top of page
prelegenci

Anonimowi Jazzoholicy, Ełk. Protokół z mityngu - Album Jachna, Petera "XYZ"

1 dzień temu
4 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 15 godzin temu

Satyra. Postacie są zmyślone. Fakty o płycie (skład, tytuły, okoliczności nagrania) pochodzą ze strony albumu na Bandcampie, a wrażenia słuchowe bohaterów to wyłącznie ich własne, mocno nadinterpretowane skojarzenia.


Czwartek, 18:00, sala nr 3 w ełckim domu kultury. Na drzwiach kartka: „Anonimowi Jazzoholicy, czyli AJ – mityng otwarty. Prosimy nie improwizować przy wejściu". Na stole termos z herbatą i talerz kruchych ciastek. Krzesła stoją w kółku, a w kółku siedzi dziewięć osób, z których osiem już dziś obiecało sobie, że nie włączy niczego, co ma więcej niż cztery takty nieparzyste.



Moderatorka Halina, była nauczycielka muzyki, otwiera spotkanie: „Przypominam zasady. Nie oceniamy, nie klaszczemy w środku utworu i nie pytamy, w jakiej to tonacji".

Zaczyna Pan w sweterku w serek.

– Nazywam się Zdzisław i jestem jazzoholikiem.

– Witaj, Zdzisławie – odpowiada chór.

– Ostatni tryb lidyjski wziąłem w sobotę. Dziś przyniosłem dowód rzeczowy. – Kładzie na stole telefon. – X Y Z. Fortepian i trąbka. Premiera 25 września, wydaje Audio Cave.

Pan Bogdan z Giżycka, który ma za sobą trzy odwyki od free jazzu, zatyka uszy z przyzwyczajenia.

– Zaraz, zaraz – przerywa Irena. – Ty tego słuchałeś? Wczoraj mówiłeś, że masz dwanaście dni trzeźwości.

– Osiem – poprawia pan Bogdan z satysfakcją. – Liczyłem.

Halina wstaje tak gwałtownie, że przewraca termos. – Zdzisławie! Regulamin jest jasny. Płytę wolno trzymać w ręku, wolno przeczytać skład z okładki, a nawet powąchać kopertę. Ale nie wolno wciskać play.

– Ja tylko do pierwszego utworu – tłumaczy się Zdzisław.

– Ja też tak mówiłem – mamrocze ktoś z końca sali. – A skończyłem na festiwalu swingu w Hajnówce, w namiocie, bez dokumentów.

– To nie jest dowód rzeczowy, to jest przyznanie się do winy – syczy pan Bogdan. – Wnoszę o wpis do protokołu.

– Wpisz sobie – wzdycha Zdzisław. – Ale najpierw wysłuchajcie, co się stało po tym pierwszym utworze.


Zamyka oczy i zaczyna:

– Dwóch facetów – zaczyna opowieść Zdzisław. – Wojciech Jachna dmie, Dariusz Petera uderza w klawisze. Obaj od lat na polskiej scenie improwizowanej, czyli, jak to się u nas mówi, recydywiści. W lutym weszli do Tokarni, do studia Jana Smoczyńskiego, i uwaga: bez żadnych wcześniejszych ustaleń. Nikt nikomu nie powiedział, w co grają.

– Przecież to nasz pierwszy punkt regulaminu – szepcze Halina. – Niczego nie ustalać.

– Właśnie. Tylko że oni to robią zawodowo.

W sali przechodzi dreszcz. Zdzisław rozkłada dziewięć utworów jak dziewięć kart.

1. „Kraina bambusu". – Podobno bambus potrafi urosnąć w dobę o metr – mówi Halina. – Tak zaczyna się płyta: nic, nic, nic, i nagle trąbka jest piętro wyżej. Człowiek wchodzi, jakby miał kupić meble ogrodowe, a wychodzi z dyplomem z akustyki pustej beczki po ogórkach.

2. „Niebiesko-Żółty". – Instrukcja montażu – ocenia pan Bogdan. – Z jednej strony szafka, z drugiej dźwięk. Ale brakuje tej jednej śrubki, tej od melodii. I dobrze, bo wtedy szafka stoi krzywo, a ja lubię, jak stoi krzywo.

Halina odkłada ciastko. – Bogdanie, skąd ty znasz drugi utwór?

– Z opisu.

– Opis nie ma instrukcji montażu.

– Ma tytuły – broni się Bogdan, czerwieniejąc. – Tytuły się liczą jako lektura.

3. „Noc księżycowa". – Wyszłam po niej na pomost nad jeziorem Ełckim – wyznaje Irena. – Chciałam tylko popatrzeć. Wyłam. Sąsiad wezwał straż miejską.

– Pani Ireno! – oburza się pan Bogdan. – Pani też? Siedzi pani tu z nami w kółku, herbatkę pije, a w domu słucha?

– A pan co, w opisie czytał o nocy księżycowej, tak? – odcina się Irena.

4. „Kosodrzewina". – To ten krzew, który rośnie w poziomie, bo wiatr nie pozwala mu stanąć prosto – wyjaśnia Zdzisław. – Dokładnie tak czuję się przez ten utwór: niby rosnę, ale w bok.

5. „W tamtą stronę". – Wszyscy pytają: w którą? – Zdzisław rozkłada ręce. – W tamtą. I nikt nie wie, ale idzie.

6. „Koniec Historii". – To dopiero szósty utwór – protestuje Halina. – Historia kończy się w środku płyty? A co z trzema następnymi? – Tak. Świat się skończył, ale my zostajemy na bis – odpowiada Zdzisław.

7. „Motyle". – Nie na łące – mówi cicho Irena. – W brzuchu. Jakby fortepian dostał tremy, a trąbka pocieszała go, ale nie za bardzo.

8. „Dekan". – Dziesięć atomów węgla – informuje pan Bogdan, który jest chemikiem. – Składnik nafty. Wystarczy iskra i płonie cała sala.

9. „Zaćmienie księżyca". – Zamyka płytę – mówi Zdzisław. – Księżyc, który w „Nocy księżycowej" wzeszedł, na koniec ktoś zasłonił. Wychodzę z tego utworu tak, jak wchodzi się do domu o czwartej nad ranem: ostrożnie, z butami w ręku.

– A elektronika? – pyta ktoś z kąta.

– Dosypali jej potem – Zdzisław unosi brwi. – Jan Smoczyński i sam Petera. Czyli najpierw było czysto i spontanicznie, a potem wszedł sponsor. Drugiego dnia nagrali jeszcze dwudziestominutowy set na wideo, żeby udokumentować, że to wszystko zrobili na trzeźwo.

Cisza. Na zewnątrz jezioro Ełckie wygląda jak nic nie wiedziało.

– Wnoszę o wykluczenie Zdzisława – oznajmia pan Bogdan. – Z poczęstunku - uściśla widząc brak entuzjazmu sali.

– Pan Bogdan zna wszystkie dziewięć tytułów, a wnosi o wykluczenie – zauważa Irena.

– Czytałem. Okładkę.

– Z kolejnością utworów? – Halina patrzy mu prosto w oczy.

Bogdan milknie i bierze ciastko, jakby miało go uchronić.

– Co zamierzasz zrobić z tym materiałem, Zdzisławie? – pyta w końcu Halina.

– Posłuchać jeszcze raz. Od początku. Bez przerwy. Z kimś, kto mnie przytrzyma.

– Dziękujemy, że się przyznałeś.

– Dziękujemy – odpowiada chór.

Halina zamyka mityng: „Za tydzień ten, kto przyniesie ciastka, wybiera płytę".

Pan Bogdan podnosi rękę i mówi bardzo cicho: – To ja przyniosę Brennan i Courvoisier.

Sala wzdycha z ulgą.

Nikt nie wychodzi.


Komentarze


bottom of page