top of page
prelegenci

tamara Behler "BÉLAIR" Wiolonczela, Mocny głos, Zimna herbata i gorący debiut.


Spojrzałem na okładkę płyty. Na niej piękna kobieta. Z miejsca myśli pofrunęły w głowie za stereotypem: że związek pięknej damy z jazzem oznacza oczywisty, sztampowy, swingujący, do dna przewidywalny i rewiowy repertuar. Wrzuciłem krążek do odtwarzacza, rozsiadłem się, a na wszelki wypadek położyłem obok książkę i wcisnąłem "Play", po czym zacząłem robić herbatę.


Wtedy w pokoju rozpłynął się pierwszy numer, pomyślałem: "Oooo, ładneee... pewnie to tak na dobry początek". Gdy Oolong już się dobrze zaparzył (to nie było pierwsze parzenie, więc nieco trwało), szybował kolejny kawałek i było jeszcze lepiej. Przy trzecim utworze byłem już srodze zaintrygowany, a czwarty przykuł mnie do fotela na dobre. "Sacrebleu" – szeptałem do siebie. – "Ależ mi pani Behler dała po perkatym męskim, szowinistycznym nosie...".


Choć muszę się przyznać do jednego: to nie jest tak do końca, że talent Pani Tamary był dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Pamiętam, jak jesienią 2025 roku „Jazzda” objęła patronatem niezwykły projekt Grzecha Piotrowskiego w sali NOSPR w Katowicach z udziałem Hanny Banaszak, Ewy Bem, Ruth Wilhelmine Meyer oraz pani Tamary właśnie. Po koncercie pisałem wtedy: „Potem na scenie pojawiła się Tamara Behler. Już po chwili można było odnieść wrażenie, że oto rodzi się nowa gwiazda. Interpretowała folkowy repertuar na swój sposób, bez cienia respektu. Zachwyciła mnie miękkim, aksamitnym brzmieniem i doskonałą artykulacją. Jej zaśpiewana w kolejnym wejściu »Lipka« okazała się jednym z najpiękniejszych momentów wieczoru, wywołując burzę oklasków całej sali. Płyta pani Tamary jest na horyzoncie i ja bardzo na nią czekam”.


Czekałem, ale z pewną dozą ostrożności. Czymś innym jest bowiem krótki recital live, a czymś zupełnie innym pełny album. Do tego drugiego potrzebny jest szereg czynników: spójny, całościowy pomysł – aby krążek nie był zbiorem przypadkowych kompozycji – a także kompozycja, aranżacja, wykonanie i w końcu postprodukcja. Debiut Tamary Behler spełnia wszystkie te warunki, a w dodatku jako artystka ma ona coś, co wyróżnia ją na scenie polskiej i nie tylko: dość rzadki, splatający się i uzupełniający związek współistnienia głosu i wiolonczeli.


Ta fuzja jest tym bardziej imponująca, gdy pozna się jej genezę. Okazało się, że Tamara Behler to artystka, której droga jest równie nieoczywista, co jej muzyka. Choć ma „papier” na granie – jest absolwentką klasy wiolonczeli na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie – jej historia wymyka się akademickim ramom. Po studiach podjęła radykalną decyzję: odłożyła wiolonczelę na ponad dziesięć lat.

Ta dekada ciszy nie poszła jednak na marne. Behler wróciła do instrumentu z zupełnie nową energią, by połączyć klasyczne brzmienie strun z własnym głosem. I tu kolejne zaskoczenie, które wyjaśnia tę świeżość słyszaną w głośnikach: śpiewem zajęła się w sposób całkowicie intuicyjny, kształcąc i cyzelując głos podążając za własnym osądem. Jej wokalny warsztat to nie efekt godzin spędzonych w salach wykładowych, ale czysta pasja pielęgnowana od dziecka i doświadczenie zdobywane w boju, bezpośrednio na scenie.


Przy tej okazji muszę wtrącić małą dygresję. Do tej pory hasło "wokalistka ze Stalowej Woli" uruchamiało w mojej głowie automatyczne skojarzenie z ikoną naszej sceny, Justyną Steczkowską. Z całym szacunkiem dla dorobku Pani Justyny, po przesłuchaniu tego materiału muszę zrewidować swoje rankingi: od dziś wiem, kto jest najciekawszym damskim polskim głosem ze Stalowej Woli i jest nim dla mnie bezapelacyjnie pani Tamara.


Bo słuchając tej płyty, ma się pewność, że to liga światowa. Bez cienia wątpliwości do grona takich artystek jak Ayanna Witter-Johnson, Dom La Nena, Linnea Olsson, Ana Carla Maza czy Kelsey Lu – które wielbię – dołącza teraz Pani Behler. Robi to z lekkością, łącząc klasyczne wykształcenie z emocjonalnym podejściem.


Zanim jednak zadebiutowała tym autorskim materiałem, szlifowała swój unikalny styl u boku gigantów – koncertowała z Ewą Bem, Urszulą Dudziak czy Hanną Banaszak. Kluczowym elementem tej układanki okazał się jednak Grzech Piotrowski. To on dostrzegł jej potencjał, pomógł ukierunkować stylistykę i czuwał nad realizacją nagrań na ten debiut. Dzięki temu "Bélair" to nie tylko zbiór piosenek, ale spójna opowieść kobiety, która musiała na chwilę zamilknąć, by odnaleźć swój prawdziwy głos.


Otwierający album utwór "Eternal July" wciąga subtelnie, a dobrze wyważona i nie szarżująca wokaliza liderki krążąca nad nieoczywistym tematem pieśni kusi i zaprasza do wysłuchania kolejnej pozycji. Uwagę musi jednak też zwrócić charakterystyczne, trochę na przekór ciepłemu utworowi, mocno zagrane solo na wiolonczeli.


Ten ostry kontur znika jednak zupełnie w "Sound of Evolution"- w nim przemawiają napędzające niuanse: snująca się w tle głosu pani Tamary wiolonczela czy fenomenalnie aksamitne wypowiedzi saksofonu. Trzeci utwór pt. "Pause", kompozycja gitarzysty, Shachara Elnatana z bardzo ciekawym tekstem Małgorzaty Bernatowicz aka Carmell (prywatnie córki aktorki Ewy Kasprzyk) płynie najbliżej nurtu jazzowego i jest swoistym wstępem do mocno przearanżowanego jazz - folkowego "Oberka".


Ach! Jak wiele ciekawego dzieje się w tym pięknym utworze, który na ludycznym fundamencie buduje prawdziwy połamaniec rytmiczny, a nie hamujące się w niczym gitarowe fusion solo dopełnia całości intrygi. Autorem "Oberka" jest Grzech Piotrowski, co w zasadzie tłumaczy jego zawikłany, a jednocześnie paradoksalnie melodyjny pląs. Grzech Piotrowski jest mistrzem ludowego kamuflażu, on potrafi cudnie puścić oko do szerokich mas, a jednocześnie stworzyć utwór - ćwiczenie dla adeptów sztuki muzycznej. Pani Behler prowadzi zaś oberka pewnie - słychać pewność wielokrotnych wykonań.


W następnym utworze "Homeland" najpiękniej tym razem iskrzy się solo na saksofonie, a może to po prostu moja miłość do takich strzelistych jak gotyckie katedry zagrywek. Z kolei w "Hemoonity" wiolonczela wspaniale prowadzi nas ku uroczej rozmowie saksofonu z fortepianem. "Forgiveness" jest dla mnie niezapomniany, bo ty znów mamy szeroką, horyzontalną rozmowę instrumentów skończoną wyjątkowo mocnym głosem perkusji. Na koniec liderka obiecuje słuchaczowi "Jeszcze wrócę do ciebie" i wciąga uroczą partią wiolonczeli. Prawdziwie boski jest to koniec płyty, przystemplowany głosem saksofonu Grzecha Piotrowskiego.


Płyta "Belair" nie jest ani przez sekundę taka, taka jaka miała w moim pierwszym odczuciu być. To album z magicznego miejsca spotkania granic wielu gatunków. Dominuje tu spokój, choć czasem urocza przejażdżka zamienia się w szalony kulig (pisałem to, gdy za oknem mróz i śnieg, więc wybaczcie dziwaczne porównanie). Nic tu nie jest oczywiste, plany muzyczne bardzo szerokie, horyzontalne jak wyżyna wołyńska. Jazzu jest to dużo, ale nie zaryzykowałbym twierdzenia, że stanowi dominantę. Stylistycznie więc niesforny to album co jest jego zaletą. Nie jedyną zresztą, ale to już zostawię Państwu do odkrycia.


Cóż. Herbatę wypiłem zimną, ale warto było.


Jeśli chcą Państwo, abyśmy w Jazzda.net nadal mogli wyłapywać takie muzyczne perły, obejmować patronatem wyjątkowe wydarzenia w NOSPR i dzielić się z Wami pasją do dźwięków, które wymykają się schematom – zapraszam do wsparcia naszej działalności. Każda wirtualna kawa to dla nas paliwo do dalszego działania, pisania i odkrywania artystów tak fascynujących jak Tamara Behler.

Będę wdzięczny za każde wsparcie na: https://buycoffee.to/jazzda.net

Do usłyszenia przy kolejnym dobrym krążku!



Komentarze


bottom of page