top of page
prelegenci

Orzech w drewnianej puszce, czyli elegia o utraconym wkurwieniu. Spectrum of rebellion Olivier Laisney

6 dni temu
6 minut(y) czytania

Hej. Czy ciebie jeszcze w ogóle cokolwiek wkurwia? Czy masz jeszcze w sobie choćby iskrę, żeby cokolwiek zmieniać, rozpieprzyć ten zastany układ, trzasnąć drzwiami? Czy może należysz już do tej większości z gębą pełną frazesów, bezpiecznych życiowych mądrości i wygładzonych komunałów o tym, że „tak już ten świat wygląda”?


Bo to będzie tekst o buncie. Będzie o beznadziei, o dławiącej bezsilności i o albumie, który wreszcie – bez ceregieli, bez mizdrzenia się do kogokolwiek – wykorzystuje moją ukochaną muzykę do jednego, potężnego wrzasku: wypierdalać, chuje!


Bunt nie bierze się ze studiów nad literaturą ani z mądrych tez socjologów. Rodzi się ze zwykłego, fizjologicznego wręcz odruchu wymiotnego wobec ograniczeń.\


Mnie ukonstytuował wkurw. Zostawił wprawdzie organiczną nieufność, ale i wilczą ciekawość badacza: kiedy ktoś dziś do mnie podchodzi, muszę go najpierw obwąchać jak pies, ze wszystkich stron, a najbardziej zadek – sprawdzić, czego chce, skąd idzie i jakie ma zamiary. Inaczej mam dla niego szcztuczny uśmiech nr 752.


Kiedy miałem osiemnaście lat, nasze granice wydawały się wyciosane z jednego pnia i latwo rozpoznawalne. Byliśmy my – głodni wielkiego świata, zachłyśnięci duchem, poezją, miłością i wolnością – oraz nasi rodzice, stojący dokładnie tam, gdzie wedle nieco przewrotnej parafrazy stała przaśność: chłopska lub drobnomieszczańska hardość, wieczny lęk o jutro, kult zapobiegliwości i bylejakości, w którym jakiekolwiek porywy serca traktowano jak fanaberię gówniarza.


Dziś część z nas woli pamiętać, że walczyliśmy głównie z systemem, ale prawda bywa znacznie mniej szlachetna: po prostu wkurwiali nas ludzie słuchający chujowej muzyki estradowej, smutne panie i jeszcze smutniejsi panowie wracający ołowianym krokiem ze smutnej pracy, w której jedni udawali, że pracują, a drudzy udawali, że płacą. Dziś wolą mówić, że wszystkiemu winien socjalizm. Ta. Akurat. Jaki cudowny brak pamięci. Mnie na przykład najbardziej wpieniali wszystkowiedzący dorośli i ten brutalizm: doprośniesz, to dostaniesz po dupsku. Dorosłem. Skopałem dupsko innym.


Wtedy bunt był jednak jak powietrze, pozwolił wszak zrzucić to jarzmo, a przy okazji oberwalo się socjalizmowi, ktory też odrzuciliśmy z poczuciem niemal prometejskiej misji. Byliśmy święcie przekonani, że to ten przeklęty ustrój jest tamą trzymającą nas z dala od powszechnej mądrości, że wystarczy wyważyć drzwi celi, by za progiem odnaleźć dojrzałe, rozumne społeczeństwo. Myśleliśmy, że z tego zrodzi się nowa mądrość.


A potem nastały lata dziewięćdziesiąte, dwutysięczne, i z każdym rokiem otwieraliśmy oczy coraz szerzej, aż to zdziwienie zastygło w bezsilne zdumienie. Rzeczywistość nie poszła w stronę wolnego ducha. Poszła w stronę kasy. I stanęła grzecznie w ogonku.


I bunt zniknał. Zupełnie. Jak hdyby nigdy nic przestał istnieć. Nie został rozjechany czołgami a raczej został spakowany w blister jako jedna z tabletek na ból istnienia, tym samym wprzęgnięty w machinę posiadania, pocięty na równe plasterki i wystawiony na sprzedaż za pięć pięćdziesiąt. Przypomina mi się afrykańska pułapka na małpy, którą genialny Benjamin Barber przywoływał w swoich diagnozach skonsumowanego świata: do wbitego w ziemię słupka przybija się małe pudełko z wąskim otworem, a w środku kładzie dorodny orzech. Zwierzę wsuwa łapkę, zaciska garść na zdobyczy i… nie może jej wyciągnąć. Dla każdego z boku jest jasne, że wystarczy rozewrzeć palce i uciekać. Ale małpa prędzej zdechnie z głodu i pragnienia na oczach nadchodzących myśliwych, niż wypuści łup.


Konsumenci przełomu tysiącleci stali się dokładnie takimi małpami. Zostaliśmy schrupani przez system oparty na monecie i rynkowej wycenie, w którym cennik nakłada się na wszystko, włącznie z relacjami. Patrzę na pokolenia po nas i nie widzę buntu. Otacza mnie mglista, bezosobowa magma uśmiechniętych, potwornie ze wszystkiego zadowolonych ludzi, którzy potulnie czekają na kolejne gadżety i nucą radiowe pioseneczki o tym, że nie warto iść pod wiatr, skoro wieje w dobrą stronę, nie trzeba gonić gwiazd, bo same spadną pod nogi, i po co chwytać dzień, skoro ma się w kieszeni bezpieczne tygodnie. Wszystko miłe, gładkie, letnie.


Przez parę drobnych dni z dziką radością witałem rzucane na ulicach „wypierdalać” przez kobiece manifestacje. Słyszałem je także pod swoim adresem – pięćdziesięciolatka, „dziadersa” ze starczymi anegdotami i protekcjonalnym bagażem doświadczeń. Cieszyłem się jak dziecko. Myślałem: „Nareszcie! Młodość musi mieć w dupie nasze mądrości, niech wywalą nas na śmietnik, niech piszą swój przewodnik sami, poobijają się o własne kanty, bo życia nie da się wyuczyć z trasy z przewodnika Pascala”.


Ale okrzyk wyblakł.

Rozmył się w uładzonych postach i korporacyjnych rytuałach. Aż zgasł. Znowu wszyscy są przeraźliwie hepi – rzemieślnicze piwko zero procent, leżaczek, słonko, kredycik i definiowanie siebie przez status w pracy albo nieludzko nudny model lukrowanej rodziny z reklamy margaryny. Gdyby Franz Kafka pisał Proces dzisiaj, Józef K. dałby się zarżnąć już na pierwszej stronie z pełnym rezygnacji wzruszeniem ramion: „No dobra, rozwalcie mnie, byle szybko. Przynajmniej ograłem PlayStation do oporu i położyłem Obiecanego Małżonka Radahna w Elden Ringu”.


Albert Camus w Człowieku zbuntowanym pisał: „Czymże jest człowiek zbuntowany? Człowiekiem, który mówi: nie. Ale chociaż sprzeciwia się, nie rezygnuje: jest także człowiekiem, który mówi: tak, już od pierwszego swego porywu. (...) Buntownik w potocznym sensie tego słowa wykonuje zwrot; szedł pod batem pana, a oto odwraca się twarzą do niego. Przedkłada to, co dobre, nad to, co złe. Nie każda wartość pociąga za sobą bunt, ale każdy odruch buntu powołuje się milcząco na jakąś wartość”.


U nas ten odruch zanikł. Lecz na drugim końcu śródziemnomorskiego świata bunt wciąż ma bardzo konkretny, fizyczny adres. I stamtąd do mnie dotarł pod postacią muzyki.


Obóz Burj al-Barajneh na południowych przedmieściach Bejrutu. Skrawek ziemi wielkości jednej dzielnicy, w którym stłoczono od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy ludzi – Palestyńczyków i uciekających przed wojną Syryjczyków. Wąskie gardła uliczek, przegniła kanalizacja, piwnice tonące w wodzie każdej zimy i domy dobudowywane w górę, piętro na piętrze, bo w bok nie ma już ani centymetra wolnej przestrzeni. Libańskie prawo od dziesięcioleci dławi uchodźców zakazami budowy i pracy, a każdy kolejny wstrząs – od krwawej wojny domowej po zapaść gospodarczą po 2019 roku – uderza w ten betonowy labirynt najboleśniej. Obóz stanął w 1948 roku, zaraz po Nakbie, dla uciekinierów z Galilei. Zaczynało się od namiotów zamieszkanych przez całe familie z Tarszichy. Podczas wojny domowej Burj al-Barajneh obrócono w ruinę; UNRWA szacowała, że w samym 1990 roku zniszczono lub zdewastowano ćwierć tutejszych schronień.

Właśnie w tym dymie i zaduchu w połowie lat 2000 powstała Katibe 5 („Piąty Batalion”) – formacja założona przez Oslooba. Ich debiut Witajcie w obozach walił prosto w zęby: o korupcji, o wojskowych posterunkach i o bratobójczych wojenkach palestyńskich frakcji. Żadnych estetycznych filtrów, zero mizdrzenia się do słuchacza. Na tym tle bunt Oslooba jest nieoczywisty wyłącznie dla sytego Europejczyka – dla chłopaka z Bejrutu jego źródłem był dach nad głową, którego nigdy nie mógł brać za pewnik.



Marzył o wyjeździe do Anglii, ale los rzucił go na wizę do Francji. W Paryżu jego surowy, ukształtowany w cieniu posterunków rap zderzył się czołowo z francuską awangardą jazzową.


Punktem zwrotnym okazało się spotkanie z trębaczem i kompozytorem Olivierem Laisneyem. Laisney, wracający z autorskim projektem po latach grania ramię w ramię z flecistą Magikiem Malikiem, wniósł do tej relacji wyrafinowany, matematyczny wręcz aparat harmoniczny. Wspólnie z Malikiem wypracowali język improwizacji rozpięty na modusach o ograniczonej transpozycji Oliviera Messiaena – mistycznego kompozytora, synestetyka i żarliwego katolika – oraz na systemie sygnatur tonalnych Malika. Laisney wspominał:


„Zawsze pociągało mnie mieszanie gatunków, bez względu na formę wyrazu. W tym nowym projekcie chciałem zestawić barwy skal Messiaena z tradycyjnymi pieśniami arabskimi. Już od pierwszych prób ta alchemia zadziałała zaskakująco dobrze. Melodie śpiewane przez Oslooba natychmiast odnalazły swoje miejsce w tych wielobarwnych klasterach dźwiękowych wywiedzionych z trybów Messiaena”.


Tak powstał album Spectrum of Rebellion, zarejestrowany w paryskim studiu Sextan. Skład dopełnili pianista Enzo Carniel, kontrabasista Étienne Renard i perkusista Stéphane Adsuar.


Kiedy włącza się ten materiał, nie ma mowy o żadnym bezpiecznym, ugrzecznionym graniu. Płyta otwiera się potężnym, przeszywającym sygnałem trąbki Laisneya – brzmieniem stanowczym, a jednocześnie noszącym w sobie nutę rozdzierającego lamentu. To dźwięk jak fabryczna syrena alarmowa rozdzierająca ciszę poranka, która tnie powietrze i ryczy prosto w twarz: „Pobudka!”.


A potem wchodzi Osloob. Jego gardłowy, wściekły, chropowaty głos nie potrzebuje tłumacza, żeby wbić słuchacza w fotel. Nie rozumiałem z początku ani słowa, ale od pierwszego uderzenia werbla wiedziałem: to nie jest poza. To nie jest artystowski grymas faceta, który oburza się przy modnym stoliku na przedmieściu. To autentyczny, fizyczny wkurw człowieka, który wie, jak pachnie proch w obozie i co to znaczy być zepchniętym na sam skraj paryskiej linii metra numer 13. Kiedy przetłumaczyłem te teksty, uderzył mnie ich monumentalny ciężar: obrazy poległych towarzyszy na odrapanych ścianach, ślady po kulach snajperów w elewacjach, cynizm przywódców handlujących ludzkim losem i fałsz garniturów decydujących o wojnie i pokoju. Fatah chuje. Hamas chuje. IDF chuje. Wszyuscy chuje.


Zaraz zlecą się ideologiczni buchalterzy, którzy usłyszą w tym jedynie głos gościa z enklawy, z getta, żądając tym samym deklaracji: stajesz tam, gdzie Hamas, czy tam, gdzie IDF? Odpowiadam im słowami Jacka Kleyffa z genialnego "Źródła":


„Są w świecie dziś rachunki krzywd,


lecz gdy tłum będzie gonił kogoś


w strzępach munduru ślepą drogą,


to póki co uchylę drzwi”.


Zawsze uchylę drzwi. Choćby dla samej przekory, dla czystego buntu przeciw sformatowanemu, nienawistnemu motłochowi.


Spectrum of Rebellion – muzyka zrodzona z obozowego mikrofonu i skrajnie złożonych klastrów Messiaena – mówi nam coś fundamentalnego o utraconej w naszej sytej kulturze umiejętności mówienia twardego, nieprzejednanego „nie”. Pokazuje, że bunt to nie luksusowa zabawka ze straganu ani hashtag na ekranie smartfona. To desperacki, samotny odruch człowieka, który odmawia zaciśnięcia dłoni na podsuniętym mu orzechu.


Ja pierdolę, jak ta płyta mi się podoba.



Komentarze


bottom of page