ma w sobie coś z radosnej, pierwotnej energii. Ogółem nagrał pięć albumów: Turas (2018)  – Debiut wydany niezależnie. Tytuł w języku gaelickim oznacza „podróż”. To tutaj świat po raz pierwszy usłyszał unikalne połączenie jazzowego tria z tradycyjną muzyką szkocką. Płyta zdobyła nagrodę Albumu Roku na Parliamentary Jazz Awards. Cairn (2021)  – Pierwszy album w prestiżowej wytwórni Edition Records. McCreadie pogłębił tu inspiracje szkockim krajobrazem (tytułowy „cairn” to kopczyk z kamieni usypywany na szczytach gór). Album spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem krytyków na całym świecie. W październiku 2020 roku Fergus otrzymał nagrodę dla najlepszego instrumentalisty podczas Scottish Jazz Awards. Forest Floor (2022)  – Największy komercyjny i artystyczny sukces Fergusa. Album zdobył nagrodę Scottish Album of the Year (SAY)  i przyniósł artyście historyczną nominację do Mercury Prize . To płyta pełna wigoru, inspirowana cyklami natury. Utwór „Glade”, niesamowicie piękna kompozycja wyniosła Fergusa McCreadiego do stratosfery kreatywnych, improwizujących artystów jazzowych, przynosząc mu zasłużone uznanie i uwagę. Stream (2024) - wspaniała, dynamiczna płyta, o której pisałem tutaj: LINK Highlandy: Serce Szkocji, którego nie da się zapomnieć Aby zrozumieć muzykę Fergusa, musimy zrozumieć, czym są Highlandy (Góry Skandynawskie) . Dla nas, Polaków, nazwa ta często brzmi egzotycznie, ale to nie są góry w stylu Tatr. Highlandy to rozległa kraina na północno-zachodnich krańcach Wielkiej Brytanii – jeden z najsłabiej zaludnionych rejonów Europy i jedna z ostatnich prawdziwych „dziczy” na naszym kontynencie. To miejsce, gdzie góry nie są tylko szczytami, ale potężnymi masywami pokrytymi wrzosem i torfem, pociętymi przez głębokie doliny ( glens ) i mroczne jeziora ( lochs ). W Highlandach rzadko spotkasz lasy – dominuje surowa, otwarta przestrzeń, która przy każdej pogodzie wygląda inaczej: od świetlistej zieleni po mroczny, stalowy fiolet. To kraina mgieł, klanów i ciszy tak gęstej, że aż dzwoni w uszach. To właśnie tamtejsze krajobrazy mamy przed oczami, gdy myślimy o „prawdziwej Szkocji”. North Uist: Tam, gdzie ląd poddaje się oceanowi By Stuart Wilding, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=13543634 Jak w powieści szkatułkowej dajemy nura głębiej, bo aby w pełni zrozumieć najnowszy album, trzeba poczuć North Uist  ( gael.: Uibhist a Tuath ) – wyspę w archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. To jeden z najbardziej odizolowanych zakątków Europy, gdzie na rozległych terenach żyje zaledwie... 1271 osób. By Tom Richardson, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=14275979 To kraina kalwinistów-prezbiterian, w której dla większości mieszkańców gaelicki wciąż jest językiem codzienności. Wyspa jest niemal całkowicie nizinna, a jej charakter tak niepokorny, że ponad połowa jej powierzchni jest regularnie zalewana przez przypływy Atlantyku. Granica między ziemią a wodą jest tu płynna i nieprzewidywalna. Właśnie tam, w małym domku na tej pustyni wodno-lądowej, Fergus i jego ekipa wnieśli fortepian, zostawiając zaledwie 5 cm luzu od ściany. Sam ten akt logistycznego szaleństwa definiuje projekt. Muzyka zrodzona z „Munro Bagging” Ta płyta to także zapis emocji towarzyszących człowiekowi obcującemu z naturą Highlandów. Fergus McCreadie to bowiem zapalony „munro bagger” . Munros to najwyższe szkockie szczyty (powyżej 914 metrów). W całej Szkocji jest ich 282. Tak jak Szkoci od XIX wieku „kolekcjonują” te szczyty, tak Fergus zbiera w swojej muzyce powidoki górskich wypraw – od łagodnych wzniesień Loch Lomond, przez surową dolinę Glen Coe, aż po „morze gór” w Cairngorms. Uist zadziałał jak katalizator dla tych wszystkich nagromadzonych w górach emocji. Plan, którego nie było (i wstrząs przez Zoom) Fergus McCreadie: "Nie było żadnego planu dotyczącego muzyki – miałem kilka nagrań głosowych, które wypróbowaliśmy, ale poza tym nie miałem pojęcia, jak ostatecznie wyjdzie album (ani czy w ogóle go wydamy!). Było to zupełnie inne podejście niż podczas poprzednich nagrań – myślę, że po czterech starannie zaplanowanych albumach byłem gotowy spróbować czegoś bardziej ryzykownego. Przez pierwsze dni planem był brak planu: spacery po plaży i rzutki w lokalnym pubie. Wszystko zmieniło się trzeciego dnia, kiedy do produkcji dołączyła Laura Jurd . Zła pogoda uziemiła ją na stałym lądzie, więc produkcja odbywała się na żywo przez Zoom! Ta zdalna współpraca z wybitną trębaczką wyzwoliła w zespole energię, której – jak sam Fergus przyznaje – „nie udało się uchwycić na żadnej poprzedniej płycie”. Zaskakująca głębia etnicznego żywiołu Utwory takie jak „Ptarmigan” czy „Wayfinder” wciąż nawiązują do etnicznego żywiołu, ale trio wędruje też w rejony pozbawione szkockich harmonii. W „Ptarmigan” obie ręce pianisty pracują na najwyższych obrotach, tworząc dźwiękowe tornado. Z kolei rockowy „Eagle Hunt” to esencja waleczności Fergusa, a „The Path Forks” ze swoim potężnym ostinato przypomina wyczyny gigantów post-jazzu jak GoGo Penguin. Album wieńczy nostalgiczny „The Orange Skyline” – nostalgiczny epilog idealnie podsumowujący ten wyspiarski eksperyment. Płyta McCreadiego to prawdziwy manifest siły miejsca. Słuchając jej, czujemy chłód atlantyckiej bryzy i majestat Highlandów – krainy, która dla Fergusa jest domem, a dla nas staje się fascynującym odkryciem. Z kim gra Fergus? (Skład Trio) Fergus McCreadie jest liderem swojego tria. Na jego płytach regularnie grają: David Bowden  (Kontrabas) Stephen Henderson  (Perkusja) W nagraniu na North Uist kluczową rolę odegrali także: Gus Macleod – inżynier dźwięku. John  – pianista, który dostarczył fortepian i pomógł go nastroić (co było logistycznym cudem!). Laura Jurd  – producentka (zdalnie). Recorded by Gus Stirrat Mixed by James McMillan Mastered by Michael Scherchen Pisanie takich tekstów – gęstych od faktów, opowieści z końca świata i analizy muzycznej – to moja pasja, ale też konkretny czas i praca. Jeśli czujesz, że „Jazzda” wnosi coś wartościowego do Twojej playlisty i poszerza Twoje muzyczne horyzonty, postaw mi wirtualną kawę . To właśnie dzięki Waszemu wsparciu mogę rezygnować z nudnych newsów na rzecz takich głębokich nurkowań w świat jazzu. Każda wpłata to paliwo do mojego blogowego Chevroleta i sygnał, że to, co robię, ma sens. ☕ Wspieraj Jazzdę tutaj: https://buycoffee.to/jazzda.net Dzięki, że jedziecie ze mną!

  • Najdłuższa noc saksofonu: Paul Winter i pogański jazz na przesilenie

    Kiedy większość świata chowa się przed grudniowym mrokiem pod grubą warstwą lukru i dźwięków „Jingle Bells”, w świecie jazzu dzieje się coś, co wykracza poza ramy koncertu. To nowożytny rytuał, jazzowe nabożeństwo, w którym główną rolę grają nie tylko dźwięki i nuty, ale i astronomia. To chwila, w którym muzyka przestaje być tylko rozrywką, a staje się łącznikiem z kosmosem – poznajcie Paula Wintera i jego Winter Solstice Celebrations . Kapłan Sopranu: Szaman z siedmioma Grammy Paul Winter to postać wymykająca się definicjom. Siedmiokrotny zdobywca nagrody Grammy  i artysta, który jako pierwszy jazzman wystąpił w Białym Domu na zaproszenie Kennedy’ego, mógłby odcinać kupony od sławy w prestiżowych salach koncertowych. On jednak wybrał kaniony i oceany. Jego saksofon sopranowy, o czystym, niemal ludzkim głosie, nie służy mu do popisów, ale do dialogu z naturą. Winter przypomina nam, że największym kompozytorem jest sama Ziemia, a on jest jedynie jej pokornym tłumaczem. Wielka Orkiestra Istnienia: Jazz ponadgatunkowy Paul Winter mówi: „Wszystko zaczęło się od wizji dziekana katedry św. Jana Bożego w Nowym Jorku, który pragnął stworzyć pomost między duchowością a ekologią. Myślę, że to właśnie ten ekologiczny wymiar naszego repertuaru ostatecznie przekonał go, że nasza muzyka może stać się organiczną częścią tej monumentalnej przestrzeni. Zaproszenie miało charakter całkowicie świecki; nie musieliśmy grać muzyki liturgicznej, dostaliśmy wolną rękę, pod warunkiem, że sami udźwigniemy ciężar organizacyjny tych wydarzeń. Tak zrodziła się tradycja, która przez dekady stała się ukochanym rytuałem nowojorczyków i milionów słuchaczy w całym kraju. W tym roku, po raz trzeci, nasze Obchody Przesilenia Zimowego opuściły progi katedry. I choć nie dysponujemy już tak ogromnym rozmachem teatralnym czy zastępami tancerzy, prezentujemy słuchaczom samą esencję naszej muzyki, uświetnioną niezastąpionym głosem Theresy Thomason, która jest gwiazdą naszych koncertów od ponad dwudziestu pięciu lat. Nasze obchody to współczesna interpretacja starożytnych rytuałów, kiedy to ludzie czuli wewnętrzne powołanie, by spotkać się w najdłuższą noc w roku i wspólnie celebrować narodziny nowego słońca. Kluczem do tej tradycji jest odnowa ducha. Przesilenie zimowe to dla mnie czas uzdrowienia i nadziei; moment celebrowania więzi oraz honorowania jedności w wielkiej różnorodności życia na Ziemi. Pamiętając o przesileniu, ponownie zaczynamy rezonować z rytmem kosmosu. Pozwalamy naszym sercom objąć ten starożytny optymizm i głęboką wiedzę, że światło ostatecznie zawsze pokona ciemność”. To, co w jego twórczości najbardziej porusza, to fakt, że nie traktuje on natury jako tła. W jego świecie wilk nie jest „odgłosem”, a humbak nie jest „samplem”. To pełnoprawni członkowie zespołu. Winter dokonał czegoś rewolucyjnego: zdemokratyzował scenę , stawiając dzikie zwierzęta obok najwybitniejszych wirtuozów. Kiedy w ogromnej nawie katedry rozbrzmiewa pieśń wieloryba, Winter nie próbuje jej zagłuszyć. On z nią improwizuje. To akt pokory człowieka wobec potęgi natury – w tę najdłuższą noc roku nie świętujemy tylko ludzkiej kultury, ale przetrwanie życia na Ziemi w ogóle. Katedra jako instrument: 0,22 sekundy do sacrum Przez ponad 40 lat domem tych celebracji była ogromna nowojorska Katedra św. Jana Bożego. Tutaj dźwięk staje się materią, albowiem nawa świątyni jest bardzo długa, ma około 100 metrów i zmieści się w niej aż 5000 wiernych. Dzięki temu jest jednym z największych kościołów na świecie. Kiedy Winter wydobywa ton, potrzeba 0,22 sekundy , by dźwięk uderzył o sklepienie i wrócił do słuchacza. JAK TO OBLICZYŁEM? ZOBACZ SAM LINK Jednak w tej 100-metrowej nawie fala nie ginie – tworzy legendarny, kilkunastosekundowy pogłos. Kulminacją jest uderzenie w gigantyczny, dwumetrowy Sun Gong (Gong Słońca) . To nie jest pojedyncze uderzenie; to potężna masa dźwięku, która fizycznie wypełnia przestrzeń niczym złota mgła rozlewająca się w mroku najdłuższej nocy roku. Tu i teraz: Przesilenie 2025 Tradycja Paula Wintera trwa nieprzerwanie. Właśnie dzisiaj, w niedzielę 21 grudnia 2025 , dokładnie w momencie, gdy Ziemia wychyla się ku słońcu, Paul Winter Consort gra finałowe koncerty swojej trasy. To surowość, lód i nadzieja, że światło jednak wróci. Wesprzyj moją podróż przez dźwięki Jeśli ta opowieść o najdłuższej nocy saksofonu i pogańskim jazzie Paula Wintera rozjaśniła Twój grudniowy wieczór, możesz wesprzeć moje dalsze poszukiwania muzycznych sacrum. Pisanie o jazzie, który łączy nas z rytmem kosmosu, wymaga nie tylko pasji, ale i dobrej „energii”. Będzie mi niezwykle miło, jeśli zechcesz postawić mi wirtualną kawę w serwisie buycoffee . Każda filiżanka (czyli każda dycha) to dla mnie sygnał, że te historie rezonują z Waszymi sercami i impuls, by dalej odkrywać przed Wami dźwięki, które pokonują ciemność https://buycoffee.to/jazzda.net Dziękuję, że jesteś częścią tej muzycznej wspólnoty w tę wyjątkową noc przesilenia! To zadanie to czysta fizyka i akustyka, która idealnie dopełnia metafizyczny klimat koncertów Paula Wintera. Policzmy to dokładnie, opierając się na faktach dotyczących Katedry św. Jana Bożego w Nowym Jorku. Dane wejściowe Prędkość dźwięku:  W temperaturze 20 st. Celsjusza  dźwięk w suchym powietrzu porusza się z prędkością ok. 343 m/s . (Warto pamiętać, że w grudniu w katedrze może być nieco chłodniej, co minimalnie powalnia falę – przy 0 st. Celsjusza  byłoby to ok. 331 m/s . Wymiary katedry: Wysokość nawy głównej (do sklepienia) to ok. 37,8 metra Najwyższy punkt (pod kopułą/skrzyżowaniem naw) sięga nawet 70,7 metra 180 metrów  to w długość całej katedry co czyni ją jedną z najdłuższych na świecie. Obliczenia: Droga pod sufit i z powrotem Aby usłyszeć echo odbite od sufitu, fala dźwiękowa musi pokonać dystans dwukrotnie (w górę i w dół). Dlaczego w tekście mowa o "kilkunastu sekundach"? Choć pojedyncze odbicie od sufitu zajmuje ułamek sekundy, w katedrach mamy do czynienia z pogłosem (rewerberacją) . Dźwięk nie wraca do nas raz, lecz odbija się tysiące razy od kamiennych ścian, podłóg i witraży. W Katedrze św. Jana Bożego, ze względu na jej ogromną kubaturę i twarde powierzchnie, czas pogłosu może faktycznie wynosić od 5 do nawet 8 sekund  (w ekstremalnych przypadkach, jak w katedrze św. Pawła w Londynie, nawet 13 sekund). Dźwięk saksofonu Paula Wintera pokonuje drogę wzdłuż całej, 180-metrowej katedry , co oznacza, że zanim całkowicie wygaśnie, fala może przebyć dystans kilku kilometrów wewnątrz budynku! To właśnie ta „masa dźwięku” sprawia, że Sun Gong brzmi tak potężnie – nie jest to pojedyncze uderzenie, ale narastająca fala, która wypełnia każdy z 11 200 metrów kwadratowych wnętrza.

  • Rafał Jackiewicz Quartet – Sea Poetry: neptun, wino, gorączka i sól

    Wszystko zaczęło się od gorączki. Tej nocy, gdy temperatura ciała postanowiła rzucić wyzwanie rozsądkowi, a rzeczywistość zaczęła pękać na krawędziach, przyszedł sen. Nagły, wyraźny, niemal namacalny. Znalazłem się na pięknej plaży, prawdopodobnie na jednej z tych małych, zapomnianych wysepek Morza Egejskiego. Było lato, słońce stało wysoko, a powietrze drżało od gorąca i zapachu soli. Na piasku stał okrągły stolik, przykryty białą, zwiewną tkaniną i przezroczystym obrusem, na którym spoczywała kamienna karafka – pachnąca ciężkim, greckim winem. Przy stole siedział on: brodaty gość, którego powierzchowność budziła respekt, wręcz grozę, jednocześnie jednak jego lekki uśmiech i zapraszający gest dłoni uspokajały. Obok stołu, wbity w piasek, lśnił trójząb. Nie było wątpliwości – piłem wino z Neptunem. Władca mórz, posługując się nienaganną, nowoczesną polszczyzną, wyznał, że musiał włamać się do mojego snu, bo nie może już patrzeć na to, co kultura masowa zrobiła z jego kolegą po fachu – Mikołajem. Ruchem dłoni, niczym na gigantycznym ekranie kinowym, wywołał przed moimi oczami rozedrgane widma zatłoczonych galerii handlowych, które na chwilę przesłoniły błękit nieba. Mówił o nadaktywnym krasnalu napędzającym zakupoholizm, podczas gdy prawdziwy Mikołaj był niezłym łobuzem. Bóstwo sięgnęło pod stół po „Słownik mitów i tradycji kultury” Kopalińskiego i z ironicznym uśmiechem przeczytało legendę o spoliczkowaniu Ariusza na Soborze Nicejskim w 325 roku. Neptun przyznał, że dopóki dawny obyczaj obdarowywania rodził w dzieciach dobre nawyki i budował więź z niewidzialnym, siedział cicho w swoich głębinach. Jednak teraz, gdy wszystko przerodziło się w szaleńczy pęd ku pustce duchowej i logistykę niedosytu, świat potrzebuje przeciwwagi. Potrzebuje zatrzymania. I wtedy podał mi płytę: Rafał Jackiewicz Kwartet – Sea Poetry . Kiedy ocknąłem się z gorączki, muzyka z mojego snu wciąż brzmiała mi w uszach. To nie był tylko omam, ale spotkanie z artystą, w którego grze słychać unikalne zetknięcie dwóch światów. Rafał Jackiewicz pochodzi z Niemenczyna na Litwie – urokliwego miasteczka nad Wilią, zaledwie 20 km od Wilna, będącego jednym z najważniejszych bastionów polskiej kultury w tym regionie. Można przypuszczać, że kształtując swoją wrażliwość, nieuchronnie nasiąkał estetyką litewskiej szkoły saksofonowej, której filarem jest choćby Petras Vyšniauskas. Szczególne znaczenie może mieć tu postać Jana Maksimowicza – najwybitniejszego polskiego saksofonisty na Litwie, który dla młodego muzyka z Niemenczyna mógł stanowić naturalny punkt odniesienia w łączeniu duchowości z jazzową formą. Prawdopodobnie to z tego środowiska Jackiewicz wyniósł charakterystyczną dla wileńskiej sceny wolność emocjonalną i odwagę w operowaniu liryczną plamą dźwięku. RAFAŁ JACKIEWICZ FOTO KATARZYNA LIBRONT Z tym bagażem intucji trafił później do klasy dr. hab. Macieja Sikały w bydgoskiej Akademii Muzycznej. To właśnie tam duch Wileńszczyzny spotkał polski perfekcjonizm. Sikała, wzór skromności i jeden z najwybitniejszych saksofonistów świata, zaszczepił w uczniu szacunek do każdego dźwięku i unikanie zbędnego efekciarstwa. W Sea Poetry  wyraźnie słychać tę rękę mistrza – saksofon altowy Jackiewicza nie krzyczy, lecz śpiewa. Technika, za którą artysta zbierał laury od Moskwy po Padwę, staje się tu tylko narzędziem do budowania morskiej przestrzeni. Sam autor definiuje ten projekt jako próbę uchwycenia chwili i oddania przestrzeni emocjonalnej. Według Jackiewicza muzyka na tej płycie ma stać się jak oddech morza – powolny, głęboki i pełen spokoju. I rzeczywiście, w dobie przedświątecznego zgiełku ta płyta działa jak kojący kompres. Słychać tu specyficzny rodzaj perfekcjonizmu, który nie boi się ciszy, oraz międzynarodowe zgranie całego kwartetu, w którym fortepian i sekcja rytmiczna współoddychają z saksofonem altowym lidera. Co ciekawe, odnoszę wrażenie, że lider skomponował materiał jeszcze bardziej analogowy, akustyczny i surowy, sięgając po skromniejsze instrumentarium niż na debiucie „Sometimes” z 2021 roku. Tam, obok klimatycznych kompozycji, znalazła się prawdziwa petarda pod postacią utworu „Odmęt” (który gorąco polecam tym, którzy go jeszcze nie znają). Na najnowszej płycie króluje natomiast europejski jazz szerokiego nurtu. Prościej mówiąc, na tym albumie Jackiewicz świadomie podnosi sobie poprzeczkę: skromniejszymi środkami buduje szersze harmonie, a jednocześnie jeszcze bardziej przykuwa uwagę środkami, dla których w tym hałaśliwym świecie zazwyczaj nie ma miejsca. I w tym jest właśnie pies pogrzebany, albowiem nie sądziłem, aby mainstreamowy jazz mógł mnie jeszcze czymś zaskoczyć – aż do odsłuchu tej właśnie płyty. Dowodzi to trzech rzeczy: po pierwsze, album kwartetu Jackiewicza subiektywnie trafił w mój gust; po drugie, mainstreamowy jazz nigdy nie przestanie nas zaskakiwać; i po trzecie – Jackiewicz doskonale wie, jak poruszyć struny wrażliwości w słuchaczu. Jego harmonie płyną pełne dumnego spokoju, niczym okręt „Victoria”, który wrócił do Hiszpanii 6 września 1522 roku dowodzony przez Juana Sebastiána Elcano. To spokój ocalałych, którzy po trzech latach zmagań z nieznanym, zostawiwszy za rufą sztormy dwóch oceanów i śmierć towarzyszy, wchodzą do portu nie z okrzykiem triumfu, lecz w uroczystym, niemal nabożnym milczeniu. Taka właśnie jest ta płyta – niesie w sobie ciężar doświadczenia, który nie musi już niczego udowadniać, a jedynie pozwala wybrzmieć prawdzie o przebytej drodze. To dzieło jest antytezą współczesnego hałasu i komercyjnego łobuzerstwa. Jeśli czujecie się przytłoczeni grudniowym szałem i pędzicie w stronę duchowej próżni, o której wspomniał mój senny rozmówca, ta muzyka staje się wezwaniem do opamiętania. Sea Poetry  po prostu jest – piękna i autentyczna, podparta autorytetem mistrza Sikały i talentem zrodzonym nad brzegami Wilii. Neptun wiedział, co robi, kładąc przede mną tę płytę. To najlepsze lekarstwo na przedświąteczną gorączkę i jedyny sposób, by nie dać się spoliczkować wszechobecnej pustce. Brawo. Jeśli ta podróż w głąb morskiej poezji Rafała Jackiewicza stała się dla Was chwilą oddechu w codziennym zgiełku, zapraszam do wsparcia Jazzdy. Każda „kawa” postawiona na buycoffee.to/jazzda  to dla nas jak łyk dobrego wina na egejskiej plaży – pozwala nam dalej płynąć pod prąd komercyjnej pustki i dzielić się z Wami muzyką, która ma znaczenie.

bottom of page