top of page
prelegenci

Jazzowa odyseja EYM Trio "NOMAD SESSIONS"

28 sie
11 minut(y) czytania

Zamiast bezpiecznych ścian studia – bezdroża, dachy wieżowców, opustoszałe zaułki i bezkresne pustynie wszystkich kontynentów. Zamiast sceny w klubie i rzędów kiwających ze znawstwem głowami fanów jazzu – prości tubylcy, zaciekawieni przechodnie, wałęsające się psy, koty, a na pustkowiach pewnie i skorpiony. Francuzi z EYM Trio postanowili wywrócić sceniczny porządek do góry nogami i wreszcie oddają w nasze ręce kompletny zapis tej niezwykłej odysei: „Nomad Sessions”.


To nie jest takatam zwykła płyta. To raczej dźwiękowy pamiętnik z podróży dookoła świata. Pamiętnik bez filtra, dogrywek i producenckich nakazów.


Po co, do czego, gdzie ta podróż?

Zadajmy sobie pytanie: czym dziś jest jazz?

Ha!

Pojawi się tysiąc różnych interpretacji, ale w większości z nich znajdzie się wspólny mianownik: autentyczny zapis materiału w stu procentach na żywo.


Muzycy z EYM Trio postanowili zrealizować tę ideę dosłownie i zagrać „na setkę” w kilkunastu niezwykłych miejscach na świecie. Nie ma tu studyjnego retuszu ani cyfrowego wygładzania potknięć – jest czysta prawda chwili, którą można nie tylko zobaczyć na dostępnych w sieci nagraniach wideo, ale przede wszystkim usłyszeć.


MAPA MUZYCZNEJ PODRÓŻY EYM TRIO
MAPA MUZYCZNEJ PODRÓŻY EYM TRIO

Zanim wybierzecie się w tę podróż, poznajcie ludzi, którzy za tym stoją. Francuski zespół EYM Trio tworzą trzej muzycy:

  • Elie Dufour – fortepian

  • Yann Phayphet – kontrabas

  • Marc Michel – perkusja



Elie Dufour


francuski pianista, klawiszowiec i kompozytor, współzałożyciel EYM Trio. Absolwent konserwatoriów m.in. w Lyonie i Chambéry, w swojej grze łączy solidny warsztat klasyczny z nowoczesną improwizacją jazzową. W twórczości zespołu odpowiada przede wszystkim za architekturę harmoniczną i chwytliwe tematy melodyczne, swobodnie czerpiąc inspiracje z folkloru bałkańskiego, rytmów Ameryki Łacińskiej oraz muzyki karnatyckiej.

Yann Phayphet


francuski kontrabasista i basista, stanowiący harmoniczny oraz rytmiczny fundament EYM Trio. Wykształcony w renomowanych francuskich szkołach muzycznych, wyróżnia się głębokim, sprężystym brzmieniem, biegłością w grze smyczkiem oraz doskonałym wyczuciem nieregularnych podziałów rytmicznych

Marc Michel


uznany francuski perkusista i kompozytor, absolwent prestiżowej Royal Academy of Music w Londynie oraz Conservatoire National Supérieur de Musique w Lyonie. Laureat licznych międzynarodowych nagród, ceniony za niezwykłą wyobraźnię barwową i wszechstronność dynamiczną. W trio mistrzowsko łączy nowoczesny jazzowy drive z polirytmicznymi tradycjami Azji i Afryki Północnej,


Na kilku utworach – m.in. w Borders (Nowy Jork), Emile (Amsterdam) oraz Song for Anilou (Quebec) – słychać głos i flet genialnej artystki z Indii: Varijashree Venugopal (brilliant vocalist and flutist from India). Efekt to połączenie muzyki karnatyckiej z tradycją europejską i autentyzmem jazzu.

Płyta zaczyna się zresztą niezwykle symbolicznie – utworem Borders („Granice”). Trio rozstawiło się w sercu nowojorskiego Financial District na Dolnym Manhattanie, na placu przy 28 Liberty Street (d. One Chase Manhattan Plaza). Zagrali na charakterystycznym, pomalowanym w słoneczniki pianinie miejskim, wystawionym w ramach społecznego projektu Sing for Hope Pianos. Marc Michel zamiast pełnego zestawu perkusyjnego okłada… zwykłe kartonowe pudło, a całą narrację prowadzi hipnotyzujący głos Varijashree. Grają skoczny, nowoczesny jazzowy kawałek, pulsujący miejską energią. Dlaczego to wybór symboliczny? Ano ku światowemu zaskoczeniu otwarte dotąd na świat USA stały się w ostatnich latach jednym z najsilniejszych symboli stawiania barier i uszczelniania granic. Nie jest to miejsce, aby oceniać tę politykę – sami muzycy również jej nie oceniają. Z reporterską dociekliwością po prostu stają w cieniu drapaczy chmur jazzowej stolicy globu i grają kawałek o wytyczaniu granic.



CO TO JEST SING FORM HOPE PIANOS


Sing for Hope Pianos – sztuka dla każdego na ulicach Nowego Jorku


  • Organizator: Sing for Hope (nowojorska organizacja non-profit założona przez Monicę Yunus i Camille Zamorę)

  • Idea projektu: Przekształcanie używanych pianin i fortepianów w unikalne dzieła sztuki przez lokalnych artystów wizualnych, projektantów i malarzy, a następnie udostępnianie ich w przestrzeni publicznej

  • Dostępność: Instrumenty trafiają na ulice, do parków, na place miejskie oraz stacje metra we wszystkich pięciu okręgach Nowego Jorku z otwartym zaproszeniem do gry dla każdego przechodnia i artysty

  • Finał akcji: Po zakończeniu plenerowej ekspozycji instrumenty przechodzą profesjonalny serwis i są przekazywane na stałe do nowojorskich szkół publicznych, szpitali, ośrodków opieki oraz domów kultury

  • Lokalizacja z teledysku EYM Trio: 28 Liberty Street (Fosun Plaza, Financial District, Nowy Jork)

  • Oficjalna strona www: singforhope.org


Z Dolnego Manhattanu przelatujemy w linii prostej ponad 5800 kilometrów na wschód – prosto do marokańskiej Casablanki. I z miejsca wpadamy w zupełnie inny świat.


Tam – chłodny marmur, drapacze chmur, nowoczesność i symbol globalnego bogactwa. Tu – surowa historia, spalony słońcem kamień i morska bryza znad Atlantyku. Muzycy nie wybrali tej scenerii przypadkowo. Rozstawili swój sprzęt na kamiennym dziedzińcu Bastionu La Sqala – XVIII-wiecznej fortyfikacji wzniesionej przez sułtana Sidi Mohammeda Ben Abdellaha, przylegającej bezpośrednio do murów Starej Medyny. To właśnie w tym miejscu bije historyczne źródło metropolii. To od tutejszego, bielonego wapnem domu, służącego portugalskim i hiszpańskim żeglarzom za punkt nawigacyjny na oceanie, wzięła się nazwa miasta: Casa Blanca, czyli dosłownie „Biały Dom” (po arabsku Dar al-Bayda).


Kadr jest wręcz malarski: potężny, piaskowy mur obronny, mauretańskie łuki z błękitnymi wrotami, wystające znad blanków korony palm i trio grające w samym centrum tej surowej, otwartej przestrzeni. Najlepszym dowodem na to, z jak bezkompromisowym żywiołem mamy do czynienia, jest zresztą sam początek nagrania. Pierwsze sekundy na ścieżce to… doniosłe szczekanie przebiegającego w pobliżu psa. Dopiero po tej czworonożnej introdukcji wchodzą instrumenty. EYM Trio nie szukało pocztówkowego orientu z turystycznych folderów – zagrali w sercu dawnej twierdzy, gdzie ich europejski jazz wszedł w natychmiastowy dialog z echem oceanu, wiatrem i codziennym pulsem Casablanki.


Słucha ich zaledwie około siedmiu przypadkowych turystów, gdzieś w tle bez opamiętania drą się lokalne psy, a wiatr szarpie mikrofony. Wspaniałe! To nie usterka techniczna, ale czyste, żywe złoto – zapis absolutnej improwizacji w zderzeniu z miejskim żywiołem.



Z marokańskiego upału i kurzu przenosimy się na północ Europy – do Amsterdamu, gdzie powstaje utwór „Émile”.

To numer wyraźnie spokojniejszy i powolniejszy, jakby zespół po intensywnych wcześniejszych wojażach chciał dać słuchaczowi chwilę wytchnienia. Muzycy rozstawili się w Amsterdam-Noord, na drewnianym, schodkowym pomoście nad wodami rzeki IJ, tuż obok nowoczesnej bryły EYE Filmmuseum.

Kadr klipu jest pełen przestrzeni i niderlandzkiego spokoju. W tle, po drugiej stronie szerokiej tafli wody, majaczą białe łuki zadaszenia dworca Amsterdam Centraal, nowoczesne biurowce oraz cumujące statki wycieczkowe, podczas gdy po rzece leniwie przesuwają się miejskie promy łączące oba brzegi. Na pierwszym planie króluje absolutny minimalizm – artyści siedzą wprost na deskach nabrzeża. Elie Dufour gra na przenośnym instrumencie ustawionym na niskim statywie, Yann Phayphet opiera kontrabas o pomost, a Marc Michel rezygnuje nawet z prowizorycznych pudeł i trzyma w dłoni wyłącznie pojedynczy talerz perkusyjny, delikatnie muskając go miotełką.

W tę wyciszoną scenerię wchodzi stojąca nad brzegiem Varijashree Venugopal. Jej głos i partie fletu snują się po tafli IJ z niezwykłą lekkością, naturalnie wplatając południowoindyjską ornamentykę w chłodny, portowy pejzaż miasta. Zamiast miejskiego zgiełku dostajemy hipnotyzujący, czysty pejzaż dźwiękowy.



Z uporządkowanego, chłodnego Amsterdamu przelatujemy prosto do indyjskiego Bengaluru (Bangalore) – rodzinnego miasta Varijashree Venugopal. Dla EYM Trio to wyprawa do źródeł fascynacji Wschodem, a sceneria dla kompozycji „Ginkgo Biloba” nie mogła być bardziej autentyczna.


Muzycy rozstawiają instrumenty wprost na wąskiej, wybrukowanej uliczce w starej części miasta (Old Bangalore), tuż przed wejściem do lokalnego sklepu z figurkami i pamiątkami. Kadr tętni surową, indyjską codziennością. Wąską alejką leniwie przechadzają się święte krowy, obok przeciskają się zaciekawieni przechodnie w klapkach, a w tle widać stragany z owocami i wiszące prowizoryczne płachty. Muzycy grają w słuchawkach na uszach, wtopieni w kurz, hałas i rytm indyjskiej ulicy. Ta zderzona z miejskim żywiołem muzyka nabiera nowej energii wraz z pulsem subkontynentu indyjskiego.



Z gwarnych, pędzących Indii przelatujemy do zupełnie innej rzeczywistości – prosto do Indonezji, w rejon miasta Bandung na Jawie. Kolejny utwór, „I’m travelling alone”, zaczyna się surowym, przejmującym szumem górskiego wiatru, który natychmiast buduje nastrój izolacji i bezkresnej przestrzeni.


To krajobraz jak z innej planety: potężny, aktywny stratowulkan Tangkuban Perahu. Kadr robi piorunujące wrażenie. Muzycy rozstawili instrumenty na surowej, popielatej półce skalnej, tuż nad ziejącym kraterem, z którego bez przerwy unoszą się kłęby siarkowego dymu. Od przepaści i wulkanicznego pieca dzieli ich zaledwie prowizoryczny, zbity z drewnianych żerdzi płot.

I jakby na złość surowej naturze, EYM Trio zaczynają wartko. Główny temat odbija się echem po tych bezkresnych przestrzeniach, po czym zwalnia, wyraźnie hamuje, aby po chwili znów wrócić z pełną siłą i wić się w nieskończoność. Marc Michel za minimalistycznym bębnem basowym, Elie Dufour przy klawiszach i Yann Phayphet operujący kontrabasem budują hipnotyczne napięcie, które idealnie rezonuje z grozą i majestatem drzemiącego pod ich stopami wulkanu.


Tangkuban Perahu to wciąż aktywny stratowulkan wznoszący się na wysokość 2084 m n.p.m. na indonezyjskiej Jawie, nieopodal miasta Bandung. Jego nazwa w języku sundajskim oznacza dosłownie „odwróconą łódź”, co nawiązuje do spłaszczonej sylwetki góry oraz prastarej lokalnej legendy. To miejsce o iście księżycowym, surowym krajobrazie – monumentalny krater Kawah Ratu zieje popielatą pustką, a z jego trzewi nieustannie unoszą się kłęby gryzących, siarkowych oparów, przypominając o drzemiącej pod ziemią potędze (ostatnie gwałtowne erupcje miały tu miejsce w 2013 i 2019 roku). Wyjątkowość Tangkuban Perahu polega również na tym, że jako jeden z nielicznych czynnych wulkanów w regionie pozwala na dojazd niemal na sam skraj przepaści, co otworzyło muzykom drogę do rozstawienia instrumentów na krawędzi tego dymiącego kolosa.



Z indonezyjskiego wulkanu wędrujemy na drugą stronę Pacyfiku, prosto do Ameryki Południowej. Kolejny utwór z płyty, „Liminal”, nie doczekał się niestety wideoklipu – a wielka szkoda, bo to kompozycja o niezwykłej, wręcz filmowej urodzie. Wiadomo jedynie, że materiał zarejestrowano w stolicy Chile, Santiago, jednak dokładna lokalizacja tego pleneru pozostaje słodką tajemnicą francuskiego trio. Czy był to dach wieżowca z widokiem na ośnieżone szczyty Andów, cichy zaułek artystycznej dzielnicy Bellavista, czy może surowa, betonowa przestrzeń miejskiego placu? Pozostają nam wyłącznie domysły i czysta muzyka, która idealnie oddaje stan zawieszenia sugerowany przez sam tytuł – subtelna, rozmarzona i pulsująca południowoamerykańskim nerwem.


Z tajemniczego Santiago przenosimy się na północ kontynentu – wprost do kolumbijskiej Cartageny, perły Morza Karaibskiego. Zespół wspomina tę wyprawę jako jeden z najbardziej epickich, ale i najbardziej wyczerpujących momentów w historii swoich tras koncertowych.

Kompozycję „No Madness” nagrali na żywo, w szalonym tempie i w palącym słońcu, rozstawiając się na dachu hotelu w samym sercu starego miasta. Kadr klipu doskonale oddaje ten karaibski żar. Pod wiszącymi nad tarasem girlandami żarówek trio daje prawdziwy popis surowej, dynamicznej energii. Elie Dufour znów siada na swojej niezastąpionej walizce za klawiaturą, Marc Michel wyciska siódme poty przy minimalistycznym werblu i talerzu, a Yann Phayphet w okularach przeciwsłonecznych napędza wszystko pulsującym basem. W tle za ich plecami rozciąga się zachwycająca panorama miasta: zabytkowe, kolonialne dachy z czerwonej dachówki, kopuły wiekowych kościołów, palmy, a w oddali – nowoczesne wieżowce i bezkres Morza Karaibskiego. „No Madness” to szybki, czysty, skondensowany ogień – słychać w nim i pośpiech, i pot, i niesamowitą frajdę z grania pod karaibskim niebem.



Z dachu w gorącej Cartagenie wracamy do Azji Południowo-Wschodniej – tym razem na południowe wybrzeże indonezyjskiej Jawy, w rejonie Gunungkidul nieopodal Yogyakarty, gdzie leży Pantai Ngrenehan. To urokliwa, ukryta wśród wapiennych klifów zatoka i tradycyjna wioska rybacka, gdzie na piaszczystym brzegu cumują dziesiątki kolorowych, tradycyjnych łodzi jukung, a w powietrzu unosi się zapach świeżych ryb i oceanicznej soli. W tej scenerii eksploduje „Paradiso Perduto”, czyli z włoskiego „Raj Utracony”. Tytuł wydaje się nieprzypadkowym komentarzem do miejsca – odnosi się do ginącego świata tradycyjnych rybaków, których odwieczny, surowy tryb życia i organiczny kontakt z naturą są stopniowo wypierane przez postępującą industrializację oraz ekspansję masowej turystyki, bezpowrotnie zmieniającej oblicze jawajskiego wybrzeża. Zamiast jednak popadać w żałobny ton, EYM Trio składa temu znikającemu rajowi hołd w postaci kompozycji niezwykle żywiołowej, pełnej polirytmicznego żaru i nieskrępowanej pasji. Co ciekawe, to już drugi po chilijskim „Liminal” utwór na albumie, który nie doczekał się oficjalnej rejestracji wideo, pozostawiając słuchaczowi czyste pole dla wyobraźni.


Z indonezyjskiego wybrzeża wracamy do Ameryki Południowej, wraz z EYM Trio. Tym razem lądujemy w sercu kolumbijskiego regionu kawowego, w malowniczym Salento, a na warsztat trafia utwór o intrygującym, nieco surrealistycznym tytule „Picnic in Tchernobyl”.

Po długim, ulewnym i niespodziewanie deszczowym dniu muzycy złapali ulotną chwilę szczęścia tuż przed zachodem słońca. Zorganizowali w ostatniej chwili spontaniczną sesję , mając ułamek podstawowego sprzętu. W ciągu zaledwie pięciu minut jesteśmy świadkami, jak nad miastem gasną ostatnie promienie dnia i zapada gęsty zmierzch, a w końcówce utworu wzdłuż uliczek zapalają się już ciepłe lampy uliczne. Sama muzyka idealnie oddaje tę zmienność aury – pędzi na złamanie karku, pulsuje nerwem, by po chwili gwałtownie zwolnić, wyhamować i stopić się z chłodną, wieczorną mgłą Salento. Zderzenie kolumbijskiego pejzażu z przewrotnym tytułem „Piknik w Czarnobylu” dodaje całości intrygującego, niemal filmowego posmaku, w którym natura, zapadający mrok i czysty jazz tworzą idealną synergię.



Z gorącej Kolumbii ruszamy daleko na północ, do francuskojęzycznej części Kanady. Kolejny przystanek to Quebec i utwór „Song for Anilou”. To już trzecia kompozycja na płycie, która nie doczekała się wideoklipu – i znów wielka szkoda, bo mamy do czynienia z absolutną perłą albumu. To przepiękna, niespieszna, klasycznie skrojona ballada jazzowa, którą zjawiskowo rozświetla wokal Varijashree Venugopal.

Obecność artystki z Bengaluru wynosi ten utwór na zupełnie inny poziom. Wychowana w tradycji muzyki karnatyckiej wokalistka i flecistka nie jest tu jedynie egzotycznym dodatkiem – to artystka o genialnym słuchu absolutnym, która z niewymuszoną swobodą łączy rygorystyczną, południowoindyjską mikrotonowość z europejską harmonią i jazzową improwizacją. W „Song for Anilou” to zderzenie światów wypada wręcz modelowo. Wschód z Europą stapiają się w jedną, organiczną całość; zachodnia melancholia fortepianowego trio Dufoura, Michela i Phaypheta spotyka się z jedwabistym, ornamentowanym głosem Varijashree, tworząc przestrzeń o niezwykłej czułości i głębi. To bez wątpienia jeden z najbardziej udanych, subtelnych i skończonych momentów całego wydawnictwa.


Wielką, międzykontynentalną podróż EYM Trio wieńczy powrót na Stary Kontynent – lądujemy w Wenecji przy utworze „Wall of Sant Andrea”.

Sceneria tego finału jest wręcz majestatyczna. Muzycy rozstawili swoje instrumenty na kamiennym dachu XVI-wiecznej twierdzy obronnej Forte di Sant'Andrea, wzniesionej według projektu wybitnego renesansowego architekta Michele Sanmichelego. Ten potężny bastion przez stulecia strzegł głównego wejścia do portu weneckiego od strony cieśniny Porto di Lido, broniąc dostępu do Najjaśniejszej Republiki przed wrogimi flotami.

W kadrze, w ciepłym świetle chylącego się ku zachodowi słońca, za plecami trio rozpościera się zachwycająca, otwarta panorama Laguny Weneckiej. Po lewej stronie widać cypel Lido z wieżą kościoła San Nicolò, a w centrum i na horyzoncie majaczą w oddali weneckie dzwonnice, kopuły świątyń oraz sylwetka wyspy San Giorgio Maggiore.

To miejsce to swoista historyczna brama do europejskiej kultury i muzycznego dziedzictwa. To przecież tutaj rodziła się polifonia szkoły weneckiej, tu w bazylice św. Marka swoje rewolucyjne dzieła pisał Claudio Monteverdi, a nieco dalej Antonio Vivaldi tworzył fundamenty barokowego koncertu. Grając na szczycie dawnego bastionu, EYM Trio symbolicznie łączy ten przebogaty, wenecki krwioobieg z doświadczeniami zebranymi na bezdrożach Indii, Indonezji i Ameryki Południowej. Muzyka płynie lekko, przestrzennie, zamykając nomadyczną sagę w miejscu, gdzie kultura od zawsze spotykała się z bezkresem morza.



Tyle jeśli chodzi o program samego krążka, ale projekt Nomad’ Sessions ma także swoje fascynujące, filmowe bonusy, po które zdecydowanie warto sięgnąć. Album stanowi w gruncie rzeczy swoiste, nietypowe the best of francuskiego zespołu – zarejestrowane na żywo w najdalszych zakątkach globu kompozycje to w większości nowe, plenerowe inkarnacje utworów znanych z ich wcześniejszych płyt studyjnych: „Khamsin”, „Sādhana”, „Bangalore” oraz „Casablanca”. W sieci krążą jednak nagrania z tej samej nomadycznej serii, które na winyl ostatecznie nie trafiły, a kryją w sobie niezwykły urok.


Szczególną uwagę zwraca wideo do utworu „Merapi”, zarejestrowane dzień po wyprzedanym, entuzjastycznie przyjętym koncercie w ich ukochanym weneckim klubie i osterii – noszącej znamienną nazwę Il Paradiso Perduto. Zespół, przy wsparciu przyjaciół z lokalu (którzy pomogli w nie lada wyzwaniu logistycznym, jakim jest transport kontrabasu, bębnów i klawiszy łodzią przez weneckie kanały), rozstawił się z instrumentami wprost na bruku placu Campo dei Gesuiti w dzielnicy Cannaregio.

Kadr urzeka autentyzmem i ciepłym, pastelowym światłem. W tle widać malownicze, nadgryzione zębem czasu kamienice z odchodzącym tynkiem, przecięte wąskim kanałem Rio dei Gesuiti, po którym leniwie mkną łodzie. Przed muzykami toczy się normalne życie: po moście przechodzą mieszkańcy z zakupami, turyści przysiadają na kamiennych murkach, a trio w słuchawkach na uszach wyczarowuje dźwięki kompozycji noszącej nazwę innego groźnego indonezyjskiego wulkanu, zderzając azjatycką energię z leniwym, historycznym rytmem weneckiego zaułka.



Drugim zjawiskowym bonusem wideo, którego nie sposób pominąć, jest sesja do utworu „Khamsin” – kompozycji tytułowej z płyty z 2016 roku, zarejestrowanej na surowej pustyni Agafay w Maroku.


Nagranie zaczyna się właśnie przejmującym, świszczącym głosem wiatru, a pierwsze, co widzi widz, to bezkres pustyni – bezbrzeżny ocean piachu, surowych kamieni i obezwładniający ogrom natury. Sam tytuł nie jest przypadkowy: chamsin to w języku arabskim gorący, gwałtowny wiatr pustynny. Jak sami muzycy przyznali, ruszając w plener, zupełnie nie zdawali sobie sprawy, jak potężny i bezwzględny może być ten żywioł na kilka minut przed zapadnięciem nocy. A mrok opada na pustynię dokładnie w samym środku utworu.


W otoczeniu jałowych wzgórz trio toczy fascynujący pojedynek z naturą. Z każdą minutą porywy stają się coraz silniejsze, targając mikrofonami i ubraniami muzyków, a gasnące niebo potęguje surowy, niemal mistyczny nastrój. Orientalny, transowy motyw kompozycji idealnie stapia się z tym zjawiskiem – muzyka jest gęsta, pulsująca i niepokojąca. To jedna z najbardziej spektakularnych rejestracji z całego nomadycznego cyklu, w której pustynny wiatr stał się równorzędnym, improwizującym członkiem zespołu.




Komentarze


bottom of page