
Znaleziono 166 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Cztery radosne płyty jazzowe na weekend
Uwielbiam dobrze skrojony i uszyty nowoczesny amerykański jazz - posłuchajcie przez chwilę uważnie (nie trzeba długo, błagam nie klękajmy przed muzyką, wszak ona ma nas cieszyć, a nie pętać definicjami) któregokolwiek z utworów Gregorego Groovera Juniora, doskonałego saksofonisty, z jego wydanej w maju płyty Lovabye, a poczujecie się jakbyście stanęli na szczycie Tarnicy w Bieszczadach latem: wiatr lekko ociera wasze twarze, słońce dodaje energii, ziemia pod nogami dziękuje wam za przebytą w górę podróż: chce się żyć! W płytę wprowadza perełka muzyczna, prawdziwy klejnot, trwający 1:20 utwór pt 30. Mario Varga Llosa często powtarzał, że chciałby napisać w końcu powieść, której treść rozwija się samoistnie, z jak najmniejszym udziałem autora, jak kwiat, powodując, że to my jesteśmy czytani, a nie książka. 30 tak właśnie brzmi: najpierw z nicości wyłaniają się lekkie dźwięki saksofonu, potem perkusja unosi go cudnie jak relikwię, następnie wibrafon rzuca na nich snop światła i nagle staje się dzień, oto buduje się melodia! Potem jest tylko lepiej. Fenomenalny zespół Groovera nie stroni od radosnych tonów, saksofon lidera wprawdzie gra rolę główną, ale każdy muzyk daje tu z siebie wszystko. Jeśli wam się chce wyłuskajcie proszę linię perkusji w May all your storms be Wetahered lub Stages: co Marcus Gilmore tam wyczynia, to przechodzi ludzkie pojęcie! No i ten wibrafon Joela Rossa! Wibrafon w jazzie jest jak szósty bieg - zawsze to powtarzam, a gdy gra Ross to… zresztą sami posłuchajcie. Piękna, bardzo pozytywna, budująca dobry nastrój płyta. Groover dzieli się swoim talentem i umiejętnościami na Boston Arts Academy, gdzie prowadzi zajęcia z jazzu dla kolejnego pokolenia artystów. Jeśli mają być jak ich mentor: niech nadchodzą! Kolejna słoneczna, pozytywna płyta, zadająca kłam twierdzeniu, że jazz to muzyka dla smutasów, przegrywów, malkontentów. Oto Jasper Holby. Słyszeliście o nim? BO JA NIE, a wiedziony podszeptem bóstw jazzowych (są takie, uwierzcie mi) sięgnąłem po jego płytę z końca maja 3Element: Like Water. No i mnie zmyło z powierzchni ziemi. Kiedy kontrabasista (lub perkusista) bierze się za kompozycje robi się naprawdę w muzyce luźniej, ta płyta jest jak jazda do Poznania po minięciu stacji Kutno: większość pasażerów wysiadła, przedziały są puste, można usiąść gdziekolwiek, uchylić okno, rozprostować nogi, wyglądać na świat słuchając pędu powietrza i stukotu kół. Jasper Holby to kontrabasista, a grał w jednym z najfajniejszych składów świata: Phroensis (nazwa stgr. φρόνησις – w filozofii starożytnej mądrość praktyczna, rozsądek, roztropność). Wziął się za granie indywidualne i wyszło doskonale. To jazz wysublimowany, melodyjny, pełen zmian tempa, dobrze przemyślany, choć emocjonalny,. Aranżacje są gęste - to trio, a jednak budowana przez nich przestrzeń muzyczna nie zna granic, a do tego w całości wypełniają ją dźwięki. Bardzo skondensowane, świetnie granie. Dla porządku: Jak łatwo się domyślić 3Element to część większej całości. Rok temu Jasper nagrał 3Element: Eartherness, po którą trzeba sięgnąć koniecznie. Cieszcie się jego muzyką. Jest dla was! Kolaboracja trębacza Jiri Kotaca ze szwedzkim, gęsto i chętnie nagradzanym gitarzystą młodego pokolenia Alfem Carlssonem przyniosła ciekawy owoc. Miękką jak czeski aksamit, otulającą jak norweskie futerko płytę Our stories. Nie, nie, nie moi drodzy, nie śmiejmy się z Czechów, a już nigdy jeśli rozmawiacie o jazzie. Zawsze byli w jego czołówce europejskiej, a jazz rockowych składów z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku możemy im jedynie zazdrościć - ponieważ grali, jak zachodni koledzy (a nawet lepiej), mając jednak dostęp do zdecydowanie lepszego instrumentarium od polskich wykonawców. Ou stories to jest zbiór lekkich, zwiewnych kompozycji, w których wraz z doskonałą sekcją rodem z Brna, perkusistą Kristiánem Kurucem oraz basistą Peterem Komanem, prowadzą słuchacza za rączkę przez labirynt swoich muzycznych talentów. Aby najlepiej je poczuć proszę was, zanurzcie się po uszy w gotyckiej trąbce Kotaca w utworze Relief. Przez pięć minut wznosi on smukłą muzyczna katedrę, przy idealnym akompaniamencie szumiącej gitary i szepczącej sekcji. Kontrabasista w Our Stories nader chętnie używa smyczka, co dodaje utworom tego specyficznego, mroźnego skandynawskiego wiatru. Carlsson, choć współtwórcą albumu, stoi zdecydowanie w głębi muzycznej przestrzeni płyty, grając w stylu Billa Frisella i nie narzuca się składowi. Całość aż lśni od melodycznych zagrywek, które muzycy widać lubią, ponieważ obdarzają nas nimi bez umiaru na tej płycie. Bardzo ciekawa nowość. Należę do grona tych, których początek ery strimingów bardzo ukontentował. Jednym z głównych powodów są niczym nieograniczone poszukiwania i odkrycia muzyczne, których dzięki nim można dokonywać. Efektem tychże jest odnalezienie płyty Folklore nigeryjskiego trębacza Victora Ademofe. To jest czysta radość! Radość rozpierająca, rozpychająca, wszędobylska. Victor Ademofe z zespołem zabiera nas w podróż przy wtórze charakterystycznych, afrykańskich rytmów. Płyta aż lśni od melodii, od wpadających w ucho refrenów, oraz zagrywek, które chcą się gwizdać bez końca. Lider śpiewa w języku mi nieznanym, więc na dobrą sprawę nie wiem o czym opowiadają jego teksty, niemniej wystarczyło mi, że słucham, aby gęba śmiała mi się od ucha do ucha. Ciekawym bardzo czy Wam też!
- Ale jazzda. Dwie hiszpańskie, jedna francuska, czyli 2:1.
Tak wyszło kochani. Dwie płyty hiszpańskie i jedna francuska, czyli 2:1. Co zrobić, wprawdzie przestrzeń jest informacją, jak przekonują buddyści, ale wpierw trzeba jej zaufać. Mogłem stawiać pieniądze u bokmachera (słuchałem i pisałem jeszcze przed meczem, którego rzecz jasna nie oglądałem), ale za to mam prawdziwe trzy cudeńka wyprodukowane przez wspaniałe kobiety jazzmanki. Ruszamy. Lucia Rey “Nómadas” Wakacyjny słuchaczu! Jeśli dziś rano wstałeś prawą nogą na swoim zasłużonym urlopie, w pocie czoła wykonałeś sobie przedziałek po czym pomyślałeś, że tak strasznie, ale to strasznie posłuchałbyś teraz radosnego, dynamicznego jazzu z nutą hiszpańskiego charakteru, oto niosę ci dar! Lucia Rey zaprosi się w długą podróż po świecie kultury Morza Śródziemnego, poczujesz zapach bliskowschodnich bazarów, usłyszysz gwar ulic Rabatu, zachwycisz się wszystkimi kolorami Marrakeszu, na skórze poczujesz, jak piecze żar pólnocnoafrykańskiego słońca, a stopy chłodzi woda rzeki Ghéris. Tak, tak - jest to, wbrew pozorom, płyta jazzowa, ale jej autorka w sobie tylko właściwy sposób łączy wywodzące się z krain sąsiadujących, jednakże różnorakie muzyczne światy, których kultury mieszały się przez wieki. Jak to bardzo słychać u pani Rey! Trzeba mieć naprawdę ogromny talent, aby - bądź, co bądź - jazzowemu projektowi nadać niepowtarzalne brzmienie mieniące się tyloma wpływami. To jest muzyka najwyższej jakości, która wykorzystuje melodie, ale się na nich nie opiera, nie idzie dzięki nim na skróty, materiał bywa głośny, a zespół przyspiesza i czasem zagłuszyłby niejednych hardrokowców (jaka jest cudna hard końcówka w inspirowanym powieścią Jorge Saramago El Viaje del Elfante). Nieobca jest im elektronika, która w utworze tytułowym idealnie wspiera, a wręcz lewaruje jej folkowy charakter. Lucia Rey, kompozytorka i pianistka, zwiedziła pół świata. Ukończyła studia z zakresu muzyki nowoczesnej i jazzu w Creative Music School oraz tańca współczesnego w „Real Conservatorio de Danza” w Madrycie. W 2005 roku otrzymała stypendium w „Instituto Superior de Arte de Cuba” w Hawanie. Później kontynuowała naukę w Nowym Jorku, w „Brooklyn Conservatory of Music” i „The Collective School of Music”. Koncertowała na całym świecie, występuje w wielu różnorakich projektach, ma przebogate doświadczenie. Na Nómadas towarzyszącej wspaniali muzycy Michael Olivera na perkusji, Ander García na basie i kontrabasie, Juan Carlos Aracil i Jorge Pardo na fletach. To jedna z najlepszych płyt, jakie usłyszałem w tym roku. Doskonała, dopracowana, zrodzona z idealnej proporcji pasji i profesjonalizmu. No to nie ma co czekać. Wciśnij PLAY i w drogę! Alexa Torres Quartet “In Situ” Piękna okładka. W jej kolażowym centrum urodziwa, 31-letnia dama, spuszczająca skromnie wzrok niczym Teresa Sánchez de Cepeda y Ahumada światu znana jako św. Teresa z Avilii. Oraz skrzypce. Nie pozostawia więc wątpliwości, kto gra role główne. Nad Alexą Torres, a dokładniej Alexą Torres Skillicorn (bo to Amerykanka o kubańskich korzeniach, która, by sprawę jeszcze bardziej zagmatwać, dorastała w Chile) pręży się dumnie starą trzcionką wyrysowany tytuł "In Situ”. “W miejscu”. Jak Alexa go tłumaczy: To termin archeologiczny, który odnosi się do pierwotnej pozycji artefaktu znalezionego na miejscu. Kiedy miałam 21 lat, spędziłam pięć tygodni na wykopaliskach ruin Majów w belizeńskiej dżungli, 8 lub 9 godzin dziennie kopiąc mokrą ziemię. Pamiętam uczucie podziwu, gdy w końcu odkopałam artefakt. To był skrobak – rodzaj narzędzia wyrzeźbionego w kamieniu. Kiedy go trzymałam w ręku, myślałam o tym, że prawdopodobnie jestem pierwszą osobą, która go dotknęła od ponad tysiąca lat, i wyobrażałam sobie historie ludzi, którzy tak dawno temu używali tego narzędzia. To bardzo szczególne uczucie podziwu chciałam przenieść na ten album. Termin in situ przywołuje poczucie ponownego odkrycia i rekontekstualizacji, które są procesami, które moim zdaniem odgrywają dużą rolę w improwizacji. Hm. Skąd wykopaliska? Słuszne pytanie. Alexa jest przedstawicielką swojego multifunkcyjnego pokolenia. Oprócz programu jazzowych instrumentów smyczkowych na University of North Texas, który ukończyła jako pierwsza skrzypaczka w historii tej uczelni, ma licencjat z antropologii kulturowej i studiów latynoamerykańskich z University of Texas w Austin. Zaczynamy. Płytę zaczyna “Yes or No”. Grubo. Kompozycja Wayna Shortera, jazzowego giganta, z ikonicznej płyty “JuJu”. Trzeba mieć sporo odwagi, by się z nią mierzyć z tak wątłym orężem, jak skrzypce. Torres jednak nie walczy z oryginałem, ale ogranemu tematowi jazzowemu nadaje ton łagodniejszy, a że jest to utwór, który daje okazję do popisów improwizacyjnych, wiolinistka i jej gitarzysta Mario Wellmann korzystają z tej okazji skwapliwie. Jeszcze silniej stempel improwizacyjny przybito na blisko siedmiominutowym “When the Wind Breaks the Chime”, przy czym tutaj, dla odmiany, Mario Wellman dostaje większe pole do popisów. Jednym z ciekawszych jest ostatni kawałek “We see”, swingująca ramotka, staroć napisana przez Theloniousa Monka, która dla mnie lśni na płycie najmocniej, jest klasycznym jazzowym kawałkiem, w którym swoje sola gra każdy członek kwartetu, nawet perkusista. O dziwo mnie się także podoba. O dziwo, bo niezbyt lubię twórczość Monka. To o mnie chyba źle świadczy, ponieważ niektórzy jego wielbiciele powiadają, że świat dzieli się na tych, którzy znają się na jazzie, bo lubią Monka i tych, którzy o jazzie nie mają zielonego pojęcia, bo Monka nie znoszą. Wbrew domyślnym znaczeniu płyta “In situ” nie jest jednorodna. Nowoczesne, awangardowe granie w np. “Consolidation”, miesza się z głębokim pokłonem dla tradycji np. w kolejnym “Inutil Paisagem”. Jedno można powiedzieć z całą pewnością: melodii jest tu sporo, dość dużo nostalgii za starym jazzem oraz szczypta (ale maleńka) awangardy. Sprawdźcie sami koniecznie czy wam ten koktajl smakuje! Joanne MIchard “Entre Las Flores” Jaka to przebogata w brzmienia, zmiany tempa, wywijańce rytmiczne, stylistyczne hołubce płyta. Dawno nie słyszałem takiej rozbudowanej produkcji jazzowej. Czego tu nie ma? Ano właśnie! Nie ma nudy, nie ma sztampy, nie ma ogrzewanego kotleta. Co jest? Jest wspaniały jazz (rym to moje drugie imię) czerpiący wielgachną chochlą zarówno z nowej awangardowej szkoły, jak i swingującej tradycji (tak, tak moi drodzy, jest na niej dokładnie tak, jak lubicie, czyli melodycznie), a całość wspiera… hiszpański rap. W tym tyglu pierwszoplanową rolę gra Joanne Michard, saksofonistka z Paryża, miejsca w którym zaczął się europejski jazz. To właśnie nad Sekwanę przybywali pierwsi czarnoskórzy muzycy z wojskiem lejącym po łbie hitlerowców, a po nich młodsi koledzy po fachu poszukując oddechu z dusznego (czasem śmiertelnie) amerykańskiego południa. Jeanne Michard w grudniu 2022 została wybrana przez redakcję Jazz Magazine i Jazz News „French Revelation of the Year”, zatem jest to nie byle kto. Wprawdzie jeszcze nie Fryderyk, ale już tuż tuż (co ja z tymi rymami dzisiaj?) Jej talent muzyczny cementują doświadczenia z wielu podróży do Kolumbii, Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile i Argentyny, następnie na Kubę i wreszcie do Nowego Jorku. Jeanne w 2021 roku stworzyła własny projekt Latin 5tet. To właśnie z tych miejsc przywiozła wrażenia, którymi nasyciła “Entre Las Flores”, swoją drugą płytę. Kawałki na płycie aż lśnią tymi światami, chce się tego słuchać bez końca, na okrągło. Spośród wielu instrumentów obecnych na płycie pierwszy plan wysuwa się zawsze saksofon. Nic dziwnego. Ależ on ma przydymione, oldschoolowe brzmienie! Okazuje się, że instrument powstał w latach czterdziestych ubiegłego stulecia, ma bardzo obfity i taki specyficzny wszystkootulajacy bas, a Joanne wygrywa na nim doskonałe, śpiewające zagrywki. Nogi same chcą przy tym tańczyć, a pod powiekami wyłaniają się szalone paryskie imprezy z lat 50 - tych. Z Jeanne w studio znaleźli świetni muzycy, a najważniejsi, tworzący Latin 5tet to rewelacyjna, genialna wręcz perkusistka Nastasha Rogers, Clément Simon na fortepianie, Maurizio Congiu na kontrabasie, a także Pedro Barrios na instrumentach perkusyjnych. Ale to nie wszystko, ponieważ na płycie występują m.in. doskonała śpiewaczka flamenco Paloma Pradal, a w tytułowym utworze rapuje Rodin Sotolongo. I to jak rapuje. W jazzie! Genialny afro-kubański styl. Bierzcie i tańczcie sobie wszyscy!
- Polski Jazz 2024 - I półrocze
Oto stoją w żelaznym ordynku, zwarci, gotowi, by zarazić kogo się da pogodą ducha, radością z grania, bezceremonialną i bezkompromisową muzyką. Są młodzi i bezczelnie utalentowani i idą po swoje nie oglądając się na boki. To do nich należało pierwsze półrocze 2024, choć trzeba przyznać, że stare wygi też zostawiły po sobie świetne albumy. Widać wyraźnie wymianę pokoleniową - cóż, demografia jest nieubłagana. W uszy i oczy rzuca się ponadto: coraz większy udział instrumentów elektronicznych w jazzie - w zasadzie są obecne we wszystkich albumach, a w kilku dominują. Wreszcie bardzo cieszy, że bez żadnych parytetów, na podstawie umiejętności i talentu, gra wiele młodych kobiet, które proponują niezwykle ciekawe brzmienia i kompozycje. Poniżej zestawienie moich 22 ulubionych polskich płyt jazzowych z 2024. Atom String Quartet Universum (wydawca Warner Classics) Koncepcyjny album czołowych polskich wiolinistów jest dla mnie starciem, a w efekcie próbą współistnienia na jednym nośniku czterech potężnych talentów i silnych osobowości. Efekt: cztery części płyty napisane po kolei przez czterech członków ASQ. Długo myślałem, czy chcę, aby Universum wpisać w grono moich ulubionych płyt z I połowy 2024 rok, jest bowiem dla mnie bardzo akademickie, przemyślane, dograne, zamknięte – bardzo dużo doskonałości, jak na moją koncepcję jazzu, zostawiającego zawsze niedomknięte drzwi muzycznych interpretacji. Niemniej jednak - wielka muzyka, a więc jest. Lumpeks Polonez (Umlaut) Wariactwo. Czyste szaleństwo. Wiejski hardcore jazz. Bardzo surowa, miejscami (może świadomie?) drażniąca wyzywającym dźwiękami ucho podróż po polskim folklorze. Ansambl niezwykły, przecudny. Trzech doskonałych, wykształconych francuskich muzyków i jazzowych improwizatorów oraz kobieta z barabanem gra dla was wiejską muzykę taneczną. „To mazurki z jazzowych twistem!” powiada pani Olga Kozieł, owa kobieta z barabanem, ale przed wszystkim niestrudzona eksploratorka naszego folkloru, członkini niezliczonej liczby projektów z wiejskimi konotacjami, choć najbardziej znana z miejskiej Warszawsko - Lubelskiej Orkiestry Dętej, gdzie gra na trąbce. W Lumpeksie niestrudzenie wali w baraban i cudnie śpiewa, a gdy w pieśni „Dimanche Au Telephone” wyznaje „Ażebyście wiedzieli, jak ja pragnę niedzieli! Cały tydzień pracuję, a w niedzielę tańcuję ” nie sposób usiedzieć, no i jakże bliskie to wszystkim słowa, prawda? Ale – jak piszą przebiegli pijarowcy nie wiedząc, jak nawiązać do kolejnej części tekstu - to nie wszystko. Bo najdziwniejsza jest reszta składu. Wyobraźcie sobie, że Lumpeks, w celu grania polskiego folkloru założył francuski, mieszkający w Warszawie kontrabasista Sébastien Beliah, a namówił do grania i eksplorowania polskiego folkloru dwóch francuskich doskonałych i wybitnych improwizatorów sceny jazzowej – panów Pierre’a Borela (saksofon) oraz Louisa Lauraina (trąbka). Francuscy muzycy po najlepszych konserwatoriach grają polską wieś. Serio. Błagam: przynajmniej raz w życiu przeżyjcie to szaleństwo. Nic po nim nie jest takie samo. Królestwo Patho Jazz Małpa z saksofonem na okładce i patologia w tytule? Coś dla mnie! A przeczytawszy tytuł pierwszego utworu „Zmarnowany potencjał wczorajszej porażki” po występach biało czerwonych w niemieckim euro, klamka zapadła: na listę z nimi! Tyle, że w żartobliwym i frywolnym anturażu (tytuły kawałków są doskonałe np. Gdyńskie Centrum Wypierania Rzeczywistości lub Odwołane medytacje klas trzecich) kryje się zupełnie poważny, a czasem gorzkawy jazz. Swoje Królestwo stworzyli Paweł Rucki (perkusja), Sebastian Goertz (kontrabas), Joanna Kucharska (synthesizer), Max Białystok (piano, rhodes piano, synthesizer, guitar oraz production, mix, mastering, artwork). Na płycie gościnnie występują również Patrycja Tempska (saksofon), Dawid Lipka (trąbka), Robert Dobrucki (klarnet, klarnet basowy). Improwizacje, zabawa tempem, dźwiękowe pejzaże, odloty i medytacje, rytmiczne hołubce, harmoniczne ucieczki, przesterowane tła – och, czego w Królestwie nie ma!? Nie ma słabych punktów szanowni Państwo. Wszy Tama (Antena Krzyku) Uwaga! Nieletni kończą czytać, gdyż wyznać wam drodzy muszę: ja pierdolę jakie to jest dobre! To jest jak wciągnięcie ostrej dawki czegoś białego nosem do złej dziurki! Słucham i słucham. Bardzo zbuntowane, bardzo ostre, wyzywające granie jazzu. Wszy się z wami nie patyczkują, a za „Bunt w mrowisku” przyznałbym kompozytorską nagrodę Łomonosowa, gdyby taka istniała. Szczecińska rewelacja. Poznajcie oficjalnie przedstawiany skład, bo na pewno wiele wam powie: Zwoliński – saksofon altowy / saksofon barytonowy Serewiś – saksofon tenorowy Porowski – trąbka Goduński – syntezator Biskupski – gitar Foluszewski – gitara basow Buciarski – perkusja. Oto jak się zapowiedzieli w sieci: Najlepsza (najgorsza) wytwórnia w Szczecinie ma zaszczyt zaprezentować nowy szajs (w oryginale: new shit) z naszego miasta. Debiutancka taśma/CD psychodelicznego jazzu rocka WSZY. EABS Reflections of Purple Sun (Astigmatic) Pisałem o tym dziele, to się powtórzę: To jest klasa światowa, a z Dolnego Śląska. Dla słuchania takich płyt warto żyć. Tam jest wszystko: kompozycje utkane perfekcyjnie, zagrane idealnie, role wszystkich instrumentów rozpisane tip top, tak wyważone, że nikt się nie rozpycha, nikt nie zostaje z tyłu. Cały zespół jedzie miękko, jak mercedes beczka po autobanie, bo wszystko tu pasuje, wszystko współgra. Można jeszcze pisać o czerpaniu z płyty pana Tomasza Stańki sprzed 50 lat - tylko po co? To jest wersja 2.0 EABS, całkowicie odmienna, zrodzona w innej rzeczywistości, odpowiadająca innym potrzebom (na przykład techno w “My Night, My Day”). Genialne. Jak dla mnie numer 1 pierwszego półrocza wespół z „BiBi”. Filip Żółtowski Quartet BiBi (Alpaka) Recenzowałem tę płytę na Polish Jazz Blog Spot (zaglądajcie tam koniecznie, to jest najważniejszy portal o jazzie w Polsce, piszą tam doskonałe autorki i świetni autorzy, a w wśród nich świetni muzycy jazzowi). Tak uważam: młode pokolenie muzyków mówi po swojemu i jest to nareszcie język bez granic. Jeśli muzycy kwartetu zerkają wstecz, to wyłącznie, by czerpać ze swoich mistrzów: jazzowych Steve'a Coleman'a and Five Elements czy Brad'a Mehldaua ale nie tylko, ponieważ nie kryją równie dużego zainteresowania rzeczami na pozór odległymi, jak hip-hopowymi beat’ami w stylu produkcji James’a Yancey (J.Dilla), taneczną elektroniką EDM (naprawdę namawiam, by wyjść z jazzowego kąta i posłuchać, co gra Medasin czy Flume, których nazwy FŻQ podaje w materiałach prasowych) czy po prostu wpływami popowymi. Filip Żółtowski Quartet na „BiBi” puszcza jeszcze śmielej niż na debiutanckim „Humanity” oko do tej części publiczności, która w muzyce poszukuje radości z rytmu, zabawy wśród dźwięków ale jednocześnie szuka muzyki ambitnej. „BiBi” jest troszkę jak wpuszczenie świeżego powietrza do dusznych sal jazzowych: kwartet lubi melodie, lubi silnie zaakcentowane klubowe rytmy, lubi szalone, podkręcone tempo bitów. Jednocześnie jednak muzycy wytyczają jasną granicę: przecież na „BiBi” główne role grają trąbka lidera i saksofon Szymona Zawodnego – ich muzyczne „rozmowy” wytyczają muzyczny szlak tej płyty, a w utworze „Emptiness” ścigają się jak dwa husky, które wypuszczone po długim zamknięciu znów mogą pognać ile sił w siną dal. I dodam: Ten materiał spokojnie mógłby wyjść w Londynie, Tokio, Berlinie, NY czy gdziekolwiek. To jest symbol zmiany warty w polskim jazzie. Tercet Kamili Drabek Tak bym chciała kochać już (Audio Cave) Niech was nie zwiedzie tytuł i pierwsza znana melodia – pani Kamila Drabek nie kopiuje standardów. Po pierwszym utworze, nagle, znienacka na dźwiękową scenę wbiega spóźniony na coś kontrabas w genialnym „Last minute” i cała rzecz się dopiero zaczyna. Lubię niegrzeczne brzmienie saksofonu. I muzyczne „rozmowy” z kontrabasem. I perkusję łomoczącą, czasem jakby żartobliwie. Na płycie jest szybko, potem wolno, nostalgicznie, żywiołowo, a pani Kamila z wielkim kontarbasem się nie certoli. Skład Kamila Drabek – kontrabas, Marcin Konieczkowicz – saksofon, Kacper Kaźmierski – perkusja. Pani Kamila pochodzi z Bielska – Białej, które oddycha jazzem ale na co dzień żyje i tworzy w naszej administracyjnej stolicy. Występuje też w świetnych składach O.N.E. (to skład żeński lecz muzyka wielce koedukacyjna) czy Marta Wajdzik Project. „Tak bym chciała kochać już” to jedna z ciekawszych płyt ostatnich lat. Tryp Trych Trio Warsaw Conjunction (On The Corner) Gdyby pana Wojtka Mazolewskiego nie było, trzeba byłoby go wymyślić. To jest facet, który robi nieprawdopodobnie wielką robotę dla polskiego jazzu . Jest (wszech)obecny w mediach, łączy gatunki, a przede wszystkim łączy umiejętnie fanów różnych gatunków (duety na żywo w Fishem, Spiętym z Lao Che to dla wielu pierwszy kontakt z muzyką improwizowaną i przekonanie się, że nie każdy jazzman gryzie). Płyta jest bardzo stonowana, powiedziałbym łagodna i kontemplacyjna, bardzo dalekowschodnia, japońska, gdzie pan Wojciech chętnie jeździ, by sobie pograć w klubach i pobuszować w winylach. Wydana w brytyjskim labelu. To jest doskonałe, dojrzałe granie, jazz na najwyższym światowym poziomie zagrany ze znakomitymi artystami Tamarą Osborn - na flecie, saksofonie barytonowym i samplerach oraz Edwardwem Wakili-Hickiem - na perkusji. Must have. Teo Olter Quintet In Pursuit of Happiness (Alpaka) Oto kroczy, w pogodni za szczęściem młodość i jest to marsz antymerkantylny. Bardzo dojrzały sposób postrzegania kompozycji, co nie dziwi, bo lider jest dość doświadczonym muzykiem różnych składów ( m.in . Skarby czy duet z Jakubem Lemiszewskim). Radosna, nie stroniąca od melodii i prostoty płyta, a jednocześnie mocno zanurzona w jazzowej tradycji. Co ciekawe, brzmienie kwintetu zbudowane jest na podwójnych basach. Teo Olter mówi: muzyka z płyty daje słuchaczowi możliwość ucieczki od codzienności i odkrycia nowych krain wyobraźni. Aż trudno uwierzyć, słuchając płyty , że nagrywano ją przez zaledwie dwa listopadowe dni roku 2023. No i znów Kamila Drabek jako kontrabas na torcie. SKŁAD : TEO OLTER – drums KAMILA DRABEK - double bass TYMEK BRYNDAL - bass guitar TADEUSZ CIEŚLAK - tenor saxophone ALEKSANDER ŻUROWSKI – piano MONIA MUC - sax (#5, #10) S. E. A. Trio Inflow (Music Corner) No to płyniemy! Ale powolutku, moi szanowni, ledwo, ledwo, żaden hals, w zasadzie częściej dryf. A najlepiej połóżcie się na pokładzie posłuchajcie, otwórzcie się na te dźwięki. Rzecz jest ciekawa, ponieważ trio według mnie gra czysty free jazz, ale jego łagodną odmianę – w pewnym sensie więc mamy do czynienia z odnalezieniem Świętego Grala ;) Bez wahania polecam. Trio tworzą mistrzowie. Arcyoryginalny perkusista Krzysztof Gradziuk, jeden z najlepszych w Europie kontrabasistów Krzysztof Lemańczyk i wibrafonista Dominik Bukowski - wielbię wszystko, czego się ten ostatni dotknie, bo jest złotodajnym artystą (ach gdybyż moje słowa mogły zamienić się w ciało, albo raczej w minerał). Skąd skrót S.E.A.? Różnie powiadają. Autorzy mówią zaś, że od Sonorism, Expression, Ascenticism. Sebastiaan Janssen, Hubert Kostkiewicz, Ken Vandermark & Marta Wareli Koniec (Catalytic Sound) Bardzo często mówię, że dzisiejszy jazz to niegdysiejszy punk. Free jazz znaczy wolność. Wolność zaś nie ma granic. Może być wszystkim, może być wszędzie. Jest absolutem. Wolność, czyli „Koniec” jest zapisem jesiennego koncertu w Bemma Bar we Wrocławiu. Ja nie będę dużo pisał, skład jest wyżej (ech, ten nowojorczyk Vandermark jest niezrównany, niezliczono nigdzie , ile gość projektów prowadzi!). Ale, ale, Szanowne Państwo. Są w tym projekcie dwie ważne rzeczy, mianowicie: Nagranie dedykowane Mazenowi Kerbajowi ( mazenkerbaj.com ) and Mykhaylo Palinchakowi ( palinchak.com.ua ). Cały dochód ze sprzedaży płyty wędruje na konta dla Palestine Children's Relief Fund ( www.pcrf.net ) oraz Save the Children Aid to Ukraine ( www.savethechildren.org/us/where-we-work/ukraine ). Kupujcie więc płytę tutaj proszę, kosztuje niewiele: https://vandermark1.bandcamp.com/album/koniec I CO? Nie mówiłem, że punk? Spontaneous Live Series D06: Małgorzata Zagajewska/ Paulina Owczarek/ Emilio Gordoa Live at 5th Spontaneous Music Festival, 2021 (Spontaneous Music Tribune) Kolejny free jazz, który mnie w tym roku porwał, zmielił i odmienił, ponieważ (niemal) każde spotkanie z free jest dla mnie nie tylko doświadczeniem dźwiękowym, ale (może przede wszystkim) duchowym. 34 minuty bez żadnej struktury muzycznej. 34 minuty swobodnego opadania bez spadochronu, zabezpieczenia, deski ratunku. 34 minuty zachwytu. Zagrane dawno, wydane niedawno. Jeśli wam nie przypadnie do gustu to sorry. Ale trudno mi będzie w to uwierzyć. Kosmonauci Sorry, nie tu (U Jazz Me) Dla niewtajemniczonych: w stolicy działa czołowy polski jazzowy klub o nazwie Pardon, To Tu? Trudno tam podobno zagrać, bo kolejka jest długa, ale prawie każdy muzyk chce. Nazwa płyty „Sorry, nie tu” pozwala myśleć, że w odróżnieniu od reszty Kosmonauci raczej nie marzą o występie na wspomnianej scenie i pewnie niespecjalnie przepadają za tzw. środowiskiem. A teraz proponuję rzut oka na okładkę: czy ja przypadkiem nie wciskam wam ukradkiem jakiegoś hip-hopu czy hardkoru? Nie! Tak prezentuje jeden z najciekawszych zespołów jazzowych nad Wisłą. W Kosmonautach bowiem wszystko jest wyzwaniem. Mówią o sobie boysband. Ja dodaję: jazzowy boysband punk z Bielska – Białej (a nie mówiłem, że to prawie stolica polskiego jazzu), ponieważ słuchając Kosmonautów trzeba się mocno trzymać poręczy, żeby podczas jazdy uniknąć upadku. Szybko, szybciej, wolniej, ciszej, głośniej, lirycznie, krzykliwie, wrzaskliwie. Moc. Oto ja, Robert Kozubal, wygłaszam: „Sorry, nie tu” jest najbardziej energetyczny polskim debiutem w jazzie od czasu Miłości. To nie jest idealny materiał, ale nie o to chodzi. Tu chodzi o ten rodzaj energii, której ci czterej panowie mają właśnie tu i teraz w nadmiarze. Ja lubię kiedy młodość wrzeszczy, buntuje się, pali mosty, olewa system, bo od tego młodość jest młoda, a my dziadersy możemy im tylko zazdrościć – już nie wykrzeszemy z siebie podobnej mocy. Podobnie jak Kosmonauci za 30 lat. Póki co jednak są tu i grają pięknie tak, a nie inaczej. Kosmonauci są tego faktu świadomi. Z lekką nonszalancją, jak na zespół jazzowy, powiadają: Gdy jest dużo energii, to nam wychodzi najlepiej. To nie jest granie konceptualne, bo mimo że jest mnóstwo elementów, które są rzetelnie zaaranżowane od A do Z, to jednak ogromne jest spektrum dowolności i na pierwszym planie zawsze jest energia , a że zespół zna się od lat, są doskonale ograni. Tymon Kosma i Miłosz Pieczonka to – jak sami mówią - przyjaciele od dziecka. Ich pomysły publiczność przyjęła doskonale: Debiutancki winyl Kosmonautów został wyprzedany, większość koncertów też jest "sold out". Załoga Kosmonautów: Miłosz Pieczonka - saksofon Tymon Kosma - wibrafon Bartek Lucjan - bas Jan Pieniążek – perkusja Leszek Możdżer i Adam Bałdych “Passacaglia” (Imaginary) Powtarzam: Drodzy, jeśli chodzicie po świecie powtarzając, że nie rozumiecie jazzu, że go nie lubicie, bo to taki muzyczny dziwoląg, to ta płyta zmieni waszą opinię. Ba! Ja osobiście mniemam, że w dużej mierze powstała właśnie dla Was. A wiecie kto ją dla Was nagrał? Najwięksi, najbardziej utalentowani, najbardziej boscy i wybitni. Pan Leszek wszakoż nie ma sobie równych na świecie, to jest gigant, a nie żadna tam ekstraklasa, przecież specjalnie dla niego robią fortepiany z różnymi strojami i jeszcze się proszą, żeby se na nich pograł. A pan Adam? Pan Adam byłby megagwiazdą, ale se wybrał instrument, na widok którego potencjalny słuchacz ucieka w stronę Pani Królowej Doroty Rabczewskiej. A niesłusznie, bo jak są skrzypce, to musi być melodia, musi być pasażyk, długie frazowanko, liryka, łzy, uczucia i błogostan! Skrzypce zostały stworzone, by wywoływać w ludziach emocje - dobre i złe. Pan Adam na tej płycie wprawdzie uparcie szarpie struny (mądrale mówią, że artykułuje pizzicato, jak dla mnie je piccikatuje), ale co on boski wyszarpie, to inni nawet nie zasmyczkują. Jest do tej płyty dopisana taka filozofia, że tytułowa passakalja nawiązuje do tradycji tych z XVII wieku. Ja uważam, że to pitu, pitu, ale niech będzie, idźmy tym tropem. W XVII wieku passakalja była to po prostu piosenka uliczna, czyli grajkowie rżnęli muzykę, a zgromadzona gawiedź tupała, klaskała albo tańcowała (bo tańczyli to najwyżej państwo na dworach). Musiało się podobać i bamberce i koniuszemu., zatem musiało być melodyjnie, rytmicznie, chwacko, gracko i bez dupozadęcia żeby rzucali pieniążki. Panowie Leszek i Adam nie muszą już oczekiwać na nasze datki, ale ich passakalji słucha się z wielką przyjemnością, którą czerpali z pewnością ich twórcy, to po prostu się czuje, gdy bawią się dźwiękami, podrzucają sobie tematy, wymieniają się zagrywkami. I nie ma tu nigdzie grama agresji. To taka niebiańska muzyka zagrana przez przez wirtuozów specjalnie dla Was moi mili słuchacze nie lubiący jazzu. Dla was muzycy użyli na tej płycie unikalnej kombinacji instrumentów: niezwykle rzadkich skrzypiec renesansowych, dwóch fortepianów (w stroju 442 Hz i 432 Hz) oraz preparowanego pianina! Krytycy na nią troszkę psioczą, więc może to was przekona, że jest niezła. Dla mnie masterklasse. Piotr Damasiewicz, Into the Roots Świtanie (LAS) Pana Piotra uważam za jedyne i niepowtarzalne zjawisko w świecie jazzu. Podziwiam go za bezkompromisowego nura w toń spontanicznej muzyki o ludowych korzeniach i duchowy, autentyczny przekaz muzyczny. Zrozumiecie, a w zasadzie poczujecie jego wartki nurt włączając utwór „Świt”, zamknąwszy uprzednio oczy oraz pozbywszy się oczekiwań, ocen i poddawszy się dźwiękom. W dodatku Piotr Damasiewicz jest wirtuozem trąbki. Jego koncerty są zaczarowane. Gdy zaczyna grać lider między widownią, a sceną lecą iskry. To są magiczne chwile. Wciąż aktualny jest manifest jego inicjatywy koncertowo - wydawniczej, LAS: Słuchanie i brzmienie/Patrzenie i widzenie/Uczenie się i przetrwanie/Życie i synchronizacja/Uwolnienie i synergia/Miłość i strumień Tak właśnie tworzy Piotr Damasiewicz Nie ma co gadać po próżnicy tylko słuchać. Oto skład: Piotr Damasiewicz – trąbka, harmonium, perkusjonalia, głos Zbigniew Kozera – kontrabas, guimbri, harfa afrykańska Paweł Szpura – perkusja Michał Żak – shawm, drewniany flet poprzeczny, młotek ceramiczny Katarzyna Karpowicz – koto Alicja Krzeszowiak – śpiew Kamila Krzeszowiak – śpiew Paulina Kaźmierczak – śpiew, skrzypce Krzysztof Ryt – altówka pięciostrunowa Marek Ryt – dudy, fife, róg francuski Tomasz Dąbrowski & The Individual Beings Better (April) Downbeat: Trębacz Tomasz Dąbrowski to jeden z najbardziej wszechstronnych i ciekawych graczy w Europie. Downbeat jest najważniejszym magazynem o jazzie na świecie. Czy może być Lepiej ? Może i jest. Płyta „Better” to przemyślane, stonowane, nieco mroczne free granie. Jednocześnie i eleganckie, i nieposkromione – kłania się postprodukcja. Doskonale ujął to mój bardziej doświadczony i bardziej kompetentny kolega z redakcji „Polish Jazz Blog”, a także autor audycji w Jazz FM, niestrudzony propagator jazzu Paweł Ziemba . Poczytajcie: (...) Wszystkie kompozycje na krążku chwytają ujmującym liryzmem, swoją melodyką i zdecydowanym brzmieniem. Z drugiej strony są pełne pozytywnej energii. Trudno jest wydzielić któryś z utworów, gdyż wszystkie dziewięć kompozycji tworzy nierozerwalnie intrygującą, wciągającą całość. Album potwierdza niezwykłą wszechstronność i siłę zespołu, który w bardzo umiejętny sposób wykorzystując rozbudowane instrumentarium, tworzy ciekawe tekstury dźwięków, melodyjność i ostinatowy groove (...) Poczytajcie cały tekst bo ja bym tego lepiej nie napisał: https://polish-jazz.blogspot.com/2024/06/tomasz-dabrowski-individual-beings.html Dodałbym polsko – skandynawski skład złożony z zapracowanych, bo cenionych muzyków : Tomasz Dąbrowski – trąbka i elektronika, Fredrik Lundin – saksofon tenorowy, Irek Wojtczak – saksofon tenorowy i sopranowy, Grzegorz Tarwid – fortepian i syntezatory, Max Mucha – kontrabas, Knut Finsrud – perkusja akustyczna i elektroniczna, Jan Emil Młynarski – perkusja akustyczna i elektroniczna. Jakub Klimiuk Quinted (un)balanced Gitarzysta Jakub Klimiuk żyje i tworzy w Londynie, obecnie obok Nowego Jorku drugiej światowej stolicy jazzu. Do nagrania tej płyty zaprosił: Simeona Maya (saksofon tenorowy), Codego Mossa (fortepian), Kinzana (kontrabas) i Adama Merrella (perkusja). W dwóch utworach słyszymy pioniera współczesnego jazzu na wyspach brytyjskich, saksofonistę Marka Lockhearta. Płyta ma ciekawą strukturę. Głównych siedem utworów przetykają maleńkie perełeczki o nazwie „study 1, study 2 etc”. Są to krótkie wstępy lub zakończenia właściwych kawałków w wykonaniu poszczególnych członków zespołu. Warto je zgłębić, bo wówczas doświadczymy wirtuozerii muzyków. To ważne, ponieważ wspólnie grają jazz europejski, ze skandynawskimi wpływami, gdzie gitara lidera raczej współbrzmi z resztą, niż sforuje się na czoło międzynarodowego peletonu. Zespół Jakuba Klimiuka gra jego zawiłe i dojrzałe kompozycje. Technika jest tu środkiem wyrazu, nie przyćmiewa kolektywnego materiału. Or yginalne kompozycje Klimiuka to unikalna kombinacja zaaranżowanych struktur, często opartych na kontrapunktach i całkowicie improwizowanych sekcjach. Hania Derej Quintet Evacuation (Zannez) To jest bezczelność: mieć 19 lat i nagrać taką dobrą płytę. Tak żywiołową, a jednocześnie przemyślaną. To jest bezczelność, że w tej młodej kobiecie siedzi tyle talentu! Jest – uwaga – pianistką, dyrygentką, aranżerką i kompozytorką. Sama o sobie mówi, że żyje w biegu i sama się gdzieś zawsze ewakuuje. Stara się przełamać stereotyp podążania jedną, wytyczoną drogą. Jak mówiła w jednym z wywiadów chce czerpać i łączyć, bo „roźnorodność staje się coraz ważniejsza, nabiera coraz większego znaczenia”. A teraz przypomnijcie sobie, coście mówili o swoim życiu, mając 19 lat... Do tego fajny tytuł, który wziął się stąd, że podczas pierwszego dnia nagrań włączył się alarm przeciwpożarowy i autorce skojarzył się z jej sytuacją, bo – i to jest najciekawsze – w jej dyskografii jeszcze jazzu nie było. Nie do wiary... Świat ma Joego Aleksandra My mamy Hanię Derej Prawdę mówiąc twórczość pani Hani jest ciekawsza, choć nieporównywalne to byty muzyczne. Czarnoziem Socha ( Gusstaff) Pogranicze. Trochę dark ambient, trochę jazz. Mrok. Mrok. Mrok. Drony. Sonorystyczny minimalizm (ale wymyśliłem) Ograniczone intrumentarium. Budująca tajemnicze tło elektronika. Uwielbiam. ZIEMIA feat. Irek Wojtczak Warming/Melting (Audio Cave) Materiał wymagający uwagi, skupienia, autentycznego doświadczania. Nagrany podczas koncertu w Trójmieście. Już pierwszy „Waming/Melting” w zasadzie rodzi się i buduje w trakcie, i tak jest potem przez całą płytę, ponieważ mamy do czynienia z tworem w pełni improwizowanym, który z tradycyjnym jazzem ma kontakt luźny i wyłącznie poprzez korzenie artystów. Temperatura płyty dość miarowo rośnie, na początku muzycy nie mordują ekspresją, wymieniając się raczej dźwiękami, potem jednak robi się szaleństwo, a kto dotrwa do końcówki poczuje się częścią żywiołowego, improwizowanego misterium. Sprawdźcie koniecznie. Kosmos Kosmos (Audio Cave) Łódzki, młodziutki i zadziorny Kosmos wdarł się tutaj rzutem na taśmę. Wydany 28 czerwca. Jest to tak dobry materiał, że chętnie poświęcę mu oddzielny tekst Tomasz Stańko Quartet September Night (ECM) Nie będę pisał o tej płycie, bo czułbym się tak, jakbym recenzował Biblię czy Koran - można, tylko po co? To jest jasne, że ECM nie wydałby nigdy byle jakiego materiału Tomasza Stańki. Zwłaszcza teraz. O roli i miejscu pana Tomasza w naszym kraju niech świadczą dwie sytuacje z opisywanych wcześniej płyt. EABS nagrał Reflections of Purple Sun przypominając nieco zapomnianą płytę Stańki sprzed pół wieku. Jakub Kurek nawet gra tam na trąbce Monette XLT+, ostatniej, którą Tomasz Stańko wybrał do swojej kolekcji. Z kolei premierowy odsłuch ostatniej produkcji Tomasza Dąbrowskiego "Better" miała miejsce w warszawskim mieszkaniu mistrza. Jak widać pan Tomasz wciąż jest między nami.
- Jazzda poleca - 15 płyt, które wpadły mi w ucho w maju
Steph Richards “Power Vibe” - powiem wam, że muzycy nie powinni dotykać się do programu graficznego Canva, bo okładka tej płyty odrzuca na milę morską, ale za to muza wciąga i to jak! To jest wir, to jest tornado, to jest kokaina i ciepła wódka o szóstej rano z mydelniczk! Ta Pani tak duje w swą trąbę, że klękajcie narody. Ja tam guzik się mogę znać, możecie mi nie ufać ale Jazz Times napisał o niej “siła awangardowego jazzu… wirtuoz nieziemskiego brzmienia”, zaś powściągliwy zazwyczaj Downbeat dodał, że to “trębaczka z natury żądna przygód”. Rewelacja. Jedna z najlepszych płyt usłyszanych w tym roku. Das Kapital “One Must Have Chaos Inside to Give Birth to a Dancing Star” czyli “Trzeba mieć w sobie chaos, żeby urodzić tańczącą gwiazdę”. Hm. Co mogą grać artyści, którzy nagrywają muzykę pod takim tytułem, kopiuj-wklej z FriedrichaNietzschego? Otóż mogą grać wszystko. I grają. Das Kapital to trzech muzyków: Daniel Erdmann (saksofon), Edward Perraud (perkusja) i Hasse Poulsen (gitara), którzy moim zdaniem robią sobie z nas jaja. Czytają nadęte recenzje zachwyconych nimi bubków takich jak ja i zdychają ze śmiechu. Posłuchajcie tego: “Das Kapital powołuje do życia tysiące świateł spontanicznej twórczości, rozświetlone geniuszem chwili.” Ja pierdziele, ale bełkot. Szanowni. To jest doskonała płyta. Niełatwa w odbiorze. Pełna zakrętów i przyspieszeń. Zaimprowizowana w pełni niemal, bo to jest jazz. I cudna. Zdecydowanie najlepsza płyta w tym roku. Ależ oni by się uśmiali gdyby to przeczytali, na szczęście ja jestem dla nich za cieńki Bolesław. Vijay Iver, Linda May Han Oh, Tyshawn Sorey “Compassion” - Oj ta płyta rzeczywiście budzi współczucie. Tyle umiejętności, taaaaki warsztat, tacy muzycy, tyle talentu pod jednym dachem i tyle pary w gwizdek. Ale próbujcie. To gwiazdy. Sana Nagano with Hery Paz, Max Johnson, Alfred Vogel “Chattering teeth” oznacza szczękanie zębami. Oj taaak! Materiał na płycie w pełni improwizowany, to jest real freejazz patchwork. Modulacje i przestery skrzypiec, nieustanna bitwa skrzypaczki z saksofonem na pierwszym planie (może kłócą się o hajs?), mnóstwo elektroniki, .ani sekundy odpoczynku, chyba ani jednego taktu melodycznego, taka płyta ze skrawków. Zespół Sany Nagano nagrał dobrą, bezkompromisową, jazzową płytę, która niczego nie udaje, o nic się nie stara, nie zabiega o niczyją uwagę. No i świetny perkusista i basista. Jak oni to robią, że się nie gubią? Blok Numer 35 “Psychoszum”. To jest szanowne moje państwo dzisiejszy punk rock z elementami pogłębionej poezji! Po wysłuchaniu takich płyt w dupie mam cały ten swój dżez. Blok nr 35 nie negocjuje, nie szuka z wami kompromisu. Wpycha w wasze uszy wszystkie dźwięki świata spakowane w utwory bliskomuzyczne i muzycznopodobne. Walenie, dudnienie, szumy, elektroniczne ćwierki, świsty, odgłosy, które wydawały moje ukochane flipery kiedy miałem 11 lat i przegrywałem na nich wszystkie ukradzione matce z portmonetki pieniądze - tu jest wszystko, a nad tym wszystkim płynie ona: królowa gitara. No i w końcu są tam, jak żywe, maszerujące gąsienice, które rozmawiają z bogiem. Życie - przekonują mieszkańcy Bloku nr 35 - jest jak psychodeliczny lot, trwa dopóki nie napadną was wilki. Nim was napadną wrzućcie “Psychoszum”. Szaleństwo. Wiecie co napisali na profilu o produkcji płyty: homerecording, straight edge, wymiana pralek i awarie wodociągów. Ja jestem zachwycony. Addict Ameba “Caosmosi”. Słyszycie? Posłuchajcie uważnie. Teraz słyszycie? To ogromna siła dęciaków, grad, kanonada dęciaków, która zburzyłaby nie tylko mur Jerycha, ale także mur Trumpa. Dlatego jest bardzo rytmicznie, na płycie panuje dość szybkie tempo, no i ma się rozumieć jest głośno, bo musi być głośno. Ale czy to jest jazz? Nie. A właściwie tylko momentami, ale mnie to wystarczy. Dla każdego. Na płytce jest taki jeden gniewny utwór„Look At Us” z Joshuą Idehenem, anglo-nigeryjski poetą i piosenkarzem znanym ze współpracy w Sons Of Kemet i The Comet is Coming. Kto na nim nie nie ma ciarek ten trąba. Gallowstreet “A trip worth making” - cytując klasyka: YES, YES, YES! Bezapelacyjnie na tę wycieczkę warto się udać. To moi mili jest płyta dęta, gdyż instrumenty dęte są na niej najważniejsze. W zasadzie pozostałe instrumenty użyto są w jednym celu: wyeksponować dęciaki.Jest bardzo melodyjnie, bardzo na lato, bardzo do tańca. Tych Holendrów w Gallowstreet jest ósemka, a brzmią jak armia, która nie bierze jeńców, więc mój drogi zbłąkany czytelniku: baw się dobrze albo giń! Chcesz mieć dobry dzień? Zacznij go od Gallowstreet. Jednak ostrożnie. Ta muzyka tak cię rozbuja, że weźmiesz urlop na żądanie albo rzucisz papierami w robocie. Caca. Siedem gwiazdek na pięć. Kamasi Washington “Fearless Movement” - jak ja chciałbym zamieszkać na jeden dzień w głowie tego człowieka! Tak se myślę, że Kamasi wstaje rano, drapie się tam, gdzie każdy facet się drapie, gdy wstaje z łóżka i już wtedy nuci te swoje hymny podniebne, świetliste, te długie frazy melodyjne, lotne, te zawijasy i wrzaski saksofonowe, bufiaste jak rękawy żakietu mojej siory w latach 90-tych. Pewnie gdy siada na kibelku to też nuci te swoje do znudzenia anglosaskobarokowe psalmy jazzowe. Lećcie wyżej, wyżej, wyżej a chyżo - woła zapewne do swpoich ptaszków nutek Kamasi. A może żyje jak król z kreskówek i wchodząc do każdej ze swych komnat nakładają mu nową pięknie wyszywaną pelerynę, wręczają w każdej inne berło króla jazzu, a on bez przerwy nuci i nuci te swoje hymny… powtarzam się. Kamasi bez kontekstu, czyli bez zerkania w dyskografię wydał kolejną wspaniałą płytę. Kamasi z kontekstem, czyli z uwzględnieniem poprzedniego dorobku strasznie się jorbnął. Doceniam hip-hop jako wyraz prawdziwie autentycznego buntu, ale ja nie kupuję włączenia go w jazz. To moja wina, bo młodsi pewnie kupują. I słusznie. Shuteen Erdenebaatar Quartet “Rising Sun” - dziewczynko, a kto Cię zostawił tak zupełnie samą przy tym fortepianie? Gdzie są Twoi rodzice, porzucili cię i odjechali konno? Do którego buddyjskiego przedszkola chodzisz? Takie pytania rodzą się podczas oglądania okładki płyty, z której zerka smutna, odziana w czarną suknię śliczna, młodziutka skośnooka dziewczynka. Ba! Dziewczynka ma 26 lat, urodziła się w Ułan Bator, w Mongolii, gdzie skończyła dobrą szkołę muzyczną i zwiała do Monachium, która oprócz piwiarni, w których przemawiał ongiś z wielkim powodzeniem Adolf Hitler, ma University of Music and Performing Arts, czyli Wyższą Szkołę Muzyczną i Sztuk Scenicznych. Shutten skończyła co tylko skończyć mogła czyli dwa studia magisterskie i studia podyplomowe (Meisterklasse) i zapitala jazz. Zaiwania muzykę najwyższych lotów. Nagrała debiutancką płytę i rzeczywiście jest wschodzącym słoneczkiem dżazu. “Rising Sun” jest takim rdzeniem jazzowym, jądrem tej muzyki, polecam tę płytę każdemu, kto nie chce zaczynać słuchać tej muzyki od nudnych swingujących staroci. Pani Erdenbaatar potrafi porwać żywiołowymi utworami, przytulić balladą, palnąć doskonale zagrana solówką między oczy. I jest patriotką, gdyż zapowiada swój powrót do Mongolii w tym roku, co kiepsko rokuje jej karierze muzycznej. Mam nadzieję jednak, że jeszcze o niej usłyszymy i nie będą to wiadomości z mistrzostw świata w ujeżdżaniu koni. Kenny Garret “Who Killed AI?” to nie jest mój ulubiony muzyk, ale tym razem mnie zastrzelił. Jest w wieku dębu Bartek, a zatem jako będący pod ochroną przedstawiciel odchodzącego w niebyt gatunku, mógłby odcinać kupony od swej popularności i nagrywać dobrze skrojone gnioty, nad którymi tacy fagasi jak ja pialiby z zachwytu. A on tymczasem robi woltę i nagrywa krótkie dzieło wypełnione elektroniką, nowoczesnymi dźwiękami, odwołujące się do tych nurtów w jazzie, w które stary wygi nie wchodzą bojąc się śmieszności. Kanny Garret się nie wystraszył, wlazł po szyję i bardzo dobrze! Jest to muzyka środka, nie tam żadne awangardy, tylko porządne nowoczesne granie jazzu. Utwór “Ascendence” to dziełko wybitne! Grajcie głośno i do upadłego. Wiwat stare wygi! Rosa Brunello “Senseless Acts of Love” . Uwielbiam kobiety grające na basie. Bas to kręgosłup i szyja każdej grupy. Babeczki bardzo świadomie rządzą więc w domach i coraz częściej w muzyce. Rosa Brunello, choć umie, to nie szaleje. Nie jest Wooten w spódnicy. To są świetne, wpadające w ucho kompozycje, do których chce się wracać. Soczysta, jazzowa płyta. Igni Bjarni “Fragile Music”. Pan z Islandii, bo Igni to mię męski. To w zasadzie mi wystarczyło, żeby się zasłuchać, ale w jego trio grają jeszcze Bárður Reinert Poulsen z Wysp Owczych na kontrabasie i islandzki perkusista Magnús Trygvason Eliassen. A więc Igni, Bárður i Trygvason nagrali bardzo intrygującą, bardzo tajemniczą, nieco mroczną, nastrojową muzykę. Ingi nie jest nowicjuszem, co od razu słychać. To stary wyjadacz. Nagrał 5 płyt. Ma swój styl. Aż szkoda, że na spotifaju obserwuje go ledwie 413 słuchaczy. Zasługuje na więcej, podbijcie mu tę średnią, bo to bardzo ciekawy muzyk. Lis Wassberg “Twain Walking” - kobieta puzoniara, w dodatku prześliczna (tak, tak wiem, że to seksistowsko mega słabe było), czego więcej trzeba? Przydałaby się dobra muzyka - a zapewniam, że ta jest w pyteńkę. Pani Lis pochodzi z Danii i tworzy jazz nie od dziś. To zresztą ciekawe i charakterystyczne jest dla tej muzyki. Otóż Pani Lis świetnie sobie radziła jako doskonały, bezimienny muzyk drugiego planu w projektach sygnowanych przez gwiazdy jazzu. I tak sobie po cichu dmuchała w swój puzon przez 30 lat, a że grała znakomicie to np przez te wszystkie lata zatrudniała ją u siebie Marilyn Mazur, taka jedna gwiazda jazzu. Oto jej, uwaga, WYBRANE albumy https://www.liswessberg.com/discografi1 . Całe szczęście, jakieś trzy lat temu ktoś namówił Panią Lis na debiut. “Twain Walking” jest jej drugim albumem w dorobku. Odnoszę wrażenie, że puzon nie jest najłatwiejszym jazzowo instrumentem, zwłaszcza jeśli się nie swinguje, tylko gra nowoczesny, szybki, pełen dynamicznych zmian tempa jazz. Pani Lis gra moim zdaniem na światowym poziomie. Słuchałem jej płyty z przyjemnością, widać, że dopracowała tę produkcję “perfect. Gdy LIs Wassberg wpadnie na koncert do Polski to zapewne chętnie się wybiorę. Nicholas Krolak “River Song” - Ujął mnie najpierw swoim własnym opisem spotifajowego profilu: Bla bla studiował tu i tam… grał z legendarnym tym i tamtym… brzmi jak zespół x, który spotkał artystę y. Skończmy z tymi bio nonsensami człowieku, po prostu posłuchaj mojej muzyki. Posłuchałem. Łał. Free jazz na najwyższych obrotach i baardzo wysokich lotów. Nie taki zupełnie rozpiździaj muzyczny jak szaleństwo Sary Nagano, ale za to płyta ma lepsze brzmienie i jest spójniejsza. Nie będę za długo gadał, powiem tylko, że jak wejdziecie sobie na https://www.nicholaskrolak.com/ i napiszenie do Nicholasa to dostaniecie całą płytę za free. To się nazywa prawdziwy, wolny jazzman, który ma w duszy całe pieniądze tego świata. Świetna płyta, choć dla niewprawnego ucha może być trudna w odbiorze. Ale warto. EABS “Reflections of purple sun ”. To jest klasa światowa, a z Dolnego Śląska. Dla słuchania takich płyt warto żyć. Tam jest wszystko: kompozycje utkane perfekcyjnie, zagrane idealnie, role wszystkich instrumentów rozpisane tip top, tak wyważone, że nikt się nie rozpycha, nikt nie zostaje z tyłu. Cały zespół jedzie miękko, jak mercedes beczka po autobanie, bo wszystko tu pasuje, wszystko współgra. Można jeszcze pisać o czerpaniu z płyty pana Tomasza Stańki sprzed 50 lat - tylko po co. To jest wersja 2.0 EABS, całkowicie odmienna, zrodzona w innej rzeczywistości, odpowiadająca innym potrzebom (na przykład techno w “My Night, My Day”). Genialne.
- Emotnij to jeszcze raz Sam, czyli recenzja z emotek
Zero słów. Niech przemówią emotki o płycie pana Matthew Shippa " New Concepts in Piano Trio Jazz". Tyle się teraz mówi, pisze, przemawia, wygłasza, publikuje. Może więc słusznie młodzi skracają język wracając do pisma obrazkowego . Więc próbuję. Poniżej bodaj pierwsza na świecie recenzja z emotek albumu jazzowego.
- Edward idzie z Muriel na urodziny syna
Edward Wiaderny omal oberwałby frunącą z góry płytą CD w swój łysy łeb. Szczęściem przeleciała tuż obok lądując na trawniku. Splunął, schylił się, pozbierał płytę, książeczkę, plastikowy kwadrat opakowania. Muriel Grossmann “Devotion” - przeczytał z kolorowej okładki. - Baba i gra na saksie, aje jaja - mruknął pod nosem niechętnie. Okładka przypominała mu dzieciństwo w początkowych latach 70. Tak się malowało wtedy reklamy na murach, choć to wtedy nie były reklamy, bo wszystko było wspólne i niczego nie trzeba było reklamować. Słowem: okładka była niedzisiejsza. Zadarł głowę, spojrzał w kierunku, z którego przyleciała Muriel Grossmann na staromodnej okładce, ale żadne z okien nie zdradzało nadawcy. Poczuwszy się więc jak adresat wcisnął płytę w kieszeń i szybko poszedł w kierunku swojego mieszkania. Mieszkanie to nora w łódzkiej czynszowej kamienicy pamiętającej robotników Poznańskiego i Herbsta. Wyglądało jak jego właściciel: zabałaganione, brudne, biedne, liche. Wiaderny był zmęczonym, wymiętym życiem, zniszczonym alkoholem starcem. Nie miał szczęścia do rodziców, nie miał szczęścia do kobiet, nie miał szczęścia do siebie. Żył, ale zapomniał już po co. Pracował jako dozorca na parkingu strzeżonym. Tak zarabiał na chleb. Jeszcze nie był w wieku emerytalnym, a wyglądał jakby chwiał się nad własnym grobem. Wiaderny zjadł, po czym przedemolował pół mieszkania, aby znaleźć odtwarzacz, a w zasadzie stary radiomagnetofon z odtwarzaczem CD. Wreszcie odszukał go w szafie przywalonego startą dziurawych dresów. - Sanjo. To była firma - znów mruknął i włączył płytę. Domyślił się, że baba z saksiakiem na okładce to ta Muriel. Był ciekaw co taka baba może za muzykę wydmuchać. W życiu nie widział kobity z saksofonem. Jednego faceta co to na saksofonie grał, widział na festynie pod Rawą Mazowiecką, gdzie jeździł do takiej jednej rudej Maryśki, która się w nim bujała. On chyba w niej też, ale tego już nie pamiętał. Nie pamiętał ani jednej dobrej rzeczy w swoim życiu, pozapominał. Muriel Grossmann fot. Laura González Guerra A tu w głośnikach taaaaaka siła! Wiaderny aż wygodniej umościł się w swym starym fotelu. Po pierwsze dlatego, że SANYO w ogóle zagrało, po drugie dlatego, że Muriel wbrew oczekiwaniom Edwarda dmiła ostro, głośno, z mocą, gromko, jakby właśnie na przekór i na złość jemu, Edwardowi Wiadernemu, lat 61, synowi Franciszka i Józefy. Towarzyszyły jej pasażujące organy Hammonda w tle, perkusja, która bezkompromisowo wybijała szybki rytm, bas, choć ledwie słyszalny na sprzęcie tej klasy. A Muriel rozkręcała się z każdym taktem rzucając ostre dźwięki saksofonu w twarz temu powoli osuwającego się w sen staremu szowiniście, mizoginowi, opojowi, którynie mógł już pić nawet wódy - ten smutny słuchacz nie mógł tego wiedzieć, że Muriel Grossmann to doświadczona saksofonistka altowa, sopranowa, tenorowa, posiadająca na swoim koncie aż 25 autorskich płyt! Wiaderny zasypiał, bo po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy, a niewykluczone, że po raz pierwszy w życiu było mu bez pomocy wódki miło, dobrze i sympatycznie. Organizm tegoż spragniony zareagował natychmiast, wyłączył Wiadernego jak gilotyna. Nie słyszał więc całej potęgi 21 minutowego utworu “Prawda Absolutna”, gdzie każdy muzyk z zespołu pani Muriel mógł pokazać co potrafi. Nie doświadczył siły prostego, melodyjnego głównego motywu “Calm”, które być może skojarzyłby mu się z “Ona tańczy dla mnie”, któren utwór Edward Wiaderny znał, wysoko cenił i nawet gwizdał raz czy drugi po piwku - wszak wiadomo, że piwko nie alkohol. A to płyta mimo jazzowych korzeni prosta, mocna, głośna, bezkompromisowa jak polityk w kampanii wyborczej, muzyka oglądająca się bez żenady za minionymi latami, za roztańczonymi hippiesami, pacyfkami, kwiatami we włosach, za długimi piosenkami na listach przebojów, za dobrą zabawą przy ambitnej muzyce, za młodzieńczą wiarą, że dobre emocje mogą zmienić świat. Na płycie nie pada ani jedno słowo, ale to przesłanie jest namacalne. POLECANE UTWORY Z PŁYTY Wiaderny się przebudził, gdy w jego norze brzmiał jeszcze utwór tytułowy, przedostatni na płycie. Zanim świadomość całkowicie przedarła się przez zasieki w jego mózgu, już poczuł się dobrze. Se teraz Wiaderny myślał, albo lepiej czuł, że jest dobrze “jak we wojsku”, bo tylko “we wojsku” było mu dobrze, nawet przy takich mądralach jak ten Kroll, którego z porucznikiem Arkiem ganiali na samowolce po całej Łodzi. Ale to była historia! Krollowi puściła się żona z najlepszym kumplem, więc postanowił obojgu nastukać czy diabli wiedzą co jeszcze. No ale to groziło kłopotami dla jednostki, więc go szukali z tym ładnym porucznikiem co strasznie wódkę pił, ale nie było po nim tego widać, a po Wiadernym było. Krolla złapali, bo jak mówili “sztuka jest sztuka”, a Wiaderny dostał dodatkowy urlop za tę akcję. Potem, po latach spotkał tego Krolla na ulicy, z inną babką, źle wyglądał, strasznie gruby był, a ona… szkoda gadać, do tamtej trza przyznać się nie umywała. Ta cała historia nadawała się na film, ale kto miałby go zrobić skoro Wiaderny nie znał nikogo ze świata filmu, coby mu ją opowiedzieć. Raz jeden poznał takiego reżysera Pasikowskiego na imprezie w knajpie, ale gość wyglądał tak ponuro, że musiałby wpierw wypić morze wódy, żeby do niego zagadać. Przypomniał sobie piękną wiosnę, kiedy wychodził z wojska i jak głupek się cieszył, choć przecież czul to tak mocno, że powinien podpisać kwit na zawodowego, dojść do chorążego i zapić się na śmierć zgodnie z wojskową tradycją i niepisanym regulaminem. Ale w tamtych czasach bycie trepem, znaczy się zawodowym wojskowym było złe. Zaraz, zaraz. Była wiosna, jak teraz. Którego dziś mamy? Twarz Wiadernego się rozchmurzyła, ale czy to był uśmiech - tak do końca nie wiadomo. Jutro były urodziny jego dorosłego syna. Pewnie nie będzie chciał go widzieć, ale niech tam, jutro po raz pierwszy w życiu Edward spróbuje być innym człowiekiem. Pójdzie, a jak! Da mu prezent, który spadł z nieba.
- List do ministry zdrowia w sprawie płyty KRYSTYNY STAŃKO pt. "EURODYKA"
Ta płyta to balsam, otucha i pokrzepienie. To antidotum na frenetyczny pośpiech tego świata, na somatyczny obrzęk tłumu myśli rozdętych przeskalowaną rzeczywistością, na znerwicowany nadmiar jednorazowości oraz na wszelkie dolegliwości ducha i ciała homo sapiens XXI wieku. Szanowna Pani Ministro Zdrowia, ośmielam się stawać u wirtualnego progu Pani wysokiego resortu i apelować z moich jazzowych peryferii w sprawie, która przyniesie ogólny pożytek i dobrostan. Oto mam dla Pani lek na całe zło tego świata – płytę Krystyny Stańko pt. „Eurodyka” i proszę bez ogródek: niech Pani spowoduje, aby lekarze przepisywali ją znerwicowanym i chromym, niech ta muzyka popłynie na szpitalnych korytarzach, niech się sączy w przychodniach, w poczekalniach, izbach przyjęć, niech towarzyszy w wybudzeniach i teleporadach na przeziębienie, rwę oraz opryszczkę. Powiedzieć, że to piękna płyta to nic nie powiedzieć – gorzej, to jakby powiedzieć, że się było w kościele Santa Maria delle Grazie w Mediolanie i oglądało tam jadalnię z jakimś wyblakłym malowidłem na ścianie. Ta płyta to balsam, otucha i pokrzepienie. To antidotum na frenetyczny pośpiech tego świata, na somatyczny obrzęk tłumu myśli rozdętych przeskalowaną rzeczywistością, na znerwicowany nadmiar jednorazowości oraz na wszelkie dolegliwości ducha i ciała homo sapiens XXI wieku. Pani Ministro, muzyka i teksty Krystyny Stańko niosą tak potrzebne dziś wszystkim ukojenie już od pierwszych chwil, a potem jest tylko lepiej. Powolutku, w rytm soczystych, krystalicznie czystych i perfekcyjnych dziesięciu utworów „Eurodyki”, spływa na słuchacza aura spokoju, otula go ciepłymi i bezpiecznymi dźwiękami. Krystynie Stańko towarzyszy na płycie zespół marzeń, autorami muzyki są ona sama i niezrównany Dominik Bukowski, jeden utwór napisał Paul Rutschka. Obecny jest także Norweg Arve Henriksen, chyba najsubtelniejszy trębacz świata, człowiek, który gra tak lekko, jakby przepraszał swój instrument za każdy głośniejszy dźwięk. Pejzażuje nieziemsko w kilku utworach i to właśnie jego talent sprawia, że w refleksyjnej pieśni pt. „Dla Kompo”, poświęconej zmarłej na covid przyjaciółce Pani Krystyny, stajemy twarzą w twarz przed niewypowiadalnym. POLECANE UTWORY Z PŁYTY Kolejny argument: tematyka. Pani Ministro, toć ta płyta to hołd dla Europy! Tej Europy, która wprawdzie nigdzie się nie ruszała, ale jakby ostatnio była gdzieś trochę dalej. Próżno jednak traktować ją jak banalny przewodnik, to raczej wysmakowane fotografie nastroju poszczególnych miast wywołanych w tytułach utworów. Już pierwsze fado z Joao de Sousa przynosi nam wiatr z Porto, a po nim wędrujemy do Aten, Oslo, Paryża, rozśpiewanego Splitu czy wreszcie do zmrożonego wojną Lwowa, który odwiedzamy podążając za przejmującym głosem ukraińskiej wokalistki – Laury Marti. Dla zsiwzowanych formalistów dodaję, iż Krystyna Stańko ma wszelkie wymagane kompetencje: jest wybitną wokalistką obdarzoną oryginalnym kontraltem, absolwentką Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach, od lat w polskiej jazzowej czołówce (już w 2002 roku nominowana do Fryderyka za płytę „Do dziesięciu” grupy 0-58), nagrała 10 albumów, wykłada wokalistykę w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Ma na koncie wielu nagród, medal Gloria Artis i Pomorską Nagrodę̨ Artystyczną. Na koniec – przyznaję – wytoczę argument pozamerytoryczny. Pani Krystyna jest gdańszczanką, jak sama Pani Wie Kto. Dodam, że tamże od lat prowadzi co niedziela w państwowym Radiu Gdańsk, swoją dwugodzinnną audycję, w której puszcza i propaguje soczysty jazz, a skromny wnioskujący do Pani Ministry słucha jej dzięki internetowi z wypiekami na twarzy. Kończę prośbą o rozważenie mojej propozycji tak szybko, jak to możliwe. Puszczajmy Eurodykę, gdzie tylko się da, a świat będzie piękniejszy. I zdrowszy. Licząc na pozytywne rozpatrzenie, załączam stosowne wyrazy. Z poważaniem.
- Zgłaszam Nicole mccabe na prezydenta jazzu
Gdyby Nicole McCabe była polką zdobywałaby jeden po drugim Fryderyki. Ale ma pecha, jest z Los Angeles, z USA, kraju jazzem i swingiem płynącym. Wciąż więc nie ma Fryderyka, do którego z pewnością łka nocami. Człowieku tę okładkę rysowała pewnie pijana sztuczna inteligencja, co to w ogóle jest za szajs? Okno, kwiatek, słoneczko jakieś kwadraciki purpurowe, o co tu chodzi? Dionizy nie lubił jazzu, uważał, że się snobuję, że słucham go tylko po to, żeby szpanować, żeby się wywyższać. Nie można lubić takiej “poje...j” muzyki - powiadał z pewnością bliską swemu przekonaniu, że skarpet nie należy prać tylko wyrzucać i nosić kolejną parę, póki otoczenie nie zaczyna narzekać na kłopoty organoleptyczne. - Nawet kolory tu nie pasują, nic tu do siebie nie pasuje, wyłącz to gówno, proszę cię. POLECANE UTWORY Z PŁYTY Wiedziałem, że będzie tak marudził przez cały czas, gdy tylko wtarabanił się niezapowiedziany do mojego mieszkania. Podejrzewałem, że będzie gadał jak nakręcony od pierwszego taktu płyty “Mosaic” Nicole McCabe, którą chciałem jeszcze raz wysłuchać, by wreszcie napisać tę cholerną recenzję na bloga. Chciałem, bo płyta bardzo mi się podobała. Przede wszystkim podobała mi się dlatego, że miała prawdziwy jazzowy rozmach, że liderka zaangażowała mnóstwo dobrych muzyków, toteż grupa świetnie gmatwała tematy dźwiękowe, przy których w Polsce znawcy (nie tacy domorośli jak ja, ale prawdziwi Znawcy) cmokaliby z przejęciem, ale że pani Nicole raczej ma w nosie Polskę, to nikt tu poza mną jej nie usłyszy. Przykuła twoją baranią uwagę więc zadanie spełniła - odpowiedziałem Dionizemu na zaczepkę. - No dobra, może masz trochę racji, że okładka jest dziwna, ale to czyjaś twórczość, więc postaraj się o trochę mniej sarkazmu. Spróbuj, jestem przekonany, że potrafisz. Taaaa, twórczość - srurczość, słyszę te srurczość, uszy więdną, jakby stado wron żebrało o wsparcie pod karfurem - Dionizy odbił piłeczkę bez gracji, ale po minie poznałem, że się nie starał. Co ty pitolisz człowieku, słyszysz jak ona dmucha w ten saksofon i jednocześnie pozwala wyszaleć się zespołowi, jak nawzajem się uzupełniają, ile w tym jest radochy z grania, prędkości na zakrętach - przekonywałem retorycznymi pytaniami. E tam, jazgot i nic więcej - uciął, akurat kończył się pierwszy kawałek i zaczynał drugi, “Architect”, który mi się najbardziej podobał na płycie. Posłuchaj, jak ta dziewczyna genialnie myśli, ten utwór zaczyna się akordem, który zazwyczaj kończy jazzowe kawałki - powiedziałem przejęty i przygnieciony jego ignorancją. Słyszę tylko jęczący saksofon. No właśnie, ona zaczyna tym, czym inni kończą. Ja nie słyszę różnicy, ja tylko czuję, że zęby mnie od tego bolą. Postanowiłem się nie odzywać. Nie przekonam Dionizego. To muzyczny głąb, dorosłe dziecko naszych czasów, które - w swym mniemaniu - może każdego krytykować, tylko dlatego, że zaistniał na świecie, że na nim uparcie trwa więc mu wolno. Wsłuchałem się w granie. Nicole z zespołem po mistrzowsku rozwijali utwór łamiąc rytmy, a ona traktowała swój instrument bez litości, a miała mnóstwo siły oraz ogrom ochoty, by tej siły używać. To się czuło, głośniki skakałyby, gdyby tylko mogły. Jednocześnie dawała pole do popisów każdemu z muzyków. To taki “wzorcowy”, amerykański, dobrze zaaranżowany jazz: temat, improwizacja, temat improwizacja. Właśnie słuchałem, jak w “Times apart” pianista wprost szalał. Zdawało się, że grając chciał wgnieść wszystkie klawisze w fortepian. Ja pitole weź prosze to wyłącz - zajęczał ponownie Dionizy. - Tak to i ja potrafię zagrać, nawet moja córka potrafi, a ona zasadniczo niewiele umie, jak dasz jej dwie kulki to jedną zgubi, a drugą popsuje. Zlituj się, moja patelnia tak potrafi zagrać. Byłem moralnym zwycięzcą. Nie dałem się sprowokować. Przykleiłem uśmiech do twarzy i z nim trwałem podnosząc z triumfem poziom decybeli. Przez pokój przewalały się jak szybkie obłoki kolejne świetne kawałki z płyty “Mosaic” wydanej przez Ghost Note Records. Muzyków na albumie jest siedmiu - wszyscy wykonują swoją robotę wprost idealnie. Tworzą cudną, wielobarwną mozaikę wymieniając się dźwiękami, a nad wszystkim lewituje Nicole McCabe - młodziutka, gruntownie muzycznie wykształcona saksofonistka altowa z Los Angeles, rodem z Portland z węgierskimi korzeniami (ostatni utwór nazywa się “Derecske” - jak węgierska wioska, w której w dzieciństwie mieszkała babcia McCabe) i producent Jeff Parker, który zagrał także na gitarze w utworze “Tight Grip”. Dionizy, ona mogłaby być twoją córką, a już zdążyła nagrać trzy płyty! TRZY- podkreśliłem. - Czego ty dokonałeś w życiu, poza niezbyt udaną prokreacją i uporczywym i umyślnym zmniejszaniem Produktu Krajowego Brutto? Dionizy pokiwał głową słuchając ostatniego utworu, wspomnianego “Derecske”. Już myślałem naiwnie, że przebiłem się przez szczelny mur niechęci do jazzu mojego kumpla, gdy po chwili namysłu wypalił: Dziś jest nadprodukcja wszystkiego, muzyki także, takie płyty to bym i ja nagrał - rzekł spokojnie i z wyrazem triumfu na twarzy. Nieprawda, moi mili. Powiem więcej. Gdyby Nicole nagrała swoje płyty w Polsce, miałaby murowanego Fryderyka, przynajmniej za tę ostatnią. To jest kawał doskonałe jazzowej roboty szuflami czerpiącej z hard i post bopu. To trzeba znać!
- Boski Chaidemenos
TAJNE, BARDZO POUFNE. NIEZWYKLE SEKRETNE PROTOKÓŁ Z TELEFONICZNEJ ROZMOWY ZAREJESTROWANEJ DZIĘKI PROGRAMOWI HERMES MINOTAUR 3 Rozmówcy: Minerwa (łac. Minerva) – w mitologii rzymskiej pierwotnie bogini sztuki i rzemiosła, ale także bogini mądrości, nauki i literatury. Jest to prawdopodobnie bogini pochodzenia etruskiego (znana jest etruska bogini Menrva). Apollo (gr. Ἀπόλλων Apóllōn, zwany też Φοῖβος Phoibos ‘Jaśniejący’, łac. Apollo) – syn Zeusa i Leto. Należy do dwunastu najważniejszych bogów Olimpu. Uważany za boga muzyki, a ponadto piękna, światła, życia, śmierci, zarazy, wróżb, prawdy, prawa, porządku, patrona sztuki i poezji, przewodnika muz (Ἀπόλλων Μουσηγέτης Apóllōn Mousēgétēs), natchnienia, lecznictwa i uzdrawiania, łucznictwa, kawalerów, a także wieszczek. Minerwa: Cześć Apik. Mordo, słuchaj, spotkałam wczoraj pijanego Zeusa, wpadł tu do nas na wczasy iiii, rozumiesz jest teraz non stop all inklusif, he he. Płynie. Ale ja nie o tym. On, słuchaj, bełkotał coś o jakiejś czad płycie jednego muzyka tam od was, strasznie się na nią nakręcił, a że w knajpie jej nie mieli to im złamał ze trzy stoły i osiem krzeseł zanim go uspokoili. Tytuł ta płyta ma “The Day After” i nagrał ją… zaraz… gdzieś miałam to napisane o jest, nagrał ją Markos Chaidemenos. Ja pierdziele. Dlaczego wy pozwalacie na te popieprzone nazwiska? Apollo: Siemandero Minka. Aaaaa, znam, znam to jest utalentowany podwładny, jeszcze nie tam jakiś zadufany i zapatrzony w siebie wirtuoz, jak ten blond fifrok, lecz już moja droga bliziutko, bliziutko, bardzo porządny rzemieślnik, taka stara szkoła można powiedzieć. Obserwuję go od dawna. Nie uwierzysz on najpierw poszedł na informatykę, ale zamiast budować sztuczną inteligencję, która nigdy mnie nie prześcignie, zakochał się w fortepianie oraz jazzie i zaczął walić w klawisze tak epicko, aż pokończył nasze najlepsze wyższe szkoły muzyczne w Atenach i na Korfu. I nie czepiaj się nazwisk, wasz Valdembrini też nie lepszy. Ale laska, powtarzam, płytka jest caca, Nie za bardzo oporowa. Bardzo classy. Minerwa: Jaka? Gadaj po ludzku, nic nie jarzę. Apollo: Nooo, taka klasyczna. Taki dżezik rozumiesz ładny, śliczny, buch na fototapetę proszę ja ciebie i cyk, cyk bioderkiem można machnąć, ale nienachalnie, bo siara. Aż się dziwię, że się podoba temu staremu ochlapusowi Zeusowi, bo jednak to nie Zenonius Martynius. Minerwa: Solo ta płyta? Apollo: Nieeee, z zespołem. Klasyk. Kontrabasik i perka. Chociaż czekaj, zaczyna się rzeczywiście solo, Markos gra króciutki rytmiczny temacik “Voices”, ale to takie wprowadzenie, gdyby mnie kto pytał, precz bym to usunął, ale gdzie tam mnie kto dziś pyta… no wedle mnie, nie pasuje on do reszty. Ale pal sześć, bo potem jest tylko super, wjeżdża “The Day After” rytmiczny, melodyjny, urzekający kawałek, w którym perkusja jest doskonale zgrana z fortepianem. To europejskie, nie przekombinowane, pomysłowe granie i do tego z pazurem. Perkusista jest słuchaj doskonały, bo fortepian nie dał rady zdominować tego kawałka, choć Markos próbował, oj czuć, jak próbował. Minerwa: A dalej? Apollo: Dalej trio troszkę zwalnia, utwór “What if” przypomina mi moją nocną jazdę autem po Atenach w poszukiwaniu sensu życia, po kłótni z jedną śmiertelniczką, gdy zadajesz sobie pytania, na które znasz odpowiedzi, ale nie chcesz wypowiadać ich na głos, bo nie wiesz dokąd cię one doprowadzą. I znowu: melodia, melodia, melodia. POLECANE UTWORY Z PŁYTY Minerwa: Czyli warto, Zeus słusznie chwalił? Apollo: Weź mi nie wspominaj tego chama! On nie odróżni glebogryzarki od harfy, półmózg z wiecznie pijanymi trzema szarymi komórkami. Słuchaj. Zespół Chaidemenosa jest świetnie zgrany, to słychać w tych szczególikach, muzycznych szczelinkach, załamaniach, przyspieszeniach i zwolnieniach. Jak dla mnie to wprawdzie jest płyta Markosa Chaidemenosa, ale najbardziej podoba mi się na niej gra perkusisty. Jest przewiewna, jak nasz grecki świt, gdy Eos różanopalca pojawia się na widnokręgu. Wiesz, u nas to zawsze pięknie wygląda, bo zanim pojawi się na niebie wóz słońca, znad brzegów oceanu wyjeżdża na lekkim rydwanie Eos. Piękne oblicze młodej bogini jaśnieje rumieńcem zorzy porannej, a wśród szarych świtów zakwita jej szata barwy szafranu. Minerwa: Jeszcześ sobie jej nie odpuścił, bo gadasz wierszem? Apollo: Nie wierszem, tylko mitologią, mi-to-lo-gią, kobito. Eos jest śliczna i na tym kończymy jej temat. Słuchaj jeszcze o “The Day After”, bo w następnym kawałku “Denial” fortepian wije się wokół kontrabasu, czaruje go, mruga doń zalotnie. To dialog tych dwóch muzyków - tutaj masz typowo jazzowy sposób budowania muzyki. Oba instrumenty rzadko kroczą w jednej linii, bo gdy jeden wysuwa się na przód, drugi cichnie i raczej wtóruje. Ostatni numer “From Within" - zaczyna się z impetem i rozmachem. To jest, siostro, ukłon w stronę amerykańskiej tradycji. Żywiołowy, szybki utwór, który jednak nie burzy nastrojowej koncepcji całego albumu. Tu puls przyspiesza, a Chaidemenos na finał pokazuje, kto w trio rządzi, czyja to płyta, kto stempluje ją swoim nazwiskiem. Czyli moja szkoła. Minerwa: Słuchaj Apik, a nie przysłałbyś mi z jednego CD-ika? Dałabym recenzję na moim blogu “Boskie rytmy”. Apollo: Nie mam kochana, rozeszły się się jak świeże souvlaki, a zresztą stać cię, masz kupę hajsu, oni tam cały czas cię lubią, sypią sestrejce i euraszki. Nie to co u mnie w bidnej Helladzie, zdeptanej butem europejskich banksterów. Minerwa: Ty, weź, nie gadaj takich rzeczy, bo nas pewnie słuchają. Nie masz, to trudno, se kupię na allegro. Bywaj Apik. Jak zobaczę Zeusa to pozdrowię od ciebie. Apollo: W jego nieszanowaną przez mnie grubą rzyć go kopnij, a płytkę kup, kup. Mało znany gość jest, a talent wielki. No to nara. Minerwa: Trzymaj się ramy Apik.
- Raport z pewnego porwania
Porywają, zmuszają do słuchania jazzu, a wręcz do zmiany muzycznego gustu. Rewolucyjna Armia Wyższej Świadomości Muzycznej z sekcji Jazz w promocji ulubionego gatunku posuwa się coraz dalej używając metod ekstremalnych. Ten, napisany przez jedną z porwanych osób, publikujemy jako pierwsi. I pewnie jedyni. Dzień Pierwszy Porwali mnie. Uprowadzili. Na ulicy. Szedłem jak co dzień z pracy, gdy obok z piskiem opon zahamowało duże auto, z którego wyskoczyło czterech mężczyzn w kominiarkach. Dopadli mnie, obezwładnili, wrzucili na tył i odjechali. Gdy dojechaliśmy założyli na głowę worek, abym nic nie widział. Potem już tylko zatrzask drzwi i ciemne pomieszczenie. Wymacałem łóżko. Jestem przerażony. Skądś cały czas gra głośna muzyka. Straszny jazgot. Umieram ze strachu. Dlaczego ja? Nie jestem bogaty, nigdzie nie należę, nie udzielam się. Nie ma powodu, aby mnie porywać. To pomyłka albo koszmar z Netfliksa. Dzień drugi Już wszystko wiem. To absurd, aberracja, makabra. Jak się dowiedziałem? Wieczorem rozbłysło światło i trzasnął zamek w drzwiach. Do pokoju wszedł energicznie wysoki facet w kominiarce, drugi stał w wejściu z bejsbolem. Ten pierwszy w jednej ręce miał talerz z kolacją, w drugiej pilota. Powiedział, że są bojownikami Rewolucyjnej Armii Wyższej Świadomości Muzycznej z sekcji Jazz. Wypatrzyli mnie na koncercie jazzowym. Podobno się nudziłem. Porwali mnie po to, żeby rozszerzyć moje horyzonty brzmieniowe. Będę słuchał jazzu w zamknięciu dotąd, aż go polubię. Potem położył talerz na podłodze, włączył pilotem muzykę, wskazał ręką głośnik w ścianie, wrzasnął w moim kierunku “Coltrejn”, aby przekrzyczeć muzykę, uniósł pięść w górę i wyszedł. Ja pierdolę… POLECANE PIOSENKI Z PŁYTY Dni drugi i trzeci Ta muzyka jest straszna. Nie wiem czy to zniosę, bo jazz gra non stop. Próbowałem udawać że mi się podoba. Podrygiwałem, tańczyłem, kiwałem się na boki. Nie uwierzyli. Dzień czwarty Nareszcie puścili coś fajnego. Jakby z lat 60. Jazgot, owszem, ale mi się podoba. Powiedziałem im. Ten od kolacji kiwnął głową, powiedział: oooo, to EEG Coherence. Potem przyniósł mi książeczkę z płyty. Obiecał, żę jutro puszczą raz jeszcze. NIe wiem co miało znaczyć to: ooooo. Dzień piąty Przeżywam porwanie w porwaniu, gdyż porwała mnie muzyka. EEG Coherence gra świetnie. To taki psychodeliczny, głośny jazz. Na festiwalach Woodstock czy Newport zespół zrobiłby furorę, ale te festiwale to przecież hippisowska przeszłość. Grupa gra długie majestatyczne utwory płynące jak olbrzymie chmury, nie boi się wypełniać przestrzeni muzycznej potężnymi fragmentami ekstatycznej, zapętlonej i rozpędzonej muzyki, która przypomina dźwiękowego mastodonta albo fruwającego warszawskiego wieloryba z powieści Twardocha. Wszędzie jest dużo sekcji dętej, całe oceany. Cudne jej wejście w pierwszym numerze “Jiters (an antitode)” rodzi jakby własny utwór w utworze, nagle pojawia się spowolnione “woogie-boogie” trochę żywcem wycięte ze ścieżki dźwiękowej do “Pulp Fiction” Tarantino. W szalonym “Apollo - gy”, drugim utworze, długodystansowe solo na gitarze jest zagrane tak dziwne, jakby je wykonywał pijany bluesman z przystawionym do skroni pistoletem i pod rozkazem “zagraj to jeszcze szybciej, choć wiem że nie potrafisz”. Po chwili ta muzyczna wichura cichnie, bo kawałek “NOOO (Apophasis)”zaczyna powolny, leniwy saksofon na tle prostego, pierwotnego rytmu basu i perkusji, szumu jakiejś elektroniki, który z czasem przeradza się w kolejne ekstatyczne szaleństwo, a po nim znów jest wolno, bo oto nadchodzi, a w zasadzie wkracza najdziwniejszy twór o nazwie “Medicine Woman Meets Father Sky”. Prosty, indiański rytm, jakieś przeszkadzajki, rozjechana gitara w technice slide (gitarzysta na jednym z palców ma rurkę szklaną lub metalową i przesuwa nią po stronach, co daje niepowtarzalny, rozbujany efekt dźwiękowy), wreszcie znów saksofon. Na moment zapomniałam, że jestem więziony, ale dostałem bardzo dobrą kolację. Chyba w nagrodę za dobre sprawowanie. Dzień szósty Odwiedził mnie ten sam facet w kominiarce. Tym razem był przyjazny. Opowiedział, że wszystkich bojowników cieszy mój stan, że przekroczyłem swoistą barierę uważności oraz otwarcia na tę muzykę, a mój wybór, czyli EEG Coherence to nowy, silny głos w jazzie. Liderami grupy są Devin Brahja Waldman, który gra na saksofonie altowym, instrumentach klawiszowych oraz fortepianie, a także gitarzysta Sam Shalabi - obaj mocno zasłużeni dla międzynarodowej sceny nu:jazzowej. To słowko nu oznacza niby “nowy jazz” albo “jazz po nowemu. Rzeczywiście EEG Coherence nie przypomina formacji typowo jazzowych. Tworzy zdecydowanie inaczej, ale jednak w nurcie. Pytany czy nazwa grupy coś oznacza, mój jazz bojec odpowiedział tajemniczo: “EEG to elektroencefalogram, który mierzy aktywność elektryczną w mózgu. Kiedy zaś prawa i lewa półkula łączą się, rodzi się koherencja. Pojawia się trzecie oko. Umysł i serce stają się jednością. Synchronizują się intuicja, logika i emocje. Tak jest lepiej dla każdego. To właśnie skutek jazzu”. Przed wyjściem powiedział, że moja droga się skończy dopiero wtedy, kiedy zacznę tworzyć blog jazzowy i to jest moje zadanie. Dzień siódmy Obudziłem się. Drzwi były otwarte. Wokół żywego ducha. Byłem wolny. Przy drzwiach leżała kartka. Podniosłem ją i przeczytałem: twoje zadanie ukończone, ale pamiętaj, jeśli nie założysz jazzowego bloga to wrócimy…
- W niebie z Jasmine Myra
Drodzy, wspaniali, kochani bracia i siostry. Spotykamy się dziś na posiedzeniu komisji Niebiańskiego Ładu i Kojenia w wyjątkowo ważnej kwestii, choć, jak mi donoszą najwspanialsi i najukochańsi z was, nie wszyscy zdają sobie sprawę z wysokiej rangi dzisiejszego głosowania. Nie wiem doprawdy skąd ta lekcewaga, skoro to zadanie stawia przed nami sam Pan nasz umiłowany i miłosierny… Nie ma co heheszkować i śmieszkowacić kolego Gabrielu, to bowiem tylko z pozoru błaha sprawa, tylko z pozoru. Co zresztą wiesz Gabrielu doskonale, gdyż gromiły o tym wszystkie niebowęzły, że to właśnie gorszący spadek dyscypliny wśród twojego personelu sprawił, iż dziś stoimy przed generalną zmianą dotyczącą niebiańskich przedproży. Ge-ne-ra-lną! Ja przypomnę, co domyślam się nie w smak będzie mojemu wspaniałemu skrzydlatemu koledze oraz jego stronnikom, ale jakaś reasumpcja na początek być musi, więc przypomnę. I zapewniam, że nie chodzi o judzenie, judaszowanie, drażnienie, rozdrapywanie. Chodzi jedynie o ustalenie faktów, z których wynijść musimy na powierzchnię prawdy namilsi. Owoż jak doskonale wiecie siostry i bracia (głos z sali: bracia najpierw, bracia najpierw, teraz i zawsze!)... proszę o ciszę, z emocji pomyliłem kolejność. Zatem raz jeszcze bracia i siostry doskonale wiecie, że niebiańskie przedproża to formy długich, jasno oświetlonych korytarzy, w których budzą się dusze zapraszane do naszego umiłowanego Eretz Eden. Zadaniem przedproży jest oswoić, uspokoić i ukoić rozedrgane byty i przyzwyczaić je do życia wiecznego. Zanim wejdą w progi raju muszą przejść przed przedproża. Każdy jeden. Wszyscy to wiemy. Nasza technologia pozwala, aby korytarze przedproży były odpowiednio długie lub odpowiednio krótkie dla każdego niebianina (lub Niebianina - nie wiem, którą formę nadkomisja ds. języka edeńskiego już dopuszcza - dopisek botoduszy protokołującej), w zależności od jego czy jej, czyli onej duszy, potrzeb. W trakcie budzenia, dochodzenia do siebie i spaceru w stronę światła naszego Ojca Niebieskiego, niech zawsze jego mądrość wskazuje nam drogę ku miłosierdziu, w korytarzach duszom towarzyszyła muzyka z ich stron rodzinnych - po to, by czuli się swojsko, jak u siebie. Wszystko działało bez zarzutu przez tyle wieków, aż do karygodnej omyłki, gdy z rozmysłem, jak już wiemy w celu obalenia naszego pokojowego niebostroju pomieszano muzykę i na przykład duszom z Polski puszczono niemieckie haimat melodie, a hiszpanom szlagiery z kraju basków. Czym to się skończyło, pamiętamy doskonale, pisał o tym obszernie i na pierwszej stronie “Blauer Beobachter”, co zresztą dla mnie i nie tylko dla mnie, bo dla rzeszy kolegów i działaczy jest grubym nadużyciem, bo naszym wspólnym zdaniem, zdaniem gromkim i donośnym nie jest to temat, którym nasz niebieski obserwator powinien się zajmować. Na szczęście błędną oceną rzeczywistości kierownictwa ““Blauer Beobachter” zajmuje się już Komisja Perswazji Miłością i Innymi Narzędziami Dobra. Wróćmy do reasumpcji naszej części tej afery, a raczej pseudo afery (lub pseudoafery nie wiem, którą formę nadkomisja ds. języka edeńskiego już dopuszcza - dopisek botoduszy protokołującej). Nasi przyjaciele podczas comiesięcznego posiedzenia rajskiego kołczingu uznali, że w celu wyeliminowania szansy podobnych omyłek w niemającej końca przyszłości niebieskiej należy w przeprożach zastosować jednolitą muzykę bez podziału na pochodzenie etniczne niebianinów. I w tej sprawie dziś się - drodzy, wspaniali, kochani bracia i siostry - spotykamy. Nasze doniosłe zadanie to nie tylko wskazać odpowiednią muzykę do przedproży, to okazać jednolitą siłę podżegaczom. I te zadania wypełnimy z dumą i pokorą. POLECANE UTWORY Z PŁYTY Na wniosek Miłosiernego Ojca i prezydium Eretz Eden zebrała się podkomisja Krytyków Muzyki Doczesnej i spośród wielu wniosków, jakie napłynęły w sprawie wyboru jednolitej ścieżki dźwiękowej do przedproży, jej członkowie skłonili się do wniosku blogu Jazzda.net rekomendujacego płytę “Rising” niejakiej Jasmine Myra. Jak czytamy w uzasadnieniu autora bloga: kompozycje Jasmine Myry zachwycają od pierwszych taktów płyty “Rising” i zachwyt to słowo najlepiej oddające stan, który pod wpływem muzyki udziela się słuchaczowi. Urzekający zachwyt każdej chwili, każdej czynności, każdej myśli, każdej rzeczy tylko dlatego, że one się wydarzają. Jasmine zaledwie dwa lata temu rozbłysła niczym supernowa na nieboskłonie brytyjskiej sceny jazzowej, kiedy wydana w wytwórni Gondwana Records założonej przez niezrównanego trębacza i niestrudzonego inicjatora sceny jazzowej Mateusza Halsalla pierwsza płyta pod tytułem “Horizon” zachwyciła nieziemskimi kompozycjami, a już mamy płytę kolejną. Płytę, na której Jasmine na szczęście rozwija swój arcytalent kompozytorski, nie podążając na pokuszenie indywidualnej improwizacji. Nie ma tu porywających solówek, popisów, dźwiękowych galopad - jest łagodny, spokojny, pokorny i pogodny jazz. Ciężko mu jednak przykleić łatkę “spiritual”, choć wskazywałoby na to instrumentarium zespołu solistki. Na “Rising” czuć dyscyplinę duchową - melodyki jest tu w bród lecz niech was ręka boska broni nazywać je banalną i puszczoną na szerokie wody improwizacji. Nie. Tu wszystko wynika z siebie, do siebie pasuje, z siebie wyrasta, do siebie wzajemnie zmierza, na sobie wzajemnie polega… przepraszam, ale ten bloger to jednak straszny grafoman, ale skończmy już skorośmy zaczęli… gdzie ja to… o, a więc na sobie wzajemnie polega. Jasmine Myra zebrała ten sam doskonały skład, który towarzyszył jej saksofonowi na pierwszej płycie, a więc grają tu także gitarzysta Ben Haskins, perkusista George Hall, pianista Jasper Green, harfistka Alice Roberts i basista Sam Quintana. Wszyscy grają tak, by podnieść na duchu słuchacza, otulić go miękkim pledem dźwięków, wlać w jego serce otuchę i nadzieję. Pomaga w tym smyczkowy kwartet wykorzystany w czterech na sześć utworów. Solistka i liderka zespołu Jasmine Myra mówi o tej płycie: - „Rising” jest kontynuacją „Horizons”. Kiedy zaczęłam pisać tę muzykę, uznałam, że będzie to podróż, dzięki której stanę się bardziej pewną siebie i szczęśliwą osobą. Nie żebym nie była szczęśliwa, ale chciałam pozbyć się niepewności i żyć w zgodzie z sobą. To coś, nad czym pracowałam przez ostatni rok i nadal będę pracować. Muzyka na tym albumie jest bardzo osobista i ściśle związana z moim życiem. Włożyłam weń całe swoje serce i duszę i jestem bardzo szczęśliwa, że w końcu ujrzała światło dzienne. Nieziemska płyta “Rising” Jasime Myry w stu procentach spełnia wymogi przed nią stawiane - kończy swoje uzasadnienie, ten… jak on się nazywa… zresztą to bez znaczenia, ten autor bloga Jazzda.net. Ja jeszcze pokażę zdjęcie tej prześlicznej dziewczyny, która jak nikt nadaje się do naszego doniosłego zadania. Sarkającym na kolczyk w nosie przypominam, że Komisja Ds Właściwych Obyczajów zdjęła już rok temu kolczyki w nosie z indeksu zdobień zakazanych. Trzeba iść z duchem czasu. Teraz my, wsparci wszech wiedzą i miłością naszych miłosiernych przełożonych, a także doświadczeniem podkomisji Krytyków Muzyki Doczesnej przychylimy się, lub nie, ale raczej się przychylimy przecież, bo wsparci ich mocą i tak dalej co już przecież podkreślałem. Zatem stańmy z odwagą wobec wyzwania, które rzucają nam nasi wrogowie i zagłosujmy bracia i siostry. Zaczynamy. Kto jest przeciw? Nie widzę.
- Fiński Jazz-niemiecka tajemnica
Czym w końcu jest kłamstwo? Prawdą w masce! George Byron Będzie o muzyce, słowo. Ale zacznę od początku. Inge. Jak dobrze, że czytasz ten list, więc jednak nie odchodzę bez słowa. Uciekam Inge, pryskam stąd razem z Matrem, Ivanką i Pyzatym, przez Berlin, do naszych, do normalności, do wolności. Wiem, że skreślam nasze plany, nasz ślub, bo twoi rodzice teraz mnie znienawidzą, skreślam nasze wspólne życie, moje studia, kasuję wszystko, ale Inge, ja tego zasranego kraju tak bardzo nienawidzę! Twoi zaślepieni komunizmem rodzice nigdy mojej ucieczki nie zrozumieją i nigdy mi nie wybaczą, a ja chcę normalnie żyć, oddychać, nie bać się każdego zdania, przestać gryźć się w język, bo szpicle usłyszą. Przepraszam Inge, zbyt długo dla ciebie udawałem kogoś, kim nie jestem. Teraz kiedy wszyscy gnają na zachód ja też tam spływam. Żegnaj. Wybacz mi. Borys. Ta opowieść zaczyna się 30 lat później, w sklepie z używaną odzieżą na Rzgowskiej w Łodzi, w którym kupiłem niespotykaną, oliwkową kurtkę wojskową. Krój munduru - dziwny, nieznany, nie widziałem takiego wcześniej. Zachwycił mnie socrealistyczną naszywką na rękawie: była tam dłoń trzymająca dumnie czerwony sztandar. Czerwony sztandar to dla mnie symbol wiary w człowieka, stempel solidarności międzyludzkiej. Demoludy zdeptały tę symbolikę, skompromitowały ją do dna, lecz dla mnie wciąż ona wiele znaczy i nie zamierzam się z tego tłumaczyć. W internecie sprawdziłem znaczek z rękawa. Okazało się, że była to bluza wschodnioniemiecka, element munduru oficjalnej NRD-owskiej partyjnej bojówki paramilitarnej o nazwie Kampfgruppen der Arbeiterklasse, czyli Bojówki Klasy Robotniczej, tamtejszego ORMO, ale - jak to u Niemców - doskonale zorganizowanego, umundurowanego, uzbrojonego, od czasu do czasu skoszarowanego, no i co tu dużo mówić zaślepionego ideologicznie. Wstępując do KfA kandydat ślubował dobrowolnie: Jako bojownik klasy robotniczej jestem gotowy wypełnić instrukcje partii, chronić w każdej chwili Niemiecką Republikę Demokratyczną i jej socjalistyczne osiągnięcia z bronią w ręku i ryzykować dla nich życie . Nie miałem pojęcia o istnieniu Kampfgruppen der Arbeiterklasse. Z czasem wiele się o tej armii dowiedziałem: że liczyła blisko 200 tysięcy, że jej żołnierze budowali mur berliński, trzymali za twarz zbuntowanych rodaków, że pomagali w ujarzmianiu węgierskiego zrywu z 1956 roku., w końcu, że komunistyczny reżim powołał tę organizację do życia po 1953 roku, gdy niemieccy robotnicy okazali słuszny gniew wobec stalinizmu w DDR. Ale wcale nie to było najciekawsze. Otóż w mojej kurtce znalazłem byle jak wszytą kieszeń, kawałek zaszytego materiał, który się w niej uchował przez 30 lat. A w nim cytowany wyżej w całości nienaruszony, pożółkły lekko list Borysa do Inge, czyli Ingeborg. Ależ to było uczucie! Moje serce waliło jak dzwon pokoju odlany z broni KfA (jest taki w Dressau), oczy biegały bezradnie po niemieckich słowach, wszak nie znałem języka. Kiedy odszyfrowałem znaczenie i sens literek i zdań czułem się, jak właściciel skarbu, jakbym dostał wiadomość od innej cywilizacji, informację z przeszłości. Bardzo często myślałem potem o Borysie i Ingeborg, o ich niespełnionej miłości. jakby powiedział Emil Cioran “zmiażdżonej historią”. Namiętnie tworzyłem w wyobraźni narracje i opowieści. Ich historia stała się moją obsesją, więc w końcu zacząłem szukać Borysa. Wykorzystałem wszystko: internet, znajomych w Niemczech, instytucje, gazety, blogi - sięgnąłem po co się tylko dało. Jednak po trzech latach nie zbliżyłem się nawet o krok do celu. I wtedy pomógł mi jazz. Jak? Jak zwykle ;) Napisałem krótko o płycie, którą podsunął mi z youtuba kumpel Kacper. Tekst wrzuciłem w internet, Oto on: Markus Holkko ma zaledwie trzystu słuchaczy na Spotify, a moim zdaniem powinien mieć ich sto tysięcy . Spojrzałem okiem jego wszechświata i wysłuchawszy płyty sygnowanej jego imieniem i nazwiskiem pt. “Eye of the universe” zadałem sobie pytanie, jakie zapewne zadaje sobie każdy, kto raz zetknął się z jego muzyką: kim do cholery jest Markus Holkko? Jest to tymczasem młody, zdolny, doskonały fiński saksofonista. A jego płyta “Eye of the Universe” nagrana została wespół z Juuso Rintą na kontrabasie, Samuli Rautianenem na elektronicznym pianinie i syntezatorach analogowych, Teemu Mustonenem na perkusji i instrumentach perkusyjnych oraz Teemu Åkerbloma (nie wiem do cholery czy to się odmienia), który zagrał na gitarze i sitarze. Ech. Jest to płyta-zelig. Wiecie kim był tytułowy Zelig w filmie Woody Allena? Otóż gość miał kameleoniczną osobowość - był maxi oportunistą, upodabniał się do każdego rozmówcy. Gdy gadał z profesorem historii rzucał datami i cytatami, a rozmawiając z hydraulikiem klął jak hydraulik i narzekał na robotę oraz przeciekające krany. Zmieniał się w mgnieniu oka. Co ma do tego Holkko? No właśnie. Płyty Holkko słucha się świetnie w każdych okolicznościach: w aucie, nad rzeką, w pracy, przez głośniki i słuchawki, przy romantycznej kolacji oraz na zumbie. Wiecie, jak jest z płytami: pasują tu, a nie pasują tam. Wieczorem, przed snem muza wchodzi, a już podczas jazdy samochodem, ta sama muza odrzuca i zadajesz sobie pytanie: dlaczego ja to chwaliłem przed kolegami, wyjdę na debila! POLECANE UTWORY Z PŁYTY klikasz - słuchasz :) Z płytą Markusa Holkko macie luz, ponieważ fińskiemu muzykowi i jego towarzyszom udało się przekroczyć tę granicę - Markus użył w tym celu dość prostej, rzekłbym instynktownej, wpisanej w dźwiękowy obraz całości, siłowej gry, wykorzystującej krótkie zagrywki melodyczne, otoczone klubowym i spiritualistycznym tłem. I to działa jak piorun! Przez cały czas jego saksofon jest bezapelacyjnie najważniejszy w zespole, słuchacz nie ma wątpliwości, kto tu jest liderem i kto wypłaca gaże reszcie kapeli, tak jak na albumach z lat 60-tych - o dziwo jednak nie znajdziesz wciskanej w uszy ściany dźwięków czy szalonych solówek - mamy raczej do czynienia z upartym, żmudnym szukaniem harmonii z resztą zespołu, harmonii czerpiącej chętnie z brzmień lat 60. czy 70. Całość brzmi naprawdę świetnie i zgodnie z założeniem troszkę trąci klimatami hipisowskimi. Może i jest to gruba przesada, ale myślę, że gdyby Coltrane urodził się kilkadziesiąt lat później nagrałby dokładnie taką płytę, zanim by pogrążył się w odmętach nieposkromionego, nieograniczonego, fantastycznego free. Markus Holkko “Eye of the Universe”. Szczerze polecam Dwa dni potem pod wpisem na facebooku pojawiła się wypowiedź po niemiecku: ooooo, widzę, że oprócz mnie, ktoś jeszcze zna Markusa Holkko. Rzeczywiście piękna płyta. Kupiłem ją na wakacjach w Finlandii i bardzo często słucham. Pozdrawiam. Pisał to niejaki Borys Erfunden. Przyjrzałem się fejsbukowej fotografii na ekranie laptopa. Z twarzy niepodobny do nikogo, łysiejący, niemłody już gość bez znaków szczególnych. Okrągłe oblicze spokojnego, zrównoważonego człowieka, ale w tym (również moim) wieku raczej większość wygląda na poczciwców. Natychmiast pomyślałem obsesyjnie: może to "mój" Borys? Zagaiłem : fajne imię Borys, znałem kiedyś parę Borysa i jego dziewczynę Ingeborg. Odpisał po kilku dniach lakonicznie: to bardzo popularne imiona w Niemczech. Postanowiłem więc docisnąć sprawę i odpowiedziałem: znałem też Matrego, Pyzatego i Ivankę. Cisza. Minął ponad miesiąc. Zapomniałem więc o tej, widać przypadkowej, wymianie zdań z przygodnym zapewne Borysem Niemcem, fanem fińskiego jazzu. Moje prywatne, pełne niepowodzeń śledztwo w sprawie Borysa i Ingeborg trwało ponad trzy lata, nic dziwnego, że straciłem wszelką nadzieję na ich odnalezienie. Po prostu uznałem wtedy, że sprawdziłem jeszcze jeden fałszywy trop. Znów w mojej głowie rodziły się więc pytania bez odpowiedzi: Dlaczego list był wszyty w kurtkę KfA? Jak Borys uciekł z Niemiec? Czy przed, czy też w trakcie obalania muru berlińskiego, o czym świadczyłoby jedno z ostatnich zdań listu o tym, że wszyscy uciekają na Zachód? Czy Inge na niego czekała, skoro nie czytała listu, a jeśli tak to jak długo? Czy jednak zaczęła go szukać, a może się z czasem miłość wygrała, i po zjednoczeniu Niemiec, para się odnalazła? Czy wobec tego przetrwali próbę czasu, czy może już są po rozwodzie? Jak wyglądały ich losy? Bezgłośnie mnożyłem te pytania w myślach, pęczniały jak na drożdżach. Myślałem nawet o napisaniu książki w oparciu o nie, ponieważ była to niesamowita historia. I tak omal przegapiłbym, że po moim zagajeniu o Matrego, Pyzatego i Ivankę przyszła w prywatnej wiadomości napisana tym razem po polsku przez Borysa Erfundena odpowiedź: kim ty do cholery jesteś i czego chcesz? Trafiłem.











