top of page
prelegenci

Mroczne sekrety Hollywood odziane w psychodeliczny funk. Szanowni! oto Freyja Garbett i jej „Sowden House”


Wyobraźcie sobie budynek w Los Angeles, który wygląda jak otwarta paszcza rekina albo aztecka świątynia zagłady. Dom, w którym w latach 40. mieszkał dr George Hodel – genialny szaleniec, jeden z podejrzanych w najsłynniejszym, nierozwiązanym morderstwie Ameryki: sprawie Czarnej Dalii. Ten sam dom, który zamyka mroczne śledztwo w kultowej grze L.A. Noire.

A teraz wyobraźcie sobie, że zamykacie oczy, a z tego architektonicznego potwora zaczyna sie z cicha sączyć do was muzyka. I nie jest to tradycyjny, zakurzony jazz z lat 40., ale gęsty, duszny, psychodeliczny funk rodem z najlepszych thrillerów lat 70. Właśnie to zrobiła australijska kompozytorka i pianistka Freyja Garbett na swoim najnowszym, wydanym w miniony piątek albumie „Sowden House”.


A teraz poczytajcie prawdziwą historię, która jest genezą tego albumu, a dotyczy prawdziwego domu z LA i jego tajemnic.


Cienie nad Los Angeles: George Hodel i Czarna Dalia


Żeby w pełni zrozumieć, czym pulsuje ta płyta, musimy cofnąć się do stycznia 1947 roku. To wtedy na pustej parceli w Los Angeles odnaleziono przecięte precyzyjnie na pół ciało Elizabeth Short, znanej jako Czarna Dalia. Ta zbrodnia do dziś pozostaje jedną z największych, nierozwiązanych zagadek Ameryki, koszmarem krążącym nad zalanym słońcem Hollywood. Ciało Elizabeth Short zostało znalezione 15 stycznia 1947 roku na trawniku w południowym Los Angeles, przy South Norton Avenue (dokładnie między West 39th a Coliseum Street). W tamtym czasie była to pusta, jeszcze niezabudowana działka w rozrastającej się dzielnicy Leimert Park. Miejsce było odludne, porośnięte chaszczami, co pozwoliło mordercy porzucić zwłoki pod osłoną nocy, odpowiednio je ułożyć. Po co? Ano za chwilę to wytłumaczę.


Jednym z głównych podejrzanych w śledztwie prowadzonym przez policję z LAPD był wspomniany na wstępie dr George Hodel – genialny chirurg, koneser sztuki, człowiek o nieprzeciętnym intelekcie i mrocznych skłonnościach. Dlaczego? Otóż Hodel organizował u siebie w domu orgie, które przełamywały wszelkie tabu epoki, a myslę, że spokojnie przełamałyby tabu dzisiejsze.


Miejscem tych wydarzeń był właśnie Sowden House przy Franklin Avenue., który do niego należał. Wielki (520 metrów kwadratowych z siedmioma sypialniami, czterema łazienkami), tajemniczy, nowoczesny, zaprojektowany przez syna słynnego architekta, Lloyda Wrighta, Erica Lloyda Wrighta.


Dr George Hodel był snobem i wielkim miłośnikiem sztuki awangardowej, a w latach 40. osobiście przyjaźnił się z Manem Rayem, który wówczas mieszkał w Hollywood. Co z tego? Otóż Man Ray z kolei (właściwie Emmanuel Radnitzky, 1890–1976) to jedna z najważniejszych i najbardziej wpływowych postaci XX-wiecznej awangardy – amerykański fotograf, malarz, reżyser i rzeźbiarz, który większość życia spędził w Paryżu. Jako ikona dadaizmu i surrealizmu był jedynym Amerykaninem, który stał się filarem paryskich ruchów awangardowych. Wspólnie z Marcelem Duchampem tworzył nowojorski dadaizm, a potem w Paryżu blisko współpracował z André Bretonem, Salvadorem Dalí czy Maxem Ernstem. Choć sam uważał się przede wszystkim za malarza, świat zapamiętał go jako rewolucjonistę i geniusza fotografii. Eksperymentował w ciemni, spopularyzował technikę solaryzacji oraz tak zwane rajogramy, czyli fotografie tworzone bez użycia aparatu, poprzez układanie przedmiotów bezpośrednio na papierze światłoczułym. To właśnie on stał za obiektywem, tworząc legendarne, zmysłowe portrety paryskiej bohemy, w tym Kiki de Montparnasse, Pabla Picassa czy Jeana Cocteau.


Dr Hodel kolekcjonował jego dzieła, a surrealistyczny klimat przenikał przez wspomniane orgie organizowane w Sowden House.


Dochodzimy powoli do sedna. Jedną z wielu hipotez dotyczących tej sprawy (a jest ich bez liku i zahaczają nawet o słynnego Zodiaca) wysnuł Steve Hodel... syn dra Hodela: twierdzi on, że ojciec, mordując i brutalnie okaleczając Elizabeth Short (Czarną Dalię), potraktował jej ciało jako makabryczną, rzeźbiarską instalację inspirowaną właśnie sztuką Mana Raya, a konkretnie jednym dziełem.


Wskazuje tu na uderzające, wizualne podobieństwo między sposobem ułożenia przeciętego ciała Elizabeth Short a słynnymi surrealistycznymi dziełami Raya, takimi jak „Minotaur” (1933) czy obraz „Lover's Hour / Lips” (1934). Według tej teorii, Sowden House był miejscem, gdzie dr Hodel próbował w chory sposób naśladować swojego idola. Jeśli chcecie popatrzeć na dzieło, jakim zdaniem Steve'a Hodela, wzorował się jego ojciec układając ciało Elizabeth Short to znajdziecie je w Moma pod tym linkiem: https://www.moma.org/collection/works/283899


To ten dom. Przerażająca hipoteza, rozwijana po latach przez syna lekarza, Steve'a Hodela głosi, że Elizabeth Short została zamordowana i potwornie okaleczona właśnie w jego piwnicach.


Autorstwa Los Angeles - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=126482473
Autorstwa Los Angeles - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=126482473


Jak to się stało, że syn oskarża ojca? Steve Hodel był wszak rodzonym synem dra George’a Hodela. Przez lata był cenionym detektywem wydziału zabójstw policji w Los Angeles (LAPD).

Po śmierci ojca w 1999 roku, Steve zaczął przeglądać jego prywatne rzeczy i natrafił na album ze zdjęciami kobiet, wśród których rozpoznał Elizabeth Short – Czarną Dalię. To odkrycie uruchomiło prywatne, wieloletnie śledztwo, w którym wykorzystał swoje całe policyjne doświadczenie.

Steve Hodel oskarżył swojego ojca o to, że był seryjnym mordercą i zabójcą Czarnej Dalii z kilku powodów:

  • Wiedza medyczna i chirurgiczna precyzja: Ciało Elizabeth Short zostało przecięte na pół z rzadką, chirurgiczną precyzją (dokładnie metodą hemicorporektomii), którą dr George Hodel jako wzięty chirurg doskonale opanował.

  • Dowody i podsłuchy LAPD: Steve dotarł do archiwalnych, zatajonych akt policji. Okazało się, że w 1950 roku LAPD założyło podsłuch w domu doktora (Sowden House). Na taśmach nagrało się, jak George Hodel mówi: „Załóżmy, że zabiłem Czarną Dalię. Teraz i tak nie potrafią tego udowodnić. Nie mogą już rozmawiać z moją sekretarką, bo ona nie żyje”. Podsłuchy te zostały nagle zdjęte, a śledztwo wyciszone.

  • Inspiracje sztuką awangardową: Jak już wspominaliśmy przy okazji Mana Raya, przyjaciela doktora, Steve Hodel zauważył, że sposób ułożenia i okaleczenia ciała Elizabeth Short idealnie naśladował surrealistyczne, makabryczne dzieła sztuki Raya. Według syna, ojciec potraktował mord jako chory „artystyczny performans”.

  • Zatuszowanie sprawy przez układ: Dr George Hodel obracał się w najwyższych kręgach władzy, znał wpływowych ludzi w policji i sądownictwie, a także leczył nielegalnymi aborcjami hollywoodzkie elity. Syn dowodzi, że policja doskonale wiedziała, kto stoi za zbrodnią, ale sprawa została zatuszowana z przyczyn politycznych, by chronić system przed gigantycznym skandalem.

Wszystkie te dowody i analizy Steve Hodel opisał w serii głośnych książek (m.in. „Black Dahlia Avenger”), obnażając potworną prawdę o własnym ojcu.


Śladami Cole’a Phelpsa: Wirtualny dreszczowiec zatuszowany przez LAPD


I tu, drogi Czytelniku, po nitce trafiamy prosto do kłębka cyfrowej rozgrywki, bo to właśnie popkultura najsilniej zakorzeniła ten budynek w naszej zbiorowej wyobraźni. Nos Sherlocka nie mylił twórców kultowego hitu, czyli gry L.A. Noire z 2011 roku. Brendan McNamara, reżyser i scenarzysta gry, uczynił z Sowden House absolutne, mroczne centrum jednego z najważniejszych śledztw w historii wirtualnego kryminału – sprawy „The Quarter Moon Murders” (Morderstwa ćwierćksiężyca).


Gdy jako detektyw (w grze) Cole Phelps tropisz seryjnego mordercę kobiet, który bezczelnie kopiuje potworną zbrodnię na Czarnej Dalii i bawi się z policją w kotka i myszkę, podrzucając wersy poezji Shelleya, wszystkie nitki i topograficzne zagadki Los Angeles prowadzą Cię ostatecznie w jedno miejsce. Właśnie pod te betonowe, maiatńskie bloki przy Franklin Avenue.

Sowden House w grze ucieleśnia totalne zepsucie ukryte za fasadą hollywoodzkiego blichtru. To w jego murach dochodzi do dramatycznego finału, konfrontacji z potworem i... odkrycia przerażającej prawdy o systemowej korupcji na szczytach władzy LAPD. Prawdy, która z przyczyn politycznych zostaje natychmiast zamieciona pod dywan. McNamara genialnie połączył autentyczne podejrzenia wobec dr. Hodela z fikcyjną fabułą, budując opowieść o bezsilności jednostki wobec systemowego zła.


A teraz, po latach, McNamara wraca na miejsce zbrodni, ale już w technologii VR i z zupełnie nową partnerką – Freyją Garbett, która to wirtualne śledztwo miała ubrać w dźwięki.


Uff, dotarliśmy do muzyki, ale powiem Wam, że pisałem dotąd z zapartym tchem.


Ale, ale. Żeby uświadomić sobie dlaczego inspiracją do muzyki jest gra warto przyjrzeć się liczbom. Globalny rynek gier wideo to dziś absolutny potwór, którego wartość szacuje się na grubo ponad 200 miliardów dolarów rocznie – to biznes, który finansowo dawno już zostawił w tyle przemysł filmowy i muzyczny razem wzięte. Gry wideo to współczesne, interaktywne Hollywood, gdzie budżety pojedynczych produkcji potrafią przekraczać setki milionów dolarów. Nic więc dziwnego, że przy takich nakładach twórcy nie szukają już tanich, generycznych podkładów muzycznych, ale zatrudniają genialnych kompozytorów i całe pułki instrumentalistów. Muzyka w grach przestała być tylko tłem – stała się pełnoprawną sztuką, która potrafi przyciągnąć najbardziej poszukujących artystów na świecie.


Pułk z Sydney wkracza do gry: Architektura dźwięku


Kiedy Brendan McNamara rzucił pomysł stworzenia ścieżki dźwiękowej do nowej gry VR o tajemnicach Sowden House, Freyja Garbett nie zamierzała ograniczać się do bezpiecznych, sprawdzonych rozwiązań. Dostała wolną rękę i budżet, który pozwolił jej na zebranie w Sydney prawdziwego instrumentalnego pułku. Mówimy tu o potężnej, hybrydowej machinie, w której zderzają się dwa zupełnie różne światy: oparty na brudnym, bezkompromisowym groove'ie funkowy kolektyw Mister Ott oraz rozbudowany, orkiestrowy zespół złożony z czołówki australijskiej sceny jazzowej i klasycznej.

Sama Garbett dowodzi tą armią zza instrumentów klawiszowych, odpowiadając za kompozycję, aranżację i całą produkcję. A kogo wzięła ze sobą na ten wirtualny plan filmowy? Spójrzcie na tę listę, bo te nazwiska tworzą unikalną architekturę całego albumu:

  • Smyczki budujące napięcie: Veronique Serret (skrzypce) oraz Freya Schack-Arnott (wiolonczela).

  • Front dęty, który tnie powietrze jak w najlepszych kryminałach: Jayden Clark (flet), Thomas Avgenicos i Ellen Kirkwood (trąbki), Tessie Overmyer (saksofon altowy), Matthew Keegan (saksofon tenorowy, barytonowy, klarnet), Matthew Ottignon i Michael Avgenicos (saksofony tenorowe) oraz Alex Silver (puzon).

  • Gitarowy brud i filmowa przestrzeń: Hilary Geddes oraz Ben Panucci.

  • Klawiszowe wsparcie: Daniel Pliner (fortepian, instrumenty klawiszowe).

  • Potężny, podwójny dół sekcji rytmicznej: Jacques Emery i Maximillian Alduca (kontrabasy) oraz David Symes (gitara basowa).

  • Napęd i puls tej opowieści: Carlo Adura i Miles Thomas (perkusja) oraz Dominic Kirk (instrumenty perkusyjne).


Cały ten skład spotkał się w Golden Retriever Studios oraz Rancom St Studios w Sydney, a nad ostatecznym brzmieniem godzinami ślęczeli realizatorzy: Richard Belkner i Simon Berkelman (za mastering odpowiada Lachlan Carrick).


Efekt? Zamiast oczywistego, staroświeckiego jazzu z lat 40., który idealnie pasowałby do epoki dr. Hodela, ten pułk muzyków skręca w zupełnie nieoczywistą stronę. Zacierają granice między współczesną klasyką, kinową atmosferą a dusznym, psychodelicznym funkiem rodem z rasowych thrillerów psychologicznych lat 70. Słuchając tego, ma się wrażenie, że te wielowarstwowe harmonie i rytmiczne eksperymenty wręcz rozsadzają ściany świątyni Lloyda Wrighta w LA. Ta muzyka, choć zrodzona z kodu gry wideo, wyrosła z cyfrowych ram, zyskując autonomię.


Poza ramami: Od dusznego klubu o 3 nad ranem po łódzką Aleję Włókniarzy



Sama koncepcja to jednak jedno, ale – jak pisał klasyk – „odpowiednie dać rzeczy słowo” to drugie. Umówmy się: Freyja Garbett mogła pójść na łatwiznę. Mogła zanurzyć ten wielki skład w bezpiecznym, oczywistym i aksamitnym klimacie swingujących lat 40., co historycznie pasowałoby do epoki dr. Hodela jak ulał. Ale Garbett jest muzyczną intelektualistką. Postanowiła całkowicie wyskoczyć z ram – a to jest cecha, którą u artystów cenię najbardziej na świecie. Z tego samego powodu mam gigantyczny szacunek dla Czarnego Albumu Metalliki, choć prywatnie go nie lubię. Chodzi o odwagę.


Ta płyta jest mroczna, piekielnie klimatyczna i – rzekłbym – głęboko jazzująca, ale w zupełnie nowoczesny sposób. Garbett kapitalnie żongluje konwencjami. Początek albumu to utwory skopiowane wprost z godziny 3 nad ranem w dusznym, zadymionym klubie w Los Angeles. Dostajemy tu rasową, funkową gitarę, miejski bit i elektronikę, która z tyłu maluje niepokojące tło. Czuć w tym wielką tajemnicę, co udowadnia, że australijska liderka potrafi genialnie myśleć muzycznym obrazem.


Odwołań do świata gier jest tu zresztą mnóstwo. Taki „Tomb Entrance” to czysta, rasowa ilustracja muzyczna – jakiś bliżej nieokreślony szum w tle, niepokojący pogłos gitary, szelest talerzy. Zero klasycznej konstrukcji dźwiękowej, sam pasaż, czysty pejzaż, który ma budować ciarki na plecach gracza (i słuchacza).


A potem nadchodzi przełom. Kiedy w trzecim kawałku zatytułowanym „Antonio Sanchez” nagle uderza cały dęty batalion, fani Johna Coltrane’a podskoczą z wrażenia pod samo niebo! Odnajdziecie tam ducha wczesnych lat 60., z czasów, gdy wielki lider musiał jeszcze trzymać się dość blisko nurtu sekcji, ale już rwał pęta.


Z kolei gdy popłyniecie z tą muzyką dalej, traficie na „Franklin Avenue”. Co to jest za numer! Najlepiej słuchać go na pełny regulator w samochodzie, najlepiej w kabriolecie. Sprawdziłem to na własnej skórze. Kiedy ten potężny groove i sekcja dęta ryczą z głośników, rzeczywistość zaczyna się zacierać. Wierzcie mi – w takich warunkach nawet nasza łódzka Aleja Włókniarzy w ułamku sekundy zmienia się w spowitą kalifornijskim smogiem Franklin Avenue z 1947 roku, a Ty zaczynasz szukać w lusterku kapelusza i cieni dr. Hodela.


Ta muzyka po prostu płynie. Ma w sobie mnóstwo kapitalnej, nośnej melodii, przez co doskonale sprawdza się jako tło – jako luksusowy wypełniacz przestrzeni. Ale spróbujcie zrobić to, co ja: usiądźcie w pokoju odsłuchowym, skupcie się tylko na niej, a zobaczycie, jak mocno potrafi przykuć uwagę. Freyja Garbett stworzyła materiał, w którym czystej, nieskrępowanej improwizacji jest mniej więcej tyle samo, ile genialnie skonstruowanych, sztywnych muzycznych architektur.


I właśnie dla osób poszukujących takiego balansu, to album idealny. Zwłaszcza jeśli Wasze ucho lubi rozbudowane, bogate orkiestracje, albo jeśli – tak jak ja – wciąż podziwiacie geniusz naszego łódzkiego mistrza, Henryka Debicha, i jego legendarnej, pulsującej sekcji dętej. Australijski pułk pod wodzą Garbett gra w tej samej lidze potężnego, orkiestrowego brzmienia.


Freyja Garbett: Od Berklee i fal oceanicznych do wielkiej orkiestry



fot. Tom Wilkinson
fot. Tom Wilkinson

Kim jest kobieta, która okiełznała to architektoniczne monstrum? Freyja Garbett to instrumentalistka i kompozytorka o potężnym, akademickim i praktycznym fundamencie. Klasyczną edukację (skrzypce i fortepian) zaczęła w młodym wieku, by później zdobyć stypendium w prestiżowym Berklee College of Music w Bostonie, które ukończyła z wyróżnieniem w klasie wykonawstwa i kompozycji jazzowej. Przez pięć lat nasiąkała sceną Bostonu i Nowego Jorku. Jeśli jednak myślicie, że to kolejna nudna akademiczka, spójrzcie na jej magisterium w Sydney Conservatorium of Music. Garbett obroniła je, analizując... konwersję ruchu fal oceanicznych na dane MIDI i przetwarzając je za pomocą syntezatorów analogowych i wtyczek VST w programie Ableton Live (zresztą w tym roku wydała płytę „Music from the Waves” w ABC Jazz).


W jej CV nie ma miejsca na puryzm – jako muzyk sesyjny i dyrektor muzyczny współpracowała z artystami od popu po alternatywę (m.in. Stella Donnelly, Hermitude czy Jorge Drexler), w tym roku jedzie w trasę z popowym The Veronicas, a jednocześnie wykłada jazz w konserwatoriach w Sydney i Wollongong oraz mocno działa na rzecz reprezentacji kobiet w muzyce improwizowanej. Jej producencki styl ukształtowało zlecenie od SIMA i APRA AMCOS z 2017 roku na suitę „Bulga”, gdzie uczyła się manipulować nagranymi improwizacjami dziesięcioosobowego zespołu za pomocą efektów studyjnych. Z tego eksperymentu narodził się jej septet i świetny debiut „Maya” (2019). „Sowden House” to logiczna kontynuacja tej drogi – spotkanie jazzowej edukacji, fascynacji technologią i producenckiej odwagi.


„Sowden House” to przypadek, gdzie muzyka stworzona na potrzeby wirtualnego świata gier wideo rozrywa cyfrowe ramy i staje się w pełni autonomicznym, bardzo udanym moim zdaniem albumem okołojazzowym.


Zamykacie oczy, otwieracie butelkę dobrego czerwonego wina i wchodzicie w ten labirynt. Warto, nawet jeśli po drodze dreszcz przejdzie Wam po plecach.

Komentarze


bottom of page